Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
wtorek, 29 marca 2011
frustracje mola książkowego

Uwaga, wpis z przymrużeniem oka, może urażać uczucia parareligijne :)

Jak się tak dokładniej przyjrzeć, to życie mola książkowego, nałogowego czytelnika, miłośnika książek, blogera książkowego, jest pasmem nieustannych zmartwień i frustracji.

A to nakupujemy za dużo książek i się martwimy, że nie mamy kiedy ich przeczytać, a poza tym jakoś nam doskwiera brak tych stu złotych, które znowu przepuściliśmy przy ostatniej wizycie w księgarni i czujemy się trochę jak hazardzista, który w drodze do sklepu przegrał ostatnie pieniądze przeznaczone na mleko dla dziecka.

A to znów mamy co czytać, ale nie wiemy co wybrać, więc czytamy pięć naraz, a potem się martwimy, że żadna nas jakoś nie wciąga. Odkładamy niedoczytane i mamy wyrzuty sumienia jak w banku, więc zmuszamy się, żeby doczytać a wtedy martwimy się, że kiepskie i nudne i można by w tym czasie poczytać coś ciekawszego.

Kiedy indziej nie mamy czasu na czytanie, albo wolimy sobie pooglądać głupi program w telewizji, i oczywiście mamy z tego powodu straszliwe wyrzuty sumienia.

Jest na świecie milion dobrych, klasycznych książek, których nie czytaliśmy, z czego co najmniej pięćset znajduje się na rozmaitych listach "must read" i w kanonach lektur obowiązkowych, opracowanych przez rozmaite autorytety. Przyznanie się do nieznajomości dowolnej z nich może wywołać grymas niedowierzania na twarzy dowolnie wybranego rozmówcy połączony z pytaniem "Jak to, NAPRAWDĘ nie czytałaś... (Czarodziejskiej Góry, Jane Eyre*, Idioty, niepotrzebne skreślić albo wstawić swój największy wyrzut sumienia)?" Najbardziej martwi nas fakt, że tak naprawdę wcale nam się nie chce czytać tych cegieł akurat teraz, bo należało je przeczytać w II klasie liceum, kiedy człowiek czytał absolutnie wszystko, co wpadło w ręce, a teraz to wolelibyśmy jednak może coś z nowości... więc oczywiście się wstydzimy.

Jeśli przypadkiem piszemy bloga, to co jakiś czas, w przypływie naiwnego optymizmu podejmujemy absurdalne, z góry skazane na klęskę zobowiązania w stylu "do dwudziestego drugiego maja przeczytam pięć norweskich kryminałów lesbijskich w oryginale", po czym musimy publicznie się pokajać, że nie zdążyliśmy pięciu, tylko dwa, a w dodatku jeden był w tłumaczeniu na niemiecki, więc się nie liczy. Trochę jak z publicznym odchudzaniem się :)

Kupujemy masę książek, układamy je w malownicze sterty na podłogach, parapetach i wszystkich dostępnych płaskich powierzchniach łącznie z blatem kuchennym i deską do prasowania, po czym martwimy się brakiem półek, brakiem powierzchni mieszkalnej na nowe półki, brakiem blatu kuchennego i deski do prasowania. Martwimy się też tym, że nie możemy nigdzie znaleźć tej powieści kupionej trzy miesiące temu w taniej książce, na którą akurat teraz mamy szaloną ochotę.

Martwimy się tym, że nie czytamy tego, co Powinniśmy czytać (na przykład polskich autorów, brytyjskich autorów, laureatów nagrody Bookera, XIX-wiecznych powieści rosyjskich, nowej Chutnik albo nowego Grossa, co tam każdy sobie wbije do głowy).

Martwimy się, kiedy czytamy za dużo, i kiedy czytamy za mało, wstydzimy się kiedy czytamy czytadła, martwi nas też okropnie, że są na tym świecie ludzie, którzy nie czytają absolutnie nic, chociaż najczęściej nie należą do kręgu naszych znajomych i mamy z nimi bardzo niewiele wspólnego, więc w zasadzie nie powinni nam w ogóle przeszkadzać, dopóki nie musimy przebywać w ich towarzystwie.

Martwimy się, wstydzimy się, kajamy się i mamy wieczne wyrzuty sumienia.

Protestuję i wypisuję się z martwienia :) Przecież to ma być przede wszystkim przyjemność :)

--

* Czytałam Jane Eyre :) 

 

niedziela, 27 marca 2011
Cień Hipokratesa - David H. Newman

Zaczynam mieć wrażenie, że kolejne książki o tematyce medycznej robią się coraz bardziej podobne do siebie.

"Cień Hipokratesa" opowiada o "ciemnych stronach medycyny". Głównie o tym, czego lekarze nie wiedzą, czego nam nie mówią, i czego nie robią. A także o mitach, w które uparcie wierzą i skołowani pacjenci, i, siłą przyzwyczajenia, lekarze, choć mają one nikłe uzasadnienie.

Dowiemy się więc o tym, że nie ma żadnych naukowych podstaw, by uważać mammografię za skuteczny sposób na zapobieganie śmiertelności z powodu raka piersi. Że antybiotyk podawany rutynowo przy anginie wcale nie ma leczyć z anginy, która nie jest tak groźna, jak nam się wydaje, a zapobiegać bardzo rzadkim powikłaniom. Co dla mnie jest niezwykle cenną informacją, z uwagi na Dziecko Starsze, które poszło w moje ślady i choruje na anginy/zapalenia gardła średnio 3-4 razy do roku (teraz niestety też, od wczoraj...) Że lekarzy nikt nie uczy, jak rozmawiać z przerażonym, cierpiącym pacjentem. Dowiemy się, że istnieje niezwykle prosta metoda pomiaru skuteczności leku, ale mało kto o niej wie i prawie nikt o niej nie mówi. A także o tym, że jeśli dusimy się w ataku astmy, albo mamy siekierę wbitą w plecy, to mamy olbrzymie szanse na uratowanie życia, ale jeśli od 10 lat bolą nas plecy bez wyraźnego powodu typu siekiera, to mamy jeszcze większe szanse, że medycyna będzie kompletnie bezradna.

Tematy stosunkowo kontrowersyjne, ale znane już uważnym czytelnikom działów naukowych w tygodnikach, i raczej potwierdzające zdroworozsądkowe myślenie.

Jest to kolejny zbiór ciekawostek, ilustrowany anegdotami i przykładami z praktyki autora, lekarza oddziału ratunkowego nowojorskiego szpitala. Dużo statystyki i obliczeń, ale na szczęście więcej "mięsa" i krwi niż u Atula Gawande. Ciekawie, ale bez większych rewelacji. Dla wielbicieli tematu.

 

Tagi: medycyna
19:46, mdl2
Link Komentarze (2) »
czwartek, 24 marca 2011
Lustra miasta - Elif Safak

Mam zasadniczy problem z tą książką.

Lubię Elif Safak, bardzo podobał mi się "Pchli Pałac", do "Bękarta ze Stambułu" miałam niewielkie zastrzeżenia, ale obie książki przeczytałam z przyjemnością. Przyczyniły się do tego świetne, żywe, pełne kolorów, dźwięków i zapachów opisy Stambułu i galeria doskonale opisanych, czasem dziwacznych, czasem żałosnych, czasem tragicznych, ale zawsze bardzo realistycznych i ludzkich bohaterów.

"Lustra miasta" to książka zupełnie inna od dwóch poprzednich (czytam, co oczywiste, w kolejności wydań polskich). Akcja rozgrywa się w XVII wieku, początkowo w Hiszpanii, później w Wenecji i Stambule. Bohaterowie to rodzina Pereira. Ochrzczeni Żydzi wpadają w szpony Inkwizycji z powodu donosu zawistnej sąsiadki. Jeden z braci, Antonio, lekarz i filozof, przebywa w tym czasie w podróży naukowej we Włoszech, drugiemu, Miguelowi, udaje się zbiec. Dociera aż do Stambułu, gdzie zamieszkuje u starego rabina. Miguel i żona Antonia, Isabel, dzielą wspólną tajemnicę z przeszłości.

Sama historia ciekawa, choć trudno powiedzieć, że trzymająca w napięciu - zdarzeń i zwrotów tu niewiele, na pewno nie jest to lektura dla wielbicieli awanturniczych, przygodowych powieści historycznych, gdzie wiek któryś-tam jest tylko starannie odmalowanym freskiem przesuwającym się w tle, żeby pokazać, że autor (albo researcher) odrobił pracę domową. Fabuła jest, mam wrażenie, tylko pretekstem.

Pretekstem do czego?

I tu właśnie pojawia się mój zasadniczy problem. Bo "Lustra miasta" to książka wymykająca się klasyfikacjom. Napisana językiem przebogatym, kipiącym życiem, pełnym poezji i erudycyjnych cytatów. Jeśli w "Bękarcie..." i "Pchlim Pałacu" czuło się zapachy i smaki miasta, tutaj czuje się zapachy, smaki, dźwięki wszystkiego. Każdy element świata ma swoje własne życie, czuje, przemawia, myśli - czy to skalpel, czy kamień, czy grusza. Wizje, sny i wyobrażenia są równoprawnym elementem opowieści, przenikają całą rzeczywistość, każda rzecz ma swoje znaczenie, swoją legendę i swoją własną magię. Dusza ukryta w studni, drzewo karmiące przechodniów, skalpel czekający aż ktoś, niby król Artur, wyrwie go ze ściany, w którą wbił go porywczy medyk. Duchy i Szatan dręczące śmiertelników niejasnymi wizjami, piętrowe metafory, przedmioty przesiąknięte dziwną symboliką, kabalistyczna moc liter, a wszystko zmysłowe tak, że niemal wyskakuje ze stronic. Przenikanie się trzech wielkich religii i kultur, które potrafią współistnieć tylko w Stambule. Trochę jak "Hakawati" ale inaczej, bo "Hakawati" był książką bardziej poukładaną, z magią zamkniętą w odrębnych opowieściach - przegródkach. "Lustra miasta" natomiast na koniec okazują się jedną z tych metaopowieści opowiadających przede wszystkim o sobie samych i pożerających same siebie.

Ja się w tym pogubiłam. Odniesienia do historii Turcji i wierzeń żydowskich, cytaty z Koranu, legendy, i przewijająca się natrętnie metafora luster - to wszystko mnie przytłoczyło, oszołomiło i... zgubiłam sens, zwątpiłam, czy pod tym całym barokiem kryje się coś, jakiś uchwytny sens, cel, czy to jest książka O Czymś, co powinnam gdzieś na dnie znaleźć jak biały kamień Isabel ukryty w woreczku, czy może wystarczy ją czytać dla samej estetyki, poezji, smakować? A może za dużo kombinuję, czytając?

Nie wiem. Zupełnie nie wiem. Wyszłam z tego labiryntu na wpół ślepa i skołowana, i nie wiem: polecać? nie polecać? porażka dobrej pisarki czy wielkie dzieło, błysk geniuszu? Chyba nie jest to książka dla mnie, a dla kogo? To już każdy musi sprawdzić sam.

 

wtorek, 22 marca 2011
czytanie na ekranie

W dzisiejszym "Przekroju" zapowiedź, która niespecjalnie cieszy: kolejny numer ma być objętościowo mniejszy, za to po chwili pocieszenie - będzie nas więcej w sieci.

Jakoś nie mogę się przekonać do gazet w sieci. Gazeta, tygodnik, to dla mnie rytuał, co tu kryć, śniadaniowo-kolacyjny, poranna kawa, kanapki, herbata - przy kuchennym stole, nad rozłożoną gazetą.

W sieci - nie lubię. W sieci gazeta zamienia się w jeszcze jeden bałaganiarski portal wypchany po brzegi papką pełną błędów ortograficznych, merytorycznych, stylistycznych, napisaną po łebkach, na zasadzie: ludzie przeczytają i natychmiast zapomną, jutro się przecież zaktualizuje - jutro? pojęcie z ubiegłego wieku - za godzinę, za kwadrans, za minutę! Nie lubię przeskakiwania po linkach, reklam wyskakujących przy tekstach i w tekstach, mieszania treści istotnych i zwyczajnie niepotrzebnych albo głupich, plotkarskich, miałkich (w stylu gazety.pl).

Dodatkowo komputer kojarzy mi się z pracą, z terminem, z niewygodnym krzesłem albo próbami trzymania laptopa na kolanach w dziwnych miejscach, które podobno mają być wygodne. Komputer to rzecz, przy której nie chcę odpoczywać, to rzecz, od której chcę odchodzić, żeby odpocząć, sama myśl o kolejnych czarnych literkach na ekranie już mnie odrzuca.

Przeczytam, kiedy ktoś prześle linka do czegoś ciekawego, sama nie szukam, sama konsekwentnie wybieram gazetę papierową, poukładaną tematycznie, szeleszczącą, do rozkładania na stole obok kubka z kawą albo herbatą, nie przeszkadza mi, że wiadomości w tej papierowej są "wczorajsze", a artykuły za długie. Zresztą cóż mi po dzisiejszych wiadomościach - wolę te wczorajsze, a jeszcze lepiej te sprzed miesiąca, przefiltrowane już przez chwilę oddechu, przez jakąkolwiek myśl przed opublikowaniem.

Nie będę czytać "Przekroju" w sieci, przykro mi.

piątek, 18 marca 2011
Osiem zeszytów - Heloneida Studart

Seria "z miotłą" tym razem na najwyższym poziomie.

"Osiem zeszytów" to pierwsza wydana w Polsce powieść brazylijskiej feministki, działaczki i pisarki.

Saga dwóch pokoleń nieszczęśliwych kobiet ze starego rodu Nogueira Alencar. Dwie siostry - Mariana i Leonor, obie dobiegające czterdziestki, żyją w nieudanych małżeństwach. Jedna straciła dziecko, druga jest bezpłodna. jedna rozpacza po stracie pierwszego i jedynego ukochanego, druga hoduje w sobie nienawiść do męża, która popchnie ją do najgorszego. Z pamiętników ciotki, która popełniła samobójstwo, Mariana dowie się, że pokolenie wcześniej kobiety również przeżywały tragedie...

W rodzinie istnieje pewna tradycja - jedną z córek już w dzieciństwie wybiera się na starą pannę, która ma na starość dotrzymywać towarzystwa matce. Pozostałe wychowuje się na piękne, posłuszne żony. Kobiety z rodu Nogueira Alencar wychowuje się do roli obiektów, własności - najpierw rodziców, później mężów. Tym, które okażą nieposłuszeństwo i wyłamią się z przewidzianej dla nich roli, grozi surowa kara. Dla niepokornych jedyną możliwą formą buntu, jedynym sposobem wyrażenia siebie, jest pisanie. I tu jestem w stanie to zaakceptować, to nie jest miałkie amerykańskie "pisanie jako terapia" to jest pisanie jako jedyna możliwość ocalenia, pisanie dla siebie, dla poczucia, że jest się choć odrobinę ważną. Kobiety z rodu Nogueira Alencar piszą, żeby nie oszaleć, spisują historie swoje i innych kobiet. choć ich pisanie jest potępiane.

Pisarka genialnie pokazuje, jak tradycyjne, spętane konwenansem, tradycją i fanatyczną katolicką religijnością społeczeństwo zabija i niewoli kobiety. Co jeszcze straszniejsze, jak ochoczo inne kobiety uczestniczą w tym procesie. Od dawna wiadomo, każdemu, kto na przykład choć przez chwilę uczestniczył w otwartym internetowym forum, że tak zwane porządne, dobre kobiety, żyjące zgodnie z normą społeczną, choćby była najbardziej dla nich opresyjna, są gotowe z własnej nieprzymuszonej woli (z zawiści? ze strachu?) zlinczować te, które z tej normy się wyłamują. W powieści to bogobojne matki, zawistne brzydsze siostry i zakonnice najbardziej gorliwie uczestniczą w okaleczaniu, piętnowaniu i karaniu niepokornych, co dla jednej z sióstr okaże się, pośrednio, wyrokiem śmierci. Mężczyźni są słabi, pozostawili rolę katów kobietom. Dopiero kolejne pokolenie, generacja Mariany i Leonor, znajdzie w sobie dość siły, żeby się zbuntować - i, jak każdy bunt zbyt długo tłamszony, będzie to bunt desperacki i skazany na klęskę. Matka pozostanie jednak bierna, choć na własnej skórze przekonała się, co znaczy w tym społeczeństwie być żoną - przedmiotem.

Mężczyźni pokazani są tu jako istoty słabe, darzące miłością (graniczącą z uwielbieniem) jedynie własne, zwykle nieżyjące już matki, rozpieszczające swoich synów. Są okrutni okrucieństwem tchórzy wobec żon i córek.

Jedyną kobietą wyzwoloną przedstawioną w książce jest pani Lica, krawcowa, pochodząca oczywiście z niższej warstwy społecznej, ale nie na tyle niższej, żeby należeć do klasy służących. Samotna matka, otwarcie przyznająca się do związków z wieloma mężczyznami, i czerpania radości z seksu, jest tu jedyną niezależną kobietą.

Poznajemy straszny świat, gdzie wartość i życie młodej kobiety zależy wyłącznie od stanu jej błony dziewiczej, gdzie "kobieta opuszcza dom rodziców tylko w dniu swojego ślubu albo pogrzebu" (s. 260) - i ten sam świat kilkadziesiąt lat później, gdzie przemoc nadal trwa, choć w nieco innej formie - a jedyną ucieczką jest zbrodnia, popełniona przez ofiarę doprowadzoną do ostateczności.

Mocna, bardzo feministyczna powieść, a przy tym doskonale się czyta. Niedawno przeczytałam artykuł, w którym padło stwierdzenie, że polski wzorzec mężczyzny i życia seksualnego najbardziej przypomina ten południowoamerykański - a więc lektura obowiązkowa dla polskiej żony, matki, córki.

 

 

wtorek, 15 marca 2011
Happy Isles of Oceania - Paul Theroux

To nie jest książka na raz, to nie jest książka na wykład ani na weekend, to książka którą trzeba sobie dawkować i smakować, podróżując wraz z autorem, w rytmie wioseł kajaka, wokół kolejnych "wysp szczęśliwych".

Będę co jakiś czas wracać do Oceanii, to będzie taki mój prywatny "projekt Pacyfik", zamiast wyzwań, którym nigdy nie jestem w stanie sprostać i dla oddechu od wiecznego pościgu za  Książką Idealną, która wreszcie wbije mnie w fotel, zachwyci, powali, a która, jak zaczynam podejrzewać, nie istnieje, i jedynym, na co możemy liczyć, są blade cienie, zniekształcone odbicia Ideału, który istnieje sobie tylko gdzieś tam, w niebie wszystkich książek.

Po wstępnej porcji natchnionego bełkotu - powrót do Oceanii.

Mieszkając w zatłoczonej do granic możliwości Europie, trudno sobie wyobrazić, że po drugiej stronie planety niemal połowa świata pokryta jest wodą, z której gdzieniegdzie wynurzają się wyspy i wysepki. Jeszcze trudniej uświadomić sobie, że większość tych wysepek została zasiedlona nieco ponad tysiąc lat temu, przez ludzi pokonujących tysiące kilometrów w łodziach, czółnach, na tratwach, i że gdzieniegdzie tam ludzie jeszcze żyją (a przynajmniej 20 lat temu żyli) w podobnych warunkach i podobnej kulturze jak ich przodkowie. Theroux pisze, że Oceania jest jak galaktyka, a podróże między wyspami - jak wyprawy statkiem kosmicznym na rozrzucone w przestrzeni niewielkie planety.

Ta podróż jest niezwykła z wielu powodów. Na początku sprawia wrażenie spontanicznej i niemal nieplanowanej - w dramatycznej chwili życia pisarz pakuje kajak i niezbędne rzeczy, wsiada w samolot i leci do Australii, gdzie zamierza rozpocząć wyprawę. Dopiero później można się zorientować, jak niesamowicie wszechstronnie był do niej przygotowany - i fizycznie i intelektualnie. Jak naturalnie przytacza lektury ze wszystkich możliwych dziedzin i porozumiewa się w kilku językach, jak odnajduje się w plemiennej wiosce i hawajskim wielkim mieście, jak, niby mimochodem, radzi sobie z trudnościami i przeciwnościami losu.

Po drugie, dla nas, przyzwyczajonych do medialnych wypraw na kanale Discovery, ta podróż sprawia wrażenie cudownie archaicznej i nie wiem, czy dziś, 20 lat później, byłaby jeszcze możliwa w takiej formie. Bez laptopa, gps-a i telefonu, z notatnikiem i walkmanem i radioodbiornikiem jako jedynym źródłem wiadomości ze świata (gdzie akurat rozpoczyna się wojna w Zatoce Perskiej). Tak naprawdę największą sympatię do autora poczułam w momencie, gdy opisał widok stadka ptaków po czym dodał, że ucieszył się, że nie zabrał ze sobą aparatu fotograficznego. Niewyobrażalne już chyba dla nas, barbarzyńców zabierających cyfrówki i ajfony na byle wypad samochodem za miasto...

Po trzecie, to podróż w wymiarze duchowym. Autor dużo miejsca poświęca swoim uczuciom, refleksjom, przyznaje się do obaw, zmęczenia, tęsknoty, pisze o poczuciu wyobcowania, jakie mu towarzyszy, o samotności. Podróż - oczyszczenie i ucieczka od złych emocji, które potrafią jednak ścigać przez pół świata. Podróż, która na koniec staje się całym życiem.

Podróż z wyspy na wyspę prowadzi od Nowej Zelandii przez Australię, Wyspy Trobriandzkie, Tonga i Samoa, Tahiti, Markizy, aż na Wyspę Wielkanocną, a później na Hawaje. Przez zapuszczone miasta, które miały być przyczółkami nowoczesności i wioski na plażach, przez ruiny zagubione w dżungli i zbocza wulkanów, od sielankowych obrazków połowów z oszczepem na rafie koralowej, przez ataki agresywnych wyrostków i nocne kluby Honolulu. Opisywany świat przygnębia, wygląda na to, że nasza cywilizacja postanowiła dać Polinezyjczykom wszystko to, co w niej najgorsze - tłuste jedzenie w puszkach, terenowe auta, filmy sensacyjne na kasetach wideo, betonowe domy-bunkry w miastach, alkohol. Równie przygnębiające jest to, że wyspiarze tak chętnie te zatrute dary przyjęli i że tak niewiele wystarczy, żeby zniszczyć tysiące lat kultury. Obraz mieszkańców Samoa, którzy wypożyczają od indyjskich sklepikarzy kasety wideo z nagraniami walk w Kuwejcie na zmianę z Rambo, jest równie smutny, jak opis zawalonych śmieciami plaż i zatoczek. Łatwo dojść do wniosku, że "wyspy szczęśliwe" ocalały jedynie w tych enklawach, gdzie te "zdobycze" cywilizacji jeszcze nie dotarły. Chociaż dzisiaj pewnie i one zniknęły.

Najbardziej fascynujące są tu jednak przede wszystkim spotkania z ludźmi, obrazujące różnorodność tej galaktyki wysp. Czytamy o członkach plemion, gdzie wciąż jedynym ubraniem jest woreczek na genitalia i o włoskim lekarzu praktykującym na Samoa od wielu lat, poznajemy króla Tonga, hawajskie prostytutki, amerykańskich żeglarzy jachtowych, japońskiego archeologa i setki innych ludzi, których pisarz spotkał na swej drodze. Theroux bywa złośliwy i ostry w osądach (co zresztą też bardzo mi się podobało), ale głównie w stosunku do przybyszów z zachodniego świata. Jednego nie mogę mu darować - brutalnego odbrązowienia Thora Heyerdahla... ale z drugiej strony, to takie ładnie złośliwe:

"In a lifetime of nutty theorizing, Heyerdahl's single success was his proof, in Kon-Tiki, that six middle class Scandinavians could succesfully crash-land their raft on a coral atoll in the middle of nowhere." (s. 629)

To książka, do której będę wracać, czasami, po kawałku. Książka, przy której przez ponad miesiąc odpoczywałam, zamyślałam się, z której dowiedziałam się czegoś nowego o świecie i ludziach.

wtorek, 08 marca 2011
Room - Emma Donoghue

Z cyklu "książka na wykład". Książka na wykład musi spełniać kilka warunków: musi być w miękkiej oprawie, żeby nie obciążać wypchanej torby, musi być ciekawa (ciekawsza od etyki zawodu tłumacza i prawa amerykańskiego, czyli, w zasadzie, każda książka spełnia ten warunek...) ale nie trudna, bo czytanie pod ławką/w autobusie nie sprzyja skupieniu, musi się dać przeczytać w kilka godzin. "Room" wszystkie te warunki spełnia.

Jack właśnie skończył pięć lat. Z tej okazji mama zmierzyła go przy framudze drzwi i upiekła tort, na którym zamiast świeczek znalazło się pięć kolorowych cukierków. Chłopiec ma ciekawe, wypełnione zajęciami życie - zabawy z mamą, czytanie, ćwiczenia fizyczne i gry zajmują mu większość dnia. Całym światem Jacka jest od urodzenia pokój o rozmiarach około 10 metrów kwadratowych. Tu przyszedł na świat, tu je, śpi, bawi się, spędza cały czas z mamą, z którą nigdy się nie rozstaje. Każda rzecz ma tu swoje miejsce i swoją nazwę. Drzwi na zewnątrz otwierają się tylko wieczorem, kiedy przychodzi tajemniczy mężczyzna nazywany przez chłopca "Starym Nickiem". Wtedy łóżko skrzypi, a Jack udaje, że śpi, w szafie, choć zza jej drzwi czasem dobiegają podniesione głosy. Chłopczyk wierzy, że Pokój to świat, a na zewnątrz nie ma nic, tylko kosmos, w którym krążą rozmaite planety, które czasem można obejrzeć w telewizji.

Jednak teraz, kiedy jest już dość duży, może dowiedzieć się więcej o świecie, z którego wiele lat temu Stary Nick porwał jego mamę. Może też pomóc uratować oboje... W zasadzie nic więcej nie powinnam zdradzać, bo cała przyjemność z lektury, przynajmniej w pierwszej połowie książki, polega na czekaniu w napięciu, co się dalej wydarzy i Czy Się Uda. W drugiej połowie napięcie spada, można przestać obgryzać paznokcie i skupić się na psychologii bohaterów i powolnym oswajaniu zewnętrznego świata.

Autorka zdecydowała się na ciekawy zabieg - narratorem historii uczyniła pięcioletniego chłopca. Wszystkiego dowiadujemy się właśnie od Jacka, z jego opowieści i relacji z rozmów z mamą. Chłopiec jest bardzo prawdziwy - jak każdy pięciolatek bywa uroczy, mądry, nad wiek rozwinięty, ale bywa też koszmarnym, roszczeniowym i niewdzięcznym malutkim egoistą, którym parę razy miałam ochotę potrząsnąć. Matka natomiast jest wręcz święta - bezgranicznie oddana synowi, idealna i przez to dla mnie lekko niewiarygodna. Jak na osobę po takich przejściach - zdecydowanie zbyt asertywna, cierpliwa, spokojna, pewna swoich racji i opanowana. Jeśli nawet pozwala sobie na załamanie nerwowe, to tylko symbolicznie. Chociaż z drugiej strony - taka Natascha Kampusch w wywiadach też sprawia wrażenie osoby wyjątkowo zrównoważonej, więc może jest to możliwe. Tak czy owak, postać matki niebezpiecznie przypominała mi "matki idealne" znane mi z forum, wygłasza nawet dobrze znane, i mile widziane w społeczeństwie poglądy w rodzaju: "nigdy nawet przez sekundę nie nudziłam się z moim dzieckiem". Przez to ten "manifest miłości macierzyńskiej" (z okładki, wybaczcie kulawe tłumaczenie) wydawał mi się chwilami manifestem pewnej ideologii macierzyństwa, za którą nie przepadam*, macierzyństwa opartego też na skrajnie bliskiej więzi fizycznej, łącznie ze wspólnym spaniem i karmieniem piersią kilkulatka. Autorka zresztą poświęca tej ostatniej kwestii bardzo dużo miejsca, dlatego można odnieść wrażenie, że sytuacja zagrożenia i uwięzienia jest tylko pretekstem do afirmacji. Za to później bardzo zręcznie, jednym zdaniem padającym z ust matki, uprzedza i z góry ośmiesza wszelkie próby krytyki, ustawiając krytykujących w roli żądnych sensacji hien. Taki drobny, rozbrajający nawet szantażyk :) Podobało mi się natomiast pokazanie, jak matka i dziecko mogą być dla siebie wzajemnie źródłem siły - ale i jak mogą uzależniać się wzajemnie od siebie i czerpią nadmiernie z tego drugiego.

Teraz, we wtorkowy wieczór, siedem godzin po odebraniu Dzieci ze szkoły, wydaje mi się, że całe to uwięzienie można czytać ogólnie, jako metaforę pierwszych lat macierzyństwa. Siedzimy przez wiele godzin w jednym, dwóch pokojach, zdane na łaskę i niełaskę małego człowieka, którego nieustannie zabawiamy i na życzenie udostępniamy mu dwa krany z mlekiem przymocowane na stałe do naszych żeber. Wydeptujemy ścieżki w podłodze wokół stołu. Czasem oglądamy w telewizji inne planety, na których ludzie rozmawiają, kupują, ładnie się ubierają i chodzą po ulicach, wiedząc, że są one dla nas równie nieprawdziwe i niedostępne, jak Jowisz czy Mars. Wieczorem, kiedy dziecko zasypia, otwierają się Drzwi i przychodzi nasz prywatny "Stary Nick", przynosząc zakupy i odbierając worki ze śmieciami, a potem łóżko skrzypi 378 razy i słychać chrapanie. Czasem prosimy o sto złotych na buty dla dziecka albo nowe kredki. Może nie budzimy się rano z siniakami, ale to tyle naszej przewagi.

"Room" czyta się bardzo dobrze i bardzo szybko (ale ja już wielokrotnie wspominałam, że jestem na maksa nieempatyczna i akurat tego typu książki nie sprawiają mi bólu tylko budzą ciekawość). Akcja wciąga, chcemy się dowiedzieć, co dalej, a bohaterowie, choć czasem bardzo denerwujący, są na tyle "żywi", że można autorce wybaczyć tanie chwyty z szantażem, kampanię promocyjną karmienia piersią i granie na najprostszych emocjach. Temat bardzo modny i medialny, angielski prościutki, z uroczymi dziecięcymi błędami. Akurat na wykład.

---

* wiem - Matki Idealne zlecą się tu stadem i mnie zlinczują. Zaryzykuję.

 

Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli