Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
środa, 29 czerwca 2011
Jak Matka Boska trafiła na Księżyc - Rolf Bauerdick

Im lepsza książka, tym trudniej mi o niej pisać. Trudno napisać dobrze i polecić naprawdę dobrą książkę. Tym trudniej, jeśli tak naprawdę ciężko powiedzieć, co dokładnie tak mnie w książce zachwyciło, że na razie uważam ją za najlepszą przeczytaną w 2011.

"Jak Matka Boska trafiła na Księżyc" to debiut, ale nie jeden z tych modnych debiutów "nazwanych wydarzeniem stulecia jeszcze przed premierą" i odchodzących w zapomnienie trzy miesiące później. Debiut doświadczonego reportera i badacza kultury Cyganów, dojrzały, bogaty i udany pod każdym względem.

Akcja powieści rozgrywa się w zagubionej w górach wiosce Baia Luna, zamieszkanej przez społeczność złożoną z Rumunów, Niemców i Cyganów (nie używam poprawnego określenia Romowie, bo tłumacz też go nie używa - jako wynalazek ostatnich kilku lat byłoby chyba anachronizmem). Bohaterów, czyli szynkarza, jego wnuka i cygańskiego filozofa-samouka Dimitru, poznajemy w dniu, w którym Związek Radziecki wystrzelił pierwszy sputnik. Jest to również dzień urodzin szynkarza, który przyniesie daleko idące następstwa dla całej społeczności. Gdy jeden z mieszkańców, zbuntowany siedemnastolatek, zgasi "wieczną lampkę" w parafialnym kościele, rozpoczną się wcale nie metaforyczne, mroczne czasy, które potrwają przez kilkadziesiąt lat.

Jest tu i intryga kryminalna, i tajemnica z przeszłości pewnej wiejskiej nauczycielki, opowieść o dojrzewaniu (Pawła, narratora, poznajemy, gdy ma piętnaście lat) i pierwszej miłości i przyjaźni, i historyczno-polityczne przemiany w tle. Całość spaja motyw tytułowej Matki Boskiej na Księżycu - według absurdalnej teorii spiskowej Maryja, jako jedyna, która dostąpiła wniebowzięcia duszy i ciała, miałaby zamieszkiwać na Srebrnym Globie, a cały podbój kosmosu przez ZSRR miałby na celu jej znalezienie. Bohaterowie imają się więc wszelkich, często absurdalnych sposobów, aby tę teorię udowodnić. Stąd też rytm powieści wyznaczają kolejne etapy kosmicznego wyścigu. W tle szaleje komunizm, sterowany przez złowieszczego Conducatora, który odgrywa tu niebagatelną rolę.

Wszystko przesycone jest absurdem. Dawno nie czytałam książki tak idealnie słodko-gorzkiej, z tak dobranymi proporcjami melancholii, grozy i humoru. Spotkałam się z wieloma porównaniami do filmów Kusturicy - sama dotychczas żadnego z nich nie widziałam, ale już po przeczytaniu powieści Bauerdicka próbowałam obejrzeć "Czas Cyganów" i ani szczególnie mi się nie spodobał, ani nie znalazłam wielkich podobieństw. Możliwe, że wybrałam niewłaściwy film. Atmosfera prowincji sprzed lat, zaludnionej dziwnymi ludźmi, a już szczególnie wątek fotograficzny, przywodziły mi na myśl raczej filmy Kolskiego, jeśli już koniecznie musimy zawsze porównywać.

Co więc tak mnie zachwyciło? Atmosfera, środkowoeuropejska magia, wybuchowa mieszanka wątków, miks powagi, dziwactwa i absurdu? Nie wiem. Wiem na pewno, że książka ma w sobie "to Coś", co akurat do mnie przemawia. Ale, uwaga, nie przemawia do wszystkich - Mama oddała mi niedoczytaną, co się bardzo rzadko zdarza. Na pewno warto spróbować.

 

sobota, 25 czerwca 2011
Tajny dziennik - Sebastian Barry

Książka spodobała mi się już z opisu, a na pierwsze miejsce w kolejce wskoczyła dzięki recenzji u Kasi.eire . Zapowiadała się na kolejny klon Kate Morton - tajemnica staruszki, pamiętnik spisywany w ukryciu, szpital psychiatryczny w ruinie, próby dotarcia do sekretów przeszłości - a jednak nie, jednak wciąż można mnie zaskoczyć.

Trwają przygotowania do przeniesienia pacjentów zrujnowanego szpitala dla obłąkanych. Są to w większości ludzie wiekowi, przebywający tam od wielu lat. Dr Grene, psychiatra nadzorujący całą operację, próbuje rozstrzygnąć, którym z podopiecznych można zwrócić wolność, a którzy powinni spędzić resztę życia w zakładzie. Jedna z pacjentek, Roseanne McNulty, budzi w nim szczególną ciekawość. Lekarz, pragnąc ustalić, jak, kiedy i dlaczego trafiła w mury szpitala, zaczyna zadawać pytania i gromadzić stare dokumenty. Przy tym musi zmierzyć się z osobistą tragedią, która zbliża go nieco do pacjentów.

Tymczasem niemal stuletnia Roseanne spisuje historię swojego życia na kartkach chowanych pod deskami podłogi. Jej relacja przeplata się z relacją doktora Grene'a. Powoli poznajemy losy sędziwej pacjentki, jednocześnie odkrywając zaskakujące rozbieżności między jej opowieścią a tym, co zachowało się w dokumentach i zeznaniach sprzed lat.

Dzięki temu książka ma atmosferę przypominającą nieco film "Wyspa tajemnic" - nie jesteśmy pewni, czy, i w jakim stopniu, opowieść Roseanne jest prawdziwa, ile z tego, co opowiada, wydarzyło się naprawdę, a ile jest urojeniem chorego umysłu albo skutkiem starczej demencji, czy stawiane jej oskarżenia były prawdziwe czy też stanowiły próbę zemsty. Wszystko oczywiście rozwiązuje się na końcu, w autentycznie zaskakującym zakończeniu, którego zupełnie nie przewidziałam, bo autor sprytnie kierował moją uwagę na zupełnie inne wątki.

Czytając żałowałam, że nie znam lepiej historii Irlandii - jeden, semestralny kurs podczas studiów dał mi tylko ogólne pojęcie o burzliwych losach wyspy, targanej nieustannymi konfliktami. Może dlatego niektóre zawiłości związane z wojną domową i polityką pozostały dla mnie bardziej niejasne niż bym chciała. Muszę też wierzyć Kasi.eire na słowo, że szczegóły geograficzne, społeczne i historyczne zostały wiernie oddane. Natomiast opisany los kobiet w społeczeństwie fanatycznie religijnym jest przerażający. Z kart wyłania się obraz społeczeństwa, gdzie jedno słowo katolickiego księdza mogło złamać czyjeś życie, gdzie osoby, którym powinęła się noga, traktowane były w sposób nieludzki i skazywane na wieczne potępienie za życia. I po raz kolejny przekonujemy się, że nikt nie zgotuje kobiecie takiego piekła, jak inna, starsza i głęboko wierząca kobieta, która za wszelką cenę próbuje odkupić własne grzechy, gorliwie pilnując ustalonego porządku i piętnując każde odstępstwo. Roseanne zawiniła tylko tym, że była zbyt piękna i należała do innego odłamu chrześcijaństwa.

To także książka o pamięci, o tym, jak pewne wspomnienia pozostają żywe na zawsze, jak gdyby dawne wydarzenia wciąż trwały w naszych umysłach. Przejmująca, przesycona smutkiem i melancholią opowieść.

Na koniec tylko jedno - nie podoba mi się tytuł. Tajne to mogą być służby albo dokumenty wojskowe. Do dziennika pisanego po kryjomu, w sekrecie, bardziej pasowałoby określenie tajemny, czy sekretny. Ale to już ktoś inny przede mną powiedział.*

--

*Oczywiście powiedziała to Kasia.eire, w podlinkowanej na początku recenzji :)

piątek, 24 czerwca 2011
The Postmistress - Sarah Blake

No dobra. Czas się zmobilizować, ruszyć tyłek i coś napisać. Sesja zakończona, chyba mogę się już pochwalić, że ukończyłam podyplomówkę i jestem pełnoprawnym tłumaczem specjalistycznym (przysięgłym jeszcze nie, może za rok? To duża decyzja i duża potem odpowiedzialność, więc muszę się najpierw zastanowić, czy na pewno tego chcę, czy może wolę pozostać zwyczajnym, ale dobrym tłumaczem).

Nie ma już usprawiedliwienia dla ciszy na blogu - może tylko tyle, że z ukończeniem szkoły odczułam gwałtowny spadek motywacji, coś w rodzaju powrotu do punktu wyjścia: więc znowu jestem matką uwięzioną w domu, z wyrokiem 18 lat bez prawa do zwolnienia warunkowego, bez prawa pracy, bez możliwości regeneracji. Po roku pełnym wrażeń, wyzwań, kontaktów z ludźmi i intensywnej nauki łańcuch się napiął i wciągnął mnie z powrotem do kuchni. Przepustka skończona. Trudno się przestawić i trudno się z tym uporać. W ramach ratowania siebie przed zgniciem w tym domowym bajorku szukam prawdziwej pracy - takiej poza domem, z regularną pensją i prawdziwymi ludźmi naokoło.

Tyle tytułem usprawiedliwienia niedawnej ciszy, a teraz "The Postmistress". Zastanawiam się nad polskim tytułem - Poczmistrzyni? hmmm. Kierowniczka poczty? o matko :)

Książka kupiona jako czytadło na wykład okazała się czymś więcej niż czytadłem. To historia trzech kobiet, których losy splatają się podczas II wojny światowej, dzięki listom (a właściwie dzięki jednemu listowi). Zawsze uderza mnie to, jak nabożny stosunek Anglosasi żywią do listów - tych prawdziwych, pisanych ręcznie na papierze, wysyłanych metodą zwaną pieszczotliwie "snail mail". Jak bardzo listy, poczta i jej funkcjonariusze są ważni w tamtejszej kulturze (był zdaje się taki film, w którym Kevin Costner jako listonosz odbudowywał cywilizację amerykańską po zagładzie?). Zawsze odczuwam zazdrość, zwłaszcza w zderzeniu z moją nową listonoszką, która bez cienia wstydu przyznaje, że owszem, jest dla mnie polecony, ale nie wzięła go z poczty, bo ciężki i daleko.

Tytułowa poczmistrzyni to Iris, kierowniczka poczty w niewielkim miasteczku na Cape Cod. Przez jej ręce przechodzi cała korespondencja mieszkańców, a ona sama kieruje się w pracy żelaznymi zasadami etycznymi, widzi siebie i instytucję, w której pracuje, jako podstawowy element porządku społecznego. W pewnym momencie będzie musiała poddać w wątpliwość swoje zasady i zdecydować, czy powinna doręczyć pewien list, który zwiastuje nieszczęście.

Drugą bohaterką jest Emma, młodziutka żona miejscowego lekarza. Osierocona we wczesnym dzieciństwie, najbardziej ze wszystkiego pragnie stałości, poczucia przynależności i tego, by w oczach innych ludzi zyskać potwierdzenie własnej realności. Jej mąż kieruje się jednak wyższymi pobudkami, i w imię odkupienia pewnego błędu w sztuce, o tragicznych skutkach, postanawia działać dla większego, społecznego dobra. Autorka dyskretnie stawia pytanie, czy rzeczywiście kierowała nim szczytna motywacja, czy może jednak nieprawdopodobny egoizm.

Trzecia kobieta, która stanowi spoiwo łączące wszystkich bohaterów i miejsca to Frankie Bard, reporterka radiowa i korespondentka wojenna z bombardowanego Londynu. Frankie wyrusza w podróż po Europie pociągami wiozącymi żydowskich uchodźców do Francji, Hiszpanii i Portugalii, skąd mają nadzieję wydostać się z ogarniętej wojną Europy. Nagrywa ich relacje na przenośny rejestrator, żeby następnie wyemitować je w radio i uświadomić słuchaczom w odległej Ameryce skalę problemu pomijanego milczeniem.

Również i Frankie będzie musiała dostarczyć pewien list do miasteczka na Cape Cod i opowiedzieć do końca pewną historię, która zrujnuje czyjeś życie.

Wojna z innej perspektywy, bez bitew, walk i dzielnych żołnierzyków, bez obozowych pasiaków. Wojna kobiet, wojna śmiertelnie przerażonych uchodźców i zwykłych mieszkańców Londynu uciekających przed bombami do najbliższej piwnicy. Wojna obserwowana z daleka, z drugiego brzegu Atlantyku, z poczuciem rosnącego zagrożenia i narastającej histerii, przejawiającej się w obsesyjnym wypatrywaniu niemieckich łodzi podwodnych (które rzeczywiście zapuszczały się aż tam!) i prześladowaniu uchodźców z Niemiec.

Autorka stawia pytania: do czego możemy się posunąć, żeby kogoś chronić? jak dalece reporter, dziennikarz jest odpowiedzialny za bohaterów swoich reportaży? jak reagujemy na wieści o wojnach, ludzkich tragediach rozgrywających się gdzieś daleko od nas?

To przy tej książce stwierdziłam ostatecznie, że wolę dobrze napisaną powieść od najlepszej nawet literatury faktu. Żadna naukowa praca historyczna, żadna biografia ani zbiór relacji opatrzonych komentarzem nie pozwoliłyby mi tak całkowicie, na podstawowym, emocjonalnym i ludzkim poziomie odczuć cierpienia uchodźców, strachu londyńczyków, niepokoju Amerykanów. Sarah Blake nie epatuje wojennym okrucieństwem, a mimo to udaje jej się oddać atmosferę przerażenia, beznadziejności, rosnące poczucie osaczenia. Tego oczekuję od literatury pięknej, od powieści - że przeniesie mnie w inne miejsce, pozwoli poczuć to, co czuli inni, zmusi do zastanowienia i przekaże mi jakąś prawdę opakowaną w dobrą, wciągającą historię.

 

piątek, 10 czerwca 2011
Aleja Słoneczna - Thomas Brussig

Jeszcze jeden powrót do Berlina Wschodniego.

Tym razem nostalgiczna, ale pełna humoru historia dorastania w schyłkowym okresie NRD.

Tytułowa Aleja Słoneczna to ulica podzielona Murem - jej krótszy, końcowy fragment, położony po wschodniej stronie, przy przejściu granicznym. Książka (a raczej książeczka, licząca niewiele ponad 100 stron) opowiada o losach kilkorga mieszkających tam nastolatków.

Tym razem enerdowski komunizm pokazuje oblicze podobne do tego, jakie oglądamy w polskich kultowych komediach - króluje absurd, bylejakość i gra pozorów. Historie, jakie mogły zdarzyć się tylko po tej stronie żelaznej kurtyny - władze, zaniepokojone tym, że goście z Zachodu krytykują warzywniak, postanawiają ich olśnić, otwierając na jego miejscu wypasiony sklep z... mundurami FDJ, chorągiewkami i portretami Honeckera. A jednocześnie pokątny handel zagranicznymi płytami, zachodnie cukierki przemycane w nogawce spodni przez wujka z Berlina Zachodniego, bojowy ojciec odgrażający się przy każdej okazji, że "napisze petycję", szalony plan wykupienia NRD-owskiej ziemi i skandal podczas wyborów, kiedy okazało się, że oddano więcej głosów niż było wyborców. Każda z historii to słodko-gorzka perełka.

Na tym tle dorastają Micha, Mario, Okularnik i Kudłaty, a z nimi Miriam, najpiękniejsza dziewczyna w szkole, która buntuje się, chodząc z chłopakami z Zachodu. Motywem przewodnim są próby zdobycia Miriam przez głownego bohatera - i pewien list miłosny, który, porwany wiatrem, utknął w "strefie śmierci" przy Murze.

Mur jest tu zresztą oswojony, jest stałym elementem krajobrazu bo biegnie tuż za oknami, ujawnia swoją złowrogą moc dopiero wtedy, gdy chciałoby się go przekroczyć, i tylko wtedy czuje się duszny klimat więzienia.

To chyba jedna z tych książek pokoleniowych, jakie i u nas się niedawno wysypały. Niemcy też czasem z łezką wspominają trabanty na blokowiskach, kolejki do warzywniaka i szkolne akademie. Świat mi bliski, więc przeczytałam z przyjemnością, wyobrażając sobie, że gdyby tacie przedłużono pobyt o kilka lat, mogłabym chodzić z Michą i Mariem do szkoły...

wtorek, 07 czerwca 2011
Nie opuszczaj mnie - Kazuo Ishiguro

Uwaga: wpis zawiera spojlery. Zdaje się, że niechcący założyłam, że wszyscy przeczytali już X recenzji zdradzających treść i tematykę tej książki... więc wpis tylko dla tych, którym to nie przeszkadza.

Wyobraźcie sobie bardzo angielską szkołę z internatem albo doskonale zorganizowany dom dziecka. Wychowankowie spędzają tam całe dzieciństwo, wśród surowych ale i troskliwych wychowawców, w sielskim, wiejskim otoczeniu, wśród lasów i pól. Czas upływa im na nauce, zabawie i sporcie. Nauczyciele gorąco zachęcają ich do podejmowania prób własnej twórczości - co pewien czas prace plastyczne i literackie są wystawiane na targach, a najlepsze z nich zabiera do tajemniczej Galerii pewna obca dama.

Dzieci dorastają, zmieniają się w nastolatków. Nawiązują przyjaźnie, które przeradzają się w skomplikowane, pełne pułapek relacje. Jedni zabiegają o popularność i uznanie, inni trzymają się z boku, jeszcze inni padają ofiarą docinków i kpin. Nocą, w sypialniach, dziewczęta szepczą o swoich największych tajemnicach. Tworzą się pierwsze pary, co pozostali uczniowie przyjmują z mieszanką zazdrości i zażenowania, a wychowawcy z pobłażaniem.

O pewnych tematach jednak nie mówi się głośno, publicznie, a ktoś, kto się na to odważy, spotyka się z drwiną albo obojętnością. Nie mówi się o przyszłości, o paleniu papierosów, o wymarzonej pracy. Marzenia o pracy w sklepie, o wyjeździe, o dorosłym życiu są nie na miejscu, bo dorosłego życia nie będzie.

Szkoła w Hailsham to miejsce, gdzie dorastają klony, hodowane na dawców przeszczepów. Jedynym, co ich czeka w dorosłym życiu, będzie praca polegająca na opiece nad takimi samymi, jak oni, a później wezwania i oczekiwanie w szpitalach na kolejne "donacje".

Historię opowiada nam Katherine, uwikłana od dzieciństwa w skomplikowany trójkąt relacji przyjaźni, niechęci i miłości wraz z Ruth  i Tommym. Ruth to dziewczyna zbuntowana, maskująca swoją niepewność, stale dążąca do tego, by się wyróżniać. Tommy ze szkolnej ofiary wyrasta na zwyczajnego nastolatka. Później, podczas kilku lat wolności, jakie są dane wychowankom pomiędzy opuszczeniem murów szkoły a przystąpieniem do realizacji swojego powołania, te relacje skomplikują się jeszcze bardziej. Kiedy troje bohaterów po latach spotka się znowu, pozostanie im jeszcze tylko jedno desperackie marzenie - a z nim obawa, czy jest ono realne, i czy wystarczy czasu, żeby spróbować je spełnić.

Odwrócenie perspektywy jest porażające, do tej pory z tak całkowitym odwróceniem punktu widzenia spotkałam się tylko w "Pod skórą" Fabera. Wszystko to, co wydaje się zwyczajnym i normalnym życiem, okazuje się fasadą, grą pozorów zbudowaną przez społeczeństwo dla uspokojenia swoich sumień, a najbardziej ludzcy okazują się ci, których nie uważa się za pełnowartościowych ludzi.

Ishiguro (którego do tej pory, po "Niepocieszonym", miałam za okropnego, smętnego nudziarza) niesłychanie precyzyjnie rysuje portrety bohaterów i sieci zależności składających się na relacje między trójką młodych ludzi. Niewiele mówi wprost, ale to jedna z tych książek, gdzie każde zdanie czy gest mówią bardzo wiele. A w tle pokazuje obraz świata, w którym ludzie dzielą się na lepszych i gorszych, przy czym obie grupy ten podział akceptują, ze spokojem i pewną dozą rezygnacji. Dwa światy, które rzadko się ze sobą stykają, egzystując oddzielnie i pozornie bezkonfliktowo, bo wszystko jest doskonale zorganizowane.

Gdyby to było proste fantastyczne czytadło, bohaterowie wszczęliby bunt i zmienili zastany porządek. I, choć pewnie nie najlepiej to o mnie świadczy, czytałam początkowo z nadzieją na takie właśnie zakończenie. Ale to nie jest proste fantastyczne czytadło, choć z pozoru może się tak wydawać, bo czyta się doskonale i trudno się oderwać. To książka przepojona pesymizmem, melancholią, rezygnacją, która na końcu zostawia nas z pytaniami, tymi najważniejszymi: co to znaczy być człowiekiem? kto ma prawo o tym decydować i dlaczego?

poniedziałek, 06 czerwca 2011
Czarna bezgwiezdna noc - Stephen King

Tym razem King prawie zupełnie realistyczny, takiego Kinga lubię najbardziej.

"Czarna, bezgwiezdna noc" to zbiór czterech długich opowiadań, czy może nowel? Mimo, że nie przepadam za opowiadaniami, ta długość mi odpowiada - są akurat na tyle obszerne, żeby wciągnąć się w akcję i polubić (albo znielubić) bohaterów, a na tyle krótkie, że nie ma w nich miejsca na drobiazgowe opisy, tłumy postaci i wątki poboczne, z którymi King lubi czasem przesadzić :)

Wszystkie teksty łączy wspólny motyw - odkrywanie w sobie, albo w kimś bliskim, kogoś obcego, przerażającego drugiego "ja".

Farmer, który zabija żonę dla kawałka ziemi. Pisarka, która odkrywa w sobie mścicielkę. Urzędnik bankowy, który dowiaduje się, że może zyskać kilka lat życia za pewną cenę. Szczęśliwa żona w średnim wieku, która dowiaduje się o mrocznych sekretach swojego męża.

Bohaterowie są tak typowi i przeciętni, że mogliby być każdym z nas. "Tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono" - pisała poetka. King mówi: sprawdzam i podstawia nam lustro. Czy w każdym z nas kryje się taki obcy, który może się ujawnić pod wpływem strachu, wstydu, chwili chciwości, załamania? Czy, kiedy już raz się uwolni, jest jakakolwiek szansa, żeby go poskromić, czy wyrwie się spod kontroli, zdominuje nasze życie i zniszczy wszystko dookoła? Czy zło może ujść bezkarnie, albo nawet zostać nagrodzone? Komu zrobilibyśmy najpaskudniejszą krzywdę, gdyby było to ceną za uleczenie nas ze śmiertelnej choroby, i czy wahalibyśmy się przedtem choć przez chwilę?

King opowiada o tym, jak w najzwyklejszych ludziach, nudnych mieszkańcach prowincji, budzi się zło. Jak, raz obudzone, eskaluje, rośnie i pożera nosiciela. Jak łatwo obudzić Obcego i skusić go do działania.

Banalność, przeciętność, bliskość zła, które noszą w sobie zupełnie zwyczajni ludzie, jest chyba najważniejszym elementem wszystkich powieści Kinga, gdzie rekwizyty horroru służą tylko do podkreślenia, że wszystko, co najgorsze, i tak tkwi wewnątrz nas.

Książka wciąga i czyta się doskonale. Stephen King w doskonałej formie, choć miłośnicy klasycznych horrorów nie znajdą tu nic dla siebie.

Zachęcam też do przeczytania posłowia, w którym autor jak zawsze odkrywa niektóre sekrety warsztatu. Najbardziej podoba mi się stwierdzenie: "Napisałem tę historię, żeby sprawdzić, co może się zdarzyć w przypadku, kiedy żona niespodziewanie odkrywa straszliwe hobby męża." (str. 487). Zawsze lubiłam takie podejście, w którym umysł pisarza pełni funkcję laboratorium do sprawdzania pomysłów i zachowań, których w prawdziwym życiu sprawdzić nie sposób.

sobota, 04 czerwca 2011
Trans - Manuela Gretkowska

Z masochistyczną przyjemnością co jakiś czas kupuję nową, zwykle okrzyczaną jeszcze przed wydaniem, książkę autorki, której nie lubię, nie rozumiem i nie podziwiam, mimo, że powinnam. A później z masochistyczną satysfakcją przez nią brnę, krzywiąc się i marudząc, chociaż przecież mogłam przewidzieć rezultat i zaoszczędzić parę złotych.

W tym momencie oczywiście każdy, kto ma ochotę, może zgasić mnie wyrafinowanym argumentem "pewnie zazdrościsz".

"Trans" to, według okładki, "wnikliwe i bezkompromisowe studium toksycznego uzależnienia". Wszystko - wywiady z autorką, wzmianki w recenzjach, pierwszoosobowa narracja, szczegóły fabularne - wskazuje na to, że należy książkę czytać jak powieść z kluczem i doszukiwać się w niej elementów autobiograficznych. Już to powinno było mnie zniechęcić.

Starałam się więc z całych sił czytać "bez klucza", nie podstawiać żadnych  nazwisk i twarzy znanych z gazet w miejsce książkowych. Wtedy można czytać po prostu opowieść o "uniwersalnym" toksycznym związku - o młodej emigrantce "na paryskim bruku", która ulega zauroczeniu starszym, charyzmatycznym, narcystycznym mężczyzną. Ona mówi do niego "Mistrzu", a on w zamian nazywa ją "Marysią", zdrobnieniem, w którym kryje się pogarda dla służącej. Uczucie, które bierze za miłość, każe jej godzić się na przemoc psychiczną, poniżanie i manipulację do momentu, kiedy wreszcie odkrywa własną niezależność i uwalnia się od toksycznego wpływu.

Jest tu sporo celnych, zabawnych i niesłychanie trafnych obserwacji, wtrąconych mimochodem, przykładem choćby ta: "Dawniej na takie kobiety, przebrane w pogniecione lny i sznury drewnianych korali mówiono - plastyczka." (str. 204) Aż się uśmiechnęłam, ileż takich "plastyczek" kręciło się gdzieś w kręgach znajomych Mamy w latach osiemdziesiątych! I z jakim nabożnym szacunkiem to określenie wymawiano :)

Jest ciekawa historia o radzeniu sobie na emigracji, bez wsparcia, wśród przygodnych znajomych i dorywczych prac, a to wszystko opromienione nimbem tej "prawdziwej" emigracji, ideologicznej, przymierającej głodem, w zdartych butach na paryskim bruku, na barce, kątem u znajomego, w wyburzanym budynku. O młodej kobiecie, która próbuje stanąć na własnych nogach.

Niestety wszystko to jest przemieszane z erudycyjnymi, pretensjonalnymi wywodami, narkotycznymi odlotami i, dla równowagi, z naturalistyczną fizjologią. Już chyba wszyscy natrząsali się z "katedr orgazmu", ale nie to drażni najbardziej. Wiem, że niektórym to się bardzo podoba - ja nie lubię tego "waginalnego" nurtu ani w feminizmie, ani w literaturze. "Cipa", "pizda" i "pochwa" straszące z każdej strony budzą we mnie zażenowanie, wrażenie, że autorka redukuje bohaterkę do ociekających śluzem albo krwią genitaliów. Rozumiem, że w możliwości otwartego mówienia o menstruacji albo nazwania swoich miejsc intymnych głośno i bez wstydu tkwi jakaś wartość, że to ma w pewien sposób wyzwalać, ale w nadmiarze męczy i wreszcie nudzi. Do tego stopnia, że bluźniercza scena:

"Łatwo rozpuszczalny, biały krążek wypiekany z wody i mąki włożyłam sobie nocą do pochwy. Ona go najbardziej potrzebowała. Prawdziwej miłości leczącej z pożądania. Zakonnica nie myliła się. Byłam pokutnicą. Tęsknota jest pokutą za przeżyte kiedyś szczęście. Największą pokutnicą była Maria Magdalena. Ona modliła się do swojego przebóstwionego mężczyzny - Jezusa Zmartwychwstałego. Ja już do nikogo. Ostrygowym nożem wepchnęłam eucharystię głębiej w moje ciało. Przełknęło je, rozpuściło w śluzie." (str. 152)

nie szokuje ani nie brzydzi, wywołuje tylko zmęczone wzruszenie ramion, aha, jeszcze i to, komunia przez pochwę, spodziewałam się czegoś w tym stylu.

Oprócz tego Gretkowska pisze o seksie tak, że wywołuje tylko odruch obrzydzenia, mimo katedr orgazmu i pinakli gładzących skórę palców. Próbka?

"Laski nie popierdywał w trakcie miłości francuskiej. Ponadpięćdziesięcioletni nie całkiem kontrolował zwieracz. Zwłaszcza po wypiciu kilku whisky.

Poluźnione mięśnie przepuszczały zapach gówna z głębi jelit." (str. 171)

Niby wiem, czemu to ma służyć, jak ma mi uświadomić samoponiżenie bohaterki, a może to, że nic co ludzkie, nie jest nam obce, że seks nie polega na zgaszeniu światła i wydaniu paru westchnień pod kołdrą - a jednak, mimo, że rozumiem zamysł, jedyne, co czuję, to niesmak. Przekraczanie ważnych granic, czy efekciarstwo? Czy po Erice Jong zostały jeszcze jakieś granice do przekroczenia?

Ponadto nie przekonuje mnie przemiana wewnętrzna, wyzwolenie bohaterki z toksycznego związku. Może dlatego, że od początku nie byla zahukanym dziewczątkiem, w jakie chciał ją zmienić Laski - od samego początku, mimo rozpaczy, biedy, poniżenia, miała w sobie żelazną siłę, o której autorka zresztą pisze, nie była bezwolną gliną modelowaną przez reżysera, a równą mu intelektualnie partnerką. Nawet w chwilach największego uzależnienia potrafi zdobyć się na postawienie na swoim, chociaż odchorowuje konsekwencje. Szkoda, że relacja bohaterki z rodzicami nie została wyraźniej zarysowana - na tyle, żeby przypisać "Marysi" jakieś fatum, traumy czy schematy wyniesione z dzieciństwa. A i katharsis po śmierci ojca jest przez to tylko na wpół przekonujące.

W "Tygodniku Kulturalnym" padło pytanie, czy książka się broni, jeśli nie czytamy jej jako odpowiedzi na "Nocnik". Według mnie nie. Natomiast stuprocentową rację mają ci, którzy twierdzą, że Gretkowska wróciła do źródeł i "dawnej formy" - wielbiciele stylu autorki powinni być usatysfakcjonowani.

Na koniec tego długaśnego wpisu refleksja - albo język polski nie jest stworzony do pisania o seksie, albo my, Polacy, mamy tendencję do popadania z pruderii w skrajność. Jeśli mamy do wyboru albo dosłowne, fotorealistyczne i nudne w swej powtarzalności sceny erotyczne w "Nielegalnych związkach", albo katedry orgazmu owiane zapaszkiem kupy, to wypada się poddać.

Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli