Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
czwartek, 29 marca 2012
Tunel - Magdalena Parys

Zapragnęłam tej książki kiedy tylko przeczytałam pierwszy opis. Berlin podzielony murem, dwa miasta obok siebie, historia splata się z Historią przez duże H, losy polskie z niemieckimi - czego chcieć więcej. Nie zawiodłam się.

"Tunel" to skomplikowana opowieść o pewnej ucieczce z Berlina Wschodniego. Opowieść jak puzzle, do poskładania z pojedynczych relacji i wspomnień wszystkich uczestników tamtego wydarzenia. Początkowo poznajemy tylko jednego z nich, który po latach zbiera relacje i dokumenty dawnych współuczestników wydarzenia, żeby odkryć całą prawdę, później autorka oddaje głos pozostałym - Berlińczykom ze Wschodu i Zachodu, Polakom, uchodźcom z wojennego Gdańska. Powoli odkrywają prawdę - do czego naprawdę posłużył wykopany przez nich tunel? Jak to się stało, że służby specjalne NRD nie przeszkodziły im? Jaką rolę odegrały poszczególne osoby?

Wszystko splata się w niesamowitą historię, po części thriller polityczny, po części skomplikowaną sagę dwóch rodzin, od czasów wojennych do upadku Muru i do dziś. W to wszystko wpleciona historia niespełnionej miłości i losy Madzi, polskiej emigrantki, która całe życie oddała mężczyźnie, któremu wcale na niej nie zależało...

I Berlin. Berlin Wschodni, pachnący grahamką i kawą zbożową (ach, ta gorzka, czarna kawa zbożowa, wspomnienie przedszkolnej stołówki i kolonijnych śniadań...), zamknięte stacje metra, przez które mkną zachodnie pociągi, odrapane kamienice. Mój Berlin pachniał Eintopfem, gęstą zupą z ziemniaków i soczewicy, w którą w szkolnej stołówce kucharka wkładała parówkę - i ta parówka stała prawie pionowo w gęstej mazi. Mój Berlin to Kartoffelbrei, kartofle rozciapane z mlekiem na gładką masę. Parówki z musztardą na papierowych tackach, drożdżówki z kruszonką i lepkim lukrem kupowane w cukierni przy szkole, jabłka w skorupce czerwonego karmelu. Grahamka oczywiście też :)

To jedna z tych książek, po których mam ochotę wybrać się na wycieczkę szlakiem bohaterów, znaleźć działkę Petera i opuszczoną fabrykę, kamienicę gdzie mieszkali rodzice Franza. A przy tym autentycznie wciąga, może nie od początku, ale mniej więcej w jednej trzeciej, kiedy wszystko zaczyna splatać się ze sobą.

Możnaby autorce zarzucić, że jedno pytanie zostawiła bez odpowiedzi (albo zbyt starannie ukryła odpowiedź), że niektórych bohaterów porzucała bez żalu biorąc pod lupę następnych, ale mimo to zdecydowanie warto przeczytać. Też dlatego, że autorka, Polka od lat mieszkająca w Niemczech, patrzy z wyjątkowej perspektywy i potrafi połączyć dwa punkty widzenia, tak, że każdy z bohaterów jest wiarygodny.

niedziela, 25 marca 2012
Paryski ekspres - Georges Simenon

Unikałam Simenona jak mogłam, bo kryminał, czy ten nowoczesny, czy ten klasyczny, z komisarzem i zagadką, to nie moja bajka, kryminały mnie nudzą i męczą zamiast miło zajmować czas zastanawianiem się kto i po co zabił. Tymczasem to z blogów dowiedziałam się, że Simenon pisał nie tylko kryminały o komisarzu Maigret.

"Paryski ekspres" nie jest więc kryminałem, choć jest morderstwo, trup i zabójca. Jest nawet paryski komisarz, który jednak wcale nie jest tu najważniejszy. Książka jest raczej studium psychiki zabójcy z przypadku, może socjopaty, a może po prostu mężczyzny złapanego w pułapkę wieku średniego, rodziny i pracy. Mężczyzny, który marzy o wolności, symbolizowanej tu przez nocne pociągi mknące po torach, a nie potrafi jej osiągnąć.

Kees Popinga należy do klasy średniej i posiada wszystkie jej atrybuty: wygodny dom, dobrą choć monotonną pracę, miłą żonę, dwoje dorastających dzieci, najnowszy model pieca, "wypasioną" łódkę. Żyje życiem mieszczańskim, regulowanym przez spotkania klubu szachowego i wieczorne palenie cygara, życiem porządnym, spokojnym i... śmiertelnie nudnym. Pewnego dnia dowiaduje się jednak, że jego szef zamierza popełnić coś niewyobrażalnego, ukraść pieniądze firmy i zerwać z dotychczasowym życiem, i... podąża w jego ślady.

Kryzys wieku średniego, powiedzielibyśmy dzisiaj, kiedy kryzys ten jest wygodnym usprawiedliwieniem dla wymiany żony na młodszy model, samochodu na sportowy, nudnego hobby na bardziej ekstremalne. Kees postanawia spełnić swoje marzenie, rusza nocnym pociągiem, żeby zdobyć pewną tancerkę, o której względach marzył od kilku lat - i zostaje odrzucony i wyśmiany. Z hotelu wychodzi już jako morderca, którego gazety nazwą "szaleńcem z Groningen".

Cała reszta książki to opowieść o ucieczce i prowadzeniu gry z gazetami, policją, o ukrywaniu się a zarazem walce z przemożnym pragnieniem ujawnienia się ze swoim czynem. Wymarzona wolność zmienia się w swoją karykaturę, w życie ściganego przestępcy w Paryżu, a przypadkowe morderstwo nagle okazuje się jedyną znaczącą i istotną rzeczą, jakiej Kees dokonał w ciągu 40 lat swojej wegetacji, jedynym, co odróżnia go od tłumu. Uciekinier próbuje przechytrzyć policję rezygnując z nawyków, po których możnaby go rozpoznać, obsesyjnie pilnuje swoich min, spojrzeń, gestów, a jednocześnie nie może oprzeć się pokusie ujawnienia się, pochwalenia, choćby w liście do gazety.

Gazety odgrywają tu bardzo istotną rolę, Kees Popinga staje się odpowiednikiem naszej "mamy Madzi", zbrodniarzem-celebrytą, o którym codziennie publikuje się artykuły opatrzone fotografiami i sążniste analizy psychiatryczne. Bohater podejmuje grę z mediami, pisząc listy, w nadziei na to, że stanie się jednym z tych przestępców, o których gazety piszą ciepło, z sympatią.W listach odsłania pustkę swojej dotychczasowej egzystencji, ale na próżno, bo wyrok został już wydany.

"Gdy jestem u siebie, albo raczej u swojej żony, zazdroszczę od szesnastu lat wszystkim, którzy wychodzą wieczorem, nie mówiąc dokąd, których można spotkać idących pod ramię z piękną kobietą, którzy wsiadają do pociągu i jadą dokądś... (...)"

"Jeśli ktoś mówi, że jestem dobrym ojcem, dlatego, że wymyślam im zabawy, to jest w błędzie, bo wymyślam je dla siebie, gdy nudzę się wieczorami. Zawsze się nudziłem. Kupiłem willę nie dlatego, że chciałem mieszkać w willi, lecz dlatego, że gdy byłem młody, zazdrościłem kolegom, którzy mieszkali w willach." (str. 150-151)

Zadaje rozpaczliwe pytanie:

"(...) niech Pan tylko pomyśli, że po raz pierwszy

w życiu, patrząc w lustro, zadałem sobie pytanie: Czy jest jakiś powód, żebyś nadal żył w ten sposób?" (str. 152)

I choć książka napisana jest na chłodno, sucho, bez nadmiernych emocji, językiem dość oszczędnym i bardzo precyzyjnym, choć od początku znamy mordercę i wiemy, że zakończenie jest w zasadzie przesądzone, to trudno było mi powstrzymać się od "kibicowania" Popindze, od żalu, że jego próba ucieczki od życia została tak głupio przekreślona już na samym początku, przez bezsensowne morderstwo, czyn godny dziecka, które nie dostało upragnionej zabawki...

Bo któż z nas nigdy nie patrzył na przejeżdżające pociągi dalekobieżne z nadzieją, że któryś z nich pozwoli nam nareszcie wyrwać się z szarzyzny życia w mieszczańskim ładzie, niezależnie od tego, czy mamy najnowszy model pieca i łódeczki, czy nie... ?

wtorek, 20 marca 2012
potrzeba czytadła

Odkąd poszłam do pracy (to już prawie 3 tygodnie temu, kto by pomyślał, weekendy śmigają ale nikt nie uprzedzał, że będą śmigać też całe długie tygodnie?) zaczynam rozumieć potrzebę Czytadła.

Potrzebę czytania czegoś zupełnie nieangażującego umysłowo, lektury, po której będę się prześlizgiwać wzrokiem w autobusie nie zastanawiając się zupełnie nad konstrukcją postaci, ukrytym przesłaniem, nawiązaniami i tym, co autor chciał mi powiedzieć, takiego ple-ple bez przesłania, bez podtekstów, zawiłości, smaczków, bez cienia głębszej myśli nad którą trzeba by się pochylić i wysilić. Romans paranormalny, coś o wywijaniu mieczem i ratowaniu uległych księżniczek, pięciotomową sagę rodu podlaskich młynarzy ze szczególnym uwzględnieniem hożych młynarzówien, podnoszącą na duchu opowieść o udanym życiu z dziwaczną chorobą albo odnajdywaniu siebie w jakimś ładniutkim zakątku świata, albo "coś z obyczaju żeby było na smutno, na przykład że dziecko umiera", jak w starym dowcipie o kliencie wypożyczalni wideo.

Takie tam. Albo bestseller bym poczytała, coś, co na rok przed premierą zarobiło już 270 milionów dolarów, coś co będzie miało napisane z tyłu, że Becca Fitzpatrick na przemian piszczała i kulała się ze śmiechu, Dan Brown umarł z zazdrości a Paolo Coelho zakrztusił się sałatką czytając przy kolacji. Coś, do czego prawa kupiło Hollywood zanim autor dokończył pierwszą stronę. Coś, za co autor dostał milionowe zaliczki, coś, co przełożono na 167 języków w tym trzy martwe i jeden obrazkowy i co miało premierę o pierwszej w nocy, a ludzie już tydzień wcześniej koczowali w namiotach przed księgarnią.

Takie o. Coś, co przeleci przez mój mózg nie zostawiając nawet śladu, coś, co pozostawi po sobie tylko niewyraźne wspomnienia że "chyba coś czytałam, to było jakieś takie..." nie angażując mnie bardziej niż gazeta o gwiazdach w poczekalni u lekarza. Coś, co nie będzie niczym więcej jak tylko kolejnymi centymetrami do "wieży".

Oczywiście pomysł jest skazany na niepowodzenie, bo kiedy tylko zacznę coś takiego czytać, mój mózg natychmiast zaprotestuje, zacznie się zżymać, wyzłośliwiać, ręka automatycznie zacznie podkreślać smakowite grafomanie i błędy tłumacza do wypunktowania w recenzji, oczy się zmęczą i efekt będzie zupełnie odwrotny do zamierzonego, złość zamiast relaksu, analizowanie głupot pod kątem głupoty zamiast rozkosznego wygładzania zwojów mózgowych.

W każdym razie potrzebę ogłupienia się zaczynam doskonale rozumieć i nawet kupiłam dwie książki, które mogą tę potrzebę spełnić. Przynajmniej jedna z nich jest oczywiście, jakżeby inaczej - o gotowaniu! (a przy okazji o życiu z dziwaczną chorobą, połączenie idealne). Gary to połowa sukcesu każdego czytadła, każdy kiepski autor powinien o tym pamiętać - jeden wzór matematyczny redukuje liczbę czytelników o połowę, jeden przepis kulinarny zwiększa liczbę czytelniczek co najmniej dwukrotnie!

Najpierw jednak będą dwie książki dobre, ale że obie należą do tych nowości, które wielką falą zalewają blogi, to specjalnie mi się nie spieszy z recenzją.

 

sobota, 17 marca 2012
84 Charing Cross Road - Helene Hanff

Miła, urocza, króciutka książeczka, która opowiada historię pewnej korespondencji między scenarzystką z Ameryki a księgarnią z Londynu. Zaczyna się od zamawiania trudno dostępnych w USA książek, kończy się na tym, że Helene traktowana jest przez pracowników księgarenki jak członek rodziny, dzieli ich radości i smutki.

Historia w listach, liścikach raczej, bo rzadko trafiają się listy dłuższe niż pół strony, a między wierszami podziękowań i kolejnych próśb przewija się całe 20 lat życia. Angielska powojenna kartkowa bieda, dziewczyny marzące o parze pończoch jak w Polsce, ktoś wyjeżdża, ktoś choruje, ktoś odchodzi... samo życie.

Napisałabym, że "wielkim atutem książki jest lekki, pełen humoru styl", gdyby nie to, że to jedno z tych wyświechtanych i zajeżdżonych do cna sformułowań, które za bardzo przypominaja mi silenie się na styl "gazetowy". Obiecałam sobie ograniczyć stosowanie tego typu komunałów w recenzjach, co niełatwe, kiedy przez trzy lata pisało się do gazety o "serwowaniu pociechom pożywnych obiadków" :)

Więc inaczej: listy pełne są dyskretnego humoru i dystansu, Helene jest rozbrajająca i pełna wdzięku nawet, kiedy udaje oburzenie czy rozczarowanie, a jej brytyjscy korespondenci pod jej urokiem powoli wychodzą ze sztywnej, oficjalnej skorupki.

Choć nie należę do tego specyficznego gatunku wielbicieli książek (a może należałoby nazwać ich bibliofilami?), którzy przywiązują wielką wagę do wyglądu, zapachu, oprawy, miejsca zakupu, do miłośników urokliwych księgarenek z innej epoki, książkę przeczytałam błyskawicznie i z przyjemnością, bo to taka mała perełka.

Jak zwykle też zrobiła na mnie ogromne wrażenie brytyjska kultura książki i anglosaska kultura poczty, coś, co mogło się wykształcić tylko przez kilkaset lat nieustannego doskonalenia i dla nas jest zupełnie nieosiągalne, jak przepiękny trawnik pod Tower...

Przyznam jednak, że na część drugą - "The Duchess of Bloomsbury" - zabrakło mi chęci i rozpędu, mimo, że mieści się w tym samym tomie. Porzuciłam po kilkunastu stronach. Chyba nie ma już tyle uroku, a może dopadło mnie zmęczenie tematem.

piątek, 16 marca 2012
Czarnobyl Baby - Merle Hilbk

Tak się złożyło, że czytałam tę książkę w autobusie, i tak się złożyło, że naprzeciwko stało dwóch panów z gatunku "dowcipny mąż biednej Ludwiki" tylko bez szczypty klasy i po niejednym piwku o 11 w południe, i tak się złożyło, że przez 45 minut w korku wysłuchiwałam, co panowie mają do powiedzenia na temat "Czarnobyl bejbe, oł bejbe". Konkluzja była mniej więcej taka, że "takie miłe panie" (że niby ja) nie powinny czytać "takich dziwnych książek". Pewnie nie powinny, gdyby miały więcej rozumu, poczytałyby sobie coś mądrzejszego.

Bo w zasadzie wystarczyłoby jedno zdanie: jeśli chcecie poczytać o tym, jak dobrzy, świadomi Niemcy przejęli się katastrofą w Czarnobylu, jak pokazywali biednym białoruskim dzieciom, do czego służy prysznic i jak jeździli do miejsca katastrofy (niektórzy odważyli się tam nawet jeść miejscowe produkty!) żeby "doświadczyć autentycznego wrażenia z Czarnobyla" (str. 131) to poczytajcie.

Jeśli natomiast odrzuca was nieustanne demonstrowanie wyższości cywilizacyjnej i kulturowej, jeśli nie lubicie, jak wrażliwe reporterki napawają się tym, że one jedne na całej Białorusi feministycznie ubierają się w trampki i bojówki (a uciemiężone, zacofane Białorusinki w szpilkach i dekoltach...) i robią wielkie halo z kupowania ekologicznego kefirku, a przy tym prostodusznie dziwią się światu i wymyślają protekcjonalne usprawiedliwienia dla nie dość przejętych gospodarzy - to poczytajcie coś innego.

Oczywiście jestem złośliwa, ale to dlatego, że nastawiałam się na historie z Czarnobyla i "zony", a dostałam bardzo poważny, pozbawiony cienia dystansu i polotu traktacik o niemieckiej wyższości i wyjątkowej ekoświadomości. Jeśli czegokolwiek nowego można się z tej książki dowiedzieć, to wcale nie o Białorusi i Ukrainie, a tylko o niemieckim ruchu protestujących przeciwko energii jądrowej. A historie dawnych i obecnych mieszkańców strefy napromieniowanej owszem, są przejmujące, ale jest ich tu za mało, są chaotyczne - przez to, że rozpisane na dwa głosy, autorki i jej białoruskiej przewodniczki, Maszy, o nie do końca określonej roli - i nie wykraczają poza pierwszy lepszy gazetowy reportażyk.

 

 

niedziela, 11 marca 2012
Stracony poranek - Gabriela Adamesteanu

Pisałam niedawno, że moim najnowszym odkryciem jest literatura środkowoeuropejska, po "Matce Boskiej..." i "Fortepianie we mgle" byłam przekonana, że każda następna powieść rumuńska czy z pogranicza będzie kolejną odkrytą perłą. Dlatego na "Stracony poranek" rzuciłam się jak tylko pojawiła się zapowiedź na profilu wydawnictwa WAB.

I przeszłam drogę od zachwytu przez rozczarowanie i znudzenie, po przyjemność.

Są dwa rodzaje książek, które opowiadają o historii jakiegoś regionu: takie, z których czytelnik może się czegoś dowiedzieć i wprowadzony przez autora w wydarzenia, śledzi akcję na równych prawach z miejscowym czytelnikiem, i takie, gdzie wrzuca się go na głęboką wodę bez kamizelki ratunkowej w postaci dopowiedzeń, wyjaśnień, przypisów czy chronologii.

Przykro mi, ale o I wojnie światowej w Rumunii nigdy nie miałam najbledszego pojęcia, i trudno powiedzieć, żebym po lekturze czegokolwiek się dowiedziała.

A książka jest pęknięta na trzy części. W pierwszej, w latach 70? może wczesnych 80 XX wieku? pani Vica Delca, dawniej sklepikarka i domokrążna krawcowa, wyrusza na obchód znajomych. Bieda u niej aż piszczy, więc Vice przyświeca jeden cel: u siostrzeńca coś podjeść, u córki dawnej klientki zdobyć trochę pieniędzy na przeżycie. Jedzie więc staruszka, okutana w dziesięć warstw ubrania, najtańszym tramwajem przez Bukareszt i snuje monolog wewnętrzny, pełen utyskiwań, powtórzeń, wspomnienia mieszają się swobodnie z teraźniejszością, jak to u starszej, steranej życiem kobiety, która opowiada "całe swoje życie". Ta część jest genialna i w warstwie językowej, która tak świetnie oddaje narzekania staruszki, i w opisie rzeczywistości.

Potem jednak zaczynają się schody. W pewnym momencie autorka przenosi nas o jakieś 70 lat wstecz, do czasów I wojny, w tym samym domu i wśród ludzi, których zdążyliśmy już poznać ze wspomnień i fotografii. Dawna klientka Viki, obecnie nieżyjąca, a we wspomnieniach niedołężna staruszka, zmienia się w młodą kobietę poślubioną znacznie starszemu profesorowi, romansującą i szukającą przygód, ożywają też przyjaciele domu, a podstarzała Ivona (która dziś odmawia staruszce należnych 50 lei) na powrót staje się małą dziewczynką.

Co z tego, skoro postacie w tej części zajmują się przede wszystkim toczeniem mądrych dyskusji na temat wojny, sojuszów i bitew, o których niewtajemniczony czytelnik z Polski wie tyle, co z przypisu w podręczniku do historii dla liceum? Padają jakieś nazwiska, frakcje polityczne, pan Marghiloman powiedział generałowi Prezanowi, incydent w Mamornity, eksplozja w Dudesti... Jak Falladę niemal przygnieciono szczegółowymi przypisami, tak tutaj próżno szukać jakichkolwiek wskazówek co, kto, dlaczego i co z tego wynikło a wybaczcie, ale dla jednej książki nie chciało mi się samodzielnie zgłębiać historii tego okresu. Dlatego przez tę część brnęłam jak przez bagno najeżone pułapkami, szukając w potoku słów profesora Mironescu i jego ucznia czegokolwiek, czego mogłabym się uchwycić i oddychając z ulgą kiedy z tych dyskusji wychodzili na stały ląd gdzie coś się wreszcie działo między ludźmi.

Na szczęście na koniec, mniej więcej w 3/4, kiedy cierpliwość czytelnika jest już na wyczerpaniu, autorka wraca do opisywanej teraźniejszości i znowu śledzimy dalsze, powojenne losy opisanych postaci, tym razem w dwóch przeplatających się monologach Viki i Ivony. Epilog dopowiada już, z perspektywy kilku(nastu) lat młody siostrzeniec Viki. Na wytrwałych czeka więc nagroda, ale ilu tych wytrwałych będzie? Czarno widzę...

Ogólnie bardzo nie chciałabym do tej książki zniechęcać, bo środkowoeuropejskich pisarzy trzeba promować, powinniśmy czytać tych, którzy blisko, którzy przeszli podobne do naszych zawirowania historii, którzy i mentalnością i losem są nam bliżsi niż modni Szwedzi czy Amerykanie a z niejasnych powodów przemykają po dolnych półkach księgarni. Bardzo podoba mi się w "Straconym poranku" język - w części współczesnej potoczny, doskonale dopasowany do bohaterek i rzeczywistości, w części historycznej znowu elegancko dziewiętnastowieczny, nieśpieszny, usiany francuskimi wtrętami. Pomysł z rozbiciem narracji na różne epoki i bohaterów też jest interesujący, pokazuje te same historie od kilku stron, od końca i od początku, dotyka tematu Barnesa - jak wspomnienia zniekształcają rzeczywistość. Może więc należałoby napisać: nie zniechęcajcie się jeżeli nie macie pojęcia o I wojnie światowej, smakujcie język, smakujcie delikatne, zagmatwane relacje międzyludzkie i obserwujcie jak przez ostatnie 100 lat polityka wpływała na losy najzwyklejszych ludzi, a nazwiska najwyżej sprawdzicie sobie w Wikipedii?

sobota, 10 marca 2012
Droga do domu - Rose Tremain

W okolicy Dnia Kobiet wypadało zrecenzować jakąś książkę tzw kobiecą, albo przynajmniej napisaną przez kobietę.

Jako że feministyczna Joyce Carol Oates już za mną, do święta pasuje jedynie "Droga do domu", wyróżniona w 2008 r. nagrodą literacką dla pisarek, ale dalibóg nie wiem, za co i im bardziej się zastanawiam tym bardziej nie mam pojęcia.

Lew, rosyjski emigrant w Londynie, szuka pracy, żeby zapewnić córce i matce (żona nie żyje) w Rosji środki do życia. Po drodze poznaje mnóstwo życzliwych i pomocnych ludzi, znajduje pracę w ekskluzywnej knajpce, gotuje w domu starców, uczy się przyrządzać wymyślne potrawy ze świeżych składników i zbiera fundusze na realizację swojego planu - założenie przytulnej restauracji z dobrym jedzeniem w rodzinnych stronach. Dodatkowo Lew wciąż nie może się otrząsnąć po śmierci młodej żony i zmaga się z typowymi problemami imigranta - brakiem pracy, słabą znajomością języka, itp. Wplątuje się w nieudany romans z Angielką, cierpi z powodu rozłąki z ukochaną córką i przyjaciółmi, dodatkowo dowiaduje się o zagrożeniu dla rodzinnej wioski, któremu w żaden sposób nie może zaradzić.

Dużo nostalgii, tęsknoty, godzenia się ze stratą i walki o spełnienie marzenia. Dużo dobrych ludzi, podłych i nieżyczliwych znacznie mniej. Lew, dzięki wewnętrznej dobroci i pomocy innych, podniesie się po różnych próbach i zdobędzie środki na realizację planu, niektórym katastrofom nie zapobiegnie, ale mimo to wyjdzie z tego mocniejszy i w sumie wygrany.

Problem w tym, że cały czas miałam wrażenie prześlizgiwania się. Ani Lew, ani jego Rosja nie wydawali mi się wystarczająco prawdziwi. Ani świat ciężkiej fizycznej pracy i walki o przeżycie w obcym kraju nie był, jak na moje upodobania, odmalowany wystarczająco naturalistycznie. Ktoś tam niby walczył, ktoś pił, ktoś leżał w depresji, a mnie to zupełnie nie chciało obchodzić, bo było gdzieś podskórnie wiadomo, że przecież jakoś tam się ułoży.

Prześlizgnęłam się więc po tej książce bez większych emocji. Dodatkowo zawsze strasznie denerwuje mnie motyw kuchenny. Skąd pomysł, że książki pisane przez kobiety koniecznie muszą się obracać wokół kuchni, żarcia, marzeń o założeniu restauracji? Jakby nasze ambicje nie mogły sięgać dalej, jakby karmienie innych było naszym jedynym przeznaczeniem, jakbyśmy nie mogły odejść od garów nawet wtedy, kiedy piszemy/czytamy, jakby niewidzialny łańcuch stale przytrzymywał nas w bezpiecznie bliskiej odległości od kuchni. Szczerze mówiąc, mam szczerze dosyć garów w realnym życiu i nie mam najmniejszej ochoty czytać dla relaksu o siekaniu szpinaku i parzeniu pomidorów, o przyprawianiu sosu i wyczarowywaniu pyszności z prostych składników ku radości tłumu staruszków. Czy ten cholerny imigrant nie mógł zacząć od roznoszenia ulotek a później założyć na przykład drukarni?

Do tego Rosja jakaś taka odległa i bajkowa, mimo wszystkich wad owiana nostalgiczną mgiełką, pozbawiona surowości znanej choćby z "Przebiśniegów". Jedynie Londyn się tu broni, żywy, barwny portret zakątków tego miasta o tysiącu twarzy. Poza tym - bajka, miły film z kilkoma mocniejszymi scenami i tyle. Jeśli o mnie chodzi, nic bym nie straciła, nie czytając, więc cieszę się, że upolowałam w promocji za 5 złotych.

środa, 07 marca 2012
The Sense of an Ending - Julian Barnes

Ta książka oficjalnie kończy i podsumowuje plan lutowy.

Książeczka to niepozorna, ledwie 150 stron, ale przepięknie wydana. Jak ci Anglicy to robią? Wszystko do siebie pasuje, oszczędna grafika okładki idealnie współgra z treścią, ta książka jest po prostu tak elegancka, że aż przyjemnie ją trzymać, otwierać, dotykać. A ja przecież nie jestem jedną z tych książkowych fetyszystek, które muszą wąchać, głaskać, wodzić palcem po okładce...

Ulatujące w powietrze "puszki" dmuchawca już dają pewne pojęcie "o czym to będzie". O przemijaniu i o ulotności, o zawodnej ludzkiej pamięci i o tym, jak potrafi ona zniekształcać rzeczywistość. Starzejący się narrator, Tony, zaczyna od wspomnień z młodzieńczych lat: grupka przyjaciół ze szkoły średniej, wśród nich ten jeden, Adrian, świetnie zapowiadający się, wybitny. Burzliwy romans Tony'ego z dziwaczną dziewczyną z wyższych sfer a na koniec tragedia, która doprowadziła do rozpadu więzi łączącej młodych mężczyzn. Po latach Tony dostaje list od kancelarii prawnej zajmującej się pewną sprawą spadkową. To wydarzenie zmusza go do powrotu do przeszłości, spojrzenia na nowo na pewne sprawy i zbadania, czy to, co zapamiętał, pokrywa się z rzeczywistością.

Nie jest to jednak jedna z tych powieści o tajemnicy z przeszłości, gdzie odnaleziony na strychu dziennik prababki ujawnia skandal z dawnych lat. Prawda okazuje się rozczarowująca, boleśnie zwyczajna, choć nie taka, jak narrator się spodziewał, a cała historia wydaje się raczej niewielkim traktatem o pamiętaniu niż fabułą. Już na początku, w szkolnych dyskusjach czwórki kolegów, autor wprowadza tematykę historii, jej tworzenia na podstawie różnorodnych świadectw i wspomnień. Rozważania o pamięci przewijają się aż do końca, doprowadzając do nieuchronnego wniosku, że wspomnienia są bardzo wątpliwym świadectwem, a "materiały źródłowe", dostępne we fragmentach, mogą rzucać nowe światło na historię ale też ją zagmatwać.

W rezultacie to jedna z tych książek, które czyta się bardziej "rozumem" niż "sercem", gdzie opowieść jest tylko pretekstem, choć podczas lektury nieustannie towarzyszyło mi tytułowe uczucie, że coś dobiega końca. Refleksja nad upływem czasu, przemijaniem, procesami zachodzącymi w naszym życiu w miarę starzenia się, nad złudnością więzi międzyludzkich. Przejrzysty, bardzo precyzyjny język, czasami przetykany dyskretnym humorem, kilka kluczowych pojęć powracających co jakiś czas  - wszystko razem tworzy elegancką, melancholijną całość. Z tym, że nie jest to książka "porywająca" ani "wciągająca", na to jest za bardzo klasyczna i stonowana, za bardzo filozoficzna i refleksyjna, czasem - po ludzku mówiąc, lekko nudnawa. Mimo, że zdecydowanie spełnia kryterium "readability" (Jak to inteligentnie przetłumaczyć na polski? Jest "czytalna", analogicznie do "grywalnej" gry?) to nie jest czytadłem ani historyjką. I zdecydowanie nie na jedno czytanie, ale, jak traktat czy wykład właśnie, do wracania i wydobywania nowych treści.

Nagroda Bookera na pewno zasłużona, i znowu pytanie: jak ci Anglicy to robią, jak to możliwe, że piszą tyle dobrych, mądrych książek, na przekór modom i sztuczkom?

Barnes kończy wyjątkowo długą serię dobrych, czasem wybitnych książek, teraz będzie jedno rozczarowanie, jedna książka nijaka, bez której mogłabym spokojnie się obyć i jedna denerwująca.

piątek, 02 marca 2012
plan na marzec

Plan na luty okazał się doskonałym pomysłem, więc plany będą pojawiać się co miesiąc... dopóki mi się nie znudzi, rzecz jasna ;-)

Tak na marginesie, czytam czasem te moje recenzje i wydają się wszystkie takie same, tym samym językiem napisane, lekko ocierającym się o bełkot, z drugiej strony za mało we mnie inwencji twórczej na wymyślanie jakichś cykli z polotem i nowych tematów, z trzeciej strony po ostatnich intensywnych dyskusjach w obrębie książkowej blogogalaktyki stwierdzam że jestem kompletnie obok środowiska (jak zwykle zresztą), z czwartej strony nie mam arcyciekawych, sprecyzowanych i oryginalnych zainteresowań, więc jak to możliwe, że w ogóle chce Wam się tu zaglądać?

---

Plan na marzec będzie przynajmniej częściowo pod hasłem "doczytać niedoczytane".

1. Rose Tremain - Droga do domu. Wzruszająca, czasem zabawna opowieść o rosyjskim emigrancie w Anglii, w klimacie miłego kameralnego filmu, nagrodzona Orange Prize. Jestem w połowie.

2. Stracony poranek - Gabriela Adamesteanu. Miała być kolejna środkowoeuropejska uczta literacka, niestety w dużej części okazała się niewypałem. Dlaczego - napiszę za kilka dni.

3. Ninety Degrees North - Fergus Fleming. Opowieść o próbach dotarcia do Bieguna Północnego. Wypadałoby dokończyć zanim zrobi się ciepło :)

4. Czarnobyl Baby - Merle Hilbk. Czyli o tym, jak bardzo egzaltowana niemiecka reporterka pojechała zwiedzać miejsce, które rzekomo ukształtowało ją na całe życie. Mam nadzieję że im dalej, tym mniej reporterki a więcej Czarnobyla.

I to by było na tyle jeśli chodzi o "niedoczytane". Dalej:

5. 84 Charing Cross Road - Helene Hanff. Książki chyba przedstawiać nie trzeba, bo jestem ostatnią osobą w blogosferze, która jej nie czytała :)

6. Call the Midwife - Jennifer Worth. Kupiona dawno temu z polecenia znajomej, ale dopiero po recenzji Dabarai i obejrzeniu pierwszych 4 odcinków serialu naprawdę mnie zaciekawiła. Przy okazji serial - rewelacyjny!

7. Na koniec książka, na którą najbardziej się cieszę czyli Dziewczynka, która widziała zbyt wiele Małgorzaty Wardy.

W zależności od tego, jak się sytuacja rozwinie, mam też w rezerwie jedno Okropne Babskie Czytadło, które z opisu wygląda na chałę stulecia, ale kto wie czym mnie zaskoczy? a do tego w marcu ma się podobno ukazać nowa powieść Theorina, co może mi poważnie zaburzyć harmonogram :)

W ramach bonusa na zdjęciu znalazł się mój Ulubiony Wielki Kubek z Herbatą (prawdopodobnie przedwczorajszą albo i starszą) i Ulubiona Lampka Nocna.

Tagi: plany
23:14, mdl2
Link Komentarze (27) »
Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli