Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
sobota, 27 kwietnia 2013
Jutro przypłynie królowa - Maciej Wasielewski

Pisałam w komentarzach, że chyba dopadł mnie ten słynny kryzys wieku średniego, kiedy człowiek zaczyna coraz chętniej sięgać po literaturę faktu zamiast po fikcję. Mam tylko nadzieję, że nie skończę jak mój Ojciec, który w pewnym wieku zaczął czytać wyłącznie książki typu biografia Stalina i II wojna na froncie wschodnim :)

"Jutro przypłynie królowa" to jeden z przejawów tego kryzysu i jeden z tych reportaży wydawnictwa Czarne, które stanowią klasę samą dla siebie i potwierdzają, że polski reportaż kwitnie i ma się doskonale.

Wyobraźcie sobie wysepkę zagubioną na Pacyfiku, zamieszkaną przez kilkadziesiąt osób. Palmy, rozgrzany piasek, sady mandarynkowe, najsłodszy na świecie miód, który trafia na królewski stół Anglii. Raj na ziemi. Dodajmy, że wszyscy rdzenni mieszkańcy wyspy są potomkami buntowników z "Bounty" i uprowadzonych tahitańskich kobiet - romantyczna piracka legenda w pełnej krasie cudowny, nieznany i urokliwy zakątek świata.

Otóż nieprawda.

Zamiast raportu z raju strzeżonego pilnie przed turystami dostajemy otóż mrożący krew w żyłach reportaż z piekła na ziemi, przerażające studium społeczności trawionej nieufnością, podejrzliwej wobec swoich i obcych, zamkniętej przed światem i żyjącej według swoich brutalnych wspólnotowych praw. "Na Pitcairn każda relacja międzyludzka opiera się na długu wdzięczności. Wyspiarze pilnują wprawdzie, by nie stawać się dłużnikami, ale prędzej czy później każdy każdemu jest coś winien." (str. 53). Wszyscy należą do Kościoła Adwentystów (który niedawno oficjalnie wyparł się związków z wyspą), wszystkich też wychowano w poczuciu silnej zależności od wspólnoty, bez której są niczym. Wspólnota dzieli się na swoich, Przechrztów ("Przechrzta to Obcy, który związał się z Pitcairnenką". - str. 23) i Judaszy (tego chyba tłumaczyć nie trzeba).

Wszystkich łączy pewien brudny sekret z niedawnej przeszłości - procesy o gwałt wytoczone kilku mieszkańcom wyspy przez grupę kobiet. "Gwałcili tyle, by zaspokoić potrzeby, lecz nie tyle, by zrobił się smród wokół wyspy." (str. 46) "Gwałt był częścią dnia. Jak jedzenie. Byłeś głodny, zrywałeś mandarynkę. Naturalna czynność." (str. 54). Gwałcicielami byli tzw. Chłopcy - silna, sprawna elita młodych wyspiarzy, filary społeczności. Gwałconymi - nastoletnie dziewczynki. Wszyscy wiedzieli o tym, co się dzieje, również rodzice ofiar. "Ojcowie mówili przed sądem: 'Nasze córki to dziwki, są obłąkane, gwałty to ich urojenie.' Żaden nie pomścił córki." (str. 71).

Relacja z wyspy przeplata się z rozmowami z uciekinierką - Veroniką. Razem tworzą wstrząsającą, opowiedzianą w lakonicznych zdaniach i króciutkich fragmentach, opowieść o piekle kobiet i dziewczynek, prawdziwym, odizolowanym piekle, oddalonym od najbliższego "cywilizowanego" sądu, od psychologa, terapeuty, pedagoga szkolnego i towarzystwa przyjaciół dzieci  o tysiące mil.  O piekle, w którym policjantką jest siostra gwałciciela a jedyny pastor podgląda nastoletnie dziewczynki. O piekle, z którego niezwykle trudno się wyrwać fizycznie (trzeba mieć drogi bilet na statek kursujący raz na kilka miesięcy, trzeba uprosić kapitana) i psychicznie (trzeba znaleźć w sobie siłę, żeby odciąć się od wspólnoty, od rodziców, od jedynego miejsca, które się w życiu znało, bez prawa powrotu). Nieliczne zdobyły się na odwagę, płacąc za nią później dotkliwym poczuciem wyobcowania i zaburzeniami psychicznymi. Może zresztą ta lektura była powodem, dla którego nie byłam w stanie później odpowiednio głęboko przeżywać wciąż tych samych psychicznych traum wykształconych, sytych Szwedek.

Królowa nigdy tu nie przypłynie, choć oficjalnie sprawuje władzę nad Pitcairn jako jednym z terytoriów zamorskich Wielkiej Brytanii. Nawet sąd nad gwałcicielami i wyroki skazujące ich na więzienie zmieniły się w farsę. Potomkowie buntowników wegetują w swojej enklawie, w ubóstwie i bałaganie: "Budynki skryte w gęstwinie drzew kokosowych, prymitywne, trawione przez termity. Przypominają raczej bungalowy zbite na słowo honoru z deski pilśniowej, z kruchego drewna, pokryte łataną blachą. W niektórych domach zamiast szyb powtykano patyki i kliny." (str. 20). Jeżdżą quadami po czterech kilometrach dostępnych dróg, kradną sobie nawzajem ropę i mandarynki, wiedzą o sobie wszystko i niełatwo zdradzają sekrety. A w czasie wolnym gwałcą - siostrzenice, córki sąsiadów, pewni swej bezkarności. Świat natomiast czeka, aż Pitcairneńczycy pomalutku wymrą, nie sprawiając kłopotu.

Wasielewski jadąc na Pitcairn narażał życie. Mimo, że udawał antropologa badającego zamknięte społeczności, musiał pokonać liczne przeszkody, aby wpuszczono go na wyspę, później wielokrotnie spotkał się z mniej lub bardziej zawoalowanymi pogróżkami, a wielu wyspiarzy rozmawiało z nim wyłącznie anonimowo. Powstał jednak reportaż wyjątkowy, pasjonujący jak najlepsza powieść i pod każdym względem wart swojej ceny.

Kto lubi reportaże - koniecznie. Kto nie lubi - też koniecznie, może to będzie TEN PIERWSZY reportaż w Waszej karierze czytelniczej :)

 

 

 

wtorek, 23 kwietnia 2013
Pępowina - Majgull Axelsson

No dobra, mamy światowy dzień książki, przeżyliśmy zbiorowy czytelniczy orgazm na fejsie, pojaraliśmy się, jacy to jesteśmy fajni, że czytamy, wydaliśmy setki złotych na różnych książkowych promocjach, zamieściliśmy miliony oklepanych obrazków z książkami, czytaliśmy pod chmurką (dobrze, że nie śniegową), to teraz warto by może dla odmiany coś napisać.

Z trzech ostatnio przeczytanych książek na pierwszy ogień idzie pisarka, którą kiedyś uwielbiałam i stawiałam sobie za wzór, a później mi przeszło.

Majgull Axelsson zawsze podziwiałam za umiejętność konstruowania bohaterów, za wnikliwe wejrzenie w kobiecą psychikę, za to, że o problemach naprawdę trudnych pisze tak, że nie można się od książki oderwać.

A z drugiej strony - jestem już gdzie indziej, minęłam punkt zachwytu i poszłam w inną stronę niż uwielbiana niegdyś autorka. No bo ileż można przeczytać takich samych powieści o stłamszonych, krzywdzonych kobietach z tragicznym bagażem doświadczeń z dzieciństwa? Ileż można roztrząsać, czy całe zło w życiu kobiety jest winą ojca, czy matki, czy może obojga, a może i babka dołożyła swoją cegiełkę?

Większość wielbicieli szwedzkiej pisarki powinna być usatysfakcjonowana, bowiem w "Pępowinie" znajdą wszystkie stałe motywy i wyróżniki jej twórczości: skrzywdzone kobiety, problem prostytucji, niskiej samooceny, przemocy psychicznej, traumy z dzieciństwa, w tym te oczywiste jak brak ojca i (lub) matczynej miłości i te będące znakiem firmowym Skandynawów (molestowanie, w Szwecji ktoś zawsze musi być molestowany!), toksyczna więż między matką a córką.

Nad miastem Arvika szaleje sztorm, zalewając drogi i łamiąc drzewa. W restauracji na wzgórzu chroni się kilka osób: Minna, właścicielka lokalu, Annette, kierowniczka restauracji, Marguerite, aktorka razem z dominującym mężem Henrikiem, Ritva, niespełniona zawodowo dziennikarka przygotowująca materiał o katastrofie.

Każda z nich dźwiga swój życiowy bagaż - jedna, stłamszona przez męża i dorastającego syna wpada w alkoholizm, inna żyje z pijakiem. Minna, niechciane, niekochane dziecko sławnego i wpływowego człowieka, zmaga się z najbardziej mroczną tragedią, którą czytelnik odkrywa pomalutku, powoli i z wielkimi oporami domyślając się, co się stało z piękną i utalentowaną córką bohaterki, Sofią.

W tej powieści wątkiem wybijającym się na pierwszy plan jest właśnie więź matki i córki, traumy przechodzące z pokolenia na pokolenie, mimo rozpaczliwych starań kobiet, żeby ich nie powtarzać błędów swoich matek. Kobiety z rodziny raz napiętnowanej przez plotkarzy zmieniają piętno w samospełniającą przepowiednię, choć usiłują się z tego błędnego koła wyrwać. Bezskutecznie, bo nie pozwala im na to całe obciążenie z przeszłości.

Kolejne rozdziały przedstawiają na zmianę historie poszczególnych bohaterek i jednego bohatera, Tyrone'a, emerytowanego strażaka, i tej najważniejszej - Minny. Poznajemy jej wspomnienia i teraźniejszość, a wszystko przetykane jest dziwnymi, symbolicznymi wizjami nawiązującymi do mitologii, bowiem Minnie i na jawie i w chwilach utraty przytomności stale towarzyszy wizja kalekiego, miedzianoskrzydłego anioła. Przyznam, że osobiście uważam te urojenia za najsłabszą część książki, chociaż oczywiście możnaby wiele napisać o symbolice anioła i części psychiki bohaterki, którą uosabia.

Możliwe że ta powieść Axelsson tym przede wszystkim różni się od poprzednich, że w poprzednich chyba nie wyczuwałam takiego dążenia do pozytywnego, mimo wszystko, zakończenia, do pojednania ze sobą i życiem, a tu wszystko jednak do tego zmierza.

A poza tym? A poza tym czyta się "Pępowinę" bardzo dobrze, bardzo szybko, bo Axelsson wciąż umie przykuć uwagę czytelnika, zaintrygować tajemnicą z przeszłości, powoli odsłaniać sekrety i złapać na haczyk. Na pewno też ta książka, jak poprzednie, spodoba się miłośniczkom ambitniejszej literatury psychologicznej "o kobietach - dla kobiet". A ja teraz szukam jednak czegoś innego.

 

piątek, 12 kwietnia 2013
Witajcie w raju. Reportaże o przemyśle turystycznym - Jennie Dielemans

Tak się złożyło, że mijający tydzień upłynął mi pod znakiem turystyki. Z jednej strony reportaże Jennie Dielemans o przemyśle turystycznym, z drugiej trzygodzinne przesłuchanie na policji w sprawie mojego byłego pracodawcy.

Niektórzy z czytelników pewnie pamiętają blog pt. Młoda Pisarka szuka pracy i euforię, która przyszła, kiedy pracę wreszcie znalazłam. Miesiąc później euforia minęła, dwa miesiące później pracowałam już gdzie indziej, w miejscu, gdzie nikt na mnie nie wrzeszczy i nie każe mi naprawiać drukarki, cztery miesiące później mój były pracodawca zniknął zostawiając po sobie długi i kilkuset wściekłych turystów, którym obiecano, że można spędzić wakacje w Egipcie za kilkaset złotych.

Nie można.

Szef zniknął, turyści wrócili do kraju na koszt podatnika, a z mojej wymarzonej pracy zostało wezwanie na przesłuchanie i trzy godziny w towarzystwie przemiłego policjanta.

A Jennie Dielemans napatoczyła się przy okazji, z półki mojej Mamy i akurat dopasowała się do tematu przewodniego.

Podsumowując najkrócej, jak się da:

Jeżeli należycie do tych ludzi, którzy uwielbiają pławić się w poczuciu winy i wyrzutach sumienia, jeśli dźwigacie na barkach odpowiedzialność za losy całego świata a przygotowując sobie kanapkę z pomidorem nigdy nie zapominacie policzyć śladu węglowego, który ów pomidor po sobie zostawił, jest to wymarzona lektura właśnie dla Was. Dowiecie się z niej bowiem, jak brzydkie i moralnie naganne jest uczestnictwo w turystyce zorganizowanej i zapragniecie spędzić najbliższy urlop zgodnie z polskim standardem, remontując kuchnię. Podobnie, jeśli lubicie odczuwać przyjemną moralną wyższość nad motłochem (niezależnie, czy ów motłoch wlewa w siebie kolejne drinki z palemką nad egipskim basenem, czy też z plecakiem i przewodnikiem Lonely Planet zagląda do wnętrz wietnamskich chat).

I nawet nie chodzi o to, że autorka nie ma racji, tylko o to, że ta książka jest tak jednostronna, tak przesycona poczuciem odpowiedzialności za cały świat i tak obrzydliwie SŁUSZNA, że przypomina bardziej pouczający wykład niż reportaż.

Autorka przybliża historię turystyki zorganizowanej, a następnie przedstawia kilka wybranych turystycznych "rajów", koncentrując się na zagrożeniach i szkodach powodowanych przez turystykę masową. Turyści przyczyniają się do chaotycznego rozwoju i niszczenia pięknych rejonów, backpackersi goniąc za autentycznością wykorzystują ubogich mieszkańców oddalonych rejonów, przy budowie hoteli pracują słabo opłacani i pozbawieni praw uchodźcy, w Tajlandii bogaci mężczyźni wykorzystują młodziutkie prostytutki... a za każdym razem, kiedy wsiadamy do samolotu, gdzieś w Arktyce umiera w męczarniach słodki, malutki polarny miś. I niech wam teraz kością w gardle staną te wczasy all inclusive w Turcji, które właśnie wykupiliście w ofercie first minute.

Oczywiście autorka ma sporo racji, ale po pierwsze, nie mówi właściwie nic nowego, poza oczywistościami. Może tylko tyle, że odziera backpackersów z romantycznego mitu niezależnych wędrowców, pokazując masowość tego rzekomo alternatywnego ruchu. Teksty są krótkie i dość ogólnikowe, nadawałyby się raczej na artykuły do tzw. tygodników opinii, za mało treści, żeby zasługiwały na miano głębokiej, wnikliwej analizy. Po drugie koncentruje się wyłącznie na negatywnych aspektach turystyki. Na całą książkę podaje tylko jeden pozytywny przykład, jak można pogodzić turystykę z ekologią i autentycznością w sposób korzystny dla wszystkich zainteresowanych. Po trzecie, ton reportaży, przepojony na zmianę wyższością (ach, ci prymitywni Szwedzi w hotelowych barach, ach ci Jankesi w wietnamskich tunelach) i poczuciem winy, staje się po jakimś czasie nie do zniesienia, do tego stopnia, że zgadzając się z grubsza z główną tezą autorki, marzyłam o tym, żeby się z nią nie zgadzać, z czystej przekory, dla zasady.

 

Nie przepadam za reportażami z tezą, których głównym celem jest pochylanie się z moralną wyższością nad jakimś tematem. Nie przepadam też za typowymi wakacjami zorganizowanymi (dlatego w tym roku zamierzamy znowu spędzić wakacje nad Bałtykiem, prawdopodobnie wykorzystując miejscową ludność, uciskając kelnerów w pizzeriach, dewastując dziewicze nadbałtyckie plaże i spalając hektolitry benzyny na dojazd na miejsce), ale nie jest to zasługą tego typu książek...

niedziela, 07 kwietnia 2013
Annabel - Kathleen Winter

Ostatnio mam dobrą passę, wybieram z półki książki i dobre, i pięknie napisane, i mądre. Rzadko się to zdarza, jedna czasem, dwie rzadziej, trzy z rzędu - prawie nigdy. Oczywiście żadne szczęście nie trwa wiecznie i prawdopodobnie gdzieś za rogiem już czeka, specjalnie dla mnie, jakieś koszmarne przereklamowane czytadło, ale cieszmy się chwilą, póki trwa.

"Annabel" to historia dorastania dziecka innego niż wszyscy. W małym miasteczku na Labradorze żona trapera, Jacinta, rodzi dziecko w domu, w asyście przyjaciółek i sąsiadek. Tylko jedna z nich, Thomasina Baikie, zauważa, że maleńki Wayne nie jest stuprocentowym chłopcem... a w rzeczywistości jest i chłopcem i dziewczynką, hermafrodytą. Od tej pory o tajemnicy Wayne'a będą wiedziały tylko trzy osoby - rodzice i Thomasina. Ojciec decyduje o tym, żeby leczyć dziecko i wychowywać jak syna, ale okazuje się, że tożsamość jest bardziej skomplikowana niż potoczne wyobrażenia na temat płci. Wayne dowie się o swojej odmienności dopiero w okresie dojrzewania i reszta jego historii będzie opowieścią o odkrywaniu ukrytej tożsamości, o odnajdywaniu swojego miejsca w świecie i pojednaniu z ojcem.

Akcja rozgrywa się na przestrzeni dwudziestu kilku lat po narodzinach Wayne'a, począwszy od 1969 roku. Tu znowu ogromną siłą książki jest miejsce akcji - odosobnione, na tle "cywilizowanej", miejskiej reszty kraju bardzo proste - a szczególne miejsce zajmuje przyroda. Miasteczko zamieszkują traperzy, milczący mężczyźni, którzy większość roku spędzają w lesie na polowaniach i tropieniu zwierzyny, życie toczy się prostym, surowym rytmem wyznaczanym przez północny klimat i konieczność zabezpieczenia podstawowych potrzeb. W tej kulturze ciężkiej pracy, oszczędności i dopasowania do rytmów przyrody wszelka odmienność czy niejednoznaczność stanowi potencjalne zagrożenie.

Autorka wnikliwie odmalowuje relacje między głównymi bohaterami tego dramatu, a same postacie, choć zarysowane oszczędnie, bez zbędnych słów, są bardzo wyraziste, zwłaszcza postać ojca, Treadwaya Blake, który po swojemu, w milczeniu, przez lata dochodzi do akceptacji i pojednania z synem/córką. Pierwiastek żeński w życiu Wayne'a, mądrą kobietę-przewodniczkę, uosabia jednak nie matka - trochę bezwolna i rozdarta, na koniec osuwająca się w bezradne szaleństwo (co jest zresztą wspaniale opisane, jako eskalacja pozornie niewinnego hobby, jakim jest szydełkowanie). Tą kobietą jest Thomasina, która po stracie ukochanej córki Annabel obejmuje duchową pieczę nad kobiecą częścią osobowości Wayne'a. I to jej daleka, niemal niezauważalna obecność towarzyszy mu nieustannie w wędrówce do odkrycia samego siebie.

To jest jedna z tych książek, gdzie pozornie nie dzieje się nic, a dzieje się wszystko, cały ludzki świat uchwycony w niewielkim okruchu. Pięknie napisana (znowu powtarzam za recenzją "Światła między oceanami", ale nic nie poradzę na to, że i tu właśnie piękny język odgrywa olbrzymią rolę, a szczególnie opisy labradorskiej przyrody), spokojna i mądra. Warto.

wtorek, 02 kwietnia 2013
My, właściciele Teksasu - Małgorzata Szejnert

Mam wrażenie, że o tym zbiorze reportaży napisano już wszystko, ale spróbuję dodać swoją cegiełkę do stosu pochwalnych recenzji.

Co NALEŻY o tej książce napisać: należy ze trzy razy podkreślić, że powstała w czasach, kiedy reporter nie mógł sobie swobodnie pisać o wszystkim, więc uciekał w pisanie o szczególe, a czytelnik współczesny ma sobie doczytać między wierszami o czym reporter naprawdę chciał napisać. Nie wiem, jak Wam, ale mnie to stwierdzenie podchodzi już do gardła ciągnąc za sobą wszystkie mazurki czekoladowe, wafle kajmakowe i jajka z majonezem, które zjadłam przez ostatnie dwa dni, więc się powstrzymam.

Nie czytałam między wierszami, nie kombinowałam, który aspekt Systemu autorka próbowała oskarżać i piętnować udając, że opisuje menu stołówki robotniczej i dzień z życia narzędziowni, bo mnie to wcale nie interesowało, dość mam wiecznej martyrologii. Zamiast tego potraktowałam spotkanie z reportażami jak wyprawę do kraju, który już nie istnieje, do miejsc, które znikały na naszych oczach, niepostrzeżenie. Do innego świata, oddalonego o 30-40 lat.

Reportaże zebrane w zbiorze pochodzą z lat 70. XX wieku i są bardzo zróżnicowane tematycznie. Od tematyki codziennej, tekstów o pracy Supersamu i fabryki traktorów w Ursusie, reportażu "od kuchni" ze stołówki w warszawskiej FSO, przez niecodzienne zjawiska społeczne i kulturalne - teatr niesłyszących, teatr wędrowny przemierzający wsie i miasteczka, wreszcie najbardziej chyba poruszający tekst o eksperymentalnych "wczasach adopcyjnych", podczas których dzieci z domu dziecka spotykały się z grupą dorosłych pod kontrolą psychologów - aż po tematy historyczne, echa wojenne i szersze problemy. Te ostatnie zresztą najbardziej nacechowane tą ostrożnością, aluzyjnością, przemilczeniem - i przez to, dla mnie, najmniej ciekawe (chociaż dla innych, być może, najbardziej).

Pierwsza refleksja - takich reportaży już nie ma. Uważne słuchanie rozmówcy, absolutny słuch językowy, nieprzechodzący jednak nigdy w znane ze wspólczesnej prasy szydercze przedrzeźnianie bohaterów. Oko do szczegółu (wiadomo, o ogóle pisać nie było wolno, czyli znów jedyna słuszna interpretacja...). Cała epopeja ludzka w pozornie suchym, obiektywnym opisie - ten wstaje o tej godzinie, tamtą od stania za ladą głowa boli, dziecko z domu dziecka przysłano całe w czyrakach, w stołówce schodzi się z kotłami po żelaznych, krętych schodach.

Druga refleksja - zostają z tej lektury w pamięci ludzie. Ludzie, którzy mogliby być naszymi rodzicami, wujkami, dziadkami. Ludzie z celem, z pasją, ludzie dumni ze swojego życia i pracy, ludzie walczący z przeciwnościami. "Badylarz", który z błyskiem w oku opowiada o budzeniu bzów zimą. Wiejski społecznik, człowiek-instytucja, chodząca kronika XX wieku. Ta para, która chciała adoptować dwie dziewczynki, ale nie dostała zgody, bo mieszka w jednym pokoju "bez wygód". Nauczyciel - wychowawca pokoleń. Matka bliźniaków, która codziennie o piątej rano jedzie pociągiem do Ursusa do pracy w narzędziowni. I dziesiątki innych. Niektórzy, być może, wciąż tu są, inżynier może codziennie rano wychodzi z bloku na Niedźwiadku kupić gazetę i popatrzeć z daleka na pustą skorupę zakładu, pielęgniarka z Supersamu może skończyła wymarzone studia, adoptowane dzieci pewnie dorosły... czy ktoś adoptował bezglutenową Kasię?

Trzecia refleksja - jedno pokolenie minęło, może półtora, a jak nam się inaczej żyje. "Pokoje bez wygód", przaśne stołówki bez obrusa, kolejki emerytów "bez kolejki" dawno odeszły do rozmaitych zabawnych "muzeów PRL", już tylko weseli hipsterzy z łezką w oku przywołują pozory tamtego czasu robiąc sobie trwałą i jeżdżąc maluchem ku uciesze czytelników. Odszedł dawny Ursus, odszedł Supersam, ale nauczyciele z powołaniem też w większości odeszli i ta pewność, że jak się zaczęło pracę w zakładzie w wieku 17 lat, to się z niej odejdzie po sześćdziesiątce. Ludzie, którzy w bloku, przy meblościankach stawiali fikusy odchodzą, a jakie kwiaty hoduje się dla dzisiejszych "lemingów"?

I na koniec - Mariusz Szczygieł napisał we wstępie, że z tej książki zostają długo pojedyncze zdania. Za mną chodzi takie - wypowiedziane przez pracownicę stołówki: "Praca u nas ciężka, a zarobek marny. Uzupełnić nie ma jak, bo kontrole na bramie."

Trochę wehikuł czasu, trochę bursztyn, w którym ci wszyscy ludzie trwają zatopieni. Aż chciałoby się pojechać do Łodzi, do Tychów, do Wejsun, poszukać tej przedziwnej willi, tych szklarni, tej szkoły, popatrzeć, co się zmieniło.

 

 

Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli