Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
niedziela, 23 maja 2010
Południca - Julia Franck

 

Nareszcie książka, która spełniła moje oczekiwania, nasyciła, wbogaciła, dostarczyła przeżyć i wzruszeń.

Mam pewien kompleks literatury niemieckiej - wstydzę się, że jej dobrze nie znam, ani tej starszej, ani tej najnowszej, choć Niemcy (a ściślej dawne NRD) to poniekąd mój drugi dom rodzinny, miejsce, gdzie spędziłam długie pięć lat dzieciństwa. Do dziś wracając tam, czuję się dziwnie - trochę zadomowiona, trochę obca, boli mnie, kiedy traktują mnie jak jeszcze jedną turystkę i cieszy, kiedy odnajduję swojskie klimaty, widoki, smaki. Ambitny plan czytania Niemców po niemiecku na razie z braku czasu gdzieś się rozwiał, niech więc chociaż będzie Niemka po polsku.

"Południca" to historia o Niemczech przedwojennych i wojennych, od Budziszyna przez dekadencki Berlin po Szczecin w czasie wojny i powojenną Meklemburgię. Historia pisana losem jednej kobiety o dwóch imionach, wielkie wydarzenia jako tło dla jej życia.

Szczecin, koniec II wojny albo chwila tuż po jej zakończeniu. Gdy Niemcom nakazuje się opuścić miasto, pielęgniarka Alicja wraz ze swoim synem Peterem wsiada do pociągu. Kiedy wysiądą na stacyjce w Niemczech, zostawia go na chwilę na peronie i już więcej nie wraca.

Helena przychodzi na świat w Budziszynie, jako młodsza córka drukarza. Rodzina przeżywa problemy - ojciec, ciężko ranny w I wojnie, po powrocie do domu już nie odzyskuje sił, matkę trawi choroba psychiczna spowodowana utratą czterech martwo urodzonych synów. Młodsza córka, choć wybitnie inteligentna, nie ma szans na studia medyczne. Przez pewien czas razem z siostrą próbuje ratować rodzinną firmę, ale w latach kryzysu i szalejącej inflacji i to okazuje się niemożliwe. Siostry na zaproszenie ciotki wyruszają do Berlina, gdzie kwitnie życie nocne, pudełeczka z kokainą przechodzą z rąk do rąk, a wolne związki nawet między kobietami nie są już niczym szokującym. Nad siostrami ciąży jednak rodzinna tajemnica pochodzenia ich szalonej matki, która stopniowo, w miarę dochodzenia nazistów do władzy, staje się coraz groźniejsza... Groza narasta stopniowo, prawie niezauważalnie, nagle okazuje się, że do wszystkiego wymagane są papiery poświadczające aryjskie pochodzenie, nagle umysłowo chorych już się nie leczy, a zamyka, nagle Helena asystuje przy operacjach, które nie leczą, a pozbawiają płodności "gorsze" kobiety, nagle bardzo ważne jest nazwisko sprzedawcy, u którego kupuje się guziki do koszuli męża.

Helena, niekochane późne dziecko, odnajduje swoje powołanie w pracy pielęgniarki - tak, jak pielęgnowała umierającego ojca, opiekuje się chorymi w berlińskich a później szczecińskich szpitalach. Odnajduje miłość i przeżywa najboleśniejszą stratę, a wszystko to wiedzie ją nieubłaganie do punktu, w którym stanie się Alicją, żoną Niemca, z papierami poświadczającymi czysto niemieckie pochodzenie.

To jedna z tych wyjątkowych książek, w których los jednego bohatera skupia w sobie losy kobiet, losy całego narodu, całe szaleństwo i grozę historii. A przy tym pozbawiona epickiego patosu, skupiona na Helenie, na jej psychice i uczuciach. Pełna zmysłowości, ale i okrucieństwa. Napisana tak, że trudno się oderwać, a zarazem mądra. A przy okazji zawiera jeden z najpiękniejszych opisów pierwszej miłości, jakie czytałam (w okolicach stron 220-240).

"Południca" w 2007 r. otrzymała nagrodę Deutscher Buchpreis.

Ocena 10/10

piątek, 14 maja 2010
Nielegalne związki - Grażyna Plebanek



Pożyczę sobie określenie "męska literatura kobieca" bo jak nic innego trafnie i zwięźle podsumowuje tę książkę.

Wyobraźmy sobie kurę domową. Niepracująca matka dwojga, żona unijnego prawnika pracującego w jakiejś bliżej nieokreślonej instytucji europejskiej w Brukseli. Prawnik całymi dniami w pracy, żona całymi dniami w domu, w przerwach między zajęciami domowymi próbuje realizować ambicje pisarskie, dostaje pracę wykładowcy na kursie twórczego pisania. Chadza na imprezy zawodowe jako "osoba towarzysząca". I pewnego dnia na takiej imprezie poznaje niesamowite "ciacho", w dodatku chętne do romansu. Zaczyna się związek, ognisty i namiętny, oparty na wymianie erotycznych sms-ów i ostrym seksie... Kura domowa ma wyrzuty sumienia, odsuwa się od męża, wymyka się z domu, poczciwy prawnik niczego nie podejrzewa, a ewentualne podejrzenia i domysły odsuwa od siebie najdłużej, jak się da...

Banał, prawda?

Tylko że w "Nielegalnych związkach" kurą domową, niepracującą żonomatką z literackim hobby jest facet - Jonathan. Polak wykształcony i wychowany za granicą. A unijnym prawnikiem jego żona, Megi, dawniej Magda. "Ciachem" jest Andrea, partnerka pewnej unijnej grubej ryby, dziennikarka o czesko-szwedzkich korzeniach, piękna i budząca pożądanie wszystkich mężczyzn dookoła.

Miał być "romans z męskiego punktu widzenia", ale nie jest, bo Jonathan jest kobietą. Czasem mam wrażenie, że dzisiejszy, XXI-wieczny ideał faceta to kobieta z brodą. Ma czuć jak kobieta, myśleć jak kobieta, kochać i zdradzać jak kobieta, miotać się jak kobieta, rodzić co prawda na razie jeszcze nie może, ale ma obowiązek zalać się łzami przy przecinaniu pępowiny a później opisać poród na blogu. Jonathan jest jeszcze bardziej kobietą, jest wyposażony we wszystkie możliwe stereotypowe cechy kobiece, brakuje tylko, żeby codziennie odprawiał rytuał modłów i szlochów na łazienkowej wadze. Jedyna cecha męska, jaką posiada, jest też do bólu banalna i stereotypowa - mianowicie myśli wyłącznie o jednym.

I książka jest wyłącznie o jednym - cały ten romans, który ma być wielkim, wszechogarniającym i totalnym "nielegalnym" uczuciem, rozgrywa się płasko na jednej nucie, seksu, pożądania, łóżka. Jest to w pewien sposób fascynujące, bo rzeczywiście wcześniej takiej polskiej powieści nie było, żaden chyba polski autor nie pisał o seksie tak dużo i takim językiem - ale jest to po pierwsze, po pewnym czasie już nudne, no bo ileż scen erotycznych można znieść na 300 stronach? Po którejś kolejnej wszystkie zlewają się w jedną, powtarzają mechanicznie. A i polski język nie oferuje w tym zakresie bogatego słownictwa, co jeszcze wzmacnia uczucie monotonii. Dwa, całej tej "wielkiej miłości" zabrakło jakiejkolwiek podbudowy psychologicznej, przez co wygląda jak związek seksoholika i nimfomanki, bez refleksji, bez rozmowy, bez więzi duchowej, seks na tysiąc sposobów, erotyczne sms-y w przerwach, regularne rozstania i powroty, dość płytkie i przewidywalne rozdrapy i wyrzuty sumienia, dokładnie takie, jakich możnaby się spodziewać w każdym romansie. Autorka może i przełamała bariery, jeśli chodzi o literaturę erotyczną, ale nie udało jej się całej akcji wiarygodnie psychologicznie podbudować, tak, żeby czytelnik mógł naprawdę zrozumieć motywacje bohatera, wczuć się w jego emocje, potrzymać za niego kciuki kiedy dokonuje jakiegoś wyboru. W końcu ma się wrażenie, że cała "fabuła" jest tylko dodatkiem do scen łóżkowych (czy raczej kanapowych). A samo odmienianie słowa "miłość" przez wszystkie przypadki nie wystarcza mi, żebym tę "miłość" zobaczyła.

Odwrócenie stereotypu nie wystarczyło na całą książkę, może na początek, jako niespodzianka dla czytelnika. W dodatku jest, z punktu widzenia autentycznej kury domowej zajmującej się dokładnie tym samym co książkowy Jonathan, totalnie niewiarygodne. Bardzo przepraszam, ale przy takim stylu życia trzeba się godzinami z wyprzedzeniem nakombinować, żeby wyskoczyć z kimś na godzinę na kawę, a bohater bezproblemowo znika kilka razy w tygodniu na spontaniczną łóżkową sesję z kochanką pod pretekstem a to piwka, a to siłowni, a to spotkania z kolegą i nie dość, że nie wchodzą mu w drogę typowe akcje w rodzaju "jedno rzyga, a drugie ma gorączkę, sorry Andrea, ale dzisiaj się raczej nie uda", to jeszcze spotyka się z pełną wyrozumiałością otoczenia. No, czasem dostanie łagodny ochrzan za nieposprzątanie.

W sumie ostatecznie najciekawszą postacią wydała mi się Megi, zdradzana żona, która jednak też kryje pewne tajemnice z przeszłości, kobieta silna i, wbrew swojej roli, bardzo kobieca, a na pewno bardziej trójwymiarowa niż Andrea, bo ta ostatnia, kiedy pojawia się, czasem wyjątkowo, w ubraniu, nie jest w żaden sposób scharakteryzowana, poza powtarzanym regularnie, jak mantra stwierdzeniem, że wszyscy się za nią oglądają. Wyróżnione fragmenty należące do Megi są najmocniejszą stroną powieści.

Czyta się dość szybko i bezboleśnie. Jest tu kilka celnych spostrzeżeń - o pisarstwie, o zdradzie, o związkach. Trochę ciekawych rozważań emigracyjnych, ale daleko im do celności "Przystupy". Podobała mi się lista, na której Megi wypisuje w punktach etapy związku. Podobało mi się kilka myśli, z gatunku takich, które na pewno bym podkreśliła, gdyby to nie była pożyczona książka :) ale to wszystko za mało. W ostatecznym rezultacie dostajemy książkę o tym "jak dziewczyna wyobraża sobie romans faceta", i tylko tyle.

Ocena 6/10

sobota, 08 maja 2010
Arlington Park - Rachel Cusk




Im wyższe oczekiwania, tym większe rozczarowanie później, kiedy książka oczekiwaniom nie sprosta.

Po przeczytaniu kilku entuzjastycznych recenzji spodziewałam się czegoś w rodzaju XXI-wiecznej "Drogi do szczęścia". "Droga do szczęścia" jest dla mnie od roku czymś w rodzaju wzorca z Sevres, jeśli chodzi o powieść psychologiczną na temat klasy średniej. Spodziewałam się wstrząsającego studium pozornego dobrobytu i zadowolenia, pod którym kryje się bezmiar rozpaczy, uwięzienia i beznadziejności. Spodziewałam się, krótko mówiąc, bezlitosnej wiwisekcji psychiki kury domowej z przedmieścia.

I pewnie uznałabym, że to właśnie dostałam, gdybym nie przeczytała wcześniej wielu lepszych książek.

Arlington Park to przedmieście Londynu, nie wnikając w brytyjską specyfikę to taki może ciut lepszy Józefosław, że będę złośliwa :) Bohaterkami są jego mieszkanki - kobiety zamężne, matki dzieciom. Juliet - nauczycielka ze szkoły średniej, kiedyś dobrze zapowiadająca się studentka. Maisie, która sprowadziła się z Londynu. Solly - w czwartej ciąży, wynajmująca pokoje słuchaczom szkoły językowej. Christine - matka dwojga i parę innych. Życie upływa im na zajmowaniu się młodszymi dziećmi, odbieraniu starszych ze szkoły, spotykaniu się na kawie i zakupach (czy raczej włóczeniu się) w centrum handlowym i rozmowach. Zwykle pada deszcz, mężowie są nieobecni w domach, a dzieci robią bałagan i malują flamastrami po nowych kanapach, głównie doprowadzając matki do szału, przejawiającego się rzucaniem rzeczami w ścianę. Kobiety są sfrustrowane, odczuwają beznadziejność swojego położenia, jaka kryje się pod pozornie łatwym życiem, bolą je utracone ambicje i możliwości. Wątki poszczególnych postaci splatają się i rozplatają, choć jak to w życiu, nic wielkiego się nie dzieje.

Teoretycznie więc jest to książka o mnie, dla mnie, i powinnam piać z zachwytu, utożsamiając się od pierwszych stron z jedną z postaci, najchętniej z tą, która rozwala o ścianę pudełko z drugim śniadaniem córki. Dlaczego zamiast tego czytałam z narastającą irytacją i znużeniem?

Książka jest łopatologiczna, kawa-na-ławę. To, czego chciałabym się domyślać i odgadywać z interpretacji subtelnych zachowań, dialogów, gestów - jest podane na tacy w wypowiedziach i przemyśleniach, jak hamburger w barze szybkiej obsługi. "Mąż zamordował mnie cztery lata temu" i tym podobne.

Odrzuca mnie wyświechtana symbolika takich metafor jak ścięcie włosów - gest odrzucenia stereotypowej atrakcyjności i rozpoczęcia symbolicznego nowego etapu, jedynej życiowej zmiany, jaka pozostaje w zasięgu żony i matki - zmiany fryzury.

Odrzucają mnie typowe dla literatury anglosaskiej nawiązania do kanonu literackiego, wprowadzone tu subtelnie jak w szkolnym wypracowaniu, poprzez lekcję na temat "Wichrowych wzgórz" prowadzoną przez bohaterkę.

Nie podobały mi się łatwe, sztampowe rozważania feministyczne o wychowywaniu córek i dorastaniu dziewcząt. Nie przejęłam się głębokimi rozważaniami przy przymierzaniu ubrań. Odrzucił mnie nadmiar cielesnego, "mięsnego" feminizmu, wypchane brzuchy, ciężarne wojowniczki, obwisłe biodra.

Nic tu nie przeniosło mnie na wyższy poziom interpretacji, nic nie było na tyle odkrywcze, nowe, wstrząsające, żebym sama na to nie wpadła siedząc na brzegu piaskownicy, nic nie wzbudziło we mnie podziwu dla autorki ani współczucia dla bohaterek. Autorka zawiązała mi oczy, zaprowadziła do drzwi, otworzyła je z donośnym Ta-DAAAAM! i wpuściła do mojej własnej kuchni, gdzie pięć czy sześć nudnych sąsiadek ze śmiertelną powagą użalało się nad sobą.

Do tego albo tłumaczenie jest w jakiś nieuchwytny, lecz okropnie denerwujący sposób schrzanione, albo sama autorka posługuje się topornym, męczącym językiem: "ściany po obu stronach całe upchano ubraniami" (s. 124)? "guz w zapartym jelicie autostrady" (s. 107)? "Poczuła, że mogłaby wspierać tę nicość, umiałaby ją znieść i przełknąć..." (s. 251). Czyta się boleśnie, z uczuciem, że jest to napisane w języku tylko z pozoru przypominającym polski. Ciekawa jestem oryginału, ale podaruję sobie czytanie dla porównania, życie jest za krótkie.

Może, gdybym się tak bardzo nie nastawiła na coś wyjątkowego, byłabym łagodniejsza, a tak po pewnym czasie czytałam już złośliwie, żeby wypunktować, co mnie jeszcze denerwuje.

7 dostają uczciwe, przyjemne czytadła. 6 dostają czytadła, z którymi coś jest nie tak. Arlington Park dostanie 5/10

Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli