Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
niedziela, 27 czerwca 2010
Zrozumieć życie - Nadine Gordimer

 

Książka z gatunku tych, które należy uznać za dobre, mądre i ważne, ale zupełnie nie urzekają.

Kiedy czytałam "Hańbę" Coetzee, miałam wrażenie obcowania z zimnym, wyrafinowanym intelektem, zaangażowanym, ale pozbawionym emocji, wzruszenia, jakiegoś pierwiastka ludzkiego. Teraz bardzo podobnie. Może to cecha wspólna pisarzy z RPA, może przypadkowa zbieżność, a może dorabiam sobie ideologię. Tak czy inaczej, czytałam bez większej przyjemności.

"Zrozumieć życie" to historia Paula Bannermanna, ekologa. Po operacji raka tarczycy Paul przechodzi kurację radioaktywnym jodem, w wyniku której stanowi zagrożenie dla najbliższego otoczenia. Wraca więc do domu rodziców, Adriana i Lyndsay, żeby nie narażać żony i trzyletniego synka na emitowane przez siebie promieniowanie. Izolacja nie trwa długo - kilkanaście dni - a później Paul powoli wraca do życia rodzinnego i zawodowego. Tymczasem małżeństwo jego rodziców przechodzi kryzys.

Właściwie trudno powiedzieć coś więcej.

Przez cały czas czytania miałam wrażenie, że to książka mądra i ważna, ale zupełnie nie dla mnie. Autorka porusza ważne, słuszne tematy - współistnienie Czarnych i Białych w RPA, ekologia, walka z koncernami pragnącymi wydobywać surowce w delcie Okawango, dzieci zarażone HIV. Kwestie międzyludzkie - wierność, zdrada, lojalność, małżeństwo. Głęboko, poważnie, intelektualnie, refleksyjnie, wyważonym językiem.

Co z tego, skoro przez cały czas czyta się jakby zza szyby. Może to język - pozbawiony większych emocji. Może w gruncie rzeczy dość wydumany i obcy problem wyjściowy, radioterapia i kwarantanna Paula. Wszyscy bohaterowie wydają się zimni, obcy, wyizolowani, nijacy i letni, mimo zaangażowania oderwani od życia. czy taki był zamiar? Tytuł angielski "Get a life" w dosłownym tłumaczeniu powinien brzmieć mniej więcej: zacznij żyć, zajmij się czymś, nie wegetuj. Rzeczywiście wszyscy sobie coś znajdują - Paul pasję ekologiczną, jego ojciec kochankę, matka Paula - adoptowane dziecko, żona - zachodzi w ciążę. A mimo to jakoś trudno się tym wszystkim autentycznie przejąć, ma się wrażenie że to wszystko jest jakieś sztuczne, i jestem pewna, że za parę dni zapomnę tę książkę bez większego żalu.

Jedyne co mi z niej zostanie, to piękny opis ekosystemu Okawango i to jedno zdanie:

"Ludzie dają sobie wzajemnie rzeczy, których nie da się zapakować na prezent." (s. 40). Chociaż to w gruncie rzeczy najbanalniejszy z banałów, ale akurat teraz bardzo mi się podoba. Na marginesie, zawsze zastanawia mnie, jak dalece czytamy przez filtr naszej aktualnej sytuacji, nastroju, przeżyć, czy taka książka utrafiłaby lepiej w jakiś inny moment mojego życia?

Jakoś głupio dawać punkty czy gwiazdki noblistce, napiszę tylko, że się zmęczyłam, wynudziłam, i chyba wcale nie wzbogaciłam.

sobota, 26 czerwca 2010
plany wakacyjne

albo dowód na nieuleczalne uzależnienie.

Pytanie brzmi: czy dam radę to wszystko przeczytać w dwa miesiące wakacji?

 

 

te, których nie widać dokładnie, to:

1. od góry - samotność liczb pierwszych

2. od góry - kobiety z czerwonych bagien

5. od góry - B. Łopieńska - Łapa w łapę

pod Bożymi Inwazjami - Paweł Goźliński - Jul

pod Oates - Zazdrość i medycyna Choromańskiego, czytana ale bardzo dawno, do odświeżenia

3. od dołu - Anna Klejzerowicz - Sąd ostateczny

na samym dole - Panny roztropne - Magdalena Witkiewicz

 

uff...

 

Chwilowo w czytaniu: Bękart ze Stambułu, drugi Bękart (z Karoliny) i Zrozumieć życie - Nadine Gordimer...

Chyba życzcie mi nudnych i deszczowych wakacji :)

sobota, 19 czerwca 2010
Bambino - Inga Iwasiów



Kręte drogi prowadziły mnie do tej książki.

Na wiosnę zobaczyłam w księgarni nowość tej autorki - "Ku słońcu". Natychmiast kupiłam, bo już od dawna chciałam przeczytać coś Iwasiów, wszystkie wywiady, recenzje i opowieści znajomych wskazywały, że warto.

Po czym w domu, jeszcze tego samego dnia, zorientowałam się, że to druga część czy ciąg dalszy "Bambino".

Nie umiem, po prostu nie umiem czytać niechronologicznie. Mało tego, jeśli ukazuje się kolejna część jakiegoś cyklu, całości, to zawsze przed przeczytaniem odświeżam sobie pierwsze części (no chyba że to tasiemiec w rodzaju Alvina Stwórcy, gdzie trzeba by przeczytać 20 książek przed zajrzeniem do 21-ej, zresztą nie pamiętam ile tego było). Zacząć od ciągu dalszego? W moim przypadku wykluczone.

Więc jeszcze czekanie na zamówione w Merlinie "Bambino".

I pierwsze, nieudane podejście. Zaczęłam, pomęczyłam się, pomstując pod nosem na styl, odłożyłam "na święty nigdy". Na szczęście ktoś, kto już przeczytał, doradził mi: czytaj dalej, wciągnie cię, zobaczysz.

O dziwo, miał rację.

"Bambino" to książka, do której trzeba się przyzwyczaić, złapać rytm frazy, nauczyć się, jak ją czytać, a wtedy zaczyna wciągać. Pierwsze 40-50 stron jest ciężkie.

To historia czworga ludzi rzuconych po wojnie do Szczecina. Marysia z Kresów, Janek z Wielkopolski, Anna gdzieś z południa i wreszcie Ula-Ulrike - rodowita szczecinianka, Niemka. Losy całej czwórki splatają się w barze mlecznym "Bambino".

Cała czwórka jest naznaczona stratą, doświadczeniami wojennymi, repatriacją. Wykorzeniona. Próbują oswajać nowe miejsce, układać sobie życie na nowo. Oprócz Uli - ta jest wykorzeniona inaczej, nie z miejsca, a z pochodzenia, języka, narodowości. Próbują budować swoje życie z tymi stratami, bliznami, ale to, co w nich tkwi, okazuje się za silne. Małżeństwo, studia, dziecko, miłość, praca, różne wybory, polityczne i życiowe, osobiste, lepsze i gorsze, ostatecznie zawsze jakoś nie do końca udane. Panorama historii zwyczajnych ludzi od wojny po rok 1980, panorama wydarzeń widzianych oczyma tych ludzi, przez to jak wpłynęły na ich życie. Powojenny awans społeczny i degradacja, mała stabilizacja w parszywym ustroju, kombinowanie, życie mimo wszystko, pozorne sukcesy, "załatwianie", alkohol, ubecka kariera - życie naszych rodziców/dziadków w pigułce.

Gorzka to książka, bo wszyscy czworo jakoś przegrywają, mniej czy bardziej ostatecznie. Ale też autorka pilnuje by zachować dystans - kreśląc panoramę, co pewien czas przypomina o swojej obecności w roli siły sprawczej. To bierze bohaterów pod lupę, to znowu oddala i pokazuje z perspektywy lunety, zmienia punkty widzenia, co chwila ktoś inny wysuwa się na pierwszy plan. Wtrącenia przypominają, że wszystko pisane jest z dzisiejszego punktu widzenia, że obserwujemy już tylko urywki czarno-białego, wyblakłego filmu, który jednak co chwila ożywa.

Miałam pewien niedosyt Szczecina - opisu, atmosfery. Jeśli nie zna się tego miasta (a ja na przykład zupełnie nie znam) to nazwy ulic, szpitali, osiedli, rzucane mimochodem brzmią abstrakcyjnie, trudno sobie wyobrazić samo miejsce akcji, scenerię. Ale może to taki zamysł, może to miało być takie trochę anonimowe miasto w którym mieszają się napływowe kultury, jak dzisiaj w Warszawie? Nie mogłam też uciec od skojarzeń z "Południcą" - która kończy się/zaczyna właściwie wtedy, kiedy zaczyna się "Bambino". W tym samym miejscu, a zupełnie inaczej.

Dobra, refleksyjna i bardzo prawdziwa książka. Mimo trudnych początków cieszę się, że się przemogłam, żeby czytać dalej i ją polubić. Teraz za jakiś czas, już chronologicznie, sięgnę po "Ku słońcu".

Ocena 9/10

PS wracam do życia, wracam do czytania. Jak pięknie jest czytać na balkonie po południu, w chłodny dzień, wdychać zapach świeżo skoszonej trawy i pnącej róży obsypanej kwiatami, popijać kawę i czytać! Prawie jak na wakacjach, i nie, "prawie" wcale nie robi wielkiej różnicy :)

poniedziałek, 07 czerwca 2010
Ostatnia noc w Twisted River - John Irving



Mało ostatnio czytam, i mało tu piszę, ale jest nadzieja, że jeszcze tydzień, wygrzebię się spod ostatnich przedwakacyjnych zleceń i nadrobię, przynajmniej trochę.

Muszę się do czegoś przyznać - jestem wielbicielką Johna Irvinga. Oczywiście wiem, że niektórzy kręcą nosem i uważają go za grafomana. Ja mam wrażenie, że to pisarz, którego się albo bardzo lubi, albo nie znosi. Musi "trafić". Do mnie trafia bezbłędnie, przeczytałam chyba wszystkie jego powieści wydane po polsku, niektóre po kilka razy, jedne lubię bardziej, inne mniej, miewam przesyt, ale potem wracam.

"Ostatnia noc..." jest w zasadzie poskładana z tych samych kawałków co wszystkie poprzednie książki Irvinga, z małymi wyjątkami. Są tu i niedźwiedzie, i stary, śmierdzący pies, i wspomniane w przelocie zapasy, i młody pisarz, i wypadek samochodowy, i ojciec obawiający się o swojego syna, wypisz-wymaluj ST Garp goniący kierowców po osiedlu.

Tytułowa Twisted River to rzeka i osada flisaków, w której zamieszkuje kucharz Dominic Baciagalupo z dwunastoletnim synem Dannym. Tragiczna pomyłka chłopca i splot nieszczęśliwych okoliczności zmusi ojca i syna do wyjazdu z osady. Irving na ponad 500 stronach przedstawia ich dalsze losy na przestrzeni 50 lat - tułaczkę, kolejne przeprowadzki w obawie przed zemstą, związki z kobietami. Jak to u Irvinga, bywa groteskowo, smutno, zabawnie albo dziwnie, wydarzenia tragiczne przeplatają się z absurdem, a wszystko składa się na jakieś krzywe zwierciadło ludzkiego losu.

Ale dla mnie to przede wszystkim książka o pisaniu. O tym, jak życie splata się z literaturą i wplata w książki. O przetwarzaniu życia w literaturę na rozmaite sposoby, o samym procesie twórczym. O wątkach autobiograficznych w powieściach, o inspiracjach z życia wziętych. Wszystko to pojawia się mimochodem, w wątku Danny'ego, który publikuje kolejne książki, pomału zyskując sławę i uznanie. Na ostatnich stronach dostajemy wspaniały opis warsztatu pisarskiego Danny'ego. Oczywiście wszystko to natychmiast prowokuje do zadawania pytań - ile w postaci Danny'ego jest samego autora, na ile wszystkie te spostrzeżenia odnoszą się i do samego Irvinga, które ze stałych elementów jego powieści są z życia wzięte. A może ta powieść to jakiś rodzaj rozliczenia z własną twórczością? Dla mnie akurat ten wątek był najciekawszy, chyba ze zrozumiałych powodów :) chociaż samej fabule też nic nie brakuje.

Znów po latach zaczęłam czytać, podkreślając najciekawsze cytaty, a oto próbka:

"Przepisywanie jest pisaniem (...). Bywa też najbardziej twórczym aspektem całości" (s. 365)

"Tak zwani prawdziwi ludzie nigdy nie są tak kompletni jak postaci od początku do końca zmyślone" (s. 397)

"W mediach prawdziwe życie liczyło się bardziej niż fikcja; elementy powieści osnute choćby częściowo na osobistych doświadczeniach budziły większe zainteresowanie odbiorców aniżeli wątki "tylko" zmyślone. Bo czyż w każdym utworze fikcyjnym to, co naprawdę zdarzyło się pisarzowi - lub też bliskiej mu osobie - nie jest bardziej wiarygodne niż jakakolwiek historia będąca od początku do końca dziełem jego wyobraźni? Była to dość powszechnie panująca opinia, mimo iż zadanie pisarza bądź co bądź sprowadza się do wymyślania historii, jak powtarzał przekornie Danny (...)" (s. 394)

i moje ulubione:

"czyż członkowie klubów książki to w większości nie kobiety w pewnym wieku?" (s. 394) He, he. Podstawmy pod "członków klubów książki" członków blogowego kręgu czytelniczego i wszystko jasne.

Może nie jest to najlepsza książka Irvinga - jeśli chodzi o mnie, to nadal króluje Hotel New Hampshire i (wbrew krytykom) Regulamin tłoczni win (na drugim końcu jest Metoda wodna i Syn cyrku) - ale bardzo dobra.

Ocena 9/10

Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli