Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
Cisza po życiu - Marek Sarjusz-Wolski


9 maja 1987 roku samolot IŁ 62M "Tadeusz Kościuszko" lecący do Nowego Jorku, rozbił się w warszawskim Lesie Kabackim, tuż przed lotniskiem, na którym miał lądować awaryjnie.

Pamiętam tamten dzień - spędzony u znajomych rodziców, pamiętam włączone radio i urywki rozmów dorosłych, potrząsanie głowami w niedowierzaniu. Chyba wszyscy pamiętają. Jeden z tych dni, które każdy zapamiętuje, jak zabójstwo Kennedy'ego dla Amerykanów.

"Cisza po życiu" to reportaż - zbiór wspomnień o tych, którzy stracili życie w tej katastrofie. O pilotach, stewardesach, członkach załogi i pasażerach. Autor zebrał wspomnienia najbliższych im osób. Poświęcił każdej z ofiar katastrofy kilka stron, co razem złożyło się na książkę - hołd oddany zmarłym.
"Powiecie, że to nieprawda. To niemożliwe, zeby byli tak piękni i wspaniali.
Nie gniewajcie się. Opowiem o nich ustami ich najbliższych. Oni ich bardzo kochali." (s. 69)


O ofiarach katastrofy w Smoleńsku mówi się: elita, kwiat narodu, sól polskiej ziemi, najlepsi z najlepszych. Słusznie. Ale myślę, że o tamtych można by powiedzieć dokładnie to samo, choć nie piastowali wysokich stanowisk, urzędów, nie dokonali niczego wielkiego. Stewardesa, która wybrała ten zawód, bo nie dostała się na wymarzone studia, a potem pokochała latanie. Ajentka baru GS. Krawcowa. "Prywaciarz", właściciel warsztatu samochodowego. Inżynier. Lekarz-pasjonat. Ciężko pracujący, przedsiębiorczy ludzie, podejmujący się wszystkiego co możliwe, żeby jakoś poprawić sobie i swoim rodzinom warunki życia w czasach komuny. Większość leciała do pracy, zarobić na dom, mieszkanie, godniejsze życie. Inni w odwiedziny do pracujących za oceanem krewnych. Niektórzy do dawno niewidzianych dzieci, układających sobie życie w Ameryce. Często nie pierwszy raz.

Niektórzy znaleźli się w tym samolocie przypadkiem, dzięki czemuś, co uważali za "szczęście": ostatni wolny bilet kupiony po staniu w długiej kolejce, możliwość zmiany daty wylotu w ostatniej chwili, bilet na miejsce, z którego zrezygnował ktoś inny. Dużo tu mowy o znakach, ostrzeżeniach. Bliscy wspominają: był przygaszony, nigdy tak długo się nie żegnał. Komuś śniły się zęby, kto inny mówił, że już nie wróci, ktoś akurat wyjątkowo pożegnał się ze wszystkimi krewnymi albo nadał pocztówkę jeszcze z lotniska, w ostatniej chwili. W którymś mieszkaniu kryształowy wazon rozsypał się w drobny mak. Świadectwo rozpaczliwego pragnienia, żeby zrozumieć, wyjaśnić, zinterpretować, znaleźć prawidłowości już po tragedii. Autor we wstępie zastrzega jednak, że nie pisał z taką tezą, że te elementy opowieści pojawiały się spontanicznie.

Bardzo ciężko się to czyta na raz - osoba za osobą, wspomnienie za wspomnieniem, opowiadania wdów, sierot, osieroconych rodziców - ogrom cierpienia przytłacza i trzeba bardzo uważać, żeby pojedyncze losy nie zaczęły się w końcu zlewać, mieszać w jedną historię jakiejś osoby bez twarzy, bo każdy opisany tu człowiek zasługuje na to, żeby widzieć go osobno. Dlatego trzeba robić przerwy, pomyśleć między jednym fragmentem a drugim. Najstraszniejsza jest pierwsza część zawierająca zapis rozmów z kabiny pilotów. Niedawno na Discovery pokazano godzinny dokument na temat katastrofy, ale inscenizacja z aktorami nie robi aż takiego wrażenia, jak czytanie tych rozmów załogi zdającej sobie sprawę z sytuacji, z wykropkowanymi niezrozumiałymi fragmentami. A potem... "cisza po życiu".

Warto też zwrócić uwagę na opisy tamtej rzeczywistości, sprzed zaledwie 20 lat, której już prawie nie pamiętamy. Te kontrole i domiary. Te kłopoty z dostaniem paszportu. To budowanie domów systemem gospodarskim przez całe pokolenia. Rozbudowywanie kiedy dzieci szły "na swoje". Mieszkanie u teściów na pięterku. Budowanie kościołów przez komitety społeczne. Prywatni przedsiębiorcy z nyską i pełną głową pomysłów. Meblościanka i telewizor kupowane po latach wyrzeczeń jako synonim dobrobytu. Czekanie na przydziałowe mieszkanie całymi latami. Załatwianie wszystkiego sposobem, stanie w kolejce. Magiczna wartość dolara: ktoś daje synowej 10 dolarów na wózek dla dziecka. Rzeczywistość pokolenia moich rodziców opisana jeszcze na gorąco, w ostatniej chwili przed jej zniknięciem.

Stylistycznie - męczy trochę jednostajność. Język reportażu sprzed 20 lat (to wznowienie!) jest czysty, klarowny, rodem z najlepszej szkoły "reportażystów", jak sami podobno o sobie mówili (tak twierdzi autor we wstępie). Ale przy tylu krótkich tekstach nie do uniknięcia jest pewna powtarzalność, maniera stylistyczna, dążenie do zamknięcia każdego wspomnienia celnym puentującym zdaniem, które czasem niestety ociera się o banał rodem z telewizyjnych "setek". Mimo to wciąż całe lata świetlne dzielą ten tekst jakościowo od rozmaitych dzisiejszych reportaży prasowych, pisanych czasem jakby na kolanie. Zresztą może pisząc o śmierci, nie sposób nie otrzeć się o banał. Na uwagę zasługuje fakt, że choć autor przekazał styl mówienia wypowiadających się osób, to udało mu się nie popaść w nadużywaną dzisiaj poetykę przejaskrawiania i karykatury. (Najchętniej kazałabym paru współczesnym dziennikarzom pouczyć się z tego tekstu porządnego pisania i szacunku do bohaterów reportażu.)

Może kiedyś ktoś napisze taki tekst o ofiarach katastrofy samolotu prezydenckiego. Tekst pozwalający za żywymi pomnikami i zachłystywaniem się długością kolejek do trumien zobaczyć te symboliczne kubki z niedopitą kawą, te kieliszki do jajek wstawione do zlewu do umycia po powrocie i karteczki zostawione na stole dla dzieci: zadzwoń koniecznie do babci.

Mam opory przed ocenianiem, więc cyferek nie będzie, napiszę tylko, że to ważna książka i warto się z nią zapoznać, chociaż przytłacza.
sobota, 24 kwietnia 2010
Tajemnica - Philippe Grimbert


Niepozorna, krótka książeczka, a jednak bardzo poruszająca.

Narratorem jest chłopiec dorastający w pozornie zwyczajnym domu w powojennej Francji. Jego skłonność do chorób zasmuca i rozczarowuje ojca - byłego sportowca. Żeby uporać się ze smutkiem i samotnością, malec wymyśla sobie starszego brata, uosabiającego wszystkie pozytywne cechy, których jemu zabrakło - wysportowanego, sprawnego chłopca. W zabawach towarzyszy mu znaleziony na strychu pluszowy piesek.

Jednak dopiero po latach, jako nastolatek, dowie się prawdy o swojej rodzinie i skrywanej przez nią tajemnicy - a co za tym idzie, także o chłopcu, który przed nim bawił się tym samym pluszowym zwierzakiem. Będzie musiał skonfrontować znaną mu od dzieciństwa, po części oficjalną a po części dopowiedzianą przez niego samego w wyobraźni, wersję rodzinnej historii, ze starannie przemilczaną prawdziwą historią tragicznej miłości i zdrady na tle drugiej wojny światowej i Holokaustu.

Autor od pierwszych stron nie ukrywa specjalnie tytułowej tajemnicy, rzuca okruchy informacji: zmiana nazwiska, spóźniony chrzest chlopca, "zabieg chirurgiczny", dziadek-emigrant, to wszystko pozwala się dość szybko domyślić, jakie wydarzenia rzuciły cień na życie rodziny. Mimo to sama historia rodzinnej tragedii, która paradoksalnie doprowadziła do narodzin narratora, jest autentycznie wstrząsająca. Tym bardziej, że opowiada ją najpierw dziecko, potem nastolatek, który z kolei usłyszał ją od przyjaciółki rodziny.

Przejmujące jest zderzenie atmosfery dzieciństwa - zabaw w sklepie rodziców, zastrzyków i inhalacji w gabinecie pielęgniarki, szkoły, spotkań rodzinnych - z wiedzą, która kryje się przez cały czas gdzieś w tle, z przeczuciem, że smutek ojca może mieć głębsze korzenie niż tylko kiepska kondycja fizyczna syna. Konfrontacja idealnego wizerunku rodziców, jaki każdy z nas nosi w sobie jako dziecko - wspaniałych, silnych dorosłych - i ich doskonałej, wyobrażonej historii z prawdą. Każdy z nas kiedyś musiał to przeżyć, ale nie każdy musiał znieść tak tragiczne prawdy, nie każdy też potrafi przejść przez to tak dojrzale i wybaczyć. Miałam wrażenie, że to książka w równym stopniu o wybaczaniu, co o odkrywaniu prawdy. I trochę o tym, jak wiele dzieci wiedzą, przeczuwają, odczytują, nawet gdy wydaje nam się, że chronimy je przed prawdami, których nie powinny znać.

Mimo trudnego tematu "Tajemnicę" czyta się dobrze, choć wymaga skupienia. Drastyczne sceny z przeszłości są zaledwie zasugerowane w kilku wstrząsających swą prostotą akapitach. Narrator koncentruje się raczej na analizowaniu uczuć i zdarzeń, i na stopniowym odkrywaniu prawdy.

Autor jest psychoanalitykiem (nie wiem dlaczego, ale ilekroć wpada mi w ręce powieść francuska, to na koniec okazuje się, że napisał ją psychoanalityk... narodowa specjalność, piszący psychoanalitycy?), a w powieści opisał koleje losu własnej rodziny, co czyni ją jeszcze bardziej przejmującą.

Bardzo podobała mi się też okładka - niby pogodna a jednak z sugestią czegoś mroczniejszego.

Ocena 9/10
piątek, 23 kwietnia 2010
ze śmiercią jej do twarzy
Dorzucałam je do zamówienia pojedynczo, co jakiś czas... na długo przed katastrofą, żałobą, pogrzebami. Na długo przed tym wszystkim zamknęłam zamówienie, z odroczonym terminem wysyłki do "po następnym przelewie".

i dopiero, kiedy wczoraj przyszła paczka z Merlina, zorientowałam się że tym razem zamówienie wyszło mi nieco... monotematycznie. Z lekka ponuro, żeby nie powiedzieć: pogrzebowo :) Zgodnie z teorią mojej Siostry przytaczaną tu wcześniej.

No więc oto jest - stosik mroczny.



PS tak, wiem, że dzisiaj wypadałoby odnieść się do światowego dnia książki, ale jakoś nie poważam Światowych Dni Różnych Rzeczy, więc nic mi do głowy nie przychodzi.
Tagi: stosik
14:03, mdl2
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
Gesty - Ignacy Karpowicz
Książka pożyczona mi z ostrzeżeniem: może cię wkurzyć.

Niespodzianka. Nie wkurzyła :) No, może chwilami.

Lubię pożyczać książki na ślepo, metodą: pożycz mi coś, co ci się spodobało. Lubię sama tak pożyczać książki znajomym: masz, przeczytaj koniecznie. Lubię impulsowo kupować w Empiku książki, o których nigdy nie słyszałam, autorów, których nazwiska nic mi nie mówią. To jak randka w ciemno z nieznajomym, jak powrót do domu zupełnie inną drogą, okruch przypadkowości w poukładanym życiu, spotkanie z nieznanym w skali mikro. Można się naciąć - pewnie, zawsze można, ale można też odkryć coś nowego, innego. Lubię odkrywać. Książki i ludzi.

"Gesty" to powieść bardzo prosta, kameralna, intymna. Bohater i narrator zarazem, Grzegorz, czterdziestoletni reżyser teatralny, odwiedza  w Białymstoku, w swoim dawnym domu rodzinnym, mieszkającą samotnie matkę. Powoli odkrywa prawdę o jej chorobie. Zostaje. Jednocześnie rozlicza, podsumowuje swoje dotychczasowe życie: relacje z rodziną, pracę, lata szkolne, nigdy niezapomnianą pierwszą miłość z liceum.

Zdarzenia toczą się w rytmie najprostszych codziennych czynności. Sprzątanie, zakupy, wizyty u lekarza, przeplatane wspomnieniami i refleksjami. Wyliczanki: po piąte, po dziesiąte, po dwudzieste szóste. Trzeba się do tych wyliczanek przyzwyczaić, bo rozsypują się, powtarzają, powracają do wcześniejszych numerków. Skondensowane opisy codzienności, jak ten:
"Matka siedzi przy stole. Po prawej ręce ma ciśnieniomierz, mierzenie ciśnienia i zapisywanie wyniku w specjalnym zeszycie stało się jej hobby, jak się zorientowałem. Nieco dalej leży książeczka z sudoku. I długopis. Zwykły bic, żółty z niebieską zatyczką, najtańszy. Po lewej ręce pudełko z aparatem do mierzenia poziomu cukru, kupiliśmy to urządzenie nie dalej jak zeszłego miesiąca, obok zeszyt, na twardej okładce plaża i palmy, jak z fototapety, być może matka zapisuje w nim poziom cukru. (...) Przed matką leży program telewizyjny, na programie stoi filiżanka herbaty. Gdyby moja matka byla świętą, takie właśnie byłyby jej atrybuty: ustrojstwo mierzące ciśnienie i cukier, tuba programu telewizyjnego, mandorla sudoku, miecz bica." (str. 186)

Ta "mandorla" też jest charakterystyczna, co jakiś czas, jak rodzynki, pojawiają się wyrazy, po które trzeba sięgnąć do słownika. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam polską książkę, przy której musiałabym sprawdzać słowa w słowniku.

Książka o życiowym bilansie, o odnajdywaniu się matki i syna na nowo, o odchodzeniu i pożegnaniu. Czasem o przewrotności życia i śmierci (wątek Kasi i zakończenie). Na początku męczy, trzeba złapać rytm, później zaczyna wciągać, prawie niezauważalnie, co jakiś czas wybijając z rytmu rozmaitymi drobnymi zaskoczeniami. Autor ciut młodszy ode mnie, więc znalazłam tu mnóstwo wspomnień, wspólnych dla roczników '70. Ujął mnie zwłaszcza "arytmetyką cmentarną" i przewijającym się nawiązaniem do Douglasa Adamsa i jego "42" jako odpowiedzi na ostateczne pytanie. Taki szczególik dla wtajemniczonych w cykl "Autostopem przez Galaktykę", ale niepozbawiony znaczenia. W ogóle mam wrażenie, że nic tu nie jest pozbawione znaczenia, pewne motywy stale powracają w rozmaitych konfiguracjach. Z drugiej strony mam wrażenie, że autor niepotrzebnie dał bohaterowi aż 40 lat, bo wspomnienia i realia dzieciństwa trochę się "rozjeżdżają". Ale może 40 brzmi poważniej niż 30 czy 35, jako okazja do życiowego bilansu? Zresztą, za kilka lat czas narratora zsynchronizuje się z czasem rzeczywistym, i ta różnica przestanie być widoczna.

Czasami narrator męczy swoim skupieniem na sobie, na swoich odczuciach, przemyśleniach i dolegliwościach, graniczącym z obsesją. Jeśli tzw. "literatura kobieca" to romanse i odchudzanie, to z "literaturą męską" kojarzy mi się właśnie takie delektowanie się grzebaniem w zakamarkach własnej psychiki i fizyczności, w nadmiarze męczące. Na szczęście oprócz tego są tu i okruchy "nieprzekładalnego" humoru, prosta forma, nienachalne zabiegi formalne jak tytułowanie każdego rozdziału rzeczownikiem na literę G, dystans.

Ogólnie nie jest to może mój ulubiony typ literatury, jest to książka, po którą pewnie nigdy sama z siebie bym nie sięgnęła, ale przeczytałam ją nie bez przyjemności. Coś innego.

Ocena - hmmmm 7? 8? coś pomiędzy? Chyba nie jestem przekonana do tych cyferek...

czwartek, 15 kwietnia 2010
Dagerotyp. Tajemnica Chopina - Lucyna Olejniczak


To kolejna książka autorki z grona Literatek. Bardzo się cieszę, że mam przyjemność znać osobiście Lucynę Olejniczak - osobę nietuzinkową, obdarzoną talentem do opowiadania ciekawych historii i wspaniałym poczuciem humoru. Każde spotkanie z "Lucy" to przede wszystkim interesujące, barwne, zabawne opowieści z życia, których słucha się z ogromną przyjemnością.

I taka też jest ta książka.

Autorka "Dagerotypu" pokazuje nam Fryderyka Chopina, jakiego nie znamy. Nie znamy - bo w obowiązującej wersji jest wyłącznie wychudzonym cierpiętnikiem pod wierzbą płaczącą. A nie wiemy o tym, że młodziutki Fryderyk, w latach 30 XIX w., tuż po przyjeździe do Paryża, był pełnym życia i energii dwudziestolatkiem, który nie gardził urokami życia i brylował na salonach. Ponadto został obdarzony rozlicznymi talentami - oprócz muzycznego, także do rysunku i aktorstwa. Młody człowiek przedstawiony w książce jest mężczyzną żywotnym, radosnym, przebojowym. Flirtuje, lubi napić się wina (a zdarza mu się i z tym przesadzić), uczestniczy w życiu towarzyskim stolicy Francji.

Lucynie Olejniczak udało się przedstawić młodego Chopina jako człowieka z krwi i kości, a przy okazji, dzięki delikatności opisu uniknęła nieprzyjemnego "odbrązawiania" artysty i włażenia z butami w jego życie. Nic tu nie jest dopowiedziane do końca, nie stawia się kropek nad "i", nie rozgrzebuje grobów, a hipotetyczna historia miłosna pozostaje w sferze domysłów bohaterów... i czytelników. Czytając, dostrzega się, że autorka musiała wykonać wiele pracy nad zgłębianiem dokumentów i listów, żeby poznać życie muzyka. Przy okazji, ogromną przyjemność sprawiło mi czytanie o Paryżu - i tym współczesnym i tym sprzed 170 lat. Śledząc przygody bohaterów można zupełnie mimochodem dowiedzieć się mnóstwa ciekawych rzeczy (na przykład, po co młode kobiety odwiedzają pewien grób na cmentarzu Pere Lachaise) i odświeżyć wspomnienia własnych wędrówek - łącznie z charakterystycznym zapaszkiem paryskiego metra :)

A sama książka? Napisana lekko, z wdziękiem i iskierkami humoru, który już znamy z "Wypadku na ulicy Starowiślnej". Znamy również bohaterów - Lucyna i Tadeusz to te same osoby, które w "Wypadku..." zgłębiały historię pewnego strażaka. Tu również akcja toczy się równolegle, na dwóch płaszczyznach - w teraźniejszości obserwujemy poszukiwania prowadzone przez bohaterów we Francji, a w przeszłości - historię romansu kompozytora z młodziutką malarką Marie. Przyznam, że miałam pewien niedosyt tej przeszłości - fragmenty historyczne czytałam z większym zainteresowaniem i niecierpliwie wyczekiwałam kolejnego przeskoku akcji do XIX wieku.

Trzeba natomiast przyznać, że bohaterowie współcześni - Lucyna, Tadeusz, Claude, Sophie, para Amerykanów i przeuroczy pies Chutney - są równie pełnowymiarowi jak i ci z przeszłości. Bardzo życiowe drobiazgi, wzloty i upadki związku pary głównych bohaterów, a wszystko przedstawione ciepło i z uśmiechem. Nieoceniony pan Władysław ze swoimi seansami spirytystycznymi wnosi akcent komiczny. W niedawnym wywiadzie z autorką w "Tygodniku Siedleckim" Mariola Zaczyńska stwierdziła, że ta książka "wprawia w dobry nastrój". Z pewnością tak właśnie jest - czytając, wiele razy uśmiechałam się do siebie, mimo ponurego momentu, w jakim przyszło mi tę książkę czytać.

Szkoda tylko, że, wbrew wcześniejszym planom, książka nie została wydana z płytą. Co prawda Lucyna Olejniczak bardzo plastycznie opisuje utwory muzyczne, tak, że niemal można je usłyszeć - ale dołączona płyta z nagraniami pomogłaby lepiej wczuć się w klimat powieści.
Ocena 8/10
---
Na koniec dwie dobre wiadomości:
Po pierwsze: dwukrotnie przekładane spotkanie autorskie z autorką "Dagerotypu" ma odbyć się ostatecznie 11 maja w warszawskim klubie Traffic (i trzymam mocno kciuki za to, żeby się tym razem odbyło, choć odwołane spotkania autorskie też bywają bardzo sympatyczne ;-) )

Po drugie: wiosna 2010 to wielka ofensywa Literatek. Już za chwilę w księgarniach druga powieść Magdaleny Witkiewicz "Panny roztropne" oraz Marioli Zaczyńskiej "Jak to robią twardzielki".
piątek, 09 kwietnia 2010
Proroctwo sióstr - Michelle Zink

Dawno nie czytałam tak nudnej i kiepskiej książki. Ładnie opakowany produkt dla średnio rozgarniętych nastolatek, bez żadnej, nawet czysto rozrywkowej wartości - bo śmiertelnie nudzi.

Przyznam się od razu, nie doczytałam uważnie do końca. Nie mam specjalnych wyrzutów sumienia, bo jeśli niespełna 400-stronicowa książka po 250 wymęczonych stronach nadal nie jest w stanie mnie zaciekawić, to marne szanse na to, że zaciekawi w końcówce. Ostatnie 100 stron przejrzałam pobieżnie, szukając czegokolwiek, co zachęciłoby mnie do dalszego śledzenia fabuły. Bezskutecznie. Po zapoznaniu się z pozytywnymi recenzjami (na przykład tutaj ) przecierałam oczy ze zdumienia: czy to możliwe, żebym czytała tę samą książkę?

Rzecz dzieje się mniej więcej sto lat temu. Bohaterkami są szesnastoletnie bliźniaczki: Amalia (Lia) i Alicja. Po śmierci ojca Amalia wraz ze swym chłopakiem odkrywa w bibliotece książkę, zawierającą tajemnicze proroctwo. Okazuje się, że bliźniaczki są tylko ogniwem w długim łańcuchu par sióstr, które od wieków pełnią odmienne role: jedna jest Bramą, przez którą straszliwe "Zagubione Dusze" pod wodzą Szatana mogą dostać się na Ziemię, druga dla odmiany jest Strażniczką, która pilnuje Bramy, żeby tych Dusz nie wpuściła. Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że siostry urodziły się przez cesarkę, w kolejności odwrotnej niż przewidziano w proroctwie.

Proroctwo jest stosownie bełkotliwe, siostry przez dwieście stron pałętają się po domu i zastanawiają się nad swoją rolą, wybrane noszą na rękach znamiona, do których pasują specjalne medaliony, a Zagubione Dusze chcą nam wszystkim urządzić Sądny Dzień Bogów. Podróże w snach, grupka wybranych, wywoływanie duchów, dziwaczne medaliony, prastara Księga, kamienny krąg, urwisko nad rzeką i magiczny rytuał ze świecami, pierwsza miłość i śmierć, i tak dalej, w ten deseń, nic tylko się pociąć zardzewiałą żyletką i pofarbować na czarno z nudów. Autorka zmieszała ze sobą celtyckie mity, biblijne motywy, gotyckie klimaty i ponure nastroje, tworząc w efekcie kompletnie niestrawny bigos bez żadnego wiarygodnego uzasadnienia wydarzeń. Dodatkowo o świecie otaczającym dowiadujemy się prawie tyle, co nic, o psychice bohaterów jeszcze mniej, a przemyślenia bohaterki, odpowiednio do "klimatu" patetyczne, powtarzają się jak zdarta płyta. Narracja pierwszoosobowa w czasie teraźniejszym męczy, zamiast dynamizować. Przez cały czas miałam wrażenie, że niby czytam, przewracam kartki, a wciąż stoję w miejscu. Nie znalazłam tu ani szumnie zapowiadanej "lirycznej prozy" ani "znakomicie poprowadzonej narracji", z rozbawieniem obserwowałam natomiast zabiegi czysto drukarskie mające na celu nabicie objętości - mało tekstu na stronie, krótkie rozdziały, ozdobne winietki zajmujące większość dołu strony.

Niestety jest to podobno pierwsza część trylogii, więc obawiam się, że najgorsze dopiero przed nami, a takie nagromadzenie kiczu, kitu i Barrrrdzo Mrrrrocznych Tajemnic wróży niestety światowy bestseller, albo co gorsza, ekranizację.

Zupełnie rozbroił mnie fragmencik końcowych podziękowań autorki: "Składam podziękowania (...) całemu zespołowi zajmującemu się public relations i marketingiem - nie ma bardziej uzdolnionej i entuzjastycznie nastawionej grupy specjalistów". Święta prawda, potrzeba naprawdę mnóstwa zdolności i entuzjazmu, żeby skłonić czytelnika do wydania 40 złotych na kit w srebrnym papierku* i jeszcze przekonać go, że to czekoladka.

Za ocenę musi wystarczyć stwierdzenie, że na dziś jest to mój prywatny Kit Roku albo nawet Dekady.

---
* to niestety tylko częściowo jest przenośnia - papierek (czyli okładka) naprawdę jest w dużej części srebrny, i to już powinno było zadziałać na mnie jak dzwonek alarmowy. Z niewiadomych przyczyn nie zadziałało.

czwartek, 08 kwietnia 2010
Nadchodzi noc - Carl-Henning Wijkmark


"Nadchodzi noc" to niedługa, ale bardzo gęsta i przejmująca historia umierania.

Hasse, emerytowany aktor, trafia do szpitala z powodu nieuleczalnej choroby. Początkowo leży na sali z trzema innymi mężczyznami - hazardzistą Borje, włóczęgą Harrym, i tajemniczym, milczącym nieznajomym zwanym Monte. Poza chorymi w książce pojawia się jeszcze tylko kilka osób - pielęgniarki Birgit i Angela towarzyszące pacjentom w ostatnich chwilach, stanowiące przedmiot ostatnich miłosnych uniesień i tęsknot, oschły doktor Moller, uosabiający bezduszną, skomputeryzowaną współczesną medycynę, ksiądz i pani pastor, sprzątacz, wreszcie niemal mityczna niemiecka tanatolog, która przez większość czasu istnieje tylko w napomknieniach, a pojawia się na chwilę dopiero pod sam koniec.

Hasse początkowo szuka ukojenia w lekturach na temat śmierci, jednak w miarę postępów choroby coraz bardziej oddala się od życia, w czym niemałą rolę odgrywa morfina. Oddalenie to ma zarówno wymiar fizyczny - przeniesienie do innej sali, stopniowe ograniczenie do łóżka - jak i psychiczny, rozliczenia i rozstania z życiem.
Autor w pewnym momencie przywołuje fińskie pieśni sisu - pieśni "sprzeciwu wobec śmierci i gotowości na nią". Taka jest ta książka, opisuje zmagania pomiędzy sprzeciwem a gotowością, przedstawia kolejne fazy odrzucenia, oddalenia, wreszcie fizycznego rozkładu jeszcze żyjącego ciała. Dużą rolę odgrywają wizje i sny wywołane morfiną.

Czytałam z podziwem, zafascynowana wyobraźnią i mądrością pisarza, który odważył się opisać stan, jakiego przecież nikt żywy nie może poznać do końca, z pierwszej ręki, i opisał go tak dogłębnie i wiarygodnie. Na skrzydełku znalazłam urywek recenzji: "ma się niepokojące wrażenie, jakby książka została napisana zza grobu." Prawda. Czy jednak jest "piękna i pokrzepiająca"? Ja określiłabym ją raczej jako przygnębiającą, bo uświadamia, co nas wszystkich na końcu czeka.
Carl-Henning Wijkmark otrzymał w 2007 r. za powieść "Nadchodzi noc" Nagrodę Augusta, najbardziej prestiżową szwedzką nagrodę literacką.

Ocena 9/10
poniedziałek, 05 kwietnia 2010
Dlaczego życie płynie szybciej, gdy się starzejemy - Douwe Draaisma


Chyba każdy z nas na pewnym etapie życia zadaje sobie pytanie stanowiące tytuł tej książki i zastanawia się nad odpowiedzią.

Jak to możliwe, że osiem lat szkoły podstawowej było niemożliwie wlokącą się wiecznością, a tymczasem osiem lat mieszkania w jednym miejscu dorosłemu wydaje się chwilą, która zleciała nie wiadomo kiedy? Dlaczego podczas wakacji dni mijają szybko, ale po powrocie do domu wydaje nam się, że przebywaliśmy z dala od niego przez długie miesiące? Dlaczego starsi ludzie z łatwością przywołują wspomnienia dzieciństwa i młodości, a z ostatnich lat mają tych wspomnień niewiele?

Czy pamiętacie, co robiliście, kiedy zginęła księżna Diana? A kiedy terroryści uderzyli samolotami w WTC? A wtedy, kiedy samolot "Tadeusz Kościuszko" spadł na Las Kabacki? A dlaczego nie pamiętamy, co robiliśmy dwunastego stycznia 1994 roku w południe? Dlaczego zapamiętujemy tak dokładnie dramatyczne wydarzenia, nawet jeżeli w nich nie uczestniczymy? I czy na pewno pamiętamy dokładnie, kiedy się naprawdę wydarzyły?

Douwe Draaisma w książce poświęconej pamięci autobiograficznej i postrzeganiu upływu czasu przedstawia liczne hipotezy i udowodnione naukowo odpowiedzi na powyższe pytania oraz wiele innych. Sięga przy tym do historii psychologii, aż do początków XIX wieku, opisując rozmaite mniej lub bardziej naukowe metody badań nad pamięcią, od prowadzenia osobistych dzienników, po dokładnie opracowane doświadczenia przy użyciu takich narzędzi jak kwestionariusze, ankiety czy nawet ówczesne maszyny pomiarowe. W dziennikach i cytowanych pracach można odnaleźć romantyczne, pionierskie korzenie nauki o funkcjonowaniu mózgu, takie jak wiara, że fenomen deja vu jest dowodem na wędrówkę dusz. Autor nie poprzestaje jednak na cytowaniu literatury fachowej, odwołując się także do klasyki literatury holenderskiej i światowej, żeby wspomnieć tylko liczne cytaty z dzieł Prousta i Tomasza Manna, a ponadto ilustruje swój wywód własnymi wspomnieniami i materiałami z domowego archiwum.

Książka składa się z kilkunastu rozdziałów, poświęconych różnorodnym zjawiskom związanym z pamięcią i upływem czasu. Napisana jest przystępnym, zrozumiałym dla laika językiem. Dzięki licznym odwołaniom do źródeł, historii, literatury a także fenomenów znanych każdemu z nas z własnego doświadczenia, jest bardzo interesującą i łatwo przyswajalną lekturą. Douwe Draaisma zajmie stałe miejsce w mojej biblioteczce, obok tak znanych autorów jak Jurgen Thorwald lub Oliver Sacks, na pewno będę też poszukiwać w księgarniach kolejnych jego książek.
sobota, 03 kwietnia 2010
Alicja w krainie rzeczywistości - Melanie Benjamin


Z okładki:
"Amerykańska pisarka Melanie Benjamin wykreowała literacką historię życia prawdziwej Alicji Liddell, zainspirowana zdjęciem siedmioletniej dziewczynki na wystawie skandalizujących fotografii Lewisa Carrolla. Ujęła w powieściową formę wstydliwe kulisy powstania arcydzieła literatury światowej i prawdę ukrytą za nieprzemijającą magią najpiękniejszej baśni..."

Narratorką jest 80-letnia Alicja, wspominająca dawną znajomość z panem Dodgsonem, oksfordzkim wykładowcą matematyki, który pewnego popołudnia opowiedział jej historię o dziewczynce wpadającej do króliczej nory, a następnie, na jej prośbę, ją spisał. Znajomość o charakterze skandalicznym, którą dzisiaj jednoznacznie zaklasyfikowalibyśmy jako molestowanie dziewczynki przez pedofila, wykorzystującego jej dziecięcą fascynację swoją osobą.

Alicja krąży wokół wstydliwego tematu w niedopowiedzeniach, co pewien czas wracając myślami do "złocistego popołudnia", opisuje historię powstania wspomnianej fotografii (zresztą zamieszczonej w książce), swoją fascynację panem Dodgsonem, napomyka o skandalu, który później zniweczy marzenia o małżeństwie z księciem. Alicja dorosła zachowuje się tu w sposób typowy dla osób molestowanych seksualnie w dzieciństwie, unika wspomnień, nie jest w stanie przeczytać "swojej" historii spisanej w książce, jakby próbowała wymazać ten okres życia z pamięci. Na koniec wyjaśnia, co w rzeczywistości się wydarzyło pomiędzy nią a autorem "Alicji w krainie czarów" i rolę, jaką sama w tym zdarzeniu odegrała. Wyłania się z tego skomplikowana historia wzajemnej fascynacji i uwiedzenia.

Poznajemy życie Alicji Liddell od dzieciństwa spędzonego w Oksfordzie, gdzie jej ojciec był dziekanem, przez naznaczoną skandalem młodość i romans z najmłodszym synem królowej Wiktorii, aż po wiek dojrzały i późne lata małżeństwa. Powieść została oparta na udokumentowanych faktach z biografii Alicji.

Zaletą książki są dość plastycznie odmalowane realia epoki wiktoriańskiej, a także rozważania nad tożsamością - czy Alicja Liddell i bohaterka książeczki Carrolla to ta sama osoba - nad ludzkimi wyobrażeniami na temat bohaterów książek, wreszcie nad historiami funkcjonującymi w powszechnej świadomości niezależnie od okoliczności ich powstania.

Wada - przez cały czas miałam wrażenie, że autorka zbyt usilnie stara się przedstawić Lewisa Carrolla w niekorzystnym świetle, jako odrażającego (dla nas, XXI-wiecznych czytelników) pedofila, pasjonującego się fotografowaniem dziewczynek. Jak było naprawdę? Czy to jest ta "ukryta prawda"? Czy pisarz był tak samo postrzegany w swoich czasach? Czy to tylko łatwe wyjaśnienie i próba nadania książce skandalizującej otoczki?

Jakoś tak po przeczytaniu zostałam z mieszanymi uczuciami, tym bardziej, że w książce nie ma nic zachwycającego, porywającego, jest napisana dość sztampowo, bez fajerwerków. Na ławeczkę przy piaskownicy jak znalazł, i na rowerek treningowy, i tyle. A może miałam po prostu zbyt wygórowane oczekiwania?
Ocena 6/10
Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli