Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
piątek, 29 czerwca 2012
Sad - Agnieszka Marciniuk

Wszyscy jesteśmy trochę ze wsi. Trudno znaleźć kogokolwiek z mojego pokolenia, kto nie miałby rodziców, a przynajmniej dziadków gdzieś na wsi, nawet jeżeli mieszka się od urodzenia w wielkim mieście. Niemal każdy, kogo znam, kiedyś tam jeździł na wakacje do babci na wieś, pomagał w żniwach, zbierał jabłka, włóczył się z kuzynami po polach.

Pewnie stąd ta popularność literatury kobiecej odwołującej się do tych wszystkich chatek pod lipami, dworków pod kasztanami, czerwonych bagien i rozlewisk. I ta wieś najczęściej też taka ze wspomnień z dzieciństwa, czysta, miła, kulturalna, pachnąca malwami i wiśniami, wygładzona.

"Sad" niby trzyma się tej konwencji, wsi ładnej, pachnącej owocami i przepyszną nalewką. W domu pod lipami Regina i Mateusz od lat dbają o wiśniowy sad. W lipcu cała wieś pracuje przy zbiorach wiśni, a przy okazji do domu dziadków zjeżdżają dzieci i wnuki, mieszkające w miastach. To lato ma być szczególne - na zakończenie zbiorów wiśni Regina planuje przyjęcie z okazji swoich urodzin, na którym, przy ręcznie zrobionym stole w sadzie, spotka się cała rodzina. Zanim jednak do tego dojdzie (jeśli w ogóle), przyjezdni będą musieli uporać się ze swoimi problemami, rozstrzygnąć niedokończone sprawy, uporządkować swoje życie.

Mogła z tego powstać książka obrzydliwie przesłodzona i konwencjonalna, z poszukiwaniem korzeni, odsłanianiem tajemnic, wielkim rodzinnym pojednaniem przy bigosie na koniec a na okrasę paroma historyjkami z przeszłości. Córki i wnuczki odnalazłyby miłość, pogodziły się z sobą i swoim życiem pod czujnym okiem troskliwej babci, i to by było zupełnie nie do wytrzymania. Szczerze mówiąc, na początku na to się właśnie zanosiło i parę razy byłam o krok od odłożenia książki, ale coś mnie powstrzymywało.

Tym "czymś" było napięcie, przenikające całą książkę. Na okładce napisano "Powietrze staje się duszne i ciężkie - jak przed burzą...". Ten jeden raz okładka nie kłamie, rzeczywiście w trakcie czytania odczuwałam to napięcie, przekonanie, że coś niedobrego musi się wydarzyć, że lipcowe rozleniwienie i odurzające zapachy są zwodnicze. Napięcie podsyca przewijająca się między kolejnymi rozdziałami, oszczędnie dawkowana opowieść o przeszłości Giny i Matiego.

Drugą sprawą jest poczucie obcości. Kuzynki, które przyjeżdżają na zbiory wiśni, tak naprawdę są sobie zupełnie obce, praktycznie nawet się nie lubią. Z domem pod lipami wiążą je wspomnienia z dzieciństwa i wczesnej młodości, i postać Reginy - jednak i ona także jest jakby obca, oddalona, daleka od typowej seniorki rodu, gotowej służyć radą i mądrością życiową młodszym kobietom. Regina żyje swoim życiem i pozwala innym żyć własnym, jest zamknięta, sarkastyczna, pewna siebie, nie radzi, nie przeprasza, nie wtrąca się i nie emanuje ciepłem. Nikt jej nie zna, nawet jej własne dzieci, które ofiarowują jej na jubileusz rozpaczliwie nietrafione prezenty, pokazujące, jak bardzo się od niej oddaliły. A ona spokojnie obserwuje. Dopiero niespodziewana wizyta dawnego przyjaciela wytrąca ją z równowagi - ale nie na długo.

Żadna z wnuczek przyjeżdżających do domu w poszukiwaniu oderwania od świata i rozwiązania własnych problemów, też nie znajdzie gotowych rozwiązań. Te, które się pojawią, będą niejednoznaczne, będą kompromisami wymuszonymi przez brutalną rzeczywistość, nie będą miały w sobie nic z bajki. Buntownicza Ida, niepewna Beata, niepokorna Flora, lekkoduch Robert - wszyscy wrócą do domów po przerwanych zbiorach z nowymi doświadczeniami, decyzjami, ale niekoniecznie takimi, jakie planowali. Czy katalizatorem jest sama obecność Reginy, czy po prostu życie toczy się tak, jak musi i jedynym wyjściem jest je zaakceptować? pytanie otwarte. Ostatecznie trwa tylko Regina, silna i niewzruszona przy ręcznie zrobionym urodzinowym stole, mimo katastrofy.

Możnaby się oczywiście czepić tej ładnej i kulturalnej wsi, tego sadu jak z bajki i tej chaty pod lipami. Można się zżymać na to, że akcja rozwija się tak wolno i "nic się nie dzieje" (to jedna z tych książek "o kobietach, które rozmyślają w głowie"*) ale wydaje mi się, że dostałam z tej lektury znacznie więcej niż się po niej spodziewałam. Dostałam historię o trwaniu i sile, akceptacji nieuniknionego i walce o swoje własne życie. Bez łatwych bajkowych rozwiązań i efektownych tajemnic rodzinnych, bez tanich emocji. Życie toczy się, sad wyrósł na miejscu czegoś innego, a na jego miejscu wyrośnie coś nowego...

---

* Sformułowanie zawdzięczam jednej z moich Czytelniczek - choć w zamierzeniu nie miało być pochlebne, a wręcz przeciwnie, okazało się doskonałe do opisu pewnego rodzaju książek, więc je sobie przywłaszczyłam - i stosuję jako komplement :)

środa, 27 czerwca 2012
TO - Stephen King

Po ostatniej wizycie w empiku stwierdziłam, że nie ma NIC, co chciałabym kupić, mieć, przeczytać. Skoro i tak do wyboru są głównie czytadła albo czytadła niezdarnie udające coś więcej, to wolę czytadło wypróbowane, od sprawdzonego autora, niż jakieś jętki-jednodniówki, o których za rok nikt nie będzie pamiętał.

Już od dawna miałam zamiar przeczytać TO raz jeszcze, skonfrontować dzisiejsze wrażenia z tymi zapamiętanymi. Wychodzi na to, że książki, do których wracam, to przede wszystkim horrory, sagi SF (Ender! Hyperion! Gateway - brama do gwiazd!), czyli wszystko to, czym nasiąkałam jako nastolatka.

TO jest chyba najgrubszą powieścią Kinga (moje wydanie ma ponad 1200 stron!) i zawsze było moją ulubioną. Będę się tu zastanawiać dlaczego, bo po blisko 20 latach od pierwszego czytania czytało się ją zupełnie inaczej.

TO historia o siódemce przyjaciół, którzy w dzieciństwie, pod koniec lat 50, pokonali niewyobrażalne zło i złożyli przysięgę, że gdyby TO znowu się uaktywniło, wrócą do rodzinnego miasteczka Derry i znów będą walczyć. Po 27 latach w Derry znowu zaczynają ginąć dzieci, a na ulicach pojawia się przerażający klown. Przyjaciele z dzieciństwa muszą wrócić, przypomnieć sobie wydarzenia sprzed lat... i tym razem ostatecznie zniszczyć TO.

Są takie powieści w dorobku Kinga, które są jak gdyby kwintesencją wszystkich pozostałych. Ta do nich należy. Tu, chyba po raz pierwszy, Król pozwolił sobie na stworzenie i opisanie całego miasteczka, z jego topografią, historią i dziesiątkami zaludniających je postaci, a przy okazji wrócił do własnej młodości i odmalował końcówkę lat 50 na amerykańskiej prowincji. Wiem, że niektórych czytelników ta szczegółowość denerwuje - dla mnie Derry zawsze było żywym miejscem, z (dość wstydliwą i paskudną) historią utrwaloną na czarno-białych zdjęciach i rycinach, z drobiazgowo opisanymi budynkami, ulicami i systemem kanałów pod ziemią. Lubię w książkach taki "oddech historii", takie poczucie, że czytam nie o miejscu stworzonym ad hoc, na potrzeby jednej opowieści, ale takim, które mogłoby istnieć od wielu lat w jakimś innym wymiarze... całe, kompletnie, zmieniające się a przy tym bliskie, ziemskie, niefantastyczne. Fascynuje mnie też idea nawiedzonego, przesiąkniętego Złem miejsca, tu w wymiarze całego miasta.

Co poza szczegółowym budowaniem świata? Dzieci. Dzieci u Kinga zawsze odgrywały ważną rolę. Dzieci z książki żyją jeszcze w epoce, gdy światy dorosłych i dzieci były zupełnie oddzielne, sprzed epoki soccer-moms wożących maluchy z jednych zajęć na drugie. Dzieci w powieści włóczą się samopas, zajmują swoimi sprawami, "żyją poniżej linii wzroku dorosłych", którzy najczęściej traktują je surowo, mają być w domu na kolację a za podarte spodnie dostają lanie. O żadnych rodzicielstwach bliskości czy matkach-helikopterach nie ma jeszcze mowy, chociaż i tu są matki nadopiekuńcze, drżące o zdrowie pociech - i na drugim krańcu, obojętni, patologiczni rodzice. Ogólnie ten świat przypomina trochę nasze dzieciństwo - po szkole, w wakacje, włóczenie się, telewizja albo koledzy. Zanim dorośli doszli do wniosku, że dzieciom należy towarzyszyć przez 100% ich wolnego czasu.

Dzieciństwo symbolizuje tu też szczególną siłę a zarazem słabość. Siłę - bo dzieci w odróżnieniu od dorosłych obdarzone są niezwykłą wyobraźnią. Przez co jednocześnie są najbardziej narażone na ataki TEGO, bo TO żywi się ludzkim strachem i najłatwiej im TO pokonać jego własną bronią. Autor genialnie opisuje proces dorastania: "Nie będą już wierzyć, że w Kenduskeag żyją piranie, że zabicie pająka powoduje deszcz ani że kiedy zgnieciesz świetlika na swojej koszuli, to jeszcze tej samej nocy twój dom stanie w płomieniach. Będą natomiast wierzyć w moc polisy ubezpieczeniowej, wino do obiadu (...). Będą wierzyć w telewizję, Gary'ego Harta, biegi mające zapobiec zawałowi i zaprzestanie jedzenia czerwonego mięsa, dzięki czemu można uniknąć raka okrężnicy." (str. 1089).

Czy da się powrócić do dzieciństwa? Ile w nas, dorosłych, zostało z dzieci, którymi kiedyś byliśmy? W jakim stopniu powielamy wyuczone wtedy zachowania? Czy potrafimy stawić czoła ówczesnym lękom? Takie, całkiem poważne pytania, jak na literaturę rozrywkową, przychodziły mi do głowy.

Jest i kolejny stały motyw - pisarz, który wciąż na nowo w kolejnych książkach przetwarza i przerabia swoje wizje, traumy, wspomnienia. Nie wiem, ile w Billu z autora ale jest to bardzo sugestywne.

Niestety, są też i stałe wady. Kiedyś lubiłam Kinga za elementy horroru, dzisiaj zdecydowanie wolę go jako realistę. Trudno nie zgodzić się z Feliksem W. Kresem, że potwór jest straszny tylko do momentu, kiedy się pokaże. Tutaj zasada sprawdza się w 100% - TO straszy tylko na początku, kiedy przybiera formy najgorszych lęków dzieci. Końcówka, kiedy TO pokazuje "prawdziwe oblicze", a autor wpada w wyjątkowo mętną i dziwaczną kosmologię z Żółwiem, który "wyrzygał wszechświat", makrowersum i tajemniczym Innym - jest okropna, żeby nie powiedzieć żenująca. Na szczęście dla równowagi autor serwuje czytelnikom doskonały, filmowy obraz zniszczenia miasta przez powódź i wizje podziemnego świata ukrytego głęboko pod ulicami, i tylko dzięki temu można jakoś przetrwać ostatnie 100 stron.

I kolejna wada, jaką jest najgorsze chyba tłumaczenie z angielskiego, jakie czytałam w życiu. Nawet niespecjalnie koślawe językowo ale tak okropnie niechlujne "kulturowo", że zęby bolą. Na plakacie napis: "Czekajcie na Crossing Guard", Mike chodzi do church school pisanej raz z małej, raz z dużej litery, niesubordynowani żołnierze ścigani przez "empeków", i wisienka na torcie: bohater mówił "głosem komentatora Movie'ego Tone'a" (taa, a w Polsce w kinach występowała komentatorka o dźwięcznym nazwisku Kronika Filmowa...). Oczywiście typowe nieuniknione kwiatki, jak patetyczny wygląd też musiały się trafić. Pod koniec robi się jakby nieco lepiej (albo umysł obojętnieje?), ale podczas lektury wielokrotnie życzyłam tłumaczowi, żeby pewnego ranka usłyszał głos wabiący go z otworu odpływowego umywalki... i poszedł się pławić, tam w dole.

Nie jestem pewna, czy przypadkiem TO nie ukazało się niedawno we wznowieniu, w jakimś lepszym tłumaczeniu albo przynajmniej po lepszej redakcji. Warto poszukać - bo TO lektura obowiązkowa dla lubiących Kinga, tym bardziej, że autor wrócił do Derry w swojej ostatniej powieści "Dallas '63".

czwartek, 21 czerwca 2012
Gentlemani - Klas Ostergren

Dziwnie jest czytać książkę, która u nas jest stosunkowo nowa, a gdzie indziej zdążyła już trwale zapisać się w zbiorowej świadomości i wrosnąć w fundamenty pewnego wycinka literatury.

"Gentlemani" to książka inna, osobna, wymykająca się łatwej ocenie. Hasło "szwedzki thriller" budzi lawinę błyskawicznych skojarzeń, Larsson, zaangażowanie, tematyka społeczna, rozliczenia, a tymczasem tu nic z pozoru nie przypomina programu, który włączył się w umyśle, więc program się zawiesza, zapętla, szuka znanych punktów zaczepienia, żeby się zrestartować... i nic. Poczucie "dziwności" znika dopiero wtedy, kiedy program się podda albo go wyłączymy.

Historia zaczyna się i rozwija powoli. Lata 70-te. Oto młodziutki pisarz obdarzony imieniem i nazwiskiem autora, dostaje zlecenie na napisanie pastiszu jednego z dzieł należących do kanonu szwedzkiej literatury. Klas nawiązuje znajomość z Henrym Morganem, postacią barwną i nietuzinkową, i zamieszkuje wraz z nim w starym, ciemnym i zapuszczonym mieszkaniu. Henry komponuje, Klas pisze, prowadzą życie wesołej bohemy, imprezują a w wolnych chwilach zajmują się amatorskim poszukiwaniem skarbu ukrytego podobno w podziemiach pewnej kamienicy. A później pojawia się Leo, brat Henry'ego - mroczny dziwak, poeta, ponurak, nieobecny duchem, tajemniczy i niespokojny...

(W posłowiu mądry pan napisał, że Leo być może tak naprawdę wcale nie istnieje. Przyznam, że przy lekturze to mi do głowy nie przyszło, widziałam Leona jako oddzielną i bardzo konkretną osobę, nie alter ego czy ciemną stronę brata. Ale skoro pan krytyk tak mówi... :))

Spora część książki opowiada o losach braci, o wczesnych sukcesach poetyckich młodszego i europejskich wojażach i romansach starszego. Piękna Maud, uwikłana w trójkąt z Henrym i bogatym starszym mężczyzną początkowo wydaje się wątkiem pobocznym, romansowym, dla ubarwienia opowieści, podobnie jak sąsiad pozbawiony ojca. Różni ludzie pojawiają się, ich drogi się krzyżują, Henry przeżywa swoje życie w konwencji przygodowo-awanturniczej, a nitki "thrillerowe" czy "kryminalne" splatają się dopiero pod koniec.

 Podobno autor nie był zachwycony odbiorem społecznym książki, żalił się, że pisał tragedię, którą ludzie czytają jak komedię. Rzeczywiście, i losy Henry'ego i wspólne życie przyjaciół, ich improwizowane uczty, znajomości, zajęcia opisane są w konwencji lekko ironicznej, z dystansem i humorem, na tle barwnej panoramy obyczajowej i społecznej od lat 50 do końcówki lat 70 XX wieku. Gentlemani trzymają się konwencji nawet, kiedy trzeba sprzedać stare książki, żeby kupić drewno na opał, gentlemani komponują symfonie ubrani w kombinezon roboczy, gentlemani boksują i kopią w starej piwnicy, chodzą na demonstracje i koncerty, mówią do siebie czule Klasiu albo Kersiu (to mnie zachwyciło, genialne wyczucie tłumacza, a tak łatwo byłoby tu coś schrzanić...), a gdzieś, za tym wszystkim, kryją się poważne problemy sięgające czasów wojny i ich konsekwencje, schowane ale widoczne, jak pistolet w szufladzie starej komody w mieszkaniu Henry'ego...

Inna sprawa, że gdyby to było napisane śmiertelnie poważnie, z zadęciem społeczno-zaangażowanym i bez cienia uśmiechu, to wyszedłby tylko jeszcze jeden, trochę starszy "szwedzki kryminał", nieodróżnialny od innych i prawdopodobnie zapomniany, pojawiający się gdzieś w przypisach do Larssona. A tymczasem "Gentlemani" są książką inną od wszystkich, jakie w ostatnim czasie czytałam, paradoksalnie świeżą. Oczywiście najprawdopodobniej, żeby ją w pełni docenić, trzeba znać Strindberga, historię Szwecji... no ale wszystko przede mną, prawda?

sobota, 16 czerwca 2012
Ziarno prawdy - Zygmunt Miłoszewski

No dobra, a więc rzucam się na pożarcie, ponieważ ta wymęczona recenzja blokuje mi kilka innych do napisania. A może jak puszczę w dniu Tego meczu to i tak nikt nie zauważy.

Najkrótszą subiektywną recenzją tej książki byłby wyjęty z niej samej cytat:

"Niby dobrze napisane, niby dobrze wyreżyserowane, zagrane też w porządku, a czuć, że to tylko teatr, zamiast postaci widać aktorów, widzów i żyrandol nad widownią." (str. 344).

Jest to niewątpliwie całkiem sprawnie skonstruowany kryminał - pisząc "sprawnie", mam na myśli, że: a) do końca nie domyśliłam się, kto zabił, b) intryga jest skomplikowana na tyle, że domyślanie się rozwiązania sprawiło mi niejaką przyjemność, c) nieźle i szybko się czyta.

Prokurator Szacki po rozstaniu z żoną przenosi się do Sandomierza, gdzie przyjdzie mu rozwikłać zagadkę brutalnego morderstwa. Wszystkie tropy wiodą do "legendy krwi" i zadawnionych polsko-żydowskich nienawiści. W pocztówkowej scenerii giną kolejne osoby, a prokurator usiłuje dojść prawdy w nowym dla siebie otoczeniu. Nie jest to łatwe, bowiem jest przybyszem, nowym, w dodatku zmaga się z osobistymi problemami.

Tłem jest nośny, zawsze aktualny temat polskiego antysemityzmu na przestrzeni od wojny do czasów obecnych. Od zbrodni na powracających po wojnie niedobitkach Holocaustu po dzisiejszy "lekki" antysemityzm, rzucane mimochodem i przyjmowane z aprobatą zdanka o pejsach i żydkach. Sandomierz, ze słynnym obrazem przedstawiającym zabijanie polskich dzieci przez Żydów, doskonale się nadaje na takie gniazdo żmij, dzięki czemu intryga oparta na motywie zemsty po latach wydaje się możliwa.

Autor zresztą wraca nie tylko do pogromów, ale i do PRL-owskich kronik kryminalnych, opisuje dawne (czy autentyczne czy tylko wzorowane na autentycznych?) brutalne zabójstwa, i to jest w zasadzie najciekawsza część książki.

Ogólnie rzecz biorąc, dekoracje są zachęcające, zbrodnia wyrafinowana i brutalna, zagadka skomplikowana, tło historyczne porządnie zarysowane, są obecne elementy obowiązkowe współczesnego kryminału: Ostre Obserwacje Obyczajowe i Demaskowanie Ukrytych Problemów, czemu więc marudzę? A najważniejsze: czemu, dwa czy trzy tygodnie po przeczytaniu książki, która miała być taka świetna, ledwo ją pamiętam (do tego stopnia, że pisząc cały czas kartkuję mój egzemplarz) i wcale mnie nie obchodzi?

Po pierwsze nijaki bohater. W tego typu kryminale bohater powinien być bardzo wyrazisty, wiarygodny nawet jeśli targany wątpliwościami. Tymczasem Szacki jest kompletnie bez wyrazu. W każdej scenie inny, przeczy sam sobie, raz ostry, raz sentymentalny, raz ciepły miś, raz zimny babiarz, raz intelekt jak brzytwa, a raz potrzebuje paru dni przy komputerze, żeby rozpoznać rodło. Wiem - niejednoznaczność jest bardzo życiowa, ale do pewnych granic, po ich przekroczeniu pojawia się bohater nijaki, bez właściwości, jedyne co się zapamiętuje, to że był chudy i siwy. Nie da się kogoś takiego ani polubić, ani znielubić, o utożsamieniu czy kibicowaniu można zapomnieć.

To samo dotyczy Sandomierza. Niby miasto jest opisane, niby budzi rozmaite uczucia, a jednak nie wiadomo, jakie jest. Czy to śliczny skansen dla turystów? Czy ponura prowincja? Ani to prowincja urocza ani przygnębiająca, ani miejsce, które chce się od razu odwiedzić, ani omijać szerokim łukiem. Pocztówkowe opisy wymieszane z przybrudzonym realizmem nie wiadomo na jakiej zasadzie plus gdzieniegdzie coś, co przypomina "lokowanie produktu" (tak, po paru powtórzeniach wiem już doskonale, gdzie w Sandomierzu należy iść na kawę z cukrową pianką... a gdzie nie zamawiać sernika). W "Uwikłaniu" Warszawa żyła, Szacki żył, tu snuje się nijaki ktoś w nijakich dekoracjach, a w żyrandolu nad widownią brakuje kilku żarówek.

Napisałam, że dobrze się czyta. To w dużej mierze dzięki temu, że autor ma ostre pióro, dar ironicznego komentowania wszystkiego, łącznie z sobą samym (polecam dywagacje o imieniu Zygmunt, bardzo do mnie przemówiły jako do posiadaczki równie "nagrobkowego" imienia ;-)). Trafiają się fragmenty naprawdę zabawne (np. spotkanie z profilerem). Tylko, że nadmiar też po jakimś czasie męczy. Ileż złośliwych opisów, błyskotliwych dialogów i ciętych ripost można zmieścić na 400 stronach? Czy prawie każda rozmowa musi być szermierką albo flirtem? Przy tym niektóre tchną niepotrzebną sztucznością, to dialogi z gatunku teatralnych, które fajnie wyglądają tylko na papierze. Przykład? "Czy ja sobie naprawdę muszę stopnie naukowe wytatuować na czole albo obciąć cycki, żeby mnie któryś z was, wielkich męskich badaczy historii potraktował poważnie?" (str. 329). To wygłasza pani doktor z IPN do pana prokuratora na pierwszym spotkaniu, po trzech minutach znajomości?

Jeżeli zaś chodzi o demaskowanie polskich grzechów i odsłanianie tajemnic - chyba nikt, kto uważnie czytał gazety z ostatnich kilku lat nie będzie zaskoczony ani zszokowany. Znane, wielokrotnie opisywane elementy zostały powiązane w zgrabną intrygę, wykombinowaną tak, żeby czytelnik który lubi "piosenki, które już zna" mógł sobie pogłówkować. Zresztą jak czytelnik za bardzo pogłówkuje to mu się intryga rozejdzie w szwach w najważniejszym miejscu - tam, gdzie Szacki i pozostali przyjęli tożsamość drugiej ofiary za oczywistą.

Podsumowując - średnio i bez rewelacji. Z każdym kolejnym kryminałem coraz mniej rozumiem zachwyty nad tym gatunkiem w wydaniu współczesnym i kreowanie kolejnych przeciętnych pozycji na wydarzenia. Dostałam książkę, która dostarczyła mi umiarkowanie atrakcyjnej rozrywki na dwa popołudnia... i tyle. Teraz zaczekam aż autorowi znudzi się kryminał i postanowi się sprawdzić w jakimś innym gatunku, bo na zapowiadaną trzecią część cyklu z Szackim szkoda mi czasu i kasy.

sobota, 02 czerwca 2012
Podróż długa i dziwna - Tony Horwitz

Drugie spotkanie z amerykańskim reporterem i historykiem równie - a może nawet bardziej - udane, jak poprzednie.

Tym razem Tony Horwitz wziął na warsztat odkrywanie Ameryki i jej mity założycielskie.

Co wydarzyło się przed lądowaniem Mayflower? Gdzie podziali się pierwsi koloniści z Roanoke? Czy "czarna legenda" otaczająca hiszpańskich konkwistadorów była słuszna? Czy Anglicy kolonizowali dziki, dziewiczy ląd? Jak daleko zapuścili się Hiszpanie? Czy John Smith naprawdę został uratowany przez Pocahontas? Co zostało po mitycznej Winlandii Wikingów?

Na te wszystkie pytania i wiele innych odpowiada Horwitz podczas tej "podróży długiej i dziwnej" (tytuł jest cytatem z dzienników Kolumba). Jak przyznaje, niemożliwe byłoby zawarcie w jednej książce wszystkich wypraw, kolonii i prób podboju Nowego Świata, wybrał więc epizody najważniejsze, najbardziej charakterystyczne, a dzisiaj zapomniane albo rozmyślnie pomijane, gasnące w cieniu założycielskiego mitu o Pielgrzymach.

Autor zaczyna podróż na Nowej Fundlandii, gdzie mieszczą się pozostałości osady Wikingów. Następnie przenosi nas na Dominikanę (która kojarzy nam się dziś tylko z turystycznym rajem) śladami Kolumba. Prowadzi szlakami Hiszpanów - Coronada i Hernando de Soto, opowiada o francuskich fortach, a dopiero na koniec opisuje Roanoke, Jamestown i inne początki kolonizacji angielskiej.

Jak poprzednio, relacje historyczne przeplatają się z reportażami z ważnych miejsc. Skała w Plymouth, kopce Indian, muzeum Kolumba na Dominikanie, i wiele innych. Wszystkie te miejsca łączy wspólny mianownik - są zapyziałe, zaniedbane, skarlałe w porównaniu z wyobrażeniami, brzydkie albo zamienione w tandetny historyczny park rozrywki jak najstarsze hiszpańskie miasto na Florydzie.

Wszędzie też można trafić na najróżniejsze rekonstrukcje historyczne - przedstawienia odgrywane dla turystów przez ludzi przebranych w kostiumy z różnych epok, zwykle bardzo luźno nawiązujące do prawdy historycznej, dość tandetne i wymęczone, podobnie jak reakcje zwiedzających, którzy pędzą od jednej atrakcji do drugiej. Tu "źródło młodości" Ponce de Leona, z "cudowną" wodą w plastikowych kubkach, tam konkwistadorzy w niewygodnych zbrojach, ówdzie tegoroczna Miss Pocahontas , "ogrody pamięci" z posągami w strojach z niewłaściwej epoki ufundowanymi przez towarzystwa dobroczynne i tak dalej, słowem tani, kolorowy cyrk dla gawiedzi.

Z drugiej strony Horwitz znajduje też ludzi, którzy bardzo starannie strzegą swojej pamięci historycznej i tożsamości - choć niekiedy przybiera to dość groteskowe formy, jak uroczystości pokutne, podczas których potomkowie Francuzów przebaczają potomkom Hiszpanów rzeź sprzed bez mała 400 lat, albo różnego rodzaju kluby, stowarzyszenia i zakony, których celem jest gromadzenie osób pochodzących bezpośrednio od Pocahontas, z całym sztafażem w rodzaju tytułów, ceremonii, tajemnic i paradnych strojów. Niestety obok tego radosnego absurdu autor pokazuje także, jak niedawno jeszcze rdzenni mieszkańcy Ameryki traktowani byli jak obywatele drugiej kategorii, jak niewiele zostało z ich kultury i cywilizacji, zniszczonej przez białych, którzy teraz domagają się zwiedzania skansenów i zakopują kryształy w uświęconej ziemi wymarłych plemion, aby "uczcić ich pamięć"...

Horwitz pokazuje, jak daleko nasze wyobrażenia o historii, a nawet wiedza wyniesiona ze szkoły, odbiegają od rzeczywistości, zastąpionej mitami i wyobrażeniami. Święto Dziękczynienia wymyślono w XIX wieku, pierwsi koloniści nie jedli dyni, Wikingowie nie nosili na codzień hełmów z rogami, a Pocahontas zmarła na gruźlicę pod Londynem jako chrześcijanka, żona i matka w sztywnej sukni z wysokim kołnierzem.

Podsumowaniem książki jest stwierdzenie pewnego pastora: "Mit jest znacznie ważniejszy od historii. Historia jest arbitralna, to zbiór faktów. Mity sami wybieramy, tworzymy, podtrzymujemy przy życiu." Jako, że wszystkie narody i kraje mają własne mity - warto przeczytać.

---

PS jak widać - żyję, jednak zwyciężyła opcja "mniej czasu na czytanie, mniej czasu na pisanie". W maju zdążyłam jeszcze przeczytać Miłoszewskiego, i jeśli się odważę opublikować niezbyt pochwalną recenzję, to wkrótce się tu ukaże. Zdążyłam też przeczytać do połowy "Gentlemanów"...  i to by było na tyle. Praca, na razie, wygrała z czytaniem.

Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli