Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
sobota, 11 maja 2013
wiosenne lenistwo

Podobno straciłam serce do bloga.

No, może i tak. Przynajmniej trochę. Albo całkiem.

Jakiś czas temu doszłam do wniosku, że mój naturalny cykl zainteresowania czymkolwiek wynosi mniej więcej 3 lata. 3 lata w jednej pracy, 3 lata na forum, 3 lata znajomości z różnymi ludźmi, 3 lata zainteresowań, 3 lata blogowania. 3 lata od ekscytacji przez radość, umiarkowane znudzenie, przesyt i nudę po wypalenie i zespół swędzących nóg. Potem jeszcze kilka miesięcy na próby wskrzeszenia dawnego zainteresowania, dociąganie, bez serca i radości, do jakiegoś smętnego końca, wreszcie trzaśnięcie drzwiami i coś nowego.

Jak tzw. "naturalny okres synoptyczny".

Poza tym jest wiosna. A czytanie jest mocno przereklamowane.

Wiosna to nie jest czas na to, żeby w gorące, jasne do późna weekendy "towarzyszyła nam lektura". Nie jest to czas na zwijanie się w kłębek na jakimś wysiedzianym fotelu i wdychanie kurzu ze starego papieru. Wiosna to jest czas na rower, bieganie, badmintona, spacer, lody w cukierni, piwo w kawiarnianym ogródku, grzebanie w ziemi, odnawianie balkonowych mebli i patrzenie jak trawa rośnie. Wiosna to jest czas, kiedy pojawia się tysiąc ciekawszych zajęć niż czytanie, a to ostatnie spada na koniec kolejki, jako całkiem przyjemne zajęcie do zabicia czasu, kiedy nie ma nic lepszego do roboty.

A poza tym, czy to czytanie książek i pisanie o czytaniu nie jest strasznie autotematyczne i monotonne? I strasznie jałowe. Tym bardziej, że tak rzadko ewoluuje w prawdziwą, niebanalną rozmowę, najczęściej pozostaje strumieniem monologów albo, co gorsza, prymitywnych pytań, których jedynym celem jest "policzenie się" czy "wpisanie miast". Wolicie czytać książki w twardej czy miękkiej okładce? Gdzie wam się lepiej czyta, w autobusie podmiejskim czy w kolejce SKM? I czy to całe czytanie rzeczywiście jest jakimś tytułem do dumy? Czy rzeczywiście jest o tyle szlachetniejsze od innych zabijaczy czasu? Czy nie lepiej pobiegać zamiast pilnie pracować na kolejne dioptrie w okularach i kolejne zwyrodnienia kręgosłupa a przy okazji kolejny tysiąc odsłon bloga?

Wreszcie prowadzenie bloga rozwija takie okropne zadaniowe podejście do niewinnej przyjemności. Muszę dokończyć Bolano. Muszę wziąć się za Pilcha. Powinnam opisać nowego Rylskiego. Muszę przeczytać wreszcie tę Fallaci. Muszę zamieścić jakąś notkę w tym tygodniu. Czy to nie brzmi jak: "Muszę dokończyć tę umowę dystrybucji, muszę wziąć się za to świadectwo homologacji, powinnam sczytać instrukcję do telefonów, muszę w poniedziałek oddać felieton?" Chyba mam dość zadaniowości w życiu, nawet jeśli narzuciłam ją sobie sama, wystarczą mi zadania i terminy w pracy zawodowej.

W sumie nie wiem, czy to jest pożegnanie, czy przerwa do momentu, kiedy czytanie i pisanie o czytaniu nagle znowu wydadzą mi się atrakcyjne. Dla porządku: Rylskiego skończyłam, Wallraffa kończę, przeczytałam jeszcze w międzyczasie Marka Haddona, którego następnie podrzuciłam Synowi (nic mnie bardziej nie cieszy, niż świadomość, że mój Syn wyszedł wreszcie z błyszczącej i pustej pułapki Baśnioborów i innych produktów masowych dla dzieci, z tej całej papki w słoiczku dla dzieci od lat 10 do 14, zawierającej 99% dodatków smakowych i 1% literatury i zażądał "prawdziwej książki o prawdziwych ludziach". Teraz Syn czyta Whartona i Schmitta, pierwsza gimnazjum to doskonały moment na tych pisarzy, żeby potem móc z nich wyrosnąć we właściwym czasie.) Może coś sobie teraz poczytam w wolnej chwili, a może nie? A kto chce pogadać, niekoniecznie o książkach, wiecie, gdzie mnie szukać.

 

 

środa, 01 maja 2013
The Midwife of Hope River - Patricia Harman

A dzisiaj, dla odmiany, trochę fikcji, w dodatku fikcji lekkiej i stosunkowo przyjemnej. Czyli chwila oddechu albo książka do torebki.

"The Midwife of Hope River" to debiut powieściowy Patricii Harman, amerykańskiej położnej, autorki dwóch książek wspomnieniowych. Temat-pewniak - co najmniej od serialu "Call the Midwife" położne cieszą się sporym zainteresowaniem, zresztą która kobieta nie ma ochoty czasem poczytać pięknych, strasznych, krwawych, radosnych, smutnych historii o cudzych porodach?

Znalazłam w sieci recenzję, której autor napisał, że w tej książce "Call the Midwife" spotyka się ze "Służącymi" i sporo w tym racji. Akcja osadzona jest w pierwszym roku Wielkiego Kryzysu w wiejskich, górniczych rejonach Zachodniej Wirginii, a bohaterka, położna Patience Murphy, wspólnie z młodziutką czarnoskórą pomocnicą Bitsy odbiera porody, walczy o przetrwanie w prymitywnych wiejskich warunkach i biedzie, starając się uciec od swojej trudnej przeszłości, związanej z ruchem związkowym.

W tle toczy się życie małego miasteczka, narasta kryzys - zamykane są kolejne kopalnie i firmy - czarnoskórzy mieszkańcy Liberty czują się coraz bardziej zagrożeni przez ponownie rosnący w siłę Ku-Klux-Klan. Segregacja rasowa teoretycznie prawie nie istnieje, w praktyce jednak funkcjonuje niemal we wszystkich dziedzinach życia, a dwie położne - stara pani Potts (czarna) i Patience (biała) stanowią element spajający niewielką społeczność.

Życie toczy się zgodnie z rytmem pór roku, przetrwanie zależy od zbiorów warzyw z ogródka, kondycji jedynej krowy i nędznych zarobków często wypłacanych w naturze, telefon i samochód wciąż są nowinkami niedostępnymi dla wszystkich. Patience, ze swoimi liberalnymi poglądami, z jednej strony wnosi do miasteczka powiew świeżości, z drugiej żyje w nieustannej obawie, że ktoś odkryje jej przeszłość.

Oczywiście nie można zapomnieć o porodach i szczegółach medycznych, czyli o tym, co tygryski lubią najbardziej :) Jest ich tu obfitość, z krwawymi detalami, porody szpitalne z ówczesnym znieczuleniem opisywane jako koszmar i porody domowe, które czasami (ale rzadko) w koszmar się zmieniają. Krew i wody płodowe leją się obficie, co kilkanaście stron, poznajemy techniki badania, znieczulania i leczenia sprzed 80 lat i dowiadujemy się, jak położne radziły sobie w sytuacjach zagrażających życiu rodzącej. Chociaż jak na tamte czasy, prymitywne warunki i dostępne środki medyczne, jest tych sytuacji zaskakująco mało, a przeważająca większość porodów odebranych przez bohaterkę to wydarzenia radosne.

Bardzo przyjemna, wciągająca powieść, która powinna spodobać się zarówno wielbicielkom serialu o londyńskich położnych, jak i fankom "Służących".

 

Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli