Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
sobota, 30 kwietnia 2011
Co widziały wrony - Ann-Marie Macdonald

Dawno (od ostatniej Kate Morton) nie zdarzyła mi się taka książka, od której trudno się oderwać.

Dawno (od ostatniego Kinga) nie zdarzyło mi się pochłonąć ponad 800-stronicowej "cegły" w kilka dni, a właściwie wieczorów.

Przyznam jednak, że na początku było trudno. Pierwsze 100-150 stron czytałam ze średnim zainteresowaniem, znużona przydługimi opisami i historią rodziny, już prawie przekonana, że będzie to kolejne rozwlekłe czytadło. (taka specjalność wydawnictwa Świat Książki - już kilkakrotnie natrafiłam na książkę długą i śmiertelnie nudną z tego wydawnictwa). Ale warto przebrnąć przez ten początek.

Bohaterowie książki to rodzina kanadyjskiego lotnika, a najważniejsze wydarzenia rozgrywają się w 1962 roku. Jack i Mimi wraz z dwojgiem dzieci wracają z placówki w Niemczech do kanadyjskiej bazy lotnictwa w Centralii. Jack to lotnik, który nie walczył podczas wojny, ponieważ podczas szkolenia odniósł ranę w wypadku. Mimi, jego żona, pochodzi z rodziny francuskojęzycznej, akadyjskiej. Dwunastoletni Mike marzy o tym, żeby pójść w ślady ojca, a ośmioletnia Madeleine, nazywana przez tatę "wulkanem", uwielbia rozśmieszać innych.

Rodzina idealna, jak z reklamy telewizyjnej (zresztą reklamy są tu gęsto cytowane i brawo dla tłumacza, który dopasował znane w Polsce slogany - bardzo lubię ten styl tłumaczenia). Ówczesna wizja życia rodzinnego, bardzo dokładnie opisana, jest zresztą trochę przerażająca: matka, która spędza dzień na pracach domowych, ale za nic w świecie nie pozwoliłaby, żeby mąż zobaczył ją w stroju do sprzątania, nieuczesaną. Dziewczynka, której mówi się, że może w przyszłości robić cokolwiek zechce, ale od małego przyuczana do obsługi ojca i starszego brata. Wieczory wypełniane obowiązkowym, zrytualizowanym życiem towarzyskim.

Coś się jednak psuje - nie w samej rodzinie, bo ta jest kochająca i pełna ciepła, Jack jest wzorowym ojcem, matka - typową wymagającą ale troskliwą matką. Madeleine jest molestowana, a później ginie dziewczynka z tej samej klasy. O jej zabójstwo zostanie oskarżony nastolatek z sąsiedztwa. (Wszyscy już chyba napisali o tym, że pierwowzorem Ricky'ego była autentyczna postać, Stephen Truscott.) Równolegle rozwija się wątek związany z przerzucaniem do Kanady i USA nazistowskich naukowców, którzy pomagają tworzyć amerykański program lotów kosmicznych. Rola Jacka w tej sprawie, milczenie Madeleine i zachowanie małej społeczności, która woli pewnych spraw nie dostrzegać, doprowadzą do zniszczenia życia kilku osób.

Autorka genialnie pokazuje molestowanie seksualne od strony dziecka - wstyd, wyparcie, poczucie, że to może nic wielkiego, kłamstwa w domu, i wreszcie, po latach, uświadomienie sobie, co naprawdę się zdarzyło.

Jeśli chodzi o morderstwo dziewczynki to rozwiązanie zagadki wbija w fotel, bo przez kilkaset stron jesteśmy przekonani, że wiemy dokładnie, jak było i co się wydarzyło. Wzystkie fragmenty układanki pasują - a na sam koniec obrazek się rozpada i pojawia się inny, równie (albo i bardziej) przerażający.

Bardzo ciekawie czytało się o kryzysie kubańskim i zimnej wojnie z perspektywy kanadyjskiej. Niby wszystko to znane, ale dopiero w trakcie lektury uświadomiłam sobie, że ten okres znamy przede wszystkim z literatury i filmów amerykańskich. Niby to samo, a jednak inaczej, wystarczy niewielkie przesunięcie punktu widzenia, żeby dowiedzieć się czegoś nowego, innego. Dużo tu zresztą wzmianek o relacjach i różnicach między USA a Kanadą.

Co mi się nie podobało: zarówno początek, jak i końcówka są, moim zdaniem, trochę na siłę rozwleczone. Część, w której Madeleine jest już dorosła, jakoś wytraca tempo, żeby z powrotem nabrać rozpędu dopiero na sam koniec. I druga sprawa - w książce jest sporo wtrętów francuskich, co gorsza w zniekształconej, akadyjskiej francuszczyźnie. Moja szkolna znajomość francuskiego wystarczyła do rozszyfrowania dialogów i zniekształceń, ale nie wyobrażam sobie czytania z przyjemnością przy zerowej znajomości tego języka. Moim zdaniem jest to lekceważenie czytelnika przez wydawcę - wystarczyłoby kilka przypisów albo słowniczek/objaśnienia na końcu książki. Nie rozumiem, dlaczego zabrakło na to miejsca (czasu? chęci?) - w książkach Elif Safak i Orhana Pamuka regularnie pojawiają się zasady wymowy tureckiej, cóż szkodziłoby umieścić coś podobnego i tutaj?

Poza tym czytało się bardzo dobrze (najlepiej - środkowa część). Zachęcona, z rozpędu kupiłam też "Zapach cedru", ale zrobię sobie przerwę dla oddechu.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011
Trzynaście powodów - Jay Asher

Dobrze, przyznaję, ostatnie lektury dowodzą wyraźnie, że mam "fazę" na czytadła. Jak każda inna faza, i ta minie za jakiś czas, prawdopodobnie kiedy zmęczę te 800 czy 900 stron książki "Co widziały wrony", ale na razie będzie kolejna recenzja kolejnej szybko-się-czytającej książki.

"Trzynaście powodów" to powieść o tym, jakim piekłem może być szkoła średnia, i jak trudno być nastolatkiem.

Licealistka Hannah Baker popełniła samobójstwo. Zanim jednak to uczyniła, wysłała do swoich znajomych ze szkoły paczkę nagranych kaset magnetofonowych, na których wyjaśnia powody swojej dramatycznej decyzji. Taśmy mają trafić po kolei do trzynastu osób z listy. Narratorem jest jedna z tych osób, Clay Jensen, który kochał się w Hannah, ale nie miał odwagi, by jej to wyznać. Słuchając nagrań, Clay błąka się po mieście, odwiedza miejsca wskazane przez nieżyjącą koleżankę, i powoli odkrywa ciemne, brudne sekrety innych uczniów, których, jak mu się wydawało, dobrze znał. Powoli odkrywa też powiązania między poszczególnymi wydarzeniami i osobami, których do tej pory nie dostrzegał i z przerażeniem dowiaduje się, jak wiele pozornie znajomych osób miało swój udział w winie.

Struktura powieści jest bardzo prosta, tekst nagrania przemieszany jest z refleksjami Claya. Z taśm wyłania się obraz wrażliwej, uczuciowej dziewczyny, która pada ofiarą plotki, wulgarnych żartów i ataków, czuje się zdradzona przez każdego, komu próbuje zaufać. Nieoczekiwanie nawet jej nieprzeciętna uroda obraca się przeciwko niej, a wszelkie próby wołania o pomoc zostają zignorowane lub zbagatelizowane przez rówieśników, ale i przez dorosłych. Hannah nazywa to efektem kuli śnieżnej - jedno upokorzenie prowadzi do kolejnego, a każde następne rani coraz boleśniej, aż wreszcie możliwość odebrania sobie życia (rozważana chyba przez każdego nastolatka) zamienia się w decyzję.

Książka o tym, jak łatwo zranić inną osobę, nie zdając sobie z tego sprawy. Jak łatwo przeoczyć oczywiste sygnały, że dzieje się źle i zlekceważyć czyjeś cierpienie w pogoni za własną pozycją w szkolnej hierarchii, za popularnością czy wizerunkiem. Na pierwszy rzut oka przeraża obojętność rodziców i brak kontaktu z dziećmi, ale też i nastolatki im tego kontaktu nie umożliwiają, kłamiąc, ukrywając się i maskując wszystkie swoje pozaszkolne rozrywki uniwersalną wymówką, jaką są "projekty do szkoły".

Poruszająca, na pewno. Z drugiej strony, trudno mi było bardzo poważnie odbierać problemy licealistki, i nie mogłam powstrzymać się od uznania jej za przewrażliwioną. Z trzeciej strony - kiedy człowiek ma kilkanaście lat, tak właśnie myśli i czuje, ma wszystkie nerwy na wierzchu, i niektóre refleksje Hannah, momentami rażące przesadą i infantylizmem, mogłyby równie dobrze pochodzić z mojego pamiętnika sprzed 20 lat.

Zabrakło mi trochę jakiejś dojrzalszej refleksji, klamry, podsumowania, spojrzenia z dystansu, oczyma kogoś niewplątanego w samobójstwo. Dzięki szerszej perspektywie mogłaby to być bardzo dobra książka (jak "Przekleństwa niewinności" Eugenidesa"). Bez niej jest dość dobra i potraktowałam ją jako wskazówkę i przestrogę dla siebie - matki już-prawie-nastolatka.

 

niedziela, 24 kwietnia 2011
Tęsknota atomów - Linus Reichlin

Miałam nie czytać już kryminałów, bo nie lubię. Ale "Tęsknota atomów" jest na tyle do kryminału niepodobna, że przeczytałam z dużą przyjemnością. Książka zupełnie nie mieści się w mojej definicji gatunku, chociaż jest w niej i lekko zgorzkniały policjant, i tajemnicza śmierć, i poszukiwania.

50-letni Jenssen za kilka dni ma zakończyć pracę w belgijskiej policji (już to zdanie nieźle obrazuje nasze europejskie pomieszanie z poplątaniem: Niemiec o duńskim nazwisku, wdowiec po Belgijce, zatrudniony w Brugii... a wszystkie te powiązania na obszarze mniejszym od każdego chyba stanu USA). Pewnego dnia zgłasza się do niego amerykański turysta, który wraz z dwoma synami wybrał się w podróż dookoła świata. Brian Ritter utrzymuje, że ktoś mu grozi... Następnego dnia Brian ginie, a chłopcy znikają. Trop prowadzi do Arizony i Meksyku.

Jenssen, zamiast spokojnie odejść na emeryturę i poświęcić się swojej pasji, fizyce kwantowej, wyruszy w podróż na inny kontynent w towarzystwie pięknej, władczej, niewidomej kobiety, o której wie tylko tyle, że też chce odnaleźć osobę podejrzaną o porwanie bliźniaków.

 To nie kryminał, bo rozwiązanie zagadki wcale nie jest takie ważne, a tajemnicza śmierć Amerykanina jest tylko pretekstem do podróży. Podróży, podczas której dwie obce sobie i niechętne, samotne osoby, zaczną odnajdywać siebie nawzajem, jadąc i wędrując przez dziwne, obce miejsca. Klimat podobny trochę do "Dzikości serca".

A najciekawsza w tym wszystkim jest pasja Jenssena, fizyka kwantowa, o której opowiada prosto i zrozumiale (a, że akurat w międzyczasie podczytuję "Wielki projekt" Hawkinga i Mlodinowa, to tematy bardzo ładnie mi się splatały). Pozwolę sobie zacytować fragment, z którym utożsamiam się w 100%. To o mnie:

"Większość ludzi, którzy kochają muzyk Bacha, nie gra na żadnym instrumencie. Nie znają się na zasadach kompozycji, fugach i kontrapunktach, a jednak rozumieją muzykę. Ze mną jest podobnie. Nie muszę być fizykiem, żeby zrozumieć i podziwiać zasadę nieoznaczoności Heisenberga. Nie muszę opanować języka fizyki, żeby kochać głębokie prawdy odkrywane przez fizyków. Prawdy dotyczące każdego człowieka. (...)

- Językiem fizyki jest matematyka - ciągnął dalej. - Tylko matematyka potrafi dokładnie opisać zachowanie elektronów w eksperymencie z podwójną szczeliną, bo jest językiem abstrakcyjnym, tak jak abstrakcyjny jest sam elektron. Kto nie opanuje tego języka, może podziwiać fizykę wyłącznie z pozycji obserwatora. Swego czasu z całego serca pragnąłem się go nauczyć, ale potem nadszedł moment, gdy zrozumiałem, że to mi się nigdy nie uda. Widzę liczby i ich nie rozumiem." (str. 227)

Może dlatego tak bardzo mi się ta książka podobała :)

08:24, mdl2
Link
środa, 20 kwietnia 2011
Amerykańskie smutki - Siri Hustvedt

Gdyby Jonathan Carroll był kobietą i żoną Paula Austera, pisałby właśnie tak. Uwaga: to nie jest komplement.

Jest to jedna z tych książek pisanych przez intelektualistów o intelektualistach dla intelektualistów (albo wannabe intelektualistów), które nieodmiennie budzą zachwyty tzw. wyrobionych czytelników z pretensjami. Delikatna, subtelna, przepojona wrażliwością, melancholią i inteligencją, a mimo to nieuchwytnie denerwująca, lekko wydumana i pretensjonalna, choć czyta się nieźle i na pozór nie ma się do czego przyczepić.

Erik, nowojorski psychoterapeuta (najpierw odruchowo napisałam: psychoanalityk, automatyczne, wyćwiczone przez kulturę masową skojarzenie miasta i zawodu...), wraz z siostrą, Ingą, nowojorską doktor filozofii, wdową po nowojorskim pisarzu Maksie, po śmierci ojca, profesora historii (chyba?) porządkują papiery i natrafiają na tajemniczy list, pisany w latach trzydziestych. Próbując rozwiązać zagadkę listu  jego autorki, muszą zmagać się z własnymi demonami. Erik - z zauroczeniem sąsiadką (nowojorską graficzką) i prześladowaniami ze strony jej byłego partnera (nowojorskiego fotografa), Inga - z dziennikarską hieną i profesorem literatury, biografem jej męża, oraz z podstarzałą aktorką, która utrzymuje, że Max był ojcem jej dziecka. Oprócz tego odkrywają własne korzenie, historię rodziny farmerów pochodzących z Norwegii i poznają własnego ojca na nowo.

Najciekawsza jest właśnie ta przeszłość, odczytywana z listów i zapisków nieżyjącego ojca: zmagania farmerów z Wielkim Kryzysem, słynnymi burzami pyłowymi, gruźlicą, przeżycia wojenne, ubóstwo. Autorka zresztą zaczerpnęła te fragmenty z autentycznych notatek własnego ojca, może dlatego, jako jedyne, są naprawdę żywe. A może dlatego, że tylko tam nie występują stadnie nowojorscy intelektualiści?

Na planie nowojorskim jest inaczej - tu króluje psychologia, problem przeżywania żałoby i traumy po stracie bliskich, ale i po 11. września. I, niestety, właśnie ta część książki przywodziła mi na myśl Jonathana Carrolla. Artystyczne (a może artystowskie?) pretensje większości bohaterów, sny, rysunki, tytuły książek i sceny z filmów rojące się od symboli i znaczeń, niezwykła wrażliwość niemal każdej postaci, przejawiająca się w nieoczywisty sposób, sąsiadują z relacjami z seansów psychoterapii i opisami najciekawszych "przypadków" Erika. Wszystkie traumy i problemy znajdują ujście w ekspresji twórczej - nie ma chyba ani jednego bohatera, który by czegoś nie pisał, nie rysował, nie fotografował albo nie szył w możliwie dziwny i przekombinowany sposób. Oczywiście, można by powiedzieć, że to książka o tworzeniu właśnie, jako sposobie na oswajanie świata, o przetwarzaniu traum i obsesji w twórczość - dla mnie stawało się to nie do zniesienia, miałam wrażenie, że czytam o grupce ludzi, którzy zupełnie stracili kontakt z rzeczywistością, zamknięci w wieży z kości słoniowej, w której oddają się rozrywkom w rodzaju pisania poematów i fotografowania innych z ukrycia, a przy tym elegancko i bardzo świadomie przeżywają cierpienie.

Najgorsze jest jednak to, że tak naprawdę z tych symboli, metafor i znaczących elementów niewiele dla mnie wynikało. Wątki się splatają, ale nie prowadzą do rozwiązań, to, co znaczące, gdzieś się rozmywa, powstaje dość efektowna łamigłówka, ale po bliższym przyjrzeniu się okazuje się, że jej rozwiązanie jest niespecjalnie interesujące.

Czyta się nawet dość dobrze, choć z pewnego dystansu, zza szyby, co z kolei nieuchronnie przywodzi na myśl równie dalekiego Austera. Za tydzień o niej zapomnę.

niedziela, 17 kwietnia 2011
Instytut - Jakub Żulczyk

Horror oparty na klasycznym założeniu: kilka osób zamkniętych w ograniczonej przestrzeni, pozostających na łasce tajemniczych Złych.

Trzydziestopięcioletnia Agnieszka ucieka od męża do Krakowa, do mieszkania odziedziczonego po babci. Jej córka Ela została z ojcem i dziadkami, którzy gotowi są posunąć się do wszystkiego, byleby odebrać Agnieszce prawa do opieki nad dzieckiem. Kobieta powoli urządza sobie życie w mieszkaniu, w którym stopniowo zamieszkuje coraz więcej jej znajomych.

Mieszkańcy "Instytutu", bo tak, od napisu na domofonie, nazywa się to mieszkanie, to wyjątkowa zbieranina dziwnych postaci. Potężny ochroniarz-kibic, lewicująca barmanka, uduchowiona bibliotekarka, tajemniczy "Rumun" - trochę wieczny student, trochę inwestor. Plus dwie przypadkowe osoby, które akurat przyszły z wizytą. Agnieszka zebrała wokół siebie osoby prowadzące cygańskie, imprezowe życie, trochę odmieńców, trochę wyrzutków albo cyganerię, jak kto woli.

Ktoś zamyka mieszkanie, blokując siedmiu uwięzionym w nim osobom wszystkie drogi ucieczki. Do dyspozycji mają jedynie Instytut, i mieszkanie sąsiadki na tym samym piętrze. Powoli kończy się jedzenie i papierosy, atmosfera gęstnieje, w grupce przyjaciół wychodzą na jaw różne niechęci i urazy, a tajemniczy "Oni" coraz mocniej zaciskają pętlę.

Historia przeplata się ze wspomnieniami Agnieszki, z których dowiadujemy się więcej o dziwnej historii Instytutu i tajemnicach z nim związanych. Zakończenia, oczywiście, nie mogę zdradzić, chociaż teoretycznie zostało ujawnione na samym początku książki, ale po drodze czekają niespodzianki i nie wszystko okazuje się tym, czym się wydawało - i tak powinno być.

"Instytut" czyta się bardzo dobrze i szybko, historia wciąga i trzyma w napięciu. Postacie, choć trochę stereotypowe w swej odmienności, są jednak żywe i wiarygodne (na tyle, że sama najchętniej odebrałabym Agnieszce prawa do dziecka i posłała ją na odwyk w trybie pilnym..). Wielki plus za opisy życia wewnętrznego kobiety trzydziestopięcioletniej i wymęczonej mężatki, myślałam, że tylko kobiety umieją to opisać, a jednak nie. Bardzo podobał mi się specyficzny, złośliwy humor, język dosadny i ironiczny, kiedy trzeba.

Po doczytaniu do końca miałam lekki niedosyt - po dziecinnemu chciałabym dowiedzieć się więcej o "Nich", o Ich historii, działaniach, tak kawa-na-ławę i bez niedopowiedzeń, chociaż trochę więcej, jak u Kinga, nawet gdyby mieli pochodzić z UFO zakopanego w piwnicy. Z drugiej strony wiem, że nie mogli być dookreśleni do końca, bo w tajemniczości kryje się Ich siła a bez niedopowiedzeń nie byliby aż tak straszni.

Wciąga, bawi, straszy - czegóż chcieć więcej?

 

poniedziałek, 11 kwietnia 2011
Salman Rushdie czyli zagadka niekompatybilności

Zaobserwowałam zagadkowe zjawisko, które mnie nurtuje, choć pewnie nie zasługuje na wiele uwagi. Otóż nie jestem w stanie doczytać do końca książek Salmana Rushdiego.

Zaczęło się to wszystko od "Czarodziejki z Florencji", później był "Grimus", i teraz ostatnia próba, czyli "Dzieci północy".

Za każdym razem sytuacja rozwijała się tak samo. Kupuję książkę, z dużym entuzjazmem zabieram się do czytania, na początku pochłaniam, później nadal czytanie idzie mi szybko i dobrze, stosownie się zachwycam, a po jakimś czasie...

...mniej więcej w połowie książki...

...zaczyna mi się odechciewać.

Czytanie zaczyna iść opornie. Liczba stron przeczytanych "na jednym posiedzeniu" zaczyna stopniowo spadać, dochodząc do poziomu 2-3, po których nagle przypominam sobie, że powinnam zrobić coś niezwykle atrakcyjnego i rozrywkowego, na przykład wyprasować całe pranie z zeszłego tygodnia, uporządkować dolną szufladę w kuchni albo wyczyścić kocią kuwetę.

Przekładam więc książkę na komodę przy łóżku, w nadziei, że będę ją czytać przed zaśnięciem, codziennie, i wreszcie skończę. Nagle okazuje się, że zasypiam wręcz błyskawicznie, oczy zaczynają mi się kleić już po kilku zdaniach. A wczoraj (dzisiaj!) o pierwszej w nocy przyłapałam się na tym, że szukam na półkach czegokolwiek innego do czytania, obojętne czego, byleby to nie były "Dzieci północy". I znalazłam "Cud" Karpowicza, i czytałam go przez kolejne 40 minut, nagle przestałam być senna i zmęczona, i nagle mi się znowu Chciało.

To się wszystko dzieje gdzieś bez udziału świadomości. Na poziomie świadomości jestem przekonana, że to jest dobra, ważna literatura, napisana bogatym i ciekawym językiem, poruszająca skomplikowane problemy przenikania się kultur we współczesnym świecie i tak dalej. Na poziomie świadomości wiem, że przeczytałam już przecież wiele grubszych, trudniejszych, gorszych, bardziej nudnych i męczących książek i jakoś dałam radę, więc powinno się udać i tym razem, tym bardziej, że żadna z tych trzech nie wydawała mi się z pozoru ani specjalnie nudna ani męcząca, wręcz przeciwnie.

Na jakimś nieuświadomionym, niedostępnym poziomie książki Salmana Rushdiego odpychają mnie od siebie powoli, stopniowo, ale nieubłaganie. Na jakimś poziomie ten język, opis, wrażliwość i tematyka są ze mną zupełnie, całkowicie i nieodwołalnie niekompatybilne. Chemia negatywna.

"Dzieci północy" podzieliły los "Czarodziejki..." i "Grimusa", czyli wróciły niedoczytane na półkę po tym, jak wczoraj zorientowałam się, że po niemal 2 miesiącach udało mi się przeczytać zaledwie 180 stron i nie mam najmniejszej ochoty czytać dalej, a wręcz na samą myśl o czytaniu dalej reaguję odruchowo wymyślaniem sobie ważniejszych zajęć.

Ciekawa jestem, czy Wy też tak macie w odniesieniu do konkretnych autorów?

 

niedziela, 10 kwietnia 2011
Surviving Paradise - Peter Rudiak-Gould

Kolejna wyprawa na Pacyfik, na Wyspy Szczęśliwe. Tym razem Wyspy Marshalla. Zaciekawiły mnie, bo Theroux pominął je na swoim szlaku.

Autor spędził rok na wysepce Ujae, jednej z Wysp Marshalla. Całe państwo liczy sobie 60 tys. mieszkańców, rozrzuconych po takich właśnie, maleńkich, koralowych atolach. Peter Rudiak-Gould pojechał tam w wieku 22 lat, jako wolontariusz organizacji World Teach, żeby uczyć angielskiego w szkole podstawowej na wyspie wielkości sporego parkingu przed supermarketem, zamieszkanej przez 450 osób.

Oczywiście nie ma porównania z książką Theroux. Raz, że autor pojechał w dość komfortowej sytuacji, otoczony opieką koordynatorów programu, w grupie podobnych, młodziutkich ochotników, z możliwością wcześniejszego wyjazdu, spędzenia ferii świątecznych w stołecznym hotelu, z cotygodniowymi rozmowami przez radio z opiekunem. Innymi słowy - z całym zapleczem i wsparciem wielkiej machiny z wielkiego kraju. Z jednej strony odważne "wrzucenie na głęboką wodę", z drugiej - taki kontrolowany survival. Z jednej strony podziw dla studenta, który porwał się na taką przygodę, z drugiej jednak, jak w bajce, wiemy, że bohater wyjdzie cało z wszelkich opresji. Zdecydowanie nie ma też porównania pod względem erudycji, głębi, wiedzy o świecie i talentu. Rok na Wyspach Marshalla to raczej podróż inicjacyjna, proces uczenia się samego siebie, wchodzenie w dorosłość młodziutkiego idealisty prosto z college'u, taki pogłębiony "gap year". Autor zresztą po pobycie na wyspach rozpoczął studia doktoranckie z antropologii, i widać wyraźnie, że ostatnie rozdziały, poświęcone porównaniu kultur i kolejnej wyprawie na atol trzy lata później, są najbardziej dojrzałe.

Mimo powyższych zastrzeżeń książkę czyta się dobrze i można się z niej sporo dowiedzieć. Co prawda Amerykanie na okładce zapewniają, że opowieść jest przezabawna i można się zwijać ze śmiechu, ale to chyba obce mi poczucie humoru, bo bardziej niż do śmiechu skłaniała mnie do przemyśleń. Mimo to, autor nie stroni od autoironii i zachowuje zdrowy dystans do siebie i otoczenia.

Jak w każdej książce o podróżach, centralnym tematem jest spotkanie z Innym i odmienność kulturowa. Na wymianie zyskują obie strony - mieszkańcy Ujae dostają rok nauki angielskiego za darmo, Peter uczy się języka i zwyczajów, poznaje miejscowe legendy, uczestniczy w codziennych zajęciach i ostatecznie zaczyna rozumieć i akceptować lokalną kulturę, która na początku jest dla niego źródłem nieporozumień i irytacji. Na szczęście nie popada przy tym w patos i idealizowanie "dobrych dzikusów" otwarcie przyznaje się do wszystkich trudności i odczuwanej czasem nietolerancji, uczciwie i z humorem opisuje własne niepowodzenia i pułapki nowoczesnego podejścia do obcych kultur, a na koniec stara się wyjaśnić, dlaczego kultura wyspiarzy jest właśnie taka a nie inna, i czemu służą niektóre zachowania, nie do przyjęcia dla człowieka Zachodu.

Trochę przy okazji pojawia się refleksja nad wpływem Ameryki na ten odległy zakątek świata, nad próbami nuklearnymi w atolu Bikini, bazą wojskową na jednej z wysepek i różnymi aspektami opieki, jaką Wujek Sam otacza to maleńkie terytorium położone tysiące mil od swoich granic. Miałam jednak wrażenie, że temat wymaga obszerniejszego rozwinięcia i że został trochę zbagatelizowany, a szkoda.

Podsumowując, trzeba przyjąć poprawkę na to, że napisał to amerykański student dla Amerykanów, nie oczekiwać wielkiej głębi i wtedy można przyjemnie i ciekawie spędzić czas na lekturze. W jednej z anglojęzycznych recenzji znalazłam takie zdanie: "An Eat, Pray, Love as written by Paul Theroux". Powiedzmy, że w pół drogi pomiędzy.

 

sobota, 09 kwietnia 2011
Oznaki życia - Ken Hillman

Z trzech czy czterech książek ostatnio wydanych w serii medycznej Wydawnictwa Znak ta jest najciekawsza i najlepiej się czyta.

Autor (pierwszy lekarz w Australii, który zrobił specjalizację z intensywnej terapii) opowiada o swojej pracy na oddziale intensywnej terapii, krytykując niektóre aspekty systemu opieki medycznej. Każe nam zastanowić się nad tym, czy aż tak powszechne stosowanie systemów podtrzymywania życia za wszelką cenę ma sens.

Wg książki jedna trzecia z nas zakończy życie na OIOM-ie, opleciona rurkami i przewodami. Dlatego w książce pojawiają się pytania o sens i cel stosowania aż tak zaawansowanych środków u ludzi terminalnie chorych, bardzo starych, albo nie rokujących żadnych nadziei na wyzdrowienie. Pytania o umieranie i o granice możliwości medycyny, czyli, chyba, najważniejsze pytania obecnej medycyny, która ma możliwości techniczne przedłużania sztucznego życia niemal w nieskończoność.

Każdy z rozdziałów opowiada krótką historię przykładowego pacjenta z praktyki autora (choć oczywiście dane zostały zmienione, a wiele postaci stanowi zlepek cech kilku autentycznych podopiecznych autora), dlatego nie można narzekać na brak "krwi" i "ciekawych przypadków". Interesujące są też informacje na temat historii samych szpitali, oddziałów intensywnej terapii i maszyn do podtrzymywania życia. Autor porusza też kwestie emocjonalne i psychologiczne, takie jak brak jakichkolwiek wspomnień z okresu leczenia, lub koszmary i lęki pojawiające się u pacjentów po opuszczeniu oddziału.

Dla zainteresowanych.

Tagi: medycyna
13:07, mdl2
Link
piątek, 08 kwietnia 2011
Bornholm, Bornholm - Hubert Klimko-Dobrzaniecki

Nie będę oryginalna, dołączę do chóru pochwalnego blogerów :)

Zwykle, kiedy czytam polskich pisarzy (z naciskiem na płeć: pisarzy-facetów) głównonurtowych, mam wrażenie, że nieustannie piszą o sobie, a jak nie o sobie, to o swojej babci, swojej mamie, swojej pierwszej miłości, swoich wewnętrznych rozdrapach, pijackich i depresyjnych melancholiach, swoim pokoleniu, i ogólnie są wsobni i ksobni w stopniu trudnym do zniesienia.

Tu, od pierwszych stron - olśnienie: autor ma dystans, oderwał się od siebie i swojego podwórka, wyprowadził akcję z naszych przemielonych setki razy realiów pokolenia tego czy tamtego, schował się za opowieścią. Ulga: to nie jest kolejny jęczący pan koło 40-ki epatujący nas swoim bólem istnienia. Najwyraźniej emigracja dobrze robi na pisanie.

Gdybym miała z czymś porównać nastrój tej książki, porównywałabym na najwyższej nucie, do Yatesa. Oszczędne w słowach, podszyte smutkiem, kroniki zwykłego, szarego, nieudanego życia dwóch mężczyzn. Powtórzenie w tytule sugeruje, w pewnym stopniu, powtórzone losy bohaterów.

Jeden - w chwili wybuchu II wojny nauczyciel przyrody w niemieckiej szkole, tkwiący w nieudanym, zimnym małżeństwie, mąż, ojciec, pantoflarz, nieśmiało marzący o jakiejkolwiek zmianie. Drugi - urodzony na Bornholmie syn samotnej, zaborczej, nadopiekuńczej matki, ofiara nieudanego dzieciństwa i potem równie zimnego małżeństwa na emigracji w Anglii, ojciec dwojga przedwcześnie zmarłych dzieci. Ten drugi odwiedza w szpitalu matkę, pogrążoną w śpiączce, i opowiada jej swoje życie, oskarża, wylewa żale, mówi wszystko to, czego nigdy wcześniej jej nie powiedział. Ten pierwszy nigdy nie zdobędzie się na żaden krok poza przygodnym romansem, żałosnym skokiem w bok w próbie udowodnienia sobie, że istnieje. Losy obu mężczyzn, choć odległe w przestrzeni i czasie, choć nigdy się nie poznali, zostały splecione. Dla kontrastu jedyna kochająca się para starszych Duńczyków w Anglii jak memento: co można mieć.

To jedna z tych książek, które pozornie są "o niczym": życie, jakich wiele, nieudane, zmarnowane, nie przez katastrofy, nie przez wojnę nawet, która toczy się gdzieś w tle, ale przez drobiazgi, czyjeś skąpstwo, puste małżeńskie łóżko, obiad podany po powrocie z pracy, za małe buty kupione dziecku. Wszelkie próby buntu, wyrwania się, kończą się tak samo, powrotem do punktu wyjścia i marazmu powszechnie uznawanego za szczęście, w co każe nam się wierzyć, żebyśmy nie oszaleli z rozpaczy. Obaj mężczyźni do końca pozostają we władzy zimnych, znienawidzonych przez nie kobiet, w relacjach rodzinnych, jeden z żoną, drugi z matką, opartych od lat wyłącznie na przyzwyczajeniu, winie i niechęci, a mimo to zbyt mocnych, by je zerwać.

Skandynawskie zimno aż bije ze stron, do tego mistrzowska Yatesowska umiejętność pokazania tego, co ważne przez najprostsze opisy czy dialogi. Nie czyta się łatwo, ale zostaje na długo w pamięci.

poniedziałek, 04 kwietnia 2011
Magiczny ogród - Sarah Addison Allen

Nie mam nic przeciwko literaturze babskiej lekkiej i przyjemnej, pod warunkiem, że jest przyzwoicie napisana, i że nikt mi nie obiecuje arcydzieła ani niezapomnianych przeżyć. "Magiczny ogród" jest tym, czego można się spodziewać - sympatyczną "książką na wykład": szczypta magii, rodzinne sekrety, romans, a wszystko w przesyconej kwiatami i zapachami atmosferze Południa USA.

W miasteczku Bascom w Karolinie Północnej każda rodzina ma jakiś wyjątkowy dar albo dziwactwo: jedni słyną z małżeństw ze starszymi od siebie kobietami, z kolei kobiety innego rodu wykazują wybitny talent w sprawach erotycznych, dzięki czemu wychodzą bogato za mąż. Najdziwniejsza jest jednak rodzina Waverley. Potrawy przyrządzone z roślin rosnących w ogrodzie ich starego domu mają niezwykły wpływ na ludzi, a jabłka z drzewa rosnącego tam od pokoleń pozwalają każdemu, kto ich skosztuje, przeżyć niezapomniane wizje.

Porzucona w dzieciństwie przez matkę Claire właśnie tu, u babci znalazła prawdziwy dom. Obecnie, już jako trzydziestokilkulatka, prowadzi firmę cateringową, tworząc wyszukane smakołyki z ogrodowych roślin. Jej spokojne, uporządkowane życie komplikuje pojawienie się w okolicy przystojnego nauczyciela rysunku i nieoczekiwany powrót do domu młodszej siostry, Sydney, która uciekła z miasteczka tuż po skończeniu szkoły średniej. Siostry będą musiały poznać się na nowo i polubić, a przy tym stawić czoła trudnej przeszłości, od której Sydney uciekła jako nastolatka, i tej bliższej, przed którą ucieka teraz. Oczywiście okaże się też, że i młodsza siostra, i jej kilkuletnia córeczka zostały obdarzone własnym, niepowtarzalnym talentem.

Można by powiedzieć, że po odarciu z magii, smaków i zapachów, zostaje z tego w zasadzie harlekin plus historyjka o pojednaniu skłóconych sióstr. Jest co prawda typowo Południowy wątek traumy z dzieciństwa, jest znana ze "Służących" grupka bogatych paniuś, które rządzą życiem towarzyskim miasta, jest i przemoc domowa i zagrożenie, ale to wszystko rozwiązuje się stosunkowo gładko i przyjemnie, choć autorka przez pewien czas trzyma nas w napięciu. Rozważania o potrzebie posiadania swojego miejsca na Ziemi i korzeniach też nienowe i niespecjalnie odkrywcze. Tym, co czyni tę książkę wyjątkową, jest jednak magia, humor, i galeria niepowtarzalnych, zabawnych postaci (moją ulubioną jest starsza pani, która co pewien czas odczuwa potrzebę dania komuś w miasteczku pozornie niepotrzebnej rzeczy). Nawet zaczarowana jabłoń ma własną osobowość i lekko złośliwe poczucie humoru :-)

Bardzo przyjemna lektura na wiosenne popołudnie.

Przyjęłam sobie zasadę, że książki lekkie, łatwe i przyjemne będę czytać po angielsku, stąd zdjęcie oryginalnej okładki na początku, ale jest i polskie tłumaczenie. Przy okazji, okładka wersji angielskiej znacznie bardziej mi się podoba.

 

 

 

 

Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli