Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
sobota, 28 kwietnia 2012
Córki gór - Anna Jorgensdotter

Książki męczące dzielą się na dwa rodzaje. Pierwszy, to te, które męczą bez sensu, albo, co gorsza, męczą przewidywalnością, schematem, topornym językiem, wieją nudą jak imieniny teścia albo wizyta w markecie. Drugi rodzaj to książki, które męczą po coś i dają satysfakcję.

"Córki gór" zdecydowanie należą do drugiego gatunku. W odróżnieniu zresztą od drugiej powieści, przez którą się mozolnie przedzieram teraz już wyłącznie z poczucia obowiązku i żalu nad wydanymi w amazonie funtami.

Saga, opowieść o pewnej rodzinie, historia prosta i skomplikowana jak samo życie. Rodzeństwo z małej wioski w górach: poważny samotnik Edwin, zamknięta w sobie Emilia, roześmiana, pełna życia Karin, rozmarzona Sofia, łobuziak Otto. I ich życie, w małej wiosce, potem w mieście, na przestrzeni dwudziestu lat, między 1938 a 1958 rokiem. W tle wojna, związki zawodowe, ruch socjalistyczny, cudze tragedie, inne losy splecione na lata.

Karin umiera tuż po porodzie, strata spaja resztę rodzeństwa, ale więź jest trudna, nieoczywista. Każde buduje swój los na pomyłkach, stratach, złych i dobrych decyzjach. Kolejne pokolenie będzie go powtarzać, a może nie, to kwestia otwarta.

Wszystkich bohaterów łączy jakaś wewnętrzna, nie do pokonania samotność, wyobcowanie, nieprzystawalność do rzeczywistości. Przez niezdolność do porozumienia z najbliższymi, do wyrażenia swoich uczuć, rozpada się pozornie udane małżeństwo Sofii, Emilia więdnie spełniając się w rozpaczliwej miłości do osieroconej siostrzenicy, samotny Edwin żyje samotnie w chacie na górze, a towarzystwa dotrzymuje mu tylko telewizor i przypadkowi goście, którzy wpadają na wspólne oglądanie. Otto udaje szczęście w związku z elegancką Niemką. Zupełnie jakby ze śmiercią Karin umarła cała radość życia.

Samo życie, aż tyle i tylko tyle. Autorka zbadała historię rodzinnej miejscowości, wykorzystała opowieści i umiejętnie splota je w całość. Małżeństwo, dzieci, albo ich brak, te chwile, kiedy orientujemy się, że "to już wszystko, nic więcej nie będzie" ale musimy żyć dalej. Próby odnajdywania sensu w drobnych czynnościach i przedmiotach.

A to z kolei znajduje doskonałe odbicie w języku, jakim ta książka jest napisana. Niby jest to saga, ale saga kojarzy się z wartką, barwną historią. Natomiast "Córki gór" to mozaika króciutkich scen, obrazów, historii, przemyśleń, zbudowana z oszczędnych a jednak nasyconych treścią zdań. To też jedna z tych powieści, gdzie najważniejsze jest to, co dzieje się wewnątrz, to, co nie do końca powiedziane, choć osadzona na wyraźnym, historycznym tle.

Ta książka wymaga namysłu, oddechu, przerw. Czasami bjący od niej chłód męczy, czasem męczy przedzieranie się przez krótkie zdania i przeskoki. Mimo to mam satysfakcję i poczucie, że warto było poświęcić jej niemal dwa tygodnie i cieszę się że znowu pojawiła się wybitna autorka skandynawska, na miarę Axelsson albo nawet lepsza.

niedziela, 15 kwietnia 2012
Smuga krwi - Johan Theorin

Choć kryminału jako gatunku nie lubię, nawet tego współczesnego, z bogatym tłem obyczajowym i społecznym, jest jeden autor wyjątkowy, na którego książki czekam z niecierpliwością, a później pochłaniam i żałuję, że nas nie rozpieszcza, wydając tak rzadko. Może zresztą to lepiej - pisanie wielotomowych cykli w tempie produkcyjniaka i z zachowaniem równego poziomu chyba niewielu się udaje, a Theorin co rok-dwa lata zapewnia solidną porcję dobrej, barwnej, zmuszającej do myślenia prozy.

Czy to zasługa charakterystycznego, ponurego krajobrazu Olandii, w którym rozgrywa się akcja już trzeciej powieści z cyklu, czy umiejętnego splatania przeszłości z teraźniejszością, czy może bohaterów, z których każdy ma osobną, godną uwagi historię - nie wiem, wiem, że dla mnie cykl olandzki wybija się ponad wszystko inne, co serwują nam wydawcy kryminałów.

Chociaż, dodam z niejaką przykrością, "Smuga krwi" jest według mnie częścią najsłabszą, "Nocnej Zamieci" nie dorównuje (co już napisała przede mną chyba Chiara76).

Wszystkie części cyklu spaja postać Gerlofa, emerytowanego marynarza, który dożywa swoich dni w domu opieki. W "Smudze krwi" Gerlof postanawia wrócić do swojego dawnego domu, skąd, siedząc w fotelu i czytając dzienniki swojej zmarłej żony, obserwuje wydarzenia, żeby na koniec jak zwykle odegrać w nich decydującą rolę.

Główną rolę odgrywa jednak rodzina niedawno przybyła na wyspę, lecz związana z nią od wielu lat. Per, samotny ojciec nastoletnich bliźniaków, wprowadza się do domu nieżyjącego stryja przy kamieniołomie. Do zbudowanych obok nowych domów przybywają bogaci mieszkańcy stałego lądu, w tym toksyczne i nieszczęśliwe małżeństwo, Vendela i Max. On pisze poradniki, ona od lat interesuje się dawnymi legendami o elfach. Jak się okazuje, i jej przeszłość wiąże się z tym miejscem. Per musi zająć się swoim ojcem, kiedyś rekinem pornobiznesu, teraz niedołężnym starcem po udarze, którego ktoś usiłuje zabić. Dodajmy do tego legendę o bitwie elfów z trollami, po której pozostała tytułowa "smuga krwi" w kamieniołomie, smutną i traumatyczną przeszłość wszystkich bohaterów i mamy typową theorinowską mieszankę wybuchową - 500 stron, które przewraca się z zapartym tchem, długo w noc, nawet nie po to, żeby wiedzieć "kto zabił", ale żeby nie opuszczać tej tajemniczej wyspy.

Ojcowie odgrywają w tej książce ważną rolę, ojcowie troskliwi jak Per, zmagający się z chorobą córki i ojcowie zupełnie niedbali jak Jerry. Grzechy ojców mszczą się na synach, a smuga krwi znaczy kolejne pokolenia. Wyspa nie wypuszcza łatwo tych, których kiedyś naznaczyła.

Dlaczego jednak ta część wydała mi się najsłabsza? Może dlatego, że Olandia wiosną traci trochę groźny, niszczycielski pazur i melancholijny nastrój.  Może jednak dlatego, że w tej części za bardzo podkreślony jest "temat społeczny" czyli przemysł porno, opisany w stylu "dziennikarskim", którego u pisarzy nie lubię. Osobiście zawsze wolę trudne jednostkowe wybory wynikające z dawnych traum, od opisu szerszych zjawisk społecznych, nawet jeżeli są reprezentowane przez jednostki. Moim, bardzo subiektywnym zdaniem, ten wątek jest najsłabszą częścią książki, i, choć bez niego nie byłaby ona wcale kryminałem, najchętniej pominęłabym go przy czytaniu, bo autor zupełnie nie zainteresował mnie losem modeli i fotografów Jerry'ego, wydawali mi się jednowymiarowi. Choć oczywiście pomysł, żeby ważnym świadkiem wydarzeń uczynić starca po udarze, bełkoczącego pojedyncze słowa, jest znakomity.

Mimo powyższych zastrzeżeń jest to książka nadal bardzo dobra, choć nie będzie moją ulubioną częścią cyklu. Dalej natomiast będę niecierpliwie czekać na kolejne książki autora. Przy okazji - te koszmarne, zdaniem wielu, okładki serii zaczęły mi się podobać, tak konsekwentnie są utrzymane w przerysowanej konwencji retro :)

---

PS Skuszona świetną propozycją - "pracą marzeń" - chwilowo wyrzuciłam się z kieratu, od końca kwietnia, co oznacza albo: więcej czasu na czytanie i mniej na pisanie od maja (dłuższy dojazd i dłuższe godziny pracy), albo: mniej czasu na czytanie a więcej na pisanie (w opcji: praca zdalna). Opcja niedługo się wyjaśni, mam nadzieję.

 

 

poniedziałek, 09 kwietnia 2012
Gwiazdy nad Afryką - Ilona Maria Hilliges

Tak, jak napisałam przedwczoraj, "Gwiazdy nad Afryką" to solidna powieść historyczno-obyczajowa. Niedawno przy okazji innej książki podzieliłam sobie książki historyczne na te, w których autorzy wrzucają czytalnika "na głęboką wodę", zakładając znajomość epoki i te, gdzie czytelnik jest wprowadzany w opisywaną epokę tak, że może się przy okazji czegoś dowiedzieć. Powieść Ilony Marii Hilliges należy na szczęście do tego drugiego rodzaju.

Rzecz dzieje się w roku 1907, a bohaterką jest młodziutka niemiecka lekarka świeżo po studiach w Zurychu (w Niemczech w tamtych czasach kobiety nie mogły jeszcze studiować).Doktor Amelia Freyer, berlińska sierota adoptowana przez zamożne małżeństwo i wychowana na afrykańskiej plantacji, wraca do Afryki Wschodniej, żeby założyć tam szpital. W podróży poznaje jednak ludzi, którzy wpłyną na zmianę tych planów, i tak oto Amelia wyruszy z rodzinnej plantacji nad jezioro Tanganika, żeby badać i leczyć chorych na śpiączkę afrykańską.

Amelia przez cały czas zmaga się z uprzedzeniami - tymi, jakie mężczyźni lekarze żywią w stosunku do niej, lekceważąc jej autorytet i kompetencje na każdym kroku i utrudniając jej pracę swoją postawą, a także z uprzedzeniami kolonizatorów w stosunku do miejscowej ludności, którą traktują jak jak gorszy gatunek człowieka, materiał do eksperymentów i tanią siłę roboczą. Członkowie niemieckiej wyprawy wręcz przypominają nazistów w swojej pogardzie dla Innych i rasistowskiej postawie. Tymczasem Amelia dzięki znajomości Afryki i otwartości umysłu zyskuje zaufanie afrykańskiego uzdrowiciela, nawiązuje przyjaźnie z podobnymi do niej członkami wyprawy, zdobywa uznanie niechętnych i ostatecznie udaje jej się osiągnąć cel, choć nie bez przeszkód.

Jest tu rozbudowany wątek romansowy, ale najciekawsza jest oczywiście medycyna. Chyba każdy, kto czytał "W pustyni i w puszczy" (czyli każdy Polak powyżej V klasy :) ) czytał o śpiączce wywoływanej przez muchy tse-tse, tematyka jest więc lekko oswojona ale nie mniej fascynująca. Fascynujące są dawne próby pokonania tej choroby (a przy okazji innych, jak syfilis) i badania nad jej rozprzestrzenianiem. Śpiączka nie jest jednak jedynym medycznym zagadnieniem, gdyż bohaterów trapią też inne choroby, w owych czasach nieuleczalne bądź niosące ze sobą ogromne ryzyko. Najciekawszy jest jednak wątek tradycyjnej medycyny afrykańskiej, głęboko powiązanej z religią, którą mamy okazję poznać w momencie, gdy Amelia walczy z chorobą zagrażającą jej życiu.

Opisywana Afryka żyje, zmieniające się krajobrazy i ludzie są namalowane tak barwnie, że ożywają pod wzrokiem czytelnika. Jedno mnie tylko męczyło, coś, co męczy mnie zawsze gdy czytam powieści historyczne napisane obecnie. Otóż postać Amelii jest tak postępowa, feministyczna i otwarta na odmienne kultury, że na swoje czasy aż troszkę niewiarygodna. Łatwiej było mi uwierzyć w bezmyślne okrucieństwo i pogardę doktora Klemma, w instrumentalne traktowanie rdzennych mieszkańców przez kupca Messingnagela, w niechęć berlińskich lekarzy do młodziutkiej koleżanki po fachu niż w słuszne, postępowe i... tak bardzo XXI-wieczne poglądy Amelii. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że postęp nie przyszedł znikąd, że i w epoce kolonizacji musiały trafiać się jednostki światłe, nowoczesne i otwarte, inaczej postępu nigdy by nie było, a jednak bardziej wierzyłabym młodej lekarce, gdyby miała jakieś brzydkie rysy na charakterze i przezwyciężyła je dopiero dzięki trudnym przejściom. Jednym słowem - Amelia jest w zasadzie od początku ucieleśnieniem pewnej słusznej postawy, a za takimi bohaterami nie przepadam. (to samo na razie dotyczy powieści Emmy Donoghue, gdzie występuje wiktoriańska bojowniczka o prawa kobiet, ale ta przynajmniej ma ciasne, purytańskie i odpowiednie do epoki zapatrywania na małżeństwo).

Mimo to książka jest wciągająca, czyta się doskonale (to jedna z tych lektur, przy których "zapomina się o otaczającym świecie"). Widać, że autorka zna Afrykę (mieszkała tam przez wiele lat), a medycyna nie jest potraktowana jako pretekst do przygody.

sobota, 07 kwietnia 2012
życzenia i plan na kwiecień

Pierwszy kwietniowy tydzień upłynął pod znakiem monotonnego kieratu i braku czasu na cokolwiek. Uroki prawdziwego życia, czyż nie? Teraz dopiero wychodzi to, że nigdy nie pracowałam "na zawsze", zawsze miałam jakiś horyzont czasowy, za którym pojawiał się odpoczynek, jakieś ferie czy skończenie książki, pracy, projektu, nigdy nie żyłam w rytmie: 5 dni kieratu, 2 dni wolności i jestem do tego rozpaczliwie nieprzyzwyczajona.

Czytać czytam, w autobusie, jeżdżę w takich porach, że da się usiąść, i jest to solidne półtorej godziny dziennie, w domu gorzej bo czeka nawał obowiązków domowych, na które dawniej był cały dzień.

Gorzej z pisaniem o czytaniu, obawiam się więc trochę, że blog zmieni się w weekendowy i powoli zacznie kurzem zarastać - albo może wreszcie się przyzwyczaję i zacznę znajdować czas. Albo szef wyrzuci mnie z pracy, co nie jest wykluczone, albo się sama wyrzucę, co też nie jest, sama sobie pensję przelewam to mogę się i sama wyrzucić :)

Plan na kwiecień jakiś tam mam, powiedzmy. Na pewno na kwiecień przechodzi "Ninety Degrees North", mimo wiosny. Czy Wam też literatura faktu dłużej i wolniej się czyta niż beletrystyka?

A poza tym:

1. The Sealed Letter - Emma Donoghue. Już zaczęta, ale z mieszanymi uczuciami. Na pewno lepsza od okropnie tendencyjnego, grającego na emocjach "Pokoju" ale też jakaś taka "z tezą", przynajmniej na początku. Może się rozkręci. Tej nie czytam w autobusie żeby nie zniszczyć - po przeczytaniu ma wylądować na allegro w "stanie idealnym".

 

 

 

 

2. Gwiazdy nad Afryką - Ilona Maria Hilliges. Ta już prawie dokończona. Solidne niemieckie historyczne czytadło, pomyślałam w pierwszym odruchu, ale jestem niesprawiedliwa, czytadło to nie jest, ma większe ambicje, solidna kobieca powieść historyczna z wątkiem romansowym i medycznym (ze względu na ten ostatni kupiona). Tylko te moje mieszane uczucia przy książkach, gdzie historyczni bohaterowie myślą tak bardzo współcześnie...

 

 

 

3. Smuga krwi - Johan Theorin. Przedstawiać nie trzeba, zachęcać też nie, pewniak i pewniakiem ma być, nie dopuszczam myśli o rozczarowaniu.

 

 

 

 

 

 

4. Córki gór - Anna Jorgensdotter. Trochę już "wyrosłam" z fascynacji Skandynawami, ciągnie mnie gdzie indziej, ale ta z opisu zapowiada się bardzo dobrze. Zobaczymy.

5... nie wiem. Może "Rozwiązła", żeby było coś z literatury polskiej, a może "Miedzianka. Krótka historia znikania", żeby nie tylko powieści, a może coś innego, do wyboru w ostatniej chwili...

 

 

 

I tyle jeśli chodzi o plany i ich realizację, a poza tym, ponieważ Wielkanoc jak zwykle przyszła z zaskoczenia :) życzę Wam wszystkim w ostatniej chwili, do wyboru, zdrowych i spokojnych Świąt, wesołego Alleluja, miłych spotkań w gronie rodzinnym albo po prostu leniwego długiego weekendu z mnóstwem czasu na odpoczynek!

Tagi: plany
11:44, mdl2
Link Komentarze (7) »
niedziela, 01 kwietnia 2012
Zły wpływ - Ramsey Campbell

Po obejrzeniu w całości rewelacyjnego serialu American Horror Story zapragnęłam więcej horroru, ale horroru bardzo specyficznego. Nie interesują mnie wampiry, zakochane czy nie, inkarnacje starożytnych bóstw mszczące się za zbezczeszczenie miejsca kultu, psychopaci w maskach masakrujący niewinne nastolatki na licealnych imprezach, wczesno-mastertonowska estetyka wywijania ludzi na lewą stronę ani ćwiartowanie piłą mechaniczną.

Zapragnęłam horroru, a może raczej opowieści grozy, w klimacie historii o duchach, bez krwi i masakry, za to z dreszczykiem strachu, jaki odczuwamy siedząc wieczorem w pustym domu, gdy zaskrzypi podłoga.

Nic nie straszy lepiej niż dziecko - o tym twórcy horrorów wiedzą już od dawna. Autystyczne dzieci, chore dzieci, zwyczajne dzieci, które "widzą więcej", zwyczajne dzieci, które nagle zaczynają wymiotować na zielono i wywrzaskiwać obelgi, dzieci u Kinga, które rysują to, co dopiero się wydarzy, chłopczyk z "Szóstego zmysłu"...

"Zły wpływ" to historia o ośmioletniej dziewczynce. Gdy umiera jej okrutna cioteczna babcia Queenie, mała Rowan poznaje Vicky. Nowa przyjaciółka jest nieco staroświecka, dojrzała na swój wiek i bardzo tajemnicza. Dziewczynka ulega jej urokowi, co niepokoi całą rodzinę, zwłaszcza siostrę matki, Hermione, która w dzieciństwie była krzywdzona i straszona przez Queenie. Czy zła staruszka wróciła w ciele małej dziewczynki? Dlaczego pochowano ją z medalionem zawierającym pukiel włosów małej Rowan?

Wszystko dzieje się w Liverpoolu, w ponurym, rozpadającym się domiszczu należącym dawniej do Queenie. Dom, przesiąknięty wspomnieniami o chorobie i śmierci, w którym książki rozpadają się ze starości, tapeta odłazi, drzwi znienacka się zamykają, a światła gasną, tworzy atmosferę grozy. Nie ma tu - poza sceną na cmentarzu - żadnej krwi ani straszydeł, a mimo to coś jest bardzo nie tak i to uczucie z każdą stroną nabiera intensywności. Motyw starości, lęku przed starzeniem i śmiercią, jest zwielokrotniony, dotyczy i domu, i Queenie, i jej od lat nieżyjącego ojca, i wreszcie małego pacjenta matki Rowan, dotkniętego progerią. Czytałam z lekkim dreszczykiem, pewnie też dlatego, że moja córka jest w tym samym wieku, co małe bohaterki powieści.

Oczywiście to jest czytadełko, lektura na deszczowe popołudnie, nie ma co dorabiać ideologii,  ale w swoim gatunku czytadełko bardzo miłe i akurat tak ponure, jak powinno być. Dłużyzny i opisy mi nie przeszkadzały, natomiast podobał mi się specyficzny brytyjski klimat leniwie rozwijającej się historii. Dla mnie największą zaletą książki było to, z czego jedna z recenzentek na Merlinie zrobiła koronny zarzut: "Utwór ten przypomina bardziej opowieść obyczajową z elementami fantastycznymi w postaci nadprzyrodzonych zjawisk aniżeli horror. Usprawiedliwia go jednak fakt, że powstał pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku, a wtedy horrory przybierały znacznie łagodniejszą postać niż te powstające w czasach dzisiejszych."

Jeśli o mnie chodzi - żadne protekcjonalne usprawiedliwienie nie jest tu potrzebne, bo dostałam akurat to, czego chciałam - parę godzin przyjemności z lekko staroświeckim dreszczykiem. Ale jeśli ktoś preferuje parujące flaki, szybką akcję i strugi krwi, to poczuje się zawiedziony :)

---

W marcu zboczyłam z drogi, odbiłam od ustalonego planu (choć Biegun Północny dzielnie ciągnę a "Dziewczynkę..." Wardy przeczytałam, odpuściłam tylko "Call the Midwife" na razie). Plan na kwiecień będzie zdecydowanie luźniejszy i bardziej relaksowy, z zaczętą dziś Emmą Donoghue w roli głównej "cegły" i Theorinem w roli gwiazdy (o ile wydawca nie przesunie premiery na jeszcze późniejszy termin...) .

Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli