Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
poniedziałek, 31 grudnia 2012
Podsumowanie roku 2012

Ten rok był słabszy "ilościowo" - tylko 53 przeczytane i zrecenzowane + 3 przeczytane i niezrecenzowane: powieści Małgorzaty Wardy, Juli Zeh i "90 Degrees North" o zdobywaniu bieguna północnego. Pierwsza doskonała, druga przekombinowana, trzecia dla fanów tematu.

14 przeczytanych w oryginale po angielsku. Porażka - znowu ani jednej po niemiecku (ale dwie zaczęłam...)

13 książek polskich autorów.

30 napisanych przez kobiety - po raz pierwszy więcej niż połowa! Ale to tak wyszło, nie uznaję już "kobiecej solidarności" w postaci: skoro napisała to kobieta to muszę przeczytać. Skoro jest dobre, to muszę przeczytać, a potem zastanawiam się, kto to napisał.

8 pozycji non-fiction, całkiem nieźle jak na mnie. Mniej więcej tyle samo książek czysto rozrywkowych, które można określić jako "czytadła" i natychmiast o nich zapomnieć.

Najlepsza polska książka: "Ciemno, prawie noc" Joanny Bator. Uzasadnienie w niedawnej recenzji, pod linkiem.

Najlepsza zagraniczna: Tu wybór był trudniejszy. Był i doskonały Julian Barnes, świetny "Powrót do Missing" Abrahama Verghese, trudny "Stracony poranek" Gabrieli Adamesteanu, nie mogę zapomnieć o "Córkach gór" Anny Jorgensdotter... ale mimo wszystko, najlepszą, najlepiej napisaną, najbardziej odpowiadającą mojej prywatnej definicji "dobrej literatury" książką roku 2012 były

"Korekty" Jonathana Franzena

Najlepsza książka non-fiction to bezsprzecznie, bez żadnych wątpliwości i wahań, za uratowanie kawałka nieistniejącego już świata i opisanie go w sposób, który się pamięta miesiącami po lekturze

"Miedzianka. Historia znikania" Filipa Springera.

 Najbardziej wciągająca i trzymająca w napięciu książka "popularna"

"Blackout" i "All Clear" Connie Willis

Z wyborem najgorszej książki czyli Gniota Roku też nie mam najmniejszych problemów, Złotego Gniota dostają "Kwiaty na poddaszu" Virginii C. Andrews, powieść tak głupia, szkodliwa i źle napisana, że stała się kultowym bestsellerem.

I to by było na tyle. To był niezły rok - jakościowo. Największa porażka - kompletnie nie wyszło mi wyzwanie "Czytam z półki". Z drugiej strony, może dlatego, że nie było do końca dla mnie - ja zawsze czytam ze swojej półki, nie recenzuję na zamówienie i nie korzystam z bibliotek, z rzadka pożyczę coś od znajomych. Prawdopodobnie nie przeczytałam też tyle, ile mam wzrostu :)

Postanowienia noworoczne jutro, na razie - udanego Sylwestra, może jednak raczej z szampanem, muzyką i fajerwerkami niż z książką :) i Szczęśliwego Nowego Roku!

Cwaniary - Sylwia Chutnik

Udało się, zdążyłam w starym roku przeczytać jeszcze jedną świetną książkę! Czy ja już pisałam, że polskie pisarki w 2012 rządzą i wymiatają? Jeśli nawet, to napiszę jeszcze raz, bo to bardzo cieszy - tym bardziej, że nie chodzi o typową "literaturę kobiecą", która kręci się wokół domków, garów i facetów, a o literaturę pełną gębą, która nie boi się brać za bary z tym co ważne i trudne.

"Cwaniary" to powieść łotrzykowska, powieść warszawska, powieść czasami nieodparcie zabawna a momentami rozdzierająco smutna. Powieść - ballada podwórzowa, historia o sile i słabości kobiet.

Ale przede wszystkim, dla mnie, jest to książka warszawska. Głównym bohaterem jest miasto. Tak, jak Joanna Bator ożywiła Wałbrzych, czyniąc z niego miejsce tajemnicze i pełne mrocznej magii, tak Sylwia Chutnik z czułością portretuje Warszawę. Warszawę mniej znaną, Warszawę warszawiaków, te wszystkie miejsca niedostrzegane z okien nowych apartamentowców i strzeżonych osiedli na peryferiach, gdzie większość samochodów ma rejestracje z Podlasia i Mazur (to nie jest zarzut tylko prosta obserwacja z garażu podziemnego i podwórka - tak jest, tak musi być, miasto ściąga nowych, nowi zasilają miasto i powoli w nie wrastają, kiedyś przerejestrują auta i zaczną płacić podatki tu, gdzie posyłają dzieci do przedszkoli i szkół, za kilkanaście lat osiedla przestaną się wyludniać na święta, bo to tutaj będzie "u babci", trzeba na to po prostu poczekać). Warszawę i jej mieszkańców, którzy są zmiatani przez "nowe" i usiłują wszystkimi siłami bronić siebie i swoich domów.

Książka jest osnuta wokół autentycznych wydarzeń - tragicznej śmierci działaczki broniącej praw lokatorów. Podstawowym wątkiem jest walka mieszkańców mokotowskich kamienic z nowym właścicielem, który planuje wyburzenie ich domów i postawienie apartamentowców. W starciu z nim zginął, zamordowany przez "nieznanych sprawców" Antek, chłopak Haliny Żylety. Ciężarna Halina z przyjaciółkami - Celiną, sprzedawczynią w sieciówce, Stefą - właścicielką salonu kosmetycznego, bitą przez męża, i Bronką, umierającą na raka - wymierza zemstę. Cztery kobiety tworzą brygadę mścicielek, działających na warszawskich ulicach pod osłoną nocy. Wyładowują złość, mszcząc się na chuliganach z nocnych autobusów, na ludziach, którzy śmiecą na ulicach, ale i na mężu brutalu. I wreszcie, co jest ukoronowaniem książki, na chciwym kamieniczniku.

Sylwia Chutnik sięga do warszawskiej tradycji podwórzowej, wprowadzając plejadę postaci dziwnych, ale swojskich, warszawskich do szpiku kości. Nurkowie ze śmietnika, właściciel straganu ze zniczami, dziki lokator rogatki na Placu Unii, babcia Haliny z doświadczeniem z Powstania - łączą siły w ostatecznym akcie zemsty. Nie wiedzą jeszcze, że walka jest nie do wygrania.

Drugim tematem jest siła kobiet. Kobiet skrzywdzonych, przegranych. Młodych i starych wdów, kobiet pozornie zamożnych i uładzonych ale toczących przegraną walkę z chorobą albo mężem - damskim bokserem. Dużo tu trudnych tematów - na przykład przejmująco opisane wdowieństwo i bezradność wobec cierpienia po stracie najbliższej osoby: "Co zrobić z tymi okruchami? Czy w którymś poradniku dla żałobników jest napisane, co zrobić z okruchami po kanapce?" (str. 72). Na przykład przemoc w domu albo choroba - takie zwyczajne, które nie oszczędzają nawet zadbanych, wielkomiejskich kobiet sukcesu... Nic dziwnego, że dziewczyna na okładce ma na sukience napis: tylko zemsta cię uratuje.

Dla warszawiaków lektura obowiązkowa. Rządzi i wymiata :) Plus dodatkowa przyjemność w postaci świetnych ilustracji Marty Zabłockiej.

Na zakończenie mój ulubiony fragmencik, doskonała próbka humoru i języka:

"W okolicznym Targówku Fabrycznym do tej pory produkuje się nowych mieszkańców. Sprzyja temu idealna lokalizacja - zapomniane ubocze wielkiej metropolii, tajemnicze ulice i połacie zieleni. Oraz, oczywiście, fabryki, a raczej ich resztki.

Niektóre postaci topi się najpierw w specjalnych piecach umieszczonych pod powierzchnią dawnych tuneli metra. Następnie przepuszcza się przez kręte rury i przekazuje bezpośrednio w tłum rojący się w okolicach stacji metra Centrum. Aby nikt nie spostrzegł nowo wyprodukowanych ludzi, każe im się najpierw przechodzić pod rzeką przez specjalne kanały.

Tajna baza mieści się w willi Waltera, która została zbudowana przed wojną. Z racji bunkra ukrytego pod ziemią jest to idealne miejsce do planowania nowych, warszawskich prototypów. Z zewnątrz budynek wygląda jak zwykła kamienica. (...) W kamienicy żył też właściciel luster, który zostawił po sobie wiele opiłków szkła. Do tej pory wykorzystywane są one do produkcji oczu nowych ludzi. Dlatego też to głównie po nich - nie po schowanych przecież skrzydłach - można poznać warszawiaka wyprodukowanego na Targówku. Ma pełne blasku spojrzenie odbijające w sobie rozmówcę." (str. 19)

 

09:58, mdl2
Link
sobota, 29 grudnia 2012
Jack London. Żeglarz na koniu - Irving Stone

Święty Mikołaj dostał nieprecyzyjne wskazówki i poproszony o biografię Jacka Londona, przyniósł tę zamiast "Wilka". Nie można jednak gniewać się na Świętego, który miał przecież najlepsze chęci. Obawiałam się tylko, czy uda mi się przebrnąć przez kolejną powieść biograficzną Stone'a, który po "Opowieści o Darwinie" i "Pasjach utajonych" zyskał sobie u mnie tytuł absolutnego króla nudziarzy.

Na szczęście tym razem czekała mnie miła niespodzianka (tak patrzę na ten początek zdania i zastanawiam się, czy ja już wpadłam w ten elegancki słowotok złych blogów książkowych i za chwilę napiszę, na przykład, że "lektura odcisnęła na mnie swe niezapomniane piętno", czy jeszcze są jakieś szanse na ratunek?). Wygląda na to, że Stone pracował na tytuł króla nudziarzy przez wiele lat, a na początku kariery pisał jeszcze ciekawie, bez silenia się na wielostronicowe, fabularyzowane opisy i pracowite odtwarzanie stanów ducha portretowanych osób. W związku z tym biografia Londona daje się czytać bez przysypiania. Prawdopodobnie też dlatego, że London mógłby swoim bogatym życiem obdzielić co najmniej kilkanaście osób.

Tak w ogóle przedziwnie się czyta książkę napisaną w 1938 roku. Od dawna już nie czytałam nic z poprzedniej epoki. A tu co najmniej dwie epoki minęły od pierwszego wydania, żyjemy w tak zupełnie innym świecie, że czasy napisania tej książki wydają się równie egzotyczne, jak czasy Jacka Londona. Prawdopodobnie z tego powodu nie jest to biografia, do jakiej przyzwyczaiły nas współczesne, opasłe tomiszcza z przypisami i cytatami, których autorzy próbują krytycznie analizować życie i dokonania swoich bohaterów. Jest to "książka o pisarzu", napisana grzecznie, w tonie raczej pochwalnym, bez nadmiernego wgłębiania się w "tajemnice żywota", a na pewno bez żadnego odbrązowienia czy zdejmowania z piedestału. Niewątpliwym plusem są zamieszczone tu relacje żyjących jeszcze wtedy swiadków wydarzeń, poza tym jednak jest to dobrze znana historia chłopaka z nizin, który doszedł do sławy własną nadludzką pracą. Jack London wielkim pisarzem był, genialnym samoukiem, lubił się zabawić, niestraszne mu były przygody i trudy dalekich podróży. Może, (jak to Irlandczyk - dodaje pobłażliwie autor) lekkomyślnie podejmował decyzje, za dużo pił i łatwo wpadał w długi, ale za to był wspaniałym kompanem o niezrównanym talencie. Po lekturze "Żeglarza na koniu" na pomniku nie zostaje żadna większa rysa.

Zaskoczenia są dwa. Pierwszym były dla mnie poglądy polityczne Londona - nigdy nie przypuszczałam, że był aż tak zdeklarowanym i aktywnym socjalistą. Z drugiej strony czytanie o socjalizmie i socjalistach z czasów, zanim ta ideologia przeorała połowę kuli ziemskiej daje pewne pojęcie, czym mógł być kiedyś socjalizm dla tych, którzy w niego wierzyli. Chociaż komuś, kto pamięta PRL trudno powstrzymać się od gorzkiego uśmiechu czytając o tym jak Jack naiwnie perorował na przykład o tym "o ile taniej konsumenci będą kupować towary produkowane dla zaspokojenia potrzeb, nie z chęci zysku". Nawet genialny pisarz nie przewidział warzywniaków, w których z warzyw dostępne były przede wszystkim szklanki i fenomenu papieru toaletowego jako dobra rzadkiego i niedostępnego :) Nie mam zresztą pewności, czy tak duży nacisk na socjalistyczne poglądy Londona nie jest przypadkiem wypadkową poglądów samego autora, który tu pisarzowi wyraźnie i z sympatią kibicuje.

Drugim zaskoczeniem była dla mnie niesłychana płodność literacka pisarza - wydawało mi się, że po obowiązkowych lekturach z dzieciństwa wystarczyłoby odświeżyć sobie "Martina Edena", "Maleńką panią wielkiego domu" i przeczytać parę przegapionych nowelek i już. Tymczasem London, choć zmarł stosunkowo młodo, napisał tak dużo - opowiadań, tekstów publicystycznych, artykułów - że prawdopodobnie życia nie starczyłoby, żeby się z tym wszystkim zapoznać. Był prawdopodobnie pierwszym amerykańskim pisarzem, który utrzymywał się z pisania dla czasopism, zarabiał krocie a mimo to umarł zadłużony po uszy, przepuściwszy majątek na kolejne pomysły, fantazje, utrzymywanie przyjaciół, krewnych, budowy rancza i "Domu Wilka", który spłonął natychmiast po ukończeniu...

Poza tymi zaskoczeniami nic nieoczekiwanego ani odkrywczego - uładzona powieść biograficzna napisana porządnie jak pan bóg przykazał, od początku do końca, parę anegdot, trochę rozczulająco staroświeckiej grafomanii, na przykład takiej: "Jack London, gdy zabierał się do tomu, na który natknął się na ścieżce wśród głuszy, był pierwotną bestią, zgłodniałym wilkiem czającym się do skoku. Zatapiał kły w gardle książki, potrząsał nią zaciekle, aż mu się poddała, a wtedy chłeptał jej krew, pożerał mięso, chrupał kości, póki nie wchłonął ostatniego włókna jej ciała, nie wyssał z niej wszystkich soków." (str. 121)  i trochę egzaltacji nie do zniesienia: "Gdyby twarz jakiegoś kaznodziei wyrażała tyle miłości, cały świat stałby się religijny. Kiedy Jack mówił, był cudowny; oczy miał duże, usta czułe i pełne wyrazu, a jego słowa falowały jak muzyka." (str. 313) Mimo to lektura strawna i interesująca, która przybliża postać pisarza niesłusznie postrzeganego jako autora młodzieżowych "przygodówek".

---

Z podsumowaniami i wyborami najlepszych i najgorszych wstrzymam się do ostatniego dnia roku, i mam nadzieję, że uda mi się jeszcze w 2012 dokończyć jedną rewelacyjną polską nowość - jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, recenzja może pojawi się jeszcze przed Nowym Rokiem. Na razie powiem tyle, że w 2012 polskie pisarki rządzą i wymiatają.

 

wtorek, 25 grudnia 2012
The Secret Keeper - Kate Morton

Jednym z lepszych prezentów świątecznych była odrobina wolnego czasu (bo przed Świętami zleceniodawcy oszaleli i zażyczyli sobie Wszystko do piątku do 14 czyli do godziny świętego śledzika, po którym firmy pustoszeją) na doczytanie najnowszej Kate Morton.

Australijska pisarka znalazła przepis na sukces, w każdej kolejnej książce go dopracowuje, ale esencja pozostaje ta sama - tajemnica z przeszłości, kobieta rozwiązująca zagadkę kilkadziesiąt lat później, relacje matka-córka. Morton potrafi doskonale opowiadać, ale chyba powoli uwalniam się od ślepego uwielbienia i zaczynam się obawiać, że stworzy, w regularnych 2-3 letnich odstępach, jeszcze ze 20 takich samych książek.

Wielbiciele autorki znajdą tu wszystkie "stałe elementy gry". Latem 1961 roku nastoletnia Laurel, wychowana na farmie Greenacres, w cudownej, kochającej się rodzinie, jest świadkiem wstrząsającego, niewytłumaczalnego zdarzenia. Jej wspaniała kochająca matka - Dorothy - robi coś strasznego, pozornie zupełnie bez sensu. Na szczęście zdarzenie udaje się zatuszować, ale, jak łatwo się domyśleć, Laurel nie przestanie o nim pamiętać. Pięćdziesiąt lat później, czuwając przy łóżku stareńkiej, umierającej matki, Laurel, słynna aktorka teatralna, próbuje rozwikłać tajemnicę. Natrafia przy tym na ślad tajemnicy z czasów wojny - dawnej przyjaźni i ówczesnego chłopaka swojej matki. Czy mieli jakiś związek ze zbrodnią na pikniku?

Jak zwykle jest to książka z gatunku "już za dużo powiedziałam", bo każde słowo więcej może komuś zepsuć przyjemność czytania i dochodzenia do prawdy razem z Laurel. Jak zwykle akcja prowadzona jest równolegle na dwóch planach czasowych, w 2011 i w 1941, w czasie bombardowań Londynu (ach, ten Blitz, jak oni pięknie wykorzystują ten fragment historii, jakie to są fantastyczne dekoracje, dlaczego u nas nie ma specjalnego nurtu powieści o mieszkańcach bombardowanej/okupowanej Warszawy, o ich codziennym życiu, romansach i "doing our bit"? Chyba tylko Manula Kalicka porwała się w ostatnich latach na taki temat, zrobiła to świetnie ale nie pociągnęła za sobą rzeszy naśladowców, szkoda...). Poznajemy kluczowe postaci z różnych punktów widzenia, autorka dawkuje wiedzę i napięcie stopniowo odsłaniając przed nami szczegóły pewnego niecnego planu, który obrócił się przeciwko jego autorom, a na koniec tradycyjnie okazuje się, że zmarli niekoniecznie zmarli, a żywi niekoniecznie są tymi, za kogo ich uważaliśmy, i następuje wyjaśnienie z pojednaniem.

Jak zwykle istotną rolę odgrywają tu notatki, listy i pamiętniki, co po pewnym czasie zaczęło mnie denerwować. Jedynym, co wyniosłam ostatnio z lektury Hollinghursta, było przeświadczenie, że Anglicy dzielą się na autorów i czytelników wspomnień, że każdy, choćby to była pierwsza z brzegu guwernantka, pielęgniarka, pani na włościach czy jej kamerdyner, musi na pewnym etapie napisać wspomnienia, pardą, memuary, albo powieść autobiograficzną, słowem, że cała Anglia tonie w zakurzonych szpargałach opowiadających o czyimś dawno zakończonym zwyczajnym życiu, i, że te szpargały zawsze są pod ręką kiedy trzeba wyjaśnić jakąś zagadkę - wystarczy pojechać do biblioteki i dostaniemy dziennik guwernantki przyjaciółki bohaterki, autobiograficzne powieści jej męża pisarza, jego biografię, wspomnienia autora biografii i listy sprzątaczki autora biografii do guwernantki brata bohaterki, do wyboru do koloru. Każdy kiedykolwiek zapisany skrawek papieru jest gdzieś pieczołowicie przechowywany... A psik, od kurzu i papierzysk kręci w nosie. Oczywiście jest to niezwykle wygodne dla autorki, bo w każdej chwili można odnaleźć czyjś pamiętnik (w sumie wystarczy zadzwonić do najbliższej biblioteki uniwersyteckiej), a nawet jeśli listy zaginęły to mamy spokojną pewność, że któryś z memuarzystów starannie przepisał je drobnym maczkiem w 476 tomie swojego pamiętnika, podkreślając istotne dla akcji fragmenty... i tak oto, skacząc od starych zdjęć przez listy przepisane w dzienniku rozwiążemy całą zagadkę.

Ale, powiedzmy, że nadmiar starych papierzysk to jedna z różnic kulturowych, które można lubić albo nie, mnie się akurat subiektywnie znudziły. Nie można na poważnie stawiać zarzutu, że gdzieś tam jest kultura przechowywania każdego kiedykolwiek napisanego słowa tylko dlatego, że u nas takiej kultury nie ma. Z drugiej strony, można postawić delikatny zarzut, że potrzebne papiery same grzecznie i bez trudu wpadają w ręce akurat wtedy, kiedy się przydadzą. Gorzej, że w tej książce Morton stworzyła bohaterkę, której zupełnie nie da się lubić, a przecież przez większość czasu powinniśmy jej przynajmniej życzliwie kibicować, nie znając jeszcze zakończenia. Tymczasem młodziutka Dorothy jest absolutnie nie do polubienia - rozkapryszona materialistka, żyjąca w świecie fantazji manipulantka, wykorzystująca najbliższych, a jej postępowania nie sposób usprawiedliwić nawet biorąc pod uwagę tragiczne zdarzenia, jakich nie szczędziła jej wojna. Przez 500 stron zastanawiamy się, jakim cudem z takiej głupiej, egocentrycznej lali wyrosła dobra żona i matka piątki dzieci, i dopiero zakończenie wyjaśnia wszystko (tym, którzy się nie domyślili, ja się domyśliłam i nawet zapisałam sobie na karteczce mój domysł w okolicy strony 200, żeby mieć dowód, że Wiedziałam :) ).

Wojenna intryga też trzyma się na włosku - to znaczy, jest tak piętrowa, przekombinowana i oparta na tak kruchych podstawach, że musiała skończyć się źle - ale też zbiegi okoliczności polegające na tym, że ktoś wyciąga z gruzów zbombardowanej knajpki niewysłany list i natychmiast go wysyła to dla mnie już za dużo.

Za dużo zbiegów okoliczności, nieporozumień, sytuacji, gdzie ktoś zamiast zapytać, myślał sobie, że ktoś inny coś myśli albo robi, za dużo pokręconych planów zemsty - i to wszystko w wykonaniu bohaterki, której nie jestem w stanie kibicować, bo budzi odrazę.

Oczywiście, Kate Morton ma dar opowiadania i trudno się oprzeć jej talentowi, dlatego te 600 stron mimo wszystko czyta się dobrze, z zaciekawieniem i napięciem, chce się wiedzieć jak, dlaczego i co będzie dalej. Jednak albo wyrosłam ze ślepego uwielbienia albo ta książka nie jest najbardziej udana w jej dorobku, albo autorka za bardzo polegała na swoim stałym schemacie. Tym razem nie miałam poczucia, że czytam "wyjątkowo dobre czytadło", a po prostu - niezłe czytadło. Tym niemniej, jeśli ktoś ma ochotę na niezłe, trochę przekombinowane czytadło z tajemnicą w tle - z czystym sumieniem polecam.

 

poniedziałek, 24 grudnia 2012
święta

I znowu minął rok, i znowu, jak co roku, święta zaczaiły się za rogiem i wyskoczyły znienacka, choć wydawało się, że dopiero przed chwilą rozbieraliśmy zeszłoroczną choinkę...

Chciałabym życzyć Wam wszystkim, którzy tu zaglądacie, żeby te święta były czasem spokojnym, radosnym, rodzinnym, żeby pachniały choinką i piernikami, a Mikołaj żeby zostawił pod choinką to wszystko, o czym marzycie a w zamian zabrał do wora wszystkie smutki i troski i wyrzucił je z zaprzęgu gdzieś nad biegunem północnym :)

niedziela, 16 grudnia 2012
The Black House - Peter May

Na tę książkę namawiała mnie Padma, długo i skutecznie. Prawdopodobnie jednak bym jej nie kupiła, gdyby nie to, że wpadła mi w ręce w charity shopie za grosze. I sporo bym straciła. Bo "The Black House" po raz kolejny potwierdza, że książki polecane przez Padmę mogę brać w ciemno - nie zawodzą.

"The Black House" to z pozoru po prostu kryminał. Na wyspie Lewis, położonej u północnych wybrzeży Szkocji, zamordowano mężczyznę. Ponieważ zbrodnia wygląda podobnie, jak  morderstwo popełnione niedawno w Edynburgu, policja kieruje na wyspę detektywa, który zajmował się pierwszą sprawą. Fin McLeod wyrusza więc pomóc w śledztwie na wyspie, na której dorastał do momentu wyjazdu na uniwersytet.

Fin jest detektywem z mroczną przeszłością, jednak rozpoczynając lekturę, nie domyślamy się nawet, ile, i jakiego kalibru tragicznych tajemnic kryje jego młodość. Na początku wiemy tylko tyle, że niedawno stracił w wypadku syna, a jego związek się rozpada. Jednak cała książka będzie w równym stopniu dochodzeniem "kto zabił?", jak i podróżą w przeszłość, podczas której czytelnik wraz z policjantem dotrze do wydarzeń, które tego ostatniego ukształtowały.

Fin powraca na wyspę, do maleńkiej, zamkniętej społeczności, z której udało mu się wyrwać kilkanaście lat wcześniej. Oznacza to, że chodził do szkoły, bił się, imprezował i popalał skręty i z zamordowanym, i z podejrzanymi. Ale także, że zna ich najskrytsze tajemnice, a oni znają jego, być może lepiej, niż by sobie życzył. Cały proces śledztwa będzie w istocie dochodzeniem do tego, co wydarzyło się w przeszłości, bo, jak to w naprawdę dobrych kryminałach bywa, korzenie zła tkwią właśnie tam - w tym, co wyparte, przemilczane, strzeżone przez zamknięty krąg uczestników.

Sekrety przeszłości odkrywane są stopniowo, bowiem narracja prowadzona jest na przemian - rozdziały retrospekcyjne przeplatają się ze współczesnymi. Współczesne śledztwo, ponowne spotkania z dawnymi przyjaciółmi i wrogami, są ciekawe, ale zdecydowanie bardziej interesujące są fragmenty wspomnieniowe, które pozwalają dotrzeć do przyczyn zbrodni, a przy okazji odsłaniają nieco z przeszłości bohatera i samej wyspy Lewis.

Wyspa ma bowiem pewną tradycję - co roku dwunastu mężczyzn wyrusza na maleńką wysepkę An Sgeir na Północnym Atlantyku na tradycyjne polowanie na pisklęta głuptaków, zwane w tamtejszym dialekcie "guga". Co ciekawe, jest to tradycja autentyczna, nie została zmyślona przez autora - więcej można poczytać tutaj. Zaproszenie do grona łowców jest wyróżnieniem, a sama wyprawa - klasycznym rytuałem przejścia dla młodszych, dla starszych potwierdzeniem ich pozycji w społeczności. Uczestników wypraw łączy specyficzna więź zrodzona ze wspólnego trudu i swoisty pakt milczenia: "to, co zdarzyło się na wyspie, nie może wyjść poza wyspę". Fin będzie musiał zmierzyć się ze wspomnieniem tragedii, która zdarzyła się na wysepce, kiedy on sam, jako młody chłopak wziął udział w polowaniu.

Opis wyprawy jest najlepszą i najmocniejszą częścią książki. Podróż, metody polowania, życie przez kilkanaście dni w niewyobrażalnie spartańskich warunkach, męska wspólnota, która zawiązuje się podczas takiego przeżycia - to wszystko opisane jest niesłychanie sugestywnie, jak w najlepszych książkach o polarnikach, wielorybnikach, itp. Skały, szalejące morze, nieustannie wiejący wiatr tworzą niesamowity, surowy klimat miejsca wyjętego spod normalnych praw, dostępnego tylko dla wybranych. Dla samych tych kilkudziesięciu stron warto sięgnąć po "The Black House".

Peter May stworzył coś więcej niż kryminał, coś co udaje się tylko najlepszym w tym gatunku - pokazał mroczne strony ludzkiej natury, umiejętnie splótł zagadki przeszłości ze współczesnymi zbrodniami, osadził akcję w fascynującym krajobrazie, na tle niezwykłych, wymierających tradycji. Myślę, że spokojnie mogę postawić tę powieść na półce obok Johana Theorina.

wtorek, 11 grudnia 2012
Tove Jansson. Mama Muminków - Boel Westin

Ostatnie dni upłynęły pod hasłem "wykończyć Mamę Muminków zanim ona wykończy mnie". Prawie się udało - bibliografię i przypisy sobie podaruję. Przy okazji doprecyzowałam sobie, dlaczego nie przepadam za biografiami - otóż chyba nie ma na świecie takiej osoby, o której chciałabym wiedzieć Absolutnie Wszystko albo Bardzo, Bardzo Dużo. Notka biograficzna, artykuł w gazecie, kilka anegdotek z życia, żeby wiedzieć, kto zacz, jakieś dodatkowe smaczki dla ożywienia pomnikowej postaci, trochę tła, chętnie, ale tak 80 lat krok po kroku na 500 stronach, od narodzin do śmierci, listy, wiersze, pamiętniki, rozterki, podróże, obrazy, książki, freski, dramaty, narzeczeni i kochanki to jednak niekoniecznie, nawet w przepięknym wydaniu i bez przypisów, bo to jednak bardziej przypomina kucie do egzaminu niż zaspokajanie ciekawości.

Polski wydawca postanowił zwabić czytelnika na haczyk marketingowy tytułując publikację "Mama Muminków", podczas gdy podobno w szwedzkim tytule o Muminkach nie było ani słowa. Nie bez powodu - spora część książki (co może być niemiłym zaskoczeniem dla wielbicieli małych trolli) opowiada o tym, jak malarka, rzeźbiarka i ilustratorka stała się niewolnicą własnego pomysłu. Jak dorobiono jej gębę "mamy Muminków" i jak bezskutecznie usiłowała się wyrwać z zaklętego kręgu pisania o Muminkach, rysowania Muminków, tworzenia komiksów o Muminkach, wystawiania sztuk o Muminkach i odpowiadania na niezliczone listy małych i dużych wielbicieli. Została "Mamą Muminków" - mało kto chyba poza Skandynawią dobrze zna pozostałą twórczość plastyczną i literacką Tove Jansson, natomiast Muminki znają wszyscy.

Niewątpliwą zaletą książki jest to, że mamy okazję dowiedzieć się naprawdę dużo o tej pozamuminkowej twórczości Jansson. Autorka ze szczegółami przedstawia jej poszukiwania artystyczne, dążenie do samorealizacji przez sztukę i wyrażania siebie, inspiracje malarskie i literackie. W ogóle jest to bardziej biografia artystki niż historia osoby - znajdziemy tu znacznie więcej analiz krytycznych i szczegółowych komentarzy do poszczególnych dzieł niż osobistych detali. Jansson, artystka skupiona na pracy, miłośniczka spokoju i samotności, odludnych wysp i domowego życia, nie jawi się jako szczególnie barwna postać, przemawia raczej przez swoją twórczość.

Oczywiście dużą część jej biografii zdominowały Muminki - pomysły na kolejne części cyklu, potyczki z krajowymi i zagranicznymi wydawcami, komiksy gazetowe, które uwiązały artystkę na wiele lat, aż straciła ochotę do pracy. Czytelnik ciekaw pochodzenia Muminków, pomysłów i inspiracji, znaczenia konkretnych postaci na pewno nie będzie zawiedziony - podczas lektury najlepiej byłoby mieć pod ręką muminkowy cykl, żeby móc na bieżąco sięgać do różnych fragmentów, ilustracji, odnajdywać postacie i porównywać je ze wspomnieniami z dzieciństwa. Tu dygresja - ja przygodę z Muminkami zaczęłam w wieku 9 lat od "Komety..." pożyczonej od przyjaciółki. Byłam zachwycona, zauroczona atmosferą zagrożenia, ponurymi opisami i rozgrywającym się dramatem. Drugą częścią cyklu, która mnie zachwyciła, była "Dolina Muminków w listopadzie". Melancholia, odchodzenie, zagrożenie - te elementy, inspirowane wojną, później sytuacją rodzinną autorki przemawiały do mnie najmocniej, znacznie silniej niż pogodne "Lato Muminków". Teraz, po lekturze biografii, mam ochotę do nich wrócić i przeczytać po dorosłemu, bogatsza o wiedzę (chociaż czy wiedza nie zabija zauroczenia?).

Dostajemy więc biografię artystki wszechstronnej, która mimo rozlicznych innych osiągnięć została zaszufladkowana jako autorka książek dla dzieci, przez co później pisząc dla dorosłych musiała walczyć o uznanie ("...zależy jej bardzo, aby z powodu rysunków nie uznano jej dzieła przez pomyłkę za skierowane do dzieci." (str. 425)). Biografię malarki, rzeźbiarki, ilustratorki, która dbała o każdy szczegół kompozycji swoich dzieł literackich, a najbardziej ze wszystkiego ceniła spokojną wytężoną pracę w swoim atelier w wieży i możliwość wyrażania siebie poprzez sztukę. Nie jest to biografia szczególnie pasjonująca, ze względu na stosunkowo mało barwne życie bohaterki i przewagę krytycznych analiz nad elementami z życia, ale mimo to niewątpliwie sporo można się z niej dowiedzieć.

Ponieważ autorka miała dostęp do gromadzonego latami archiwum Tove Jansson, biografia pełna jest perełek. Są tu i listy, i kartki z pamiętników, i szkice. Z ilustracji można dowiedzieć się, jak ewoluowała postać Muminka - od szkicowego stworka towarzyszącego sygnaturce Tove na rysunkach satyrycznych po znanego wszystkim dzieciom trolla z dużym pyszczkiem (który polska tłumaczka uparcie i brzydko nazywa "kufą"). Znajdziemy tu też reprodukcje obrazów, fotografie i pocztówki. Czasami szkoda, że nikt nie pokusił się o przetłumaczenie tekstu z ilustracji - na cóż nam kartka z pamiętnika, skoro nie dowiemy się, co na niej było napisane albo jeśli musimy zadowolić się krótkim streszczeniem w tekście?

I łyżka dziegciu w beczce miodu - Peek-a-boo ma rację, polskie tłumaczenie zgrzyta. Nie znam szwedzkiego, nie wiem, co tu jest kalką a co "tak wyszło", ale nie da się ukryć, że sporo tu zdań koślawych, powykręcanych, trudnych do zrozumienia konstrukcji składniowych typu "prawą ręką za lewe ucho" albo bez wyraźnego związku logicznego.

Tak więc, mimo przepięknej okładki i interesującej zawartości, polski wydawca lekko sponiewierał Tove Jansson, raz przez przyklejenie jej w tytule niechcianej etykietki "Mamy Muminków", i drugi raz przez toporne tłumaczenie. Mimo to jest to z pewnością bardzo ciekawa lektura dla tych, którzy chcieliby poznać "mamę Muminków" także od innej strony i tych, którzy lubią czytać opasłe biografie.

 

 

 

 

Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli