Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
niedziela, 13 maja 2012
Papillon - Henri Charriere

Papillon, Motylek, mój pierwszy majowy mężczyzna. Mężczyzna o nieodpartym uroku, czarujący ale trochę prostacki, trochę "bez zęba na przedzie", trochę jak z "ciemną nocką go zabrali, ciemną nocką go zabili...". Brutalny kiedy trzeba ale prawy, uparty i zdeterminowany a czasem nieznośnie sentymentalny, w głębi serca dobry człowiek.

"Papillon" to wspomnienia z francuskiej kolonii karnej spisane pod koniec lat 60 ubiegłego wieku przez uciekiniera. Na podstawie książki powstał doskonały film, ale książka jest ciekawsza. W końcu to autentyk, relikt epoki, kiedy obozy pracy były normą w cywilizowanym kraju i kiedy nikt nie zawracał sobie zbytnio głowy prawami człowieka, oskarżonego, więźnia.

Henri trafił do Gujany Francuskiej w wieku 26 lat, skazany za morderstwo, którego nie popełnił, na karę dożywotniego zesłania. Szczerze mówiąc, tu miałam pierwszy moment wahania. Trudno mi było uwierzyć w absolutną niewinność, więzienia są pełne niewinnych i wrobionych. Dlatego zapewnienia o niewinności brałam w nawias.

Od chwili aresztowania jedynym co utrzymywało Papillona przy życiu była chęć ucieczki. Początkowo po to, żeby zemścić się na oskarżycielach, później już po to, żeby po prostu żyć na wolności. Od początku wiadomo, że ucieczka w końcu musi się udać - książkę pisał przecież człowiek wolny - pytanie tylko jak i kiedy.

Henri pomysłów na ucieczki miał wiele, wszystkie starannie przemyślane, a że szybko wyrobił sobie reputację wśród skazańców, zawsze otaczali go chętni do pomocy. Porażki i kary przyjmował godnie, nie poddając się, z każdej z nich wychodził mocniejszy i bardziej zdeterminowany. Nie ma w książce ani jednego akapitu, w którym stwierdziłby: zrezygnowałem, wiedziałem, że się nie uda, umrę w więzieniu. W chwilach zwątpienia uciekał w marzenia i wspomnienia. Charyzma i otaczająca go legenda pomagały mu znaleźć sojuszników i towarzyszy do ucieczki.

Próby wyrwania się na wolność opisał niesamowicie barwnie, a było co opisywać. Jedna zawiodła go aż do Kolumbii, gdzie przez kilka miesięcy żył w plemieniu Indian, inne kończyły się katastrofą na samym początku, aż wreszcie, za którymś razem, starannie obmyślony plan przyniósł efekty. Opisy przygotowań i wypraw czyta się z zapartym tchem, jak rasową powieść przygodową, i trudno się dziwić, że człowiek, którzy przy tak skromnych możliwościach realizował takie plany, zawsze znajdował pomoc i wsparcie.

Podobnie barwnie i szczegółowo opisany jest świat kolonii karnej, z jego codziennymi rytuałami, społeczeństwem i hierarchią. Czasem kolonia wydaje się piekłem, a czasem z kolei aż trudno uwierzyć, ile więźniowie mieli względnej swobody i możliwości poprawiania warunków życia. Tak czy owak, jest to świat niezwykle brutalny, w którym jedna cięta uwaga przy grze w karty może sprawić, że następnej nocy ktoś skończy z poderżniętym gardłem, a reszta bloku zgodnie stwierdzi, że nic nie widziała.

Dlatego też, w obliczu opisywanej brutalności i przemocy zgrzytały mi trochę pojawiające się co jakiś czas sentymentalne zapewnienia autora o szlachetności skazanych, w przeciwieństwie do okrutnych strażników i nieludzkich przedstawicieli prawa. Mimo wszystko nie był to przecież obóz gdzie wykańczano wrażliwych poetów, którzy zawinili tylko tym, że ośmielili się opowiedzieć dowcip o Stalinie, tylko zsyłka dla niebezpiecznych bandytów i morderców. A ci byli zdolni zarówno do wyjątkowej solidarności i wsparcia, jak i do przemocy, zależnie od swoich potrzeb. Na szczęście tego typu fragmenty nie zdarzają się zbyt często, a autor potrafi też uczciwie opisać zbrodnie jakich dopuścił się ten czy ów towarzysz niedoli.

ZWL napisał, że to przede wszystkim książka o dążeniu do wolności, dla mnie ostatecznie to książka o determinacji i realizacji marzeń. Temat dziś wałkowany do znudzenia, czasem wydaje się że obowiązkiem każdego człowieka jest realizacja marzeń, zawzięte dążenie do celu, walka o swoje pomysły. Papillon jest tu modelowy, działa jak biznesmen z amerykańskiego poradnika: opracowuje szczegółowy plan, "zaraża" nim innych wykorzystując swoją charyzmę i dar przekonywania, zdobywa potrzebne zasoby, deleguje zadania, realizuje plan z pomocą przyjaciół, niepowodzenia przyjmuje z podniesioną głową i już w chwili porażki zaczyna obmyślać nowy plan, na koniec osiąga sukces. Przy okazji plany realizuje bardzo skromnymi środkami, przy użyciu dostępnych akurat narzędzi, wykorzystując lokalne zasoby i uwarunkowania, dostosowuje swoje pomysły do rzeczywistości, a gdy napotyka przeszkody, modyfikuje plan. Cechuje go niezwykła wręcz cierpliwość i nieustępliwa determinacja w dążeniu do celu, jest przywódcą bardzo lojalnym wobec przyjaciół i bezlitosnym dla wrogów, nie ulega jednak impulsom powodowany chęcią zemsty, zawsze rozważa, jakie konsekwencje będą miały jego działania dla nadrzędnego planu. Każdy, kto chciałby cokolwiek osiągnąć, powinien tę książkę przeczytać jak instruktaż, dowie się więcej niż z kolejnej biografii Jobsa i przyjemność z czytania większa.

Tym bardziej, że jest niesamowicie wprost wciągająca. W posłowiu pojawia się określenie "literatura mówiona" i rzeczywiście, czułam się jakbym słuchała gawędy, tym ciekawszej, że prawdziwej. Podoba mi się polskie tłumaczenie (niestety w tym akurat języku nie potrafię czytać w oryginale), bo jest bardzo delikatnie wystylizowane, elementy gwary więziennej pojawiają się tylko od czasu do czasu, nigdy w nadmiarze. W samym języku i sposobie opowiadania czuje się jednak, że autorem jest człowiek prosty ale mający wiele do powiedzenia. Jest tu taka specyficzna mieszanka dobrej, mocnej historii, brutalności, bardzo prosto pojmowanych najważniejszych wartości (honor, zdrada, lojalność) i czasem naiwnego rozczulania się, która od razu przywodzi na myśl piosenki więzienne itp. Bardzo macho, i, niestety, ale sposób opisywania kobiet na wolności przez bohatera wydał mi się odstręczający. Zupełnie, jakby opowiadał o zwierzątkach, o stworzeniach kierujących się prawie wyłącznie instynktem i żadzą. Ale czy mogłam spodziewać się czegoś innego? W końcu sama chciałam prawdziwie męskiej literatury.

A teraz zamierzam zdobyć film i obejrzeć go raz jeszcze, bo ostatni raz widziałam go ze 20 lat temu...

piątek, 04 maja 2012
gdzie te chłopy? czyli plan na maj

Chłopa mi trzeba, doszłam do wniosku, faceta z krwi i kości, niekoniecznie Beara Gryllsa pożerającego dżdżownice, albo Cormaca McCarthy'ego rozwalonego pod drzewem obwieszonym zwłokami wypatroszonych niemowlaków, ale faceta.

Do czytania, żeby rozwiać wątpliwości :)

Mam ostatnio wrażenie, że sferę książkową zdominowały kobiety. Nic w tym złego, wiele z nich to osoby mądre, błyskotliwe i godne szacunku, a poza tym tyle lat egzystowałyśmy gdzieś na marginesach... tyle, że wbrew politycznej poprawności odczuwam pewien przesyt kobiecą wrażliwością, kobiecym widzeniem świata, miękkością, obrazowymi opisami, uczuciami i ich analizami. Kiedyś narzekałam, że faceci nie piszą blogów - to się na szczęście trochę zmieniło, choć do parytetu wciąż daleko i bliska mi blogosfera wciąż jest w dużej części babosferą - dzisiaj spostrzegam, że podczas wizyty w empiku z każdej półki atakowały mnie kobiece nazwiska albo nazwiska facetów, którzy nauczyli się pisać tak, żeby nam, kobietom się podobało. Poniekąd słusznie z punktu widzenia rynku, skoro każda statystyka wskazuje, że czytamy więcej od panów, ale, przy okazji, jednostajnie i bez ikry. Czyżby prawdziwych mężczyzn zepchnięto w ciemny kąt działu kryminał i fantastyka?

Chłopa mi trzeba, chłopa jak z "Przeminęło z wiatrem" - pachnącego whisky, tytoniem i końskim nawozem a nie najnowszym Calvinem Kleinem i lawendową saszetką do szafy, więc zamierzam maj spędzić w czysto męskim towarzystwie - Wikingowie, więźniowie, podróżnicy, bokser, prokurator, mizantrop. Jak zwykle nie szarżuję, plan to podstawowa czwórka plus jedna dodatkowa, nie ma sensu planować za dużo a potem się tłumaczyć.

1. Papillon - Henri Charriere czyli autentyczne wspomnienia legendarnego więźnia francuskich kolonii karnych, książka, na podstawie której powstał słynny film. Spisane w latach 60, wydane chwilkę później więc tropikalne perypetie na szczęście jeszcze zupełnie wolne od postkolonialnego bicia się w piersi i eko-smrodku, ot, przygodówka, więzienie, ucieczki, lochy, dżungla i dzicy Indianie, a w tym niewinnie skazany, trochę może zbyt kryształowy bohater.

 

 

 

2. Podróż długa i dziwna - Tony Horwitz. Autor tym razem podąża śladami pierwszych kolonistów w Ameryce, odkrywając wszystko to, co zdarzyło się od pierwszych wypraw Wikingów do lądowania statku "Mayflower". Jak w poprzedniej książce podróżuje częściowo w rzeczywistości a częściowo na papierze, przybliżając nam najróżniejsze źródła historyczne, w tym sagi skandynawskie i dzienniki Kolumba. Przy okazji pokazuje jak "zwycięzcy piszą historię" czyli, jak Anglosasi zdominowali historię Ameryki wypierając z oficjalnego przekazu wszystko inne.

 

 

3. Gentlemani - Klas Ostergren. O tej książce nie wiem wiele, poza tym, że podobno arcydzieło rozgrywające się w powojennym Sztokholmie. Jako, że na pierwszych stronach jest boks, a recenzenci porównują do Tyrmanda - uznałam, że pasuje do męskiego planu. Poza tym już chyba kwalifikuje się do wyzwania "z półki", bo stoi na półce nie pamiętam od kiedy...

 

 

 

 

 

4. Ziarno prawdy - Zygmunt Miłoszewski. Kiedyś trzeba, fala rytualnych zachwytów i umiejętnie podsycanych kontrowersji już się przewaliła, a na początku fali obiecałam komuś, że przeczytam i powiem, co myślę.

 

 

 

 

 

 

5. Trociny - Krzysztof Varga. To będzie moje pierwsze spotkanie z tym autorem, do polskich autorów "ambitnych" zawsze podchodzę nieufnie, ale recenzje w gazetach są bardzo zachęcające. Mizantrop, polski Houellebecq, monolog nienawidzący świata i ludzi - zupełnie jak dla mnie pisane na zamówienie, może będzie to równie udane pierwsze spotkanie jak w przypadku Witkowskiego. A może nie.

 

 

 

 

 

 

 

Wybór był bardzo trudny, znacznie trudniejszy niż ułożenie alternatywnego planu "kobiecego", bo... nie bardzo było z czego wybierać. A teraz się okaże, czy dobrze wybrałam sobie męskie towarzystwo na najbliższy miesiąc :)

---

PS i okaże się, kto pierwszy zrówna mnie z ziemią na dzielenie literatury według płci i pielęgnowanie stereotypów...

Tagi: plany
10:12, mdl2
Link Komentarze (33) »
wtorek, 01 maja 2012
The Sealed Letter - Emma Donoghue

Książka, która regularnie mnie usypiała przez ostatnie tygodnie, albo druga-i-ostatnia szansa dana Emmie Donoghue.

"The Sealed Letter" to książka oparta (bardzo ściśle oparta, jak twierdzi autorka w posłowiu) na autentycznych wydarzeniach z drugiej połowy XIX wieku, przede wszystkim na relacjach z pewnej głośniej sprawy rozwodowej i na historii ruchu feministycznego.

Wszyscy główni bohaterowie istnieli naprawdę, zarówno małżeństwo Helen i Harry'ego Codringtonów, jak i przyjaciółka Helen, "Fido" Faithfull, aktywna działaczka ruchu walki o prawa kobiet.

Autorka wprowadza nas więc w epokę wiktoriańską w pełnym rozkwicie. W świat, gdzie kobieta nie ma żadnych praw, dzieci są własnością męża tak samo jak majątek, średnie i wyższe sfery postrzegają pracę kobiet jako coś uwłaczającego ich godności, a małżeństwo jest dożywotnim wyrokiem, nawet po wprowadzeniu nowej, liberalnej na swoje czasy, ustawy o rozwodach.

Jest to wlaściwie powieść sądowa, bo od momentu gdy podejrzenia admirała Codringtona wobec żony okazują się słuszne, większość akcji rozgrywa się w gabinetach prawników i na sali sądowej. Publika przychodzi tam posłuchać, jak adwokaci i prokuratorzy rozprawiają o potrzebach kobiet i pożyciu małżeńskim nigdy nie nazywając sprawy wprost, z użyciem tysięcy eufemizmów i niedomówień. Gazety z kolei relacjonują proces nie ustępując wiele dzisiejszym tabloidom. Główną rolę w sprawie odgrywa tytułowy zapieczętowany list, który ma skrywać tajemnicze oskarżenie na temat Helen i jej przyjaciółki. Natomiast relacje między kobietami okazują się bardziej skomplikowane, niż mogło się wydawać.

Mimo to nie jest to lektura pasjonująca, trzymająca w napięciu ani nawet ciekawa. Może dlatego, że nie należę do grona wielbicieli "dawnej Anglii", którzy pochłoną wszystko, byleby się działo na tle ładnie opisanej dawnej epoki. A może dlatego, że postacie są drewniane, nieprzekonujące (choć podobno prawdziwe - ale płaskie: manipulantka, kobieta postępowa, kostyczny starszy mąż) rozterki są przewidywalne a przede wszystkim - niewiele się dzieje, i w sferze faktów i w sferze rozwoju wewnętrznego bohaterów. Tajemniczy list zaskakuje umiarkowanie, skandal jest mało skandaliczny, zwrotów akcji jak na lekarstwo. Jak widać, literatura "bliska życiu", fabularyzowana relacja z prawdziwych wydarzeń, wcale niekoniecznie musi być ciekawa, nawet jeżeli do gazetowych wycinków doda się opis londyńskiego metra zaraz po otwarciu, garść ciekawostek obyczajowych i jakże szokujące dla dzisiejszych purytan spostrzeżenie, że kiedyś astmatyków leczono... papierosami.

W pierwszej połowie miałam nadzieję, że coś jeszcze mnie zachęci, w drugiej czytałam już tylko dla języka prawniczego, w końcu nieczęsto czyta się książkę, w której definicje terminów prawniczych są tytułami kolejnych rozdziałów.

Już wiem na pewno, że nigdy nie zostanę wielbicielką Emmy Donoghue, ta autorka pisze dla zupełnie innych ludzi, którym co innego się podoba i co innego ciekawi, a nie umie pisać na tyle porywająco, żeby przekonać do tego i mnie. Kto ciekaw, niech się sam przekona, książka wędruje na allegro w nadziei na odzyskanie przynajmniej części wydanych na nią pieniędzy:

 

 

 

 

 

Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli