Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
piątek, 27 maja 2011
Homer i Langley - E.L. Doctorow

Wiem, że to dobra, pewnie ważna książka (a może uległam magii poważnych, gazetowych recenzji?), ale jakoś tak po mnie spłynęła, bez większego zaangażowania. Może czytałam ją w nieodpowiednim momencie, a może z powodu odmienności kulturowej?

"Hoarding", czyli obsesyjne gromadzenie przedmiotów, w skrajnych przypadkach prowadzące do całkowitego zagracenia i zaszczurzenia domu, kompulsywnych wypraw na śmietniki i wyprzedaże, można sobie czasem obejrzeć na TLC, w jednym z tych tabloidowych seriali niby-dokumentalnych, w których pozornie obserwujemy terapię i przemianę ludzi z zaburzeniami, a które są przede wszystkim pretekstem do bezkarnego "pogapienia się na dziwadła". U nas to zjawisko chyba nie budzi aż takiej podszytej strachem fascynacji jak w Anglii i USA, może dlatego, że przez długi czas, żyjąc w świecie wiecznego niedoboru, musieliśmy traktować gromadzenie jako sposób na przetrwanie. Czytając, miałam przed oczami szafki mojej Babki: zapasy gumek recepturek, reklamówek, kubeczków po jogurtach, nici, kolorowych wstążeczek od bukietów i innych przeróżnych rzeczy, które zawsze kiedyś mogły "się przydać".

Homer i Langley Collyer istnieli naprawdę. Dwaj bracia, jeden niewidomy, drugi chory psychicznie, doprowadzili chomikowanie do perfekcji, przez lata zagracili swój wielki nowojorski dom i umarli w nędzy, ciesząc się sławą dziwaków.

E.L. Doctorow w powieści nieco zmienił ich losy - przedłużył braciom życie do początku lat 70-tych (w rzeczywistości zmarli w 1947 r.) i zamienił miejscami młodszego ze starszym. Narratorem jest młodszy (w książce), niewidomy Homer.

Homer prosto i szczerze relacjonuje swoje życie - od stopniowej utraty wzroku, przez śmierć rodziców i postępujące dziwaczenie starszego brata - weterana I wojny światowej. Langley osuwa się powoli w maniackie zbieranie wszystkiego, co popadnie, aż zamienia dom w zbiorowisko starych gazet i przeróżnych rupieci, z Fordem model T na środku salonu. Jednocześnie na swój sposób opiekuje się kalekim bratem, opracowuje specjalne diety mające przywrócić mu wzrok, lecz przede wszystkim poświęca czas realizowaniu własnej obsesji, jaką jest stworzenie jednej, uniwersalnej gazety.

Po części to jedna z tych książek, które ukazują nam całą panoramę XX wieku widzianego z punktu widzenia jednej, skromnej, lecz niepospolitej osoby. Jak w kalejdoskopie zmieniają się osoby odwiedzające dom braci przy Piątej Alei: czarna kucharka i jej wnuk - muzyk jazzowy, para służących Japończyków internowanych podczas II wojny, postrzelony gangster, osierocona gimnazjalistka, a na koniec - grupka "przygarniętych" z parku hipisów. Wszyscy oni przychodzą i odchodzą, ludzie nie wiążą się z braćmi na stałe, pozostają po nich wspomnienia, spisywane przez Homera na maszynie z klawiaturą Braille'a. Trwałe okazują się tylko rzeczy, które powoli lecz nieuchronnie zagracają dom, zmieniając go w śmietnisko.

Studium rozpadu, powolnego zaniku, symbolizowanego przez utratę kolejnych zmysłów - Homer pod koniec życia traci też słuch - i odchodzenie kolejnych osób, odłączanie kolejnych mediów, aż wreszcie bracia znajdują się sami w ciszy i ciemności rozpadającego się pod ciężarem wielu ton rupieci domostwa.

Może też historia buntu przeciw normom narzuconym przez społeczeństwo - bracia popadają w konflikt z każdą chyba instytucją, narażają się straży pożarnej, inkasentom, bankom, urzędowi skarbowemu, odmawiając płacenia rachunków, podatków, rat kredytu i przestrzegania przepisów. Buntu skazanego na porażkę, "życie po swojemu" nie jest możliwe, nawet w czterech ścianach własnego domu.

A może po prostu opowieść o niszczycielskim wpływie choroby psychicznej, o samotności i wzajemnym uzależnieniu dwóch najbliższych sobie, przeraźliwie samotnych i nieprzystosowanych osób?

Obok zdjęcie wnętrza domu braci Collyer tuż po ich śmierci...

niedziela, 22 maja 2011
pączkowanie

Zainspirowana dzisiejszymi komentarzami o zamawianiu książek :) i pisaniu otwieram sobie nowego (który to już...?) bloga-brudnopis i cmentarzysko czytadeł nienapisanych.

Gdyby się komuś chciało tam zajrzeć... to będzie tu

http://pomyslnaksiazke.blox.pl/html

a jak nie, to w sumie nic się nie stanie :)

 

The Unseen - Katherine Webb

Nie ma co ukrywać, to kolejne czytadło z mojej wiosennej serii. Dopóki nie odkryłam cudownej funkcji Amazon (klienci, którzy kupili to, co chcesz kupić, kupili też to... i to... i tamto) nie miałam zielonego pojęcia, że jest tyle autorek, i tyle czytadeł historyczno-tajemniczych, i że (niestety) czytadła brytyjskie są często napisane znacznie lepiej niż czytadła polskie - z dużą dbałością o szczegół, o realia, o zaskoczenie czytelnika mimo widocznego schematu. W rezultacie nawet taka lekka lektura nie pozostawia we mnie uczucia niesmaku czy zmarnowanego czasu.

"The Unseen" to książka trochę w stylu Kate Morton, oparta na schemacie: współczesna młoda kobieta odkrywa tajemnicę z przeszłości. Belgijska Komisja ds. Grobów Wojennych znajduje doskonale zachowane zwłoki bezimiennego żołnierza poległego w I wojnie światowej. Zmarły został pochowany z puszką zawierającą dwa listy od pewnej kobiety. Leah, młoda dziennikarka świeżo po rozstaniu z ukochanym, postanawia rozszyfrować zagadkę tożsamości mężczyzny.

Równolegle akcja toczy się w roku 1911, na plebanii w Cold Ash Holt. Hester, młoda żona pastora zatrudnia nową służącą, Cat. Dziewczyna spędziła kilka miesięcy w londyńskim więzieniu, przez co uważana jest za osobę arogancką i niepokorną. Jej przyjazd na plebanię tylko utwierdza pracodawców w tym przekonaniu. Przy okazji autorka porusza temat walki o prawa kobiet na początku XX wieku, opisując ją z perspektywy kobiet stojących na samym dole społecznej hierarchii. W tym samym czasie pastor ulega fascynacji modną w owym czasie "teozofią". Poświęca cały swój czas na poszukiwanie "duszków natury", wróżek, które mają kryć się wśród łąk i lasów. W spokojne życie plebanii wkracza Robin Durrant, samozwańczy specjalista od teozofii, człowiek charyzmatyczny i przebiegły. Czy któryś z mężczyzn okaże się tajemniczym żołnierzem sprzed stu lat? Jakie przestępstwo popełniła Cat, zwana "czarną kotką", i jak potoczą się jej dalsze losy? Kim była kobieta, która pisała do walczącego na francuskich polach bitwy? Co takiego nie pozwalało jej normalnie żyć?

Miłość, tajemnica, zdrada, oszustwo, zbrodnia - czyli wszystkie elementy tego typu książek - znalazły się tu na swoim miejscu. Niektóre odpowiedzi są przewidywalne, inne niezupełnie. Skojarzenia z Kate Morton nasuwają się automatycznie, choć atmosfera jest lżejsza, nieco mniej mroczna niż w "Distant Hours" - jednak stara plebania to nie średniowieczne zamczysko :) I tutaj wątek z przeszłości jest znacznie ciekawszy od współczesnego - we fragmentach współczesnych wiemy już większość z tego, co Leah dopiero odkrywa - ale i tak są sprawnie połączone. Podobał mi się zabieg polegający na ukazaniu tego samego miejsca akcji sto lat temu i dziś. Podejrzewam zresztą, że w Anglii w każdej wiosce jest taka stara plebania, zameczek czy dwór, o którym możnaby napisać powieść z tajemnicą i dreszczykiem...

Wciągająca lektura na letnie wieczory, dla wielbicieli "brytyjskiego klimatu" i tajemnic starych plebanii :)

 

piątek, 20 maja 2011
Niewinni - Ian McEwan

"Niewinni" to mój kolejny powrót do Berlina, Berlina nieco wcześniejszego niż opisany przez Annę Funder, bo akcja toczy się w latach pięćdziesiątych XX w., w mieście podzielonym na sektory, ale jeszcze nie okaleczonym przez mur. Tak naprawdę kupiłam tę książkę ze względu na okładkę.

Powieść szpiegowska z gatunku tych "ambitnych", historia o wielkiej, pierwszej, skazanej na klęskę miłości, krwawy thriller? Autor "Pokuty" nie daje się łatwo zaklasyfikować.

Berlin, rok 1955. Młody Anglik, Leonard Marnham, zostaje wezwany do Niemiec, żeby wziąć udział w tajnej operacji amerykańskich i brytyjskich służb specjalnych. CIA wraz z MI6 postanowiły założyć podsłuch na radzieckich kablach telefonicznych, biegnących przez sektor wschodni. W tym celu kopią tunel pod granicą, pod pretekstem budowy stacji radarowej na własnym terenie. (Wydarzenia te, pod kryptonimem Operacja "Złoto" rzeczywiście miały miejsce w tym czasie.) Zadaniem Leonarda jest dostrojenie pewnych urządzeń elektronicznych.

Anglik znajduje się pod opieką amerykańskiego oficera wywiadu, Glassa, który nadzoruje każdy jego krok. Mimo to udaje mu się poznać piękną, nieco starszą od siebie Niemkę, "kobietę z przeszłością". Między dwojgiem młodych ludzi rozwija się romans, który zostanie przerwany przez tragiczne wydarzenie. Pojawi się pytanie, na co człowiek może się zdobyć, żeby uratować ukochaną osobę i siebie i czy bohaterów rzeczywiście można nazwać "niewinnymi"? Czy "niewinny" jest młodziutki, niedoświadczony seksualnie i życiowo Leonard, czy "niewinna" jest Maria, uwikłana w wydarzenia historyczne i osobiste, na które nie miała wpływu, a może "niewinni" są Amerykanie i Brytyjczycy pracujący w kraju niedawnych wrogów?

Mam problem z tą książką. Od "Pokuty" o McEwanie piszemy na kolanach, albowiem Wielkim Pisarzem Jest. Tymczasem ta książka jest starsza od "Pokuty" i najtrafniej podsumowuje ją stwierdzenie przeczytane w "Polityce": "McEwan eksplorował najciemniejsze strony ludzkiej duszy" (cytat z pamięci), albo określenie "makabrysta". Mniej więcej w 3/4 znana nam z późniejszej "Pokuty" i "Na plaży Chesil" subtelna, wyrafinowana proza psychologiczna skupiona na najlżejszych drgnieniach psychiki bohaterów skręca w stronę czegoś w rodzaju pornografii zbrodni. Z jednej strony przy naturalistycznym, szczegółowym, zimnym opisie ćwiartowania zwłok spokojnie może się schować nawet McCarthy z całą swoją brutalnością, z drugiej - jest to doprowadzone do takiej skrajności, przedstawione tak hiperrealistycznie, że w końcu nie wiadomo, śmiać się, czy wymiotować. W każdym razie od tej pory będę darzyć głębokim podziwem każdego mordercę, który poradzi sobie z poćwiartowaniem zwłok ofiary.

Oczywiście natychmiast nasunęły mi się skojarzenia z "Rewersem", zabrakło jednak odrobiny ironii, nawiasu.

Wielki plus za Berlin lat 50-tych i za wspaniały opis rodzącego się uczucia i tych różnych drobnych, destrukcyjnych rzeczy, które robimy, żeby skrzywdzić ukochaną osobę, poddać próbie jej uczucie i sprawdzić granice wytrzymałości.

 

niedziela, 15 maja 2011
Wielki projekt - Stephen Hawking, Leonard Mlodinow

To jest zdaje się TA książka, w której Hawking wywodzi, że Boga nie ma, (a właściwie, że Wszechświat mógł powstać z niczego, co w zasadzie na jedno wychodzi, ale pierwsza wersja jest zdecydowanie bardziej sensacyjna i ładniej wyglądała w gazetach). 

Nie dlatego jednak ją przeczytałam - zawsze chciałam przeczytać coś ciekawego o współczesnej fizyce, napisanego tak, żeby zrozumieli i ci, którzy, podobnie jak bohater powieści Linusa Reichlina, nie rozumieją języka matematyki i mogą podziwiać fizykę jedynie z pozycji obserwatora.

Wybitny fizyk próbuje udzielić odpowiedzi na podstawowe, filozoficzne pytania: Kiedy i jak narodził się Wszechświat? Dlaczego tu jesteśmy? Dlaczego istnieje raczej coś, niż nic? Dlaczego prawa natury mają postać, która dopuszcza istnienie takich istot jak człowiek? Czy możliwe są odstępstwa od praw natury, zwane potocznie cudami? I wreszcie, czy "Wielki Projekt" naszego Wszechświata oznacza istnienie życzliwego Stwórcy, który wprawił wszystko w ruch, czy może nauka potrafi wyjaśnić to w inny sposób? Prowadzi czytelnika od pierwszych, prostych teorii aż po oszałamiający wykład na temat M-teorii, kandydatki na "teorię wszystkiego", poszukiwaną od lat przez najwybitniejszych uczonych.

Rzeczywiście jest to napisane dość prostym językiem, ale sama tematyka jest na tyle trudna, że nie ułatwi jej przyswojenia żadna ilość typowo amerykańskich dowcipów, które z nużącą regularnością pojawiają się wśród naukowych wywodów, zgodnie z zasadą, że słuchacza trzeba co jakiś czas rozbawić, żeby chętniej czytał dalej. Mnie to po jakimś czasie męczy i czuję się traktowana jak dziecko, nie wiem, jak inni.

W każdym razie na pewnym etapie przestałam przyswajać i rozumieć, mimo, że wykład jest czysto opisowy i wolny od wszelkich śladów matematyki. Ostatnie rozdziały musiałam przeczytać dwukrotnie, żeby zyskać jakiekolwiek, śladowe poczucie, że cokolwiek z wywodu do mnie dotarło. Co nie świadczy wcale o tym, że książka jest zła czy hermetyczna, a tylko o tym, jak niesłychanie zawiła i imponująca jest współczesna wiedza na temat Wszechświata, i jak dużej podbudowy intelektualnej wymaga czytanie nawet takich, popularnych przecież publikacji.

Poza wszystkim książka jest przepięknie wydana, bogato ilustrowana, i czytanie jej jest przyjemnością z czysto estetycznego punktu widzenia. Na pewno warto się z nią zmierzyć, a ja pewnie do niej wrócę jeszcze nie raz, żeby raz jeszcze spróbować zrozumieć.

 

czwartek, 05 maja 2011
Stasiland - Anna Funder

Wychowałam się w Berlinie Wschodnim. Moje wczesne dzieciństwo to lody na Alexanderplatz, przedszkole na blokowisku, dmuchawce w parku Friedrichshein, letnie wycieczki nad jezioro i jesienne na grzyby w rzadkich, podberlińskich lasach. Spacery w Treptower Park, z gigantycznym pomnikiem-mauzoleum żołnierzy radzieckich, kościelny zapach kwiatów i świec. Pierwsza klasa szkoły podstawowej, niebieska chusta pioniera, pionierskie pozdrowienie (ręka ułożona w "koguci grzebień" na czubku głowy, co miało w dziwny sposób symbolizować walkę o pokój), wymachiwanie polską chorągiewką na chodniku, gdy Jaruzelski z Honeckerem przejeżdżali Karl-Marx Allee, pakowanie w szkole paczek ze słodyczami i zabawkami dla biednych polskich dzieci w stanie wojennym.

Moi koledzy z klasy nosili rosyjskie imiona, moja nauczycielka na widok Jaruzelskiego miała łzy w oczach, na moim świadectwie ukończenia z wyróżnieniem I klasy podstawówki widnieje podpis pani Honecker. Kiedy szkolna bibliotekarka oznajmiła mi, że książeczka o dzieciństwie Róży Luksemburg nie nadaje się dla pierwszaka, zalałam się łzami. Zabroniono nam używać zmazywacza do pióra, bo był kapitalistycznym wynalazkiem, a jeśli ktoś go miał, nie wolno było używać zachodniej nazwy "Tinten-killer" (morderca atramentu).

Gdzieś tam, za Murem, krył się tajemniczy Berlin Zachodni, kraina lodów w dwudziestu smakach i domu towarowego KDW. Przez dłuższy czas bylam święcie przekonana, że w Warszawie też musi być gdzieś ukryte takie dostępne dla wybranych, bogate miasto. Jakież było moje rozczarowanie, kiedy okazało się, że Warszawa Zachodnia to tylko obskurny dworzec kolejowy! Mimo to Niemcy Wschodnie w porównaniu z ciemną, brudną, zapuszczoną Polską, gdzie szarzy ludzie snuli się po ulicach obwieszeni papierem toaletowym, wydawały mi się krainą obfitości.

W domu mówiło się półgłosem o różnych sprawach. O domach z zamurowanymi oknami. O tym, że kiedy Mama podlewała kwiatki u sąsiada z góry, gdy ten wyjechał na wakacje, zza zasłonki na końcu korytarza słychać było czyjś oddech. O lekko poprzestawianych drobiazgach po naszym powrocie z urlopu. O tym, że nasza Babka nie płaciła za telefony z Polski do Niemiec, ale na linii często było słychać dziwne odgłosy.

Ale dopiero po przeczytaniu "Stasiland" dotarło do mnie tak naprawdę, jak strasznym, totalitarnym, zniewolonym krajem były Niemcy Wschodnie. Wychowałam się w Stasilandzie.

Anna Funder, australijska dziennikarka pracująca w niemieckiej telewizji w latach 90-tych postanowiła zebrać historie ludzi prześladowanych przez Stasi i byłych funkcjonariuszy systemu. Mamy tu relacje z nieudanych prób ucieczki na Zachód, z aresztowań i więzienia, ale też opowieści dawnych funkcjonariuszy bezpieki, starzejącego się telewizyjnego propagandzisty. Z relacji wyłania się obraz państwa zdominowanego przez aparat bezpieczeństwa, w którym obywateli poddawano permanentnej inwigilacji, a najdrobniejsze odchylenie od socjalistycznej normy (wystarczyło pisać listy miłosne do cudzoziemca!) surowo karano. I tak działo się aż do końca, jeszcze w latach 80-tych, kiedy reżim chylił się ku upadkowi we wszystkich krajach socjalistycznych.

Nie sposób czytać tych historii bez dreszczu przerażenia. Autorka nawiązuje głęboką, osobistą więź ze swoimi rozmówcami, wydobywając z nich głęboko skrywane tajemnice. Kobieta, której złamano życie z powodu romansu z cudzoziemcem. Szesnastolatka więziona za próbę sforsowania Muru. Matka, której nowo narodzone, chore dziecko wylądowało na leczeniu po drugiej stronie Muru i wróciło do domu po kilku latach, wychowane w zachodnim szpitalu. I zadowoleni z siebie dawni oprawcy, którzy jak gdyby nigdy nic, piją codzienne piwko w ulubionej knajpce.

Nawet gdy historie ocierają się o groteskę, jak w opowieści o pamiątkowej plakietce wyniesionej z biura przez oficera Stasi, to śmiech więźnie w gardle, kiedy się pomyśli o tle tej anegdoty.

Moja dziecinna kraina obfitości okazała się szczelnie zamkniętym obozem koncentracyjnym dla siedemnastu milionów smutnych, pozbawionych wszelkiej nadziei ludzi.

Książkę czyta się doskonale, oprócz przerażających i wzruszających historii zawiera masę informacji o życiu w NRD. Warto.

 

wtorek, 03 maja 2011
Tort weselny - Blandine Le Callet

Całe życie zastanawiałam się, jaki to dziwaczny gatunek ludzi spędza rok-dwa lata na planowaniu ceremonii ślubnej, wyborze miejsc, strojów, dodatków i prezentów, i po co właściwie, skoro tanim kosztem i minimalnym nakładem pracy można mieć całą tę oprawę z głowy w kilka miesięcy, a ważne jest tylko to, że dwoje ludzi mówi sobie "Tak" w obecności najbliższych. A w jakich butach, kto będzie na zdjęciach, i co zagrają organy, to tak drugorzędne, że szkoda na to czasu i energii.

Teraz już wiem.

Francuzi wymyślili straszne mieszczaństwo (zwane dzisiaj klasą średnią), a więc i najlepiej potrafią ten swój wynalazek wyśmiać i skrytykować. "Tort weselny" to opowieść o pewnym ślubie, przedstawionym z wielu punktów widzenia. Autorka kolejno oddaje głos różnym zaproszonym gościom, członkom obu rodzin, panu młodemu, a nawet księdzu.

Z opisu na merlin.pl: "autorka obnaża konwencjonalne podejście do ceremonii ślubnej, niepotrzebną pompę i zadęcie". Blandine Le Callet przede wszystkim pokazuje światek, w którym forma dawno przerosła, a nawet zastąpiła jakąkolwiek treść: światek, w którym krój sukienki, marka serwisu obiadowego i kolejność potraw na przyjęciu są wszystkim. Ceremonia zdominowana jest przez konwenanse, które regulują nawet sposób doboru gości weselnych - samotnym krewnym i znajomym należy stworzyć okazję do poznania partnera, niektórzy single przy tej okazji wypuszczają się na rytualne łowy. Jedynym zgrzytem w dopracowanej do perfekcji oprawie uroczystości jest upośledzona, siedmioletnia siostrzenica pana młodego, która nie pasuje do wymyślonego obrazka.

Z jednej strony mamy rodzinę panny młodej - paradę dobrze ubranych, zadowolonych z siebie egoistów, z drugiej - czarne owce i wyjątki, dzięki którym opowieść nabiera barw, a spod płytkiej celebry wyglądają prawdziwe, choć kameralne dramaty. Dla jednych wesele jest przede wszystkim ukoronowaniem wielomiesięcznej pracy dekoratorsko-logistycznej i okazją do zaimponowania innym, dla innych okaże się szansą na wyrażenie siebie i odkrycie czegoś ważnego, choćby na niewielką skalę. Przy okazji wyjdą na jaw rodzinne urazy i niechęci, zamaskowane pozorną uprzejmością.

Można oczywiście czepiać się nieco schematycznych, jednowymiarowych postaci, ale myślę, że dla celów satyryczno-komediowych są akurat takie, jak trzeba. Pełna panorama - od ośmioletniej Pauline do babki panny młodej - daje wszystkie możliwe punkty widzenia i relacje.

Chciałabym się doczekać powieści, która tak dowcipnie i okrutnie obnażyłaby polską klasę średnią. Na razie musimy się zadowolić wiwisekcją w wykonaniu francuskim.

Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli