Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
wtorek, 26 marca 2013
The Light Between Oceans - M.L. Stedman

Dzisiejsza recenzja jest wynikiem spontanicznej akcji jednoczesnego czytania :) Po notce Dabarai o nominacjach do Women's Prize for Fiction przypomniałam sobie o tej książce, która, kupiona, stała na półce od jakiegoś czasu i czekała na swoją kolej. I tak jakoś wyszło, że obie zaczęłyśmy ją czytać tego samego dnia, po chwili dołączyła Padma... i skończyłyśmy też mniej więcej w tym samym czasie. Recenzja Dabarai do poczytania i porównania tutaj.

Takie wspólne czytanie w epoce, kiedy każdy sobie czyta coś innego, na swoich warunkach, w swoim formacie, ma w sobie coś magicznego - zwłaszcza, że nie chodzi o akcję promocyjną popularnego bestsellera, a o wspólne odkrywanie zupełnie nieznanej książki debiutującej autorki w niewielkim gronie osób połączonych wspólnotą upodobań.

W przepisie na fascynującą powieść są dwa elementy - pewniaki, gwarantujące zainteresowanie. Przynajmniej moje zainteresowanie. Pierwszy to miejsce akcji, drugim jest jakieś zajęcie, najchętniej niepopularne, opisane ze znajomością tematu. Łatwo sobie wyobrazić, że opowieść o latarniku na niewielkiej wysepce u wybrzeży Australii spełnia obydwa warunki. A jeśli dodamy do tego czas akcji - kilka lat po I wojnie światowej i naprawdę poważne pytania i dylematy moralne, satysfakcja czytelnicza gwarantowana.

Tom Sherbourne, weteran I wojny światowej, wraca do Australii teoretycznie cały i zdrowy, ale głęboko okaleczony przez wojnę. Poszukując spokoju po wojennym koszmarze zgłasza się do pracy w charakterze latarnika i po pewnym czasie zostaje wysłany na wyspę Janus, położoną w sporej odległości od stałego lądu. W tamtych czasach taka posada wymagała niemal całkowitej izolacji - latarnik schodził na ląd co trzy lata, w międzyczasie jego kontakt ze światem ograniczał się do sygnalizacji i nieczęstych wizyt statku z zaopatrzeniem. Tom jednak doskonale odnalazł się w tej sytuacji, znalazł ukojenie w starannym wykonywaniu obowiązków, a po ślubie z piękną, spontaniczną i pełną życia Isabel wydawało się, że młode małżeństwo czeka idylla.

Wszystko zmieniło się jednak, gdy okazało się, że Isabel nie może donosić ciąży. Po kolejnym przedwczesnym porodzie i pochówku zmarłego syna, gdy małżonkowie pogrążyli się w rozpaczy, wydarzył się cud: do brzegu wyspy przybiła dryfująca łódka, w której znajdowało się ciało martwego mężczyzny i żywe niemowlę.

Nie zdradzę wielkiego sekretu, pisząc, że latarnik i jego żona postanowili zatrzeć ślady i wychować dziewczynkę jak własne dziecko. To tylko punkt wyjścia do całej dalszej historii, do dylematów i wyborów, które zmieniają życie małżeństwa i wielu innych osób (dziecko, oprócz martwego ojca, miało przecież i matkę). Do opowieści o wyrzutach sumienia, poczuciu, że należy postąpić "właściwie" i o tym, że czasami nie ma takiego wyjścia z sytuacji, które nie skrzywdziłoby nikogo, i że czasem "właściwie" niekoniecznie jest tożsame z "dobrze". Każde z bohaterów zapłaci wysoką cenę za swoje decyzje, a maleńka Lucy, nic nie rozumiejąc, stanie się przedmiotem, zależnym od decyzji dorosłych zaślepionych przez swoje własne urazy, pragnienia i niemożliwe do zaspokojenia tęsknoty. Ale cóż, nie były to czasy, kiedy nadmiernie przejmowano się "dobrem dziecka" czy jego psychiką.

Dabarai napisała, że trudno opowiedzieć się po jednej ze stron, bo bohaterów nie sposób nie polubić. Mnie z kolei, im bliżej do końca książki, tym bardziej bohaterowie denerwowali - swoim uporem, obstawaniem przy swoich racjach, nawet najszlachetniejszych i przedmiotowym traktowaniem ukochanego dziecka. Trzeba jednak przyznać, że racje każdej z postaci są wiarygodne i umotywowane, a rozterki głęboko emocjonalne.

Natomiast, poza samą historią powieść ma sporo innych zalet. Na pewno nie można pominąć tego "haczyka" jakim jest egzotyczny, wymierający już zawód latarnika. Pieczołowicie oddane realia i techniczne szczegóły tej pracy były fascynujące. Podobnie zresztą, jak inne detale z Australii sprzed niemal stu lat. Nie miałam dotychczas pojęcia, że i ten kraj mocno ucierpiał w I wojnie, tracąc tak wielu młodych mężczyzn na froncie.

Oprócz tego - książka napisana jest pięknym językiem (to dotyczy oryginału angielskiego, przejrzany pobieżnie w empiku polski przekład ani mnie nie odrzucił, ani nie zachwycił). Pięknym, "przezroczystym" stylem, bez udziwnień, ale w sposób, który wyraźnie odróżnia tę książkę od popularnej literatury "kobiecej". W opisach wyraźnie czuje się spokój, oddech oceanu i przestrzeni, a dylematy postaci opisane są niezwykle wnikliwie i precyzyjnie. Wszystko spina metafora latarnii morskiej - symbolu światła wskazującego właściwą drogę, niewielkiego płomyka zwielokrotnionego przez soczewki i pryzmaty w potężny promień niosący się kilometrami przez ocean... a jednak, mimo swej mocy nie może on oświetlić najbliższych okolic, przeznaczony jest zawsze tylko dla oddalonych statków.

Godna uwagi, piękna i zmuszająca do myślenia powieść. I przyjemność wspólnego czytania.

niedziela, 17 marca 2013
N-W - Zadie Smith

Z Zadie Smith miałam problem. Po niesamowitych "Białych zębach" i dobrym "Łowcy autografów" utknęłam w jej trzeciej powieści, "O pięknie", z której pozostało mi wrażenie nieznośnej nudy, przegadania i przeintelektualizowania bez potrzeby. Nie pomogło to, że pisarka stała się jedną z tych dyżurnych komentatorek rzeczywistości, po pewnym czasie strach lodówkę otworzyć, z obawy, że zza słoika z ogórkami wychynie charakterystyczna czarnoskóra postać w zawoju wygłaszająca przemowy o naturze pisania. Zresztą, może to polski fenomen, może my sobie wybieramy pojedynczych autorów ekspertów od wszystkiego - wiadomo, że jeśli powie cokolwiek Keret albo Zadie Smith to zostanie to opublikowane w tygodnikach i miesięcznikach. Patrz ostatnie "Książki" zresztą.

Mam alergię na autorów wszechobecnych, więc esejów już nie przeczytałam, ale na wzmiankę o wydaniu "N-W" wiedziałam, że muszę ją mieć. I warto było. Bo, wszechobecna i irytująca czy nie, ta pani naprawdę potrafi pisać i już.

Na okładce napisano, że prawdziwym bohaterem tej książki jest miasto. Miasto to oczywiście Londyn, miasto-kosmos, miasto-centrum świata, miasto nieogarnialne umysłem. A właściwie pewien fragment tego miasta czyli dzielnica oznaczona kodem N-W. Północno-zachodni Londyn, a w nim komunalne bloki dla biedoty - imigrantów, kolorowych, białych z najniższych warstw społecznych. Mogę sobie te bloki wyobrazić, pomazane sprayem, nieczynne windy, obskurne balkony, smród marihuany, głośna muzyka, grupki zakapturzonych kolesi w bramach i przejściach, wyzywająco ubrane nastolatki w ciąży albo z niemowlętami w wózkach. W tych blokach wychowała się czwórka bohaterów: Leah, Keisha/Natalie, Felix i Nathan. I  już na zawsze pozostaną naznaczeni tym miejscem.

Leah - biała rudowłosa Irlandka, bezdzietna żona pięknego czarnego fryzjera, pracownica instytucji opieki społecznej.

Felix - pozornie typowy chłopak z getta, syn rastamana wychowanego w jeszcze innej enklawie dla ubogich, mechanik, ojciec dwojga dzieci, próbuje ułożyć sobie życie z nową dziewczyną.

Keisha/Natalie - pilna uczennica, kobieta sukcesu, która wyrwała się z getta, została prawniczką, bogato wyszła za mąż, matka, pozornie wcielone spełnienie snu o awansie społecznym.

Nathan - chłopak z getta, który został chłopakiem z getta i od wystawania w bramie płynnie przeszedł do życia na ulicy, dilerki i drobnych przestępstw.

Wszyscy chodzili do tej samej, podrzędnej szkoły średniej ("Some schools you attended, but Brayton you just went to"), na ten sam publiczny basen, na pikniki w tym samym parku, jeździli tymi samymi autobusami.

Losy całej czwórki splatają się po latach przez jedno wydarzenie, wizytę oszustki, która wyłudza od Leah pieniądze. Nic z tego, co prawda, nie wyniknie, ale dzięki temu zdarzeniu poznajemy bohaterów, dowiadujemy się coraz więcej o nich samych i o miejscu, w którym mieszkają, o punkcie, w którym się znaleźli i o drodze, jaką do tego miejsca doszli.

I tutaj właśnie czapki z głów i zostałam wbita w fotel.Bo charakterystyka postaci, sposób, w jaki autorka składa je z maleńkich fragmentów, lapidarnych spostrzeżeń, rzuconych uwag, akcentów, na zmianę z opisami, retrospekcjami, to, jak odsłania coraz to nowe aspekty osobowości tworząc spójne i żywe osoby - to zasługuje na podziw. Podobnie zresztą jak niezwykła umiejętność operowania językiem we wszystkich rejestrach, przechodzenia od ulicznego slangu czarnych do cytatów z poezji i filozofów i przechodzenia między odmiennymi stylami narracji - strumieniem świadomości w historii Leah, spokojną realistyczną opowieścią Feliksa, króciutkimi rozdziałami opisującymi drogę Keishy do przemiany w Natalie.

A z tych portretów wyłania się powoli portret pewnego wycinka społeczeństwa. Autorka precyzyjnie oddaje to wszystko, co ludzi różni, co sprawia, że awans społeczny jest w rzeczywistości taki trudny mimo pozorów sukcesu. Wnikliwie opisuje dojmujące uczucie niedopasowania, oderwania od korzeni i rozmytej tożsamości - postaci, pochodzące z różnych grup etnicznych, zmagają się z problemem zdefiniowania siebie, określenia swoich autentycznych właściwości i granic, odróżnienia siebie od swojego wizerunku w oczach innych. Po raz pierwszy zresztą podczas czytania książki brytyjskiej miałam tak dojmujące uczucie, że to jest w gruncie rzeczy zupełnie inna, obca i egzotyczna kultura, i żadne studia, żadne czerpanie z wzorców i obycie w ich kulturze popularnej tego nie zniwelują. Podobieństwa paradoksalnie jeszcze bardziej to wydobywają - Keisha i Leah jako nastolatki słuchały tych samych zespołów, co my tutaj, czytały te same książki, marzyły o tych samych butach Nike, równie nieosiągalnych tam, jak i tu - a jednak wszystko inaczej.

Gdybym miała postawić jakiś zarzut, to byłby to ten, że jeden z bohaterów, Felix, w zasadzie nie pasuje do reszty - poświęcona mu część nie wiąże się dostatecznie mocno z całością, jak nowela umieszczona w środku innej powieści, rozbijająca ją na części. Co z jednej strony podkreśla odmienność postaci, ale z drugiej strony pozostawia wrażenie, że książka spokojnie mogłaby się bez tej części obejść - albo, że byłby to materiał na kolejną, zupełnie inną powieść.

Na koniec - to jest jedna z tych książek, które sprawiają, że chcemy pójść na spacer śladami bohaterów. Zobaczyć Londyn ich oczami, posłuchać rozmów na przystanku autobusowym, rozłożyć koc piknikowy pod tym samym drzewem. Zamierzam to zrobić przy następnej wizycie w Londynie, i szczerze zazdroszczę tym, którzy mogą te miejsca zobaczyć już dziś.

"N-W" po polsku już we wrześniu, tym razem nie zachęcam specjalnie do czytania w oryginale, bo jest to lektura trudna językowo, fragmenty wymagają skupienia i zastanowienia nad znaczeniem słów, zdań i sama chętnie przejrzę polski przekład, żeby zobaczyć, jak poradzi sobie polski tłumacz, i czy coś mi nie umknęło.

 

sobota, 09 marca 2013
Pig Island - Mo Hayder

Jakoś tak to jest, że jeśli mam zaczęte trzy tzw. dobre książki i jedną - może nie czytadło, ale coś popularnego, to zawsze tę jedną przeczytam jako pierwszą, a pozostałe będą leżeć rozgrzebane.

"Pig Island" to dość porządny thriller, który zapewnia parę godzin niezłej rozrywki, w dodatku (w moim przypadku) za grosze, bo książka pochodzi z londyńskich zakupów z drugiej ręki*.

Joe Oakes, zwany "Oakesy" jest dziennikarzem wyspecjalizowanym w tropieniu oszustów i fałszywych zjawisk paranormalnych. Tym razem ma udać się na tytułową wyspę świń, leżącą u wybrzeży Szkocji (słusznie podejrzewałam, że istnieje cały gatunek kryminałów osadzonych na szkockich wyspach!) i napisać reportaż o pewnej sekcie, która rezyduje na wyspie od lat. Pretekstem do wyprawy jest zamieszczony w internecie filmik nakręcony przez turystów, przedstawiający dziwną postać wyłaniającą się z lasu. Czy to możliwe, że członkowie sekty przywołali diabła? Czy zjawisko ma racjonalne wytłumaczenie?

Ponadto okazuje się, że sektą kierował pewien oszust, z którym Joe miał już do czynienia dwadzieścia lat wcześniej, kiedy to doprowadził do aresztowania proroka, stając się jego wrogiem numer jeden. Malachi Dove poprzysiągł sobie wówczas zemstę na dziennikarzu...

Reszta jest pojedynkiem między dziennikarzem a prorokiem, z krwawą masakrą w międzyczasie, aż do autentycznie zaskakującego zakończenia, na które zupełnie nie byłam przygotowana, kiedy to okazuje się, że nie wszystko było takie, jak się wydawało.

Zaletą książki jest niewątpliwie ciekawy wątek medyczny (tajemnicza postać w lesie) i zaskakujące zwroty akcji. Do tego szczegółowo zarysowane tło policyjne - szczegóły z miejsca zbrodni, badania itp. i w bonusie "gory details" czyli rozerwane szczątki, oderwane twarze i stópki nastolatek pożerane przez świnie, mniam! Z drugiej strony tła społecznego i samej wyspy jest tu dla mnie za mało - wyspa znika z pola widzenia czytelnika w 1/3 książki, a dalsze miejsca akcji ograniczają się do policyjnej kryjówki i domu dziennikarza. Nie jest to "Black House", nie dowiemy się tu wiele o historii czy kulturze mieszkańców tych rejonów, o historii wyspy tylko tyle, ile trzeba, żeby uzasadnić różne wydarzenia. Z postaci chyba najbardziej żywą jest żona Oakesa - niesympatyczna karierowiczka i mitomanka - ale z pewnych powodów nie cieszymy się jej obecnością zbyt długo :)

I to by było na tyle - zaskakująca końcówka, dużo obrzydliwych szczegółów i wątki medyczno-psychologiczne kwalifikują tę książkę do "trochę lepszych" thrillerów, ale bez olśnienia. Ponura rozrywka na zimowy wieczór.

* Nie pamiętam czy ta książka też pochodzi z "piwnicy", ale przypomniałam sobie (to jest przypis specjalnie dla Dabarai), że w piwnicy rzeczywiście kupiłam książkę Dana Simmonsa. Tylko, że było to "Ilium" a nie "Drood" :)

---

Tu chciałabym poinformować tych, którzy uważają, że autor nie ma prawa recenzować, a na widok krytyki jakiejś książki w moim wykonaniu natychmiast mają ochotę skrytykować którąś z moich książek (i czują nieodparty przymus niezwłocznego poinformowania mnie o tym fakcie): moje książki są trzy do wyboru, są ogólnodostępne, i każdy, od Ani z II gimnazjum po Zosię, która wykłada filozofię na uniwersytecie, może je sobie krytykować do woli. Internet mieści wszystko, w odróżnieniu od gazet czy TV, to jest w nim najpiękniejsze i najgorsze, więc - do dzieła. A ja pozwolę sobie dalej "robić swoje" na tym blogu, na którym występuję wyłącznie w roli odbiorcy, czytelnika, klienta. Może troszkę innego klienta - bo czytam zwykle trochę jak kucharz zaproszony na obiad do innej restauracji albo lekarka, która ze złamaną nogą trafiła do obcego szpitala, często próbuję z ciekawości rozszyfrować kombinacje smaków, przyprawy i procedury - ale w gruncie rzeczy zależy mi na tym samym, co innym czytelnikom, czyli na tym, żeby dostać taką porcję rozrywki, przemyśleń i emocji, która usprawiedliwi wydanie czterdziestu złotych i spędzenie paru wieczorów nad książką (zamiast na robieniu kolejnego szalika na drutach albo na oglądaniu po raz kolejny "Ostrego dyżuru"). Dlatego proszę mi nie odbierać prawa do wypowiedzi na temat cudzych książek - zawsze można ze mną podyskutować albo założyć sobie własnego bloga, na którym rozjedziecie moje książki walcem, żeby było sprawiedliwie :) A że ja nie należę do tych pisarek, które napuszczają na krytyków sfory żądnych krwi wielbicielek, (najwyżej "będzie mi przykro", ale to jest wliczone w koszty zawodu) więc można się czuć w miarę bezpiecznie :)

Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli