Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
środa, 31 marca 2010
Pod kopułą - Stephen King


Od soboty mieszkałam pod kopułą razem z dwoma tysiącami mieszkańców miasteczka Chester's Mill. Trudno mi było wyrwać się stamtąd nawet na chwilę, a odgłosy zewnętrznego świata dochodziły stłumione, z bardzo daleka. Mimo, że najnowsza powieść Króla Horroru liczy prawie tysiąc stron, to czyta się tak szybko, i tak wciąga, że możnaby ją połknąć na raz... gdyby rzeczywistość nie upominała się o swoje prawa.

Stephen King właściwie pożarł tu własny ogon, ale zrobił to po mistrzowsku. Po słabej "Komórce" i moim zdaniem beznadziejnie nudnym cyklu Mrocznej Wieży znowu napisał jedną z tych powieści, za które tak go lubię. Nie polecam rozpoczynania przygody z tym autorem od tej akurat książki, bo stracicie połowę przyjemności. Dlaczego? Ponieważ "Pod kopułą" jest napisana tak, jakby King zebrał do kupy wszystkie swoje wcześniejsze powieści, wydestylował z nich najbardziej charakterystyczne wątki i motywy, a następnie połączył w jedną megaksiążkę. Napisaną tak, że każdy wielbiciel Króla natychmiast rozpoznałby jego styl, nawet gdyby dostał powieść bez strony tytułowej. W zasadzie po "Pod kopułą" King powinien już tylko umrzeć albo przestać pisać, bo nic bardziej "kingowskiego" już nie napisze. Znajdowanie podobieństw i typowych drobiazgów (jak choćby staruszek, który spaceruje, żeby uporać się z chorobą żony) sprawiało mi ogromną przyjemność.

Fabuła jest prosta: autor stworzył całe miasteczko, opisał je szczegółowo i precyzyjnie, jak to on, po czym nakrył je nieprzepuszczalnym kloszem i z dużą przyjemnością rozwalił w pył i w proch. Tajemniczy klosz spada na Chester's Mill pewnego sobotniego ranka, odcinając miejscowość od świata. Mieszkańcy próbują dowiedzieć się, czym jest i skąd się wziął, ale akurat odpowiedź na to pytanie nie jest specjalnie ciekawa a nawet trochę mnie rozczarowała. Niezwykle interesujące jest natomiast to, co dzieje się z ludźmi odciętymi od świata, jak reagują na zagrożenie, i wreszcie, jak łatwo władza, nawet na niewielką skalę, może zmienić się w przerażającą tyranię, a spokojna społeczność, odpowiednio zmanipulowana - w żądny krwi tłum.

King kreśli w powieści niepokojący portret amerykańskiej prowincji, rządzonej przez prawicowych fundamentalistów religijnych. Pokazuje zwyrodnienia demokracji i społeczeństwa obywatelskiego (którego zawsze Amerykanom tak zazdrościmy), ale na szczęście, dla równowagi, i to, w jaki sposób porządni ludzie potrafią się zorganizować i wspólnymi siłami walczyć w dobrej sprawie.

Pod kopułą ścierają się dwie siły - jedną kieruje radny miejski Jim Rennie, miejscowy przedsiębiorca i gorliwy chrześcijanin uwikłany w podejrzane interesy, wraz ze stworzoną przez siebie obywatelską milicją, a drugą - weteran z Iraku Dale Barbara, wspierany przez redaktorkę lokalnej gazety, nastoletniego geniusza komputerowego i kilka innych osób, z pomocą wojskowych spoza klosza. Powieść jest, jak to ujął sam autor w posłowiu "gęsto zaludniona", ale zorientowanie się w postaciach i ich losach nie jest trudne, trzeba tylko kilkudziesięciu stron, żeby się do nich przyzwyczaić.

Ze stałych, charakterystycznych jak podpis, motywów Kinga pojawiają się: tajemnicze Coś ukryte w lesie, cytat z popularnej piosenki przewijający się przez całość, "niewidzialne" dla dorosłych dzieci, i ogólnie dzieci jako ważna siła sprawcza, człowiek, którego powoli i nieubłaganie ogarnia coraz większe szaleństwo spowodowane chorobą, wreszcie zło czające się w rzeczach i ludziach pozornie najzwyklejszych na świecie. O wiele straszniejszy od zagadkowego klosza jest byle uśmiech bohatera negatywnego. Są też bardzo typowe dla autora zwiastuny koszmaru, w rodzaju: uśmiechnęła się, nie wiedząc, że zostało jej jeszcze 40 sekund życia. Książka składa się z rozdziałów podzielonych na krótkie podrozdziały, jak gotowe, dynamiczne filmowe ujęcia, a akcja przez cały czas toczy się wartko, nie dając ani chwili oddechu.

Jeśli miałabym się czepiać, to trochę zabrakło mi głębi psychologicznej niektórych postaci, scharakteryzowanych czasem dość pobieżnie, ale przy takim natłoku ludzi i zdarzeń chyba po prostu nie było to możliwe - to raczej fresk niż portret. Ponadto tłumaczenie czasem nie trzyma poziomu - nie mam na to cytatów, tylko ogólne wrażenie.

Jestem wielbicielką Kinga, z dużą przyjemnością przeczytałam prawie wszystkie jego powieści dostępne w Polsce, więc z pewnością nie jestem obiektywna, ale dla mnie "Pod kopułą" była pasjonującą, wciągającą lekturą, pozwalającą zarazem i oderwać się od rzeczywistości i zastanowić nad ludzkimi zachowaniami, i przestraszyć się i pomyśleć. Oczywiście wiem, że dla niektórych to tylko "900 stron zezwierzęcenia, sadyzmu, wulgarności" (z recenzji na merlin.pl), więc jak zwykle - na własną odpowiedzialność :)
Ocena 8/10



sobota, 27 marca 2010
Trafiona - zatopiona - Anna Fryczkowska
Trudno jest recenzować książki napisane przez znajomych. A tak się składa, że miałam przyjemność poznać i kilkakrotnie spotkać Annę Fryczkowską, między innymi dzięki forum Literatek. I pewnie gdyby nie ta znajomość, to przegapiłabym "Trafioną-zatopioną" na półkach księgarni.

Na szczęście kiedy tylko zaczęłam czytać, nabrałam pewności, że nie będę musiała przymuszać się do chwalenia ani łagodzić uwag krytycznych - bo to jest po prostu bardzo dobra książka, od której trudno się oderwać.

To jest dokładnie taka książka, jakie chciałabym, żeby polscy autorzy pisali - mądra, bardzo prawdziwa, bardzo blisko rzeczywistości, a jednocześnie dobrze napisana, bez mrugania okiem do "ambitnej" krytyki, bez wykrzywiania świata i postaci.

Jest upalny czerwiec w Warszawie. Wylewa Wisła, a powódź zalewa niższe piętra pewnego bloku na Powiślu. Mieszkańcy tłoczą się na wyższych piętrach w oczekiwaniu na ewakuację, bliscy w rejonach miasta, których nie dotknęła katastrofa, czekają na wieści. To niecodzienne wydarzenie splata losy czworga bohaterów: Besi - niepracującej żony i matki, która nie czuje się dobrze w tej roli. Tomka - chirurga onkologa, Agaty - studentki pochodzącej ze wsi, i Chudego - dziwnego, wyizolowanego i neurotycznego chłopaka. Każdemu z nich autorka daje własny głos, prowadzą opowieść po kolei, każde ze swojego punktu widzenia. Czasami do narracji na chwilę włączają się postacie drugoplanowe. Powódź, mimo brudu, jaki niesie ze sobą woda, będzie dla nich wszystkich wydarzeniem oczyszczającym. Przymusowe uwięzienie pozwoli im się otworzyć przed sobą, na jaw wyjdą głęboko skrywane tajemnice i neurozy - zły dotyk, zaburzenia jedzenia, kłopoty małżeńskie. Każdy z bohaterów przechodzi przemianę i uwalnia się od czegoś, co ciążyło przez lata.

Kiedyś zetknęłam się z opinią, że "Fryczkowska nie lubi ludzi". Otóż to nieprawda. Autorka ma wyjątkowy dar obserwacji, który pozwala jej bardzo wnikliwie przyglądać się ludziom i przedstawiać ich takimi, jacy są. Niezwykle wiarygodnie opisuje psychikę, myśli, motywacje bohaterów, daje każdemu z nich własny język i sposób mówienia, a przy tym udaje jej się nie popaść w przesadę i nie zmienić ich w jednowymiarowe karykatury (tak jak zrobiła to Rejmer w "Toksymii", gdzie przez całą książkę wyczuwałam ton pogardy i szyderstwa z opisywanych postaci, co krytycy nazwali potem "lekkim poczuciem humoru"). Postaci u Fryczkowskiej są po prostu prawdziwe, nawet te drugoplanowe czy epizodyczne. To są właśnie ci moi ulubieni "zwykli ludzie", którzy pod pozorem zwyczajności skrywają mnóstwo problemów, niepewności, czasem dziwactw. Ta książka jest jak lustro - przy czym nie jest to ani wyszczuplające lustro z przymierzalni sieciowego sklepu, ani krzywe lustro z wesołego miasteczka.

"Trafiona-zatopiona" zostanie mi w głowie na długo, bo podczas czytania bardzo mocno utożsamiałam się z jedną z postaci, zdarzało mi się myśleć: "Przecież to o mnie!" Z tego powodu byłam nieco rozczarowana zakończeniem - miałam cichą nadzieję, że Besia wybierze inne rozwiązanie. Ale to, które wybrała, też jest właśnie prawdziwe i wiarygodne - takie właśnie jest życie, czy nam się to podoba, czy nie.

Ogromnym plusem książki jest też świetna, graficzna okładka. Zwykle nie zwracam uwagi na okładki, ale ta naprawdę przyciąga wzrok na półce.

"Trafiona-zatopiona" to naprawdę dobra, dojrzała polska powieść współczesna. Szkoda, żeby przeszła niezauważona.
A dla ciekawych - wywiad z Autorką .


Ocena: 9/10



czwartek, 25 marca 2010
strefa niezależna
No dobra, nie wiem jak to napisać, więc napiszę to najprościej jak potrafię.

Na tym blogu (na blogu-matce zresztą też) nie zamierzam nawiązywać współpracy z żadnymi wydawnictwami, dystrybutorami itp.

W moim przekonaniu każda, nawet najbardziej luźna, forma tego typu współpracy ma pewien wpływ na niezależność bloga i jego autora. A niezależność zajmuje jedną z najwyższych pozycji w mojej osobistej hierarchii wartości. Jest też, dla mnie, najważniejszą wartością blogów.

Propozycja przeczytania książki przed premierą, otrzymania egzemplarza recenzenckiego, wygrania laptopa za wygenerowanie największego ruchu przy recenzji - kusi. Ale w takiej sytuacji mój czytelnik nigdy nie miałby stuprocentowej gwarancji, że bloger całkowicie uczciwie i szczerze recenzuje książkę. Że nie zechce się dyskretnie "odwdzięczyć" sponsorowi dobrą recenzją, albo tylko o oczko lepszą niż planował. Albo, że nie podrasuje recenzji w trosce (obawie) o dalszą współpracę.

Kiedy czytam blog kulinarny z reklamą kostki rosołowej i informacją, że producent dostarczył ją autorowi do jakiegoś "projektu", zawsze zastanawiam się - czy autor napisałby mi uczciwie pod czymś takim, że ta kostka jest niesmaczna, albo tylko odrobinę mniej smaczna niż kostka innej firmy? Wszelkie artykuły sponsorowane budzą we mnie natychmiastową podejrzliwość. Nie zamierzam też być nowoczesnym narzędziem marketingowo-promocyjnym, bo nie uznaję promocji na forach i blogach.

Dlatego proszę zainteresowanych o nieskładanie mi dalszych propozycji tego typu. Na górze jest okienko AdTailly, wykupienie reklamy tygodniowej kosztuje tyle, co dwie paczki fajek, zapraszam.

Wiem, że inni blogerzy współpracują z wydawnictwami w ten sposób, nie potępiam, nie krytykuję, każdy robi to, co uważa za słuszne, ja też.


Ostrygojady - Susan Fletcher


Po "Ostrygojady" sięgnęłam, zachęcona recenzją Padmy . Nie rozczarowałam się.
Bohaterkami powieści są dwie siostry: Moira i Amy, ta druga o 12 lat młodsza. Amy wskutek nieszczęśliwego wypadku leży w szpitalu pogrążona w śpiączce. Moira, która obwinia się o to, że pośrednio stała się przyczyną tragedii, odwiedza ją, i siedząc przy łóżku opowiada siostrze o swoim życiu. Jest to rodzaj spowiedzi, wyznania win, jakich starsza siostra dopuściła się wobec młodszej, i krzywd, jakie wyrządziła całej rodzinie.

Jest to historia dorastania wrażliwej, "dziwnej", samotnej, uzdolnionej ale zakompleksionej dziewczyny. Dziewczyny, której narodziny przepowiedziała Cyganka słowami: "Ciemnooka. Dziwna". Zgadzam się z Padmą, że Moira bywa antypatyczna. Czasami sprawia wrażenie jednej z tych okropnych, skoncentrowanych wyłącznie na sobie osób, które nie potrafią dorosnąć, hołubiąc wyolbrzymione krzywdy, jakich rzekomo doznały w dzieciństwie. Osób, którymi chciałoby się potrząsnąć i kazać wziąć się w garść. Bo Moira wychowała się w kochającej, szczęśliwej rodzinie, której spokój zakłócały tylko bezskuteczne starania rodziców o drugie dziecko. A gdy to drugie dziecko wreszcie się pojawiło, co zbiegło się z wyjazdem Moiry do internatu, znienawidziła je. Można kogoś kochać tylko dlatego, że jest, jak widać, można i nienawidzieć za sam fakt istnienia. Moira zamyka się w skorupie, odrzucając siostrę, a z nią i miłość rodziców. Jedyna osoba, z którą jest blisko to londyńska ciotka Til, która pełni rolę "dobrej wróżki" ale też sama jest zbyt nieuporządkowana, żeby naprawdę pomóc siostrzenicy. 

Do końca książki nie udało mi się szczerze polubić Moiry, z drugiej strony bardzo żałowałam Amy, odrzuconej i niekochanej przez siostrę mimo swoich usilnych starań i podziwu, jakim ją otaczała.

Mimo to książka jest bardzo dobra, a bohaterka, mimo, że antypatyczna, ma w sobie to "coś", co sprawia, że jej historia jest fascynująca. Moira opowiada swoją historię od chwili narodzin, przez lata dzieciństwa, dorastanie w szkole z internatem, gdzie byla obiektem kpin i okrutnych żartów koleżanek, aż po pierwszą miłość, małżeństwo i związane z nim problemy. Autorka doskonale, wnikliwie i bez zbędnych sentymentów opisuje psychikę osoby wyobcowanej ze środowiska, innej niż rówieśnicy, niepotrafiącej nawiązać kontaktu z otoczeniem. Chwilami odnajdowałam w Moirze coś z siebie. Bohaterka opisuje swojego męża: "Ściskał dłoń rozmówcy, kładąc mu rękę na ramieniu, więc cóż mógł wiedzieć o pustce? Z ciemnej strony rzeczy poznał tyle, ile pokazała mu Moira. Wewnętrzne przestrzenie? Jego były pełne." (str.334). Życie wśród ludzi, których wewnętrzne przestrzenie są doskonale pełne, bez cienia pustki, wieczne poczucie obcości, niedopasowania - są wspaniale, wiarygodnie opisane i stanowiły nitkę, która pozwalała mi może nie polubić, ale zrozumieć bohaterkę. Jej postawa, odrzucanie wszystkiego, co dobre ("ja szukałam fałszu i błota"), nawet ta dziecinna zazdrość o siostrę, są logiczne i zrozumiałe.

Piękny jest język tej książki: proste, niemal urywane zdania, sugestywne choć nie nadmiernie bogate opisy tworzące niepowtarzalny klimat. Chwilami subtelny, poetycki, nieoczywisty. Ważną rolę w powieści odgrywa morze - jako miejsce początku, narodzin, powrotów, a wreszcie i końca - dla Amy. Przejmujący, choć ledwie zasugerowany w relacjach z drugiej ręki jest opis katastrofy ekologicznej na wybrzeżu. Moira, "dziecko morza", stale wraca na wybrzeże, czerpiąc z niego siłę do życia. Może i dlatego też pogardza swoją siostrą, która na statku wymiotuje, a jej zainteresowania kierują się w stronę lądu i zamieszkujących go stworzeń.


To smutna, doskonale napisana, przenikliwa książka o samotności, o dorastaniu, o tym jak trudno o bliskość nawet w rodzinie.

Ocena 9/10
niedziela, 21 marca 2010
Archipelag Khuruna - Jewgienij T. Olejniczak
Dawno nie czytałam nic z polskiej fantastyki. Straciłam orientację w tym gatunku, może dlatego, że przestałam już namiętnie czytać "Fantastykę" i inne czasopisma poświęcone temu gatunkowi.

Sięgnęłam więc po "Archipelag Khuruna" z ciekawością ale i pewną obawą i przeżyłam bardzo miłe zaskoczenie.

Tytułowy Archipelag to miejsce tajemnicze, znajdujące się w innym wymiarze czy innej przestrzeni, przenikającej się z naszą, zamieszkane przez groźne istoty, którym udało się przeniknąć i do naszego świata. Emerytowany policjant i tropiciel oszustw związanych ze zjawiskami nadprzyrodzonymi, Emanuel Henzelmann, wpada na trop zagadki przypadkowo, przy okazji badania pewnej niezwykłej fotografii. Dzieje się to w 1879 roku. W śledztwie pomoże mu "najgorszy kataryniarz w całym dziewiętnastowiecznym Krakowie", mnisi należący do pewnego tajnego bractwa, i pewien profesor jakby żywcem wyjęty z kart powieści Julesa Verne'a.

Jewgienij T. Olejniczak bardzo sugestywnie odtwarza atmosferę XIX-wiecznego Krakowa, zaludnionego przez pełnokrwiste, bardzo różnorodne postaci. Akcja toczy się wartko, a uroku dodają jej Verne'owskie smaczki, nawiązania do ówczesnych teorii i wypraw badawczych, a przede wszystkim wątek bibliofilski, obfitujący w rozmaite apokryfy, tajemnicze księgi i źródła historyczne potwierdzające istnienie Khuruny. Podobały mi się też nawiązania, z przymrużeniem oka, do współczesnej popularnej ikonografii spotkań z Obcymi. Miłośnicy sensacji znajdą tu tajnych agentów, brutalną morderczynię i spisek na życie pewnej autentycznej ważnej osobistości z tamtych lat. Zakończenie jest przewrotne, oparte na niedopowiedzeniach i potrzeba chwili zastanowienia, żeby je zrozumieć. Mam nadzieję, że zrozumiałam :)

Zabrakło mi tylko trochę bardziej obszernego wyjaśnienia zagadki Khuruny, i większej ilości informacji na jej temat. Nie, żeby ich było za mało, po prostu chętnie przeczytałabym jeszcze 100-200 stron na temat tego świata i istot go zamieszkujących, a najchętniej obszerną relację z wyprawy badawczej na Archipelag, w klimacie "opowieści peruwiańskiej" profesora. Cóż, pozostaje mieć nadzieję na kontynuację :)

Podsumowując, dobra powieść fantastyczno-kryminalno-historyczna, która wciąga, interesuje i bawi. Idealna na odświeżenie znajomości z fantastyką polską po paru ładnych latach.
Ocena: 8/10
środa, 17 marca 2010
wywiad z Lucyną Olejniczak
autorką "Wypadku na ulicy Starowiślnej" i "Dagerotypu", który już lada chwila ukaże się w księgarniach!
Tutaj:
http://www.dziennik-literacki.pl/wywiady/213,Chopin-jest-dla-mnie-bezcenny--wywiad-z-Lucyna-Olejniczak
Tagi: Polska
09:04, mdl2
Link
wtorek, 16 marca 2010
Marilyn, ostatnie seanse - Michel Schneider
Zacznę od tego, że uwielbiam blogowe inspiracje lekturowe. Nie zliczę już, ile książek przeczytałam albo zamierzam przeczytać dzięki zaprzyjaźnionym blogom. Fascynuje mnie więź, jaka powstaje między ludźmi podróżującymi jednocześnie albo tuż po sobie po tej samej książkowej krainie, zbudowanej ze słów, i możliwość "wspólnego" czytania, patrzenia niejako podwójnie, swoimi i cudzymi oczami na tę samą książkę czy film, porównywania odbioru.

Po "Marilyn..." sięgnęłam zainspirowana tą notką . Co prawda notka o filmie, ale uświadomiła mi, że książka o Marilyn stoi na półce, kupiona rok temu, zaczęta i odłożona bez wyraźnego powodu. Widocznie przyszedł czas na dokończenie lektury.

"Marilyn, ostatnie seanse" to powieść francuskiego autora, nominowana do Nagrody Goncourtów. Autor na początku zastrzega, że "książka ta opiera się na faktach, a jej bohaterowie występują pod swymi prawdziwymi nazwiskami (...) Miejsca są precyzyjnie wskazane, daty sprawdzone. Cytaty zapożyczone z notatek, listów, artykułów, wywiadów, książek, filmów, itd., to słowa, które naprawdę zostały wypowiedziane przez bohaterów." (str. 9), lecz chwilę dalej dodaje: "Jedynie fikcja pozwala dotrzeć do rzeczywistości." (str. 10).

Dostajemy więc powieść-nie powieść, pół powieść, pół dokument. Z jednej strony autor bardzo precyzyjnie odtwarza ostatnie miesiące i lata życia gwiazdy, z drugiej nie wiadomo w jakim stopniu możemy mu zaufać, gdzie dokument przechodzi w fikcję. Pamiętam, że przy poprzednim podejściu książka wydawała mi się "dziwna", jednak tym razem okazało się, że wystarczy się przyzwyczaić do krótkich rozdziałów, urywkowych scen, przeskakiwania w czasie w tył i w przód (dopiero pod koniec, w miarę zbliżania się do dnia śmierci Marilyn, chronologia przestaje wariować). Wbrew pozorom relacja z dziwnego, toksycznego związku aktorki z jej ostatnim psychoanalitykiem jest dość chłodna, pozbawiona emocji, choć bardzo wiele o emocjach opowiada. Nie jestem pewna czy to zaleta tej książki, czy raczej wada, wynikająca z tego, że powieść znalazła się tak właśnie w pół drogi pomiędzy fikcją a faktem. Zdecydowanie bardziej emocjonalna, ożywiająca postać Marilyn w pełnym wymiarze jest fabularna "Blondynka" Joyce Carol Oates.

Marilyn, która wyłania się z kart tej książki, nie budzi mojej sympatii ani nawet współczucia, mimo ewidentnej choroby psychicznej. Jest kimś, kogo bez wahania nazwałabym wampirem - narcystyczną, skupioną obsesyjnie na sobie i swoich lękach egoistką, kimś, kto wyłącznie bierze, a nigdy nic nie daje, wykorzystującym bez oporów otaczających ją ludzi, gotowych oddać jej wszystko na jedno skinienie. Toksyczna. Zdecydowanie bardziej toksyczna (może dlatego, że bardziej wyrazista) niż Ralph Greenson, który chyba w zamierzeniu miał być "czarnym charakterem", wciągającym gwiazdę w niezdrową więź, ale wypada dość blado. Marilyn z "Blondynki" była bardziej ludzka, bardziej dawała się polubić. Ta Marilyn, choć podobnie zmaga się ze swym wizerunkiem i lękami, skrzywdzona porzuceniem przez matkę, budzi irytację.

Autor, Michel Schneider, jest psychoanalitykiem i to się czuje przy czytaniu. Właściwie najciekawszym bohaterem "Ostatnich seansów" jest amerykańsko-europejskie środowisko psychoanalityków lat 50 i 60 XX w. Przedstawione tutaj jako ciasna do granic klaustrofobii, niemal kazirodcza sekta kapłanów dziwacznej pseudonauki, którzy nieustannie analizują siebie nawzajem systemem "każdy z każdym" i zajmują się jakimiś wydumanymi pseudoproblemami z gatunku: "Fakt, iż dźwięk 'mm' powstaje przy zetknięciu warg, wydaje się wskazywać, iż jest to jedyny dźwięk, który można wydobywać z siebie i powtarzać, trzymając coś cennego w ustach. To dźwięk, który wydajemy, ssąc pierś lub na nią czekając." (str. 170), a dodatkowo kojarzą wszystko albo fallicznie ("Postanowił nie używać igły, widząc w tym akt zbyt wyraźnie falliczny" (str. 351)) albo analnie ("Brud nie ma płci, jak miłość. jedno i drugie zlewało się dla Marilyn w całkowitej bierności lewatywy." (str. 351). Nic dziwnego, że psychoanaliza w tym wydaniu doszczętnie się skompromitowała i odeszła do lamusa. Fascynująca jest za to władza nad umysłami ludzkimi, jaką ta dość odpychająca sekta zyskała w połowie XX wieku.

Odbiciem tej władzy jest przedstawiona tu relacja pomiędzy Marilyn a terapeutą. Dla niego "Stała się moim dzieckiem, moim bólem, siostrą, moim szaleństwem" (str. 18), ona nazywała go "moim Jezusem. Moim zbawicielem. Robi dla mnie tyle wspaniałych rzeczy. Słucha mnie, dodaje odwagi. Sprawia, że czuję się inteligentna*. Pobudza do myślenia." (str. 66). Autor podsumowuje tę relację: "Ta miłość była prawdziwą pasją, były upadki, zaczynanie wszystkiego od nowa, sytuacje bez wyjścia, lanie gorzkich łez, mroczne delektowanie się. Pasja przeniesienia. Jeśli miłość jest zawsze wzajemna - każdy kocha, żeby być kochanym - pasja jest asymetryczna." (str. 189)

Tylko że opowieść o tej relacji jakoś ani nie porywa, ani nie wydaje się szczególnie przekonująca opisana tak jak w tej książce. Czegoś mi tu zabrakło, czegoś, czego potrzebuję, żeby autentycznie się przejąć losami bohaterów. Nie wystarczał mi elegancki, klarowny język i głębokie psychologiczne spostrzeżenia.

Ktoś, kto liczyłby na rozwiązanie zagadki śmierci Marilyn poprzez tajemnicze taśmy z "ostatnich seansów", też będzie zawiedziony. Nie ma tu odpowiedzi, rozwiązań, nie ma więcej faktów niż w pierwszym lepszym programie na Discovery z cyklu "zagadkowe historie" (nawiasem mówiąc dokument o śmierci Marilyn był emitowany na jednym z tych kanałów wczoraj przed południem). Jest tylko opowieść o pewnej destrukcyjnej więzi, która może doprowadziła do tragedii, a może i nie. Nawet słynne taśmy poznajemy tylko z notatek wykonanych przez jednego z prowadzących śledztwo. "Ostatecznie nikt nie dowie się niczego o tym, co się naprawdę stało" (str. 388) - stwierdza autor pod koniec.

Czy warto przeczytać? Na pewno, bo to niezła książka, jeszcze jedno, inne spojrzenie na dawno zmarłą gwiazdę, która większości z nas kojarzy się z niemądrą lalkowatą blondynką, czyli z wizerunkiem, od którego Norma Jeane tak bardzo pragnęła się oddzielić. Pewien obraz tamtych czasów i świata Hollywood, wart poznania.

Ocena 8/10
* Swoją drogą, czyż to nie jest ideał mężczyzny każdej z nas, taki, który sprawia, że czujemy się inteligentne? :)
środa, 10 marca 2010
książki mnie pożrą
zaduszą i pogrzebią żywcem.

Właśnie zakończyłam kolejne podejście do uporządkowania książek, które zaczynały się niebezpiecznie rozpełzać po domu.

Wymusiły kolejny desperacki krok, na który długo nie chciałam się zgodzić. Stoją w dwóch rzędach. Jak kiedyś w mieszkaniu mojej Babki. Co jest denerwujące, bo jakoś zawsze wtedy mam wrażenie, że te najlepsze i najciekawsze są tam z tyłu, schowane, a na wierzchu stoją te mniej potrzebne i gorsze. Ale chyba lepiej w dwóch rzędach niż w stosach na podłodze, komodzie i parapecie...

Podczas porządków odkryłam dziesiątki nieprzeczytanych, kupionych dawno i niedawno i odłożonych na wolną chwilę, lepsze czasy, odpowiedni moment. Myślę że spokojnie z samych tych nieprzeczytanych ułożyłabym stos pod sufit. Czegóż tam nie ma! Mesjasze, Romans licealny, Ostrygojady, Harmonia Caelestis, Paradoks czasu, To ja byłem Vermeerem... pamiętam kupowanie, zamawianie, czekanie, pamiętam, jak bardzo chciałam je natychmiast przeczytać, nie pamiętam jakim cudem pospadały na koniec kolejki. Życia mi nie starczy... postulat Susan Hill (a year of reading from home) nęci, ale to jak z rzucaniem palenia albo słodyczy... jeszcze nie od dzisiaj, jeszcze od następnego zamówienia w Merlinie, które ma odroczoną wysyłkę na koniec marca. Jakieś wakacje by się przydały, jakaś grypa czy inne paskudztwo jako wymówka do leżenia i czytania tego wszystkiego.

W nowym domu, o ile jakiś kiedyś kupimy, będę miała swój gabinet. Taki, jaki miał mój Wujek Andrzej - zastawiony regałami od podłogi do sufitu, na wszystkich czterech ścianach, z dziurą w regałach na okno i drzwi. A na tych regałach podobno ponad 10 tysięcy książek i wszystkie przeczytane, skatalogowane, z notatkami na marginesach. Czasami pozwalał dzieciom tam wchodzić... pamiętam zapach tego pokoju, kurz wirujący w promieniach słońca, stary papier i ciemne drewno. Będę miała taki pokój, z regałami i fotelem, i pewnego dnia w tym pokoju umrę szczęśliwa. Jak mój inny wujek, Wujek Franek, starszy brat babci, który pewnego popołudnia doczytał książkę do końca, zamknął, odłożył na stolik obok fotela, zamknął oczy i umarł.
wtorek, 09 marca 2010
Dobrze jest, jak jest - Annie Proulx
"Dobrze jest, jak jest" to zbiór opowiadań pisarki, która zasłynęła z dwóch zekranizowanych powieści - "Tajemnica Brokeback Mountain" i "Kronika portowa" (film nosił chyba tytuł "Kroniki portowe").

W dziewięciu opowiadaniach Annie Proulx wraca na swój ulubiony pisarski teren, na Zachód Ameryki, do stanu Wyoming. Kreśli losy pionierów, poganiaczy bydła, i współczesnych ranczerów na przestrzeni ostatnich 150 lat. Przez historie pojedynczych osób, par, rodzin, ukazuje życie na Zachodzie w całej jego surowości. W tych opowiadaniach zamyka się kawał historii i współczesności Ameryki.

Proulx jest mistrzynią języka - w oszczędnej, pozornie bardzo prostej formie potrafi zawrzeć całe bogactwo ludzkich przeżyć i doświadczeń. Jej bohaterowie to ludzie do bólu zwyczajni, często ubodzy, niewykształceni, brzydcy, naznaczeni trudami życia, a jednak pełni godności i człowieczeństwa. To ludzie twardzi, wytrwali, nawykli do ciężkiej pracy, uparcie wykuwający swój los wśród nieprzychylnego, surowego krajobrazu. Wszystkie opisane losy łączy tragizm - doświadczenie cierpienia, straty, wreszcie śmierć bohaterów. Czasem "głupia", przychodząca znienacka, w wyniku drobnego wypadku czy nieszczęśliwego zbiegu okoliczności. A ponadto samotność, brak miłości, rozłąka. Zwykłe losy najzwyklejszych ludzi, częściej gorzkie niż piękne, ale jak opisane!

Pewnym dysonansem, nie pasującym do całości, są dwa humorystyczne, albo lepiej: satyryczne opowiadania, których głównym bohaterem jest Szatan. Domyślam się, że nie znalazły się w zbiorze bez powodu, ale nie jest dla mnie jasne, czemu właściwie miały służyć. Wydały mi się niepotrzebnym elementem rozbijającym całość, a poza tym mam wrażenie, że są na nieco gorszym poziomie niż reszta książki. Na pewno jednak warto po nią sięgnąć dla pozostałych siedmiu opowiadań.


Ocena: 8/10
wtorek, 02 marca 2010
Toksymia - Małgorzata Rejmer
Przeczytałam. Napisałam nawet długą recenzję do opublikowania tutaj, ale zorientowałam się że nie wypada.

Anonimowo, jako blogerka, może tak, ale jako młoda pisarka jadowicie dowalać innej, naprawdę młodej zresztą, pisarce - nie mogę.

Zastanawiam się tylko, ile jeszcze polski czytelnik zniesie książek takich samych, o tym samym, których podstawowym atutem jest "świetne wyczucie języka". Ile jeszcze takich samych debiutów napisanych tą samą męczącą manierą wylansuje "Lampa" i armia wpływowych krytyków, zanim przyjdzie moda na coś innego.

Poproszę dla odmiany jakiegoś autora bez "świetnego wyczucia języka", który mi porządnie opowie porządną historię. Wzruszy. Zaciekawi. Rozśmieszy. Zainteresuje. Brytyjczycy potrafią, Skandynawowie potrafią, Hindusi potrafią, dlaczego Polacy nie chcą?

Przede mną "Pensjonat" Piotra Pazińskiego. Już się boję, że znowu będzie to samo.
Tagi: Polska
21:49, mdl2
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2
Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli