Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
czwartek, 29 lipca 2010
Cięcie. Opowieść o chirurgii - Gabriel Weston

 

Na chwilę przeskoczę od reminiscencji urlopowych do niepozornej książeczki, którą pochłonęłam przedwczoraj w jedno popołudnie spędzone z Córką na podwórku.

Jak widać z tytułu, to kolejna pozycja na temat medycyny, chirurgii właściwie. Tym razem o tyle odmienna, że napisana przez kobietę - chirurga (wiem, feministyczna poprawność nakazywałaby tu użycie słowa chirurżka, ale nie jestem w stanie się do tego przemóc a poza tym spróbujcie to wymówić i nie opluć się przy tym).

I to widać od pierwszej do ostatniej strony. Wszystkie książki na temat medycyny, chirurgii, historii medycyny, jakie do tej pory czytałam, pisali mężczyźni - Thorwald, Gawande, Draaisma. Pisali pasjonująco, wciągająco, mądrze, ale jakoś inaczej.

Autorka "Cięcia" porusza takie tematy jak emocje, empatia, wrażliwość a nawet seksualność chirurga. Nie stroni od opisywania własnych porażek i błędów, opisując przypadki kliniczne, z jakimi zetknęła się w swojej praktyce, nie omija trudnych, czasami ponad jej siły, uczuć jakie towarzyszyły jej w związku z danym pacjentem czy zabiegiem. Bez upiększeń opisuje bezradność, rozpacz, strach, odczuwane w trudnych chwilach, ale i uczucie zadurzenia w jednym z pacjentów i wynikające z tego opory przed niektórymi zabiegami. Opowiada o technikach, które pomagają jej opanować zmęczenie na sali operacyjnej, o trudnościach z asertywnością i kontaktami z przełożonymi, o zmęczeniu i obawach. A wreszccie o wyborach zawodowych i życiowych, jakich musi dokonywać kobieta pracująca w tak trudnej, tradycyjnie męskiej dziedzinie.

Przez to "Cięcie" zupełnie różni się na przykład od "Komplikacji" Atula Gawande, a właściwie obie te książki doskonale się uzupełniają.

Jednym zdaniem - "Cięcie" to opowieść o innej, mniej technicznej, a bardziej emocjonalnej stronie chirurgii. Właściwie nawet, choć nie lubię takich określeń, mogę powiedzieć, że jest to książka o chirurgii widzianej z perspektywy kobiety. Warto.

środa, 28 lipca 2010
Którędy droga - Iain Pears

 

Kolejny kryminał historyczny. Anglia, rok 1663, niedługo po tym, jak po okresie rządów Cromwella przywrócono monarchię, a na tronie zasiadł Karol II. W Oxfordzie ginie w dziwnych okolicznościach jeden z profesorów Nowego Kolegium. Młoda służąca Sarah Blundy zostaje oskarżona o morderstwo, a następnie skazana na powieszenie. Czy jednak rzeczywiście była winna tej śmierci?

Na opowieść składają się cztery ułożone kolejno relacje. Pierwsza to notatki Marca da Cola, studenta medycyny i syna weneckiego kupca. W drugiej części poznajemy wersję wydarzeń niejakiego Prestcotta. Młody arystokrata, syn zdrajcy Korony, rozpaczliwie próbuje udowodnić, że jego ojciec nie był winny zarzucanej mu zdrady, a przy tym odzyskać rodzinny majątek. Trzecia opowieść to relacja doktora Wallisa, kryptografa zajmującego się rozszyfrowywaniem zakodowanych listów rebeliantów, a w ostatniej części poznajemy historię opowiedzianą przez Anthony'ego Wooda, historyka i antykwariusza.

Relacje uzupełniają się wzajemnie i składają w misterną układankę. Każda następna wyjaśnia niedopowiedzenia, prostuje i dementuje kłamstwa zawarte w poprzednich, a ostatnia dostarcza wszystkich elementów brakujących do rozwiązania zagadki śmierci doktora Grove'a. Na koniec okazuje się, że prawie nikt nie jest tym, kim wydawał się na początku, a tajemnicza śmierć doktora zostaje wyjaśniona w zaskakujący sposób.

Relacje różnią się od siebie, dlatego książka wydała mi się nierówna. Najbardziej podobała mi się część pierwsza i ostatnia. Pierwsza dlatego, że odlegle przypominała mi "Żywe srebro" Stephensona. Dużo tu sporów naukowych, filozoficznych, sporo informacji o stanie ówczesnej medycyny i o początkach "filozofii naturalnej", czyli tego, co przerodziło się we współczesne nauki ścisłe. Eksperymenty z transfuzją krwi, teorie medyczne, dysputy sprawiają, że relacja młodego medyka wydała mi się pasjonująca. Przy okazji dzięki temu, że narrator jest cudzoziemcem i próbuje opisać wrażenia z podróży do obcego kraju, możemy poznać wiele szczegółów z życia epoki - od potraw i stylu spożywania posiłków, po złośliwie przedstawiony przez Colę teatr angielski tamtego okresu.
Z kolei ostatnia, historia Wooda, czyta się świetnie, bo wyjaśnia i dopowiada to, co wcześniej było niewyjaśnione, a poza tym zawiera tzw. "wątek romantyczny" i najpełniej przedstawia oskarżoną o morderstwo Sarah.

Natomiast historia druga i trzecia przeznaczone są raczej dla wielbicieli opowieści o intrygach dworskich, zdradach, szpiegach, sojuszach i spiskach. Ja do nich nie należę, dlatego czytało mi się to dość ciężko, gubiłam się w zawiłościach i miałam chwilami serdecznie dość. Ale podejrzewam, że dla miłośników typowej powieści historycznej będzie to uczta czytelnicza. I, oczywiście, warto było przebrnąć, żeby poznać wyjaśnienie całej historii.

Wielkim plusem książki jest to, że autorowi udało się uniknąć czegoś, czego nie znoszę w powieści historycznej - a mianowicie wrzucania w dekoracje z epoki na wskroś współczesnych bohaterów, o XXI-wiecznej mentalności. Nawet niezwykłe na owe czasy poglądy Sarah i jej matki na prawa kobiet i równość są przekonywająco umotywowane i nie rażą. Bohaterowie są wiarygodni w kontekście swojej epoki, a dodatkowo wiele z występujących tu osób to postaci autentyczne.

Denerwował mnie natomiast szyk przestawny używany prawie bez przerwy przez tłumacza. Rozumiem, że to zabieg, który miał na celu archaizację języka, ale w nadmiarze, prawie w każdym zdaniu, jest nie do zniesienia.

Brakuje mi jakiegoś mądrego podsumowującego zdania... nie polecę entuzjastycznie wszystkim tej lektury na plażę, ze względu na fragmenty, które mnie znudziły i zmęczyły, ale z drugiej strony ostatecznie przeczytałam tę książkę z przyjemnością.

Ocena 7,5-8/10

PS jakoś dzisiaj to całe recenzowanie wydało mi się strasznie jałowe i jakieś średnio odkrywcze: czytam i piszę o tym, co przeczytałam, i tak w kółko... tak, wiem, że w zasadzie na tym polega cała idea bloga książkowego, ale może by coś zmienić?

 Poza tym chyba mniej więcej teraz mija rok odkąd zaczęłam pisać tego bloga - trzeba by zrobić jakieś podsumowanie czy coś...

wtorek, 27 lipca 2010
Nadobna dziewica - Joyce Carol Oates

 

Dobra książka z irytującym zakończeniem, czyli najgorsze co może się zdarzyć - wolę książki, które na początku wydają się słabe, nudne, a później pozytywnie zaskakują.

Mimo to Oates pisze tak dobrze, że nawet denerwująca czy słabsza książka jej autorstwa i tak jest dobra. "Nadobną dziewicę" pochłonęłam w jeden letni wieczór, nie mogąc się oderwać.

Szesnastoletnia Katya Spivak podczas wakacji opiekuje się dwojgiem dzieci zamożnego małżeństwa Engelhardtów, spędzającego lato w modnym kurorcie. Katya pochodzi z patologicznej, rozbitej rodziny z ubogiego domu w New Jersey. Ojciec porzucił ją przed laty, uzależniona od hazardu i leków matka prowadzi bujne życie towarzysko-erotyczne. Podczas jednego ze spacerów z dziećmi dziewczyna spotyka Marcusa Kiddera, mężczyznę przed siedemdziesiątką, który nie kryje swojego niezdrowego zainteresowania Katyą.

Pomiędzy licealistką a starszym panem nawiązuje się dziwna relacja, oparta na obustronnej fascynacji z domieszką odrazy. Każde z nich należy do innego świata - ona z nizin społecznych, on jest bardzo zamożnym, kulturalnym artystą, autorem obrazów i książek dla dzieci. Motyw zderzenia dwóch światów, fascynacji młodością, kształtowania prymitywnej, nieobytej młodej dziewczyny przez kulturalnego starszego pana - to wszystko składa się na tę relację. Marcus wciąga Katyę w skomplikowaną grę psychologiczną, a ona walczy z targającymi nią sprzecznymi uczuciami. "A potem Katya chyba go pokochała. Chyba. Bo Marcus Kidder był dla niej taki dobry!" (s. 105)

Autorka jak zawsze doskonale oddaje psychologiczne niuanse motywacji i zachowań bohaterów, a przy tym porusza istotne problemy - granicy między uczuciem a niezdrową fascynacją, dopuszczalnych kulturowo różnic - wieku, pochodzenia, zamożności - między partnerami, wreszcie zakodowanego w nas głęboko lęku przed starością i obrzydzenia, jakie budzi w nas starość i choroba. Marcus jest postacią tak przekonywającą, że w pewnym momencie zaczęłam przyjmować jego argumenty za coś oczywistego, a po przeczytaniu nie sposób jednoznacznie stwierdzić, czy relacja między starcem a młodziutką dziewczyną rzeczywiście jest takim złem, jak wpoiła nam to współczesna kultura i system prawny. W zasadzie przez cały czas Oates zmusza czytelnika do zastanowienia i stawiania sobie pytań - to lubię najbardziej w jej książkach.

Jedyny problem w tym, że po stu kilkudziesięciu stronach mistrzowskiej prozy psychologiczno-obyczajowej na najwyższym poziomie, książka skręca nagle w stronę dziwnej baśni, i takie też jest zakończenie, baśniowe, "gotyckie" (jak określono to w notce na okładce), oderwane od rzeczywistości. Co prawda można się tego spodziewać, bo całość jest luźno oparta na kilkusetletniej ludowej pieśni "The ballad of Barbara Allen", opowiadającej o nieodwzajemnionej miłości. Mimo to element baśniowy i zakończenie były dla mnie pewnym zgrzytem, dysonansem.

I jeszcze jedno - czy naprawdę każde ludzkie nieszczęście, problem psychiczny, zaburzenie, niepowodzenie, można łatwo wytłumaczyć porzuceniem bohatera przez ojca w dzieciństwie? Mam wrażenie, że to taki amerykański wytrych do wyjaśniania każdego możliwego problemu, napotkany po raz n-ty budzi już tylko irytację: ileż można? Mam żal do Oates, że tutaj "poszła na łatwiznę". Ogólnie, mam wrażenie, że to jedna ze słabszych książek tej autorki, jakie czytałam - dobra i wciągająca, ale zakończenie psuje całość i do najwyższego poziomu czegoś jednak brakuje.

Na koniec - czy naprawdę nie da się już wydać książki bez literówek, i błędów? "Ręcznik kompielowy", czy "dwuznaczny miliarder" to tylko próbka.

Ocena 8/10

 

 

poniedziałek, 26 lipca 2010
Jul - Paweł Goźliński

 

No i doczekaliśmy się naszej własnej, polskiej "hieny cmentarnej". Po tajemnicach, szyfrach i kodach wielkich ludzi z zagranicy, mamy własną wersję tego typu literatury. Tytułowy Jul to nikt inny jak Słowacki, pozostali wieszczowie też odgrywają niepoślednią rolę, a rzecz cała jest krwawym i lekko komiksowym kryminałem - horrorem? thrillerem? rozgrywającym się w środowisku polskiej emigracji w Paryżu po Powstaniu Listopadowym. Trup ściele się gęsto, krwawo i obrzydliwie, akcja toczy się wartko, jest stosownie dużo odniesień do literatury i historii, malownicza sceneria, mroczne postaci i wszystko, czego trzeba, żeby ożywić szacownego umarlaka. A właściwie w tym przypadku cały tabun umarlaków.

Trzeba uczciwie przyznać, że autor wszedł na znacznie wyższy poziom intelektualny i erudycyjny niż autorzy zagranicznej masówki spod znaku tajemnic Gaudiego, kodów Leonarda i tak dalej, a przy tym nie splamił się tanimi chwytami w rodzaju obsadzania w roli detektywa współczesnego noblisty i przepięknej pani profesor. Cała akcja toczy się w roku 1845 w Paryżu. W środowisku polskich emigrantów skupionych wokół niejakiego Podhoreckiego - postaci tragicznej, naznaczonej straszliwymi przeżyciami sprzed kilkunastu lat - ktoś dokonuje brutalnych morderstw. Ofiary, z pozoru przypadkowe, łączy jedno - wszystkie są w ten czy inny sposób powiązane z Podhoreckim. Ten, wraz z komisarzem francuskiej policji, lekarzem - specjalistą w leczeniu niezwykle rozpowszechnionego wówczas syfilisu, polskim księdzem i dwoma innymi Polakami, prowadzi coś w rodzaju śledztwa, które prowadzi do zaskakującego rozwiązania.

Tłem i ważnym elementem historii są spory i rozłamy w środowisku emigracyjnym: spór Mickiewicza ze Słowackim, niezwykła popularność towiańczyków, w tle przewija się też (nie wiadomo do końca po co, chyba tylko do kompletu) pogrążony w depresji Krasiński. Sami emigranci pokazani są jako grupa skorych do bójek, hazardu i alkoholu raptusów podzielonych przez liczne kłotnie i spory i znienawidzonych, po okresie początkowego uwielbienia, przez statecznych Francuzów.

Powieść utrzymana jest w konwencji przygodowej, lekko komiksowej (nieprzypadkowo ilustracje mają formę stylizowanego komiksu), przywodzącej na myśl choćby "Tajemnice Paryża" Eugeniusza Sue, do którego twórczości autor zresztą otwarcie się odwołuje, i inne odcinkowe, sensacyjno-przygodowe powieści tamtej epoki.

Pomysł z poezją w roli klucza do zagadki jest znakomity, podobnie jak brawurowe sceny w rodzaju udaremnionego zamachu na jednego z wieszczów. Tylko, że akcja chwilami jest tak niejasna i zagmatwana, że taki czytelnik jak ja, nie-polonista, z zakurzonym, licealnym zasobem wiedzy na temat powstania, romantyzmu i emigracji paryskiej, zwyczajnie się w tym wszystkim gubi. Autor chyba zbyt optymistycznie założył, że czytelnicy będą dysponować erudycyjną wiedzą na ten temat, cytować z pamięci poezje wieszczów i wydarzenia powstania listopadowego, orientować się błyskawicznie w subtelnościach towianizmu, mesjanizmu, jansenizmu i innych -izmów. W efekcie miałam problemy ze śledzeniem akcji i na pewno umknęło mi wiele smaczków. Zupełnie pogubiłam się po rozwiązaniu zagadki, na dwóch-trzech ostatnich stronach. Może jednak przydałoby się kilka łopatologicznych wykładów w przerwach między kolejnymi trupami, jak u Browna...

Drugim minusem jest epatowanie obrzydliwością, a zwłaszcza smrodem i brzydotą fizyczną bohaterów. Nienaturalnie grubi, chudzi, poznaczeni bliznami, szramami, pozbawieni warg, uszu, owrzodzeni. Wszystkim obowiązkowo śmierdzi z ust, przy czym autor z lubością opisuje czym - a to przetrawionym koniakiem, a to kiełbasą, a to ogórkiem, nie stroni też od równie "apetycznych" opisów łupieżu, ślinotoku, owrzodzeń miejsc intymnych i tym podobnych atrakcji. Jak dla mnie - za dużo tego, co innego oddać pewne wrażenie, a co innego nurzać się z upodobaniem w obrzydlistwie... ale i to przypomina te rozmaite odrażające, groteskowe postacie jak z gabinetu dziwadeł, przewijające się w popularnej literaturze tamtego okresu, więc można ostatecznie (zatykając nos) uznać zabieg za uzasadniony. Nie podobały mi się też dość nachalne wtręty ideologiczne, potępiające konsumpcjonizm, "arystokrację pieniądza" - sprawiały wrażenie niepotrzebnych, zbyt "odautorskich".


A na marginesie - zupełnie nie wiem, czemu wciąż daję się nabrać na reklamowane kryminały i thrillery, historyczne czy nie, skoro przecież doskonale wiem, że nie przepadam za tym gatunkiem, że rozwiązywanie zagadek "kto zabił" mnie nie pasjonuje, że sto razy bardziej wolę subtelny psychologiczny opis sprzeczki małżonków od opisu poćwiartowanych na wymyślne sposoby trupów?

Ocena 6/10 w przybliżeniu, mniej więcej

plan (prawie) wykonany

Prawie, bo nie zdążyłam przeczytać właśnie Tej książki, na której recenzje wszyscy tu czekają, i której wszyscy mi tak zazdrościliście.

Nie zdążyłam przeczytać Pamuka! :(

A to dlatego, że dorwał go M. i długo męczył, i nie miałam sumienia mu zabrać.

Reszta wykonana.

Nad "Julem" będę się znęcać jeszcze dzisiaj, notka-szkic już jest tylko czeka na dopracowanie, i nie będzie to recenzja 100 ani nawet 90% pozytywna.

Grossman powala na kolana, nie wiem czy w ogóle dam radę napisać coś sensownego o tej książce z mojego poziomu robaczka :) Trzeba przeczytać i tyle.

Oates trochę rozczarowuje, Pears podobnie choć nie do końca, za to biografia Dicka wciąga jak najlepsze powieści tego autora i o dziwo z jej stron wyłania się portret... nie, wcale nie patologicznego zaćpanego dziwadła, a sympatycznego, trochę pokręconego ale bardzo ludzkiego i ciekawego faceta. Tym bardziej muszę przeczytać niedawno wydane, wcześniej nie publikowane powieści głównonurtowe jego autorstwa.

A "Domu nad rozlewiskiem" nie przeczytam, i już. Równie dobrze mogę od razu tu napisać, dlaczego.

Otóż po 90 czy 100 stronach przeczytanych w samochodzie (na czytniku) nikt mnie nie przekona, że dalej kryje się coś mądrego, ciekawego czy choćby zabawnego albo wzruszającego.

Przez te kilkadziesiąt stron miałam wrażenie, że siedzi koło mnie taka sobie pani Malgosia lat 50-i-coś, powiedzmy, jedna z koleżanek z pracy mojej Mamy, i chaotycznie, nieskładnie i bez pomysłu nadaje. Truje o swoim życiu, o swojej pracy, wylewa swoje frustracje i swój kryzys wieku średniego, nudzi o swoich balejażach, głupich szefach i nudnych facetach... a to wszystko bez pomysłu, bez stylu, bez żadnego języka nawet czy choćby próby upodobnienia tego czegoś do tzw. literatury. Pani Małgosia gada, pretensjonalnie opatruje cudzysłowiem każde co bardziej potoczne słowo, opowiada mi rozwlekle i bez polotu o swoich kłopotach i fryzurach, a mnie się oczy zamykają z nudów, ziewanie ściska szczęki i tylko marzę o tym, żeby sobie wreszcie poszła zanudzić kogoś innego. Narratorka jest pewnie fajna, swojska, pewnie równa babka, lubiana przez masę czytelniczek ale ja się z nią nie zaprzyjaźnię, szkoda mi na to czasu. W życiu omijam takie paniusie szerokim łukiem, dlaczego miałabym o nich czytać w nieciekawych książkach?

Syn zakochał się w Feliksie, Necie i Nice, Tapatiki pochłonął, Tomka Sawyera na wszelki wypadek utknął tak, żeby nie znaleźć :)

Gdybyście szukali jakiejś książki do nauki czytania dla 7-latki - "Dziennik cwaniaczka" sprawdził się rewelacyjnie, choć w teorii to książka dla wczesnych nastolatków, a przy tym pełna dość niskich lotów humoru, powiedzmy, gimnazjalnego. Ale młoda czytająca książkę na plaży i rechocząca przy tym w głos - bezcenne. Jakoś tam, po swojemu, z drobną pomocą brata przeczytała cały tom, więc oficjalnie mam już dwoje czytających dzieci.

czwartek, 08 lipca 2010
zestaw wakacyjny

Zestaw spakowany metodą "najgrubsze i najciekawsze".

A więc tak:

Dla nas:

"Muzeum niewinności" - Pamuk

"Którędy droga" - Iain Pears

"Jul" - P. Goźliński

"Boże inwazje" - biografia Philipa K. Dicka

"Nadobna dziewica" - Joyce Carol Oates

i "Życie i los" Wasilija Grosmana

Gdyby wydawało Wam się, że nijak tego nie przeczytamy, od razu mówię, że co roku bierzemy podobny zestaw 5-6 grubych "cegieł" i co roku w panice szukamy księgarni na kilka dni przed wyjazdem. Dlatego tym razem jeszcze czytnik, a na czytniku, na chwile desperacji, "Dom nad rozlewiskiem", zamiast czytania etykiet na głodzie literek.

Dla dzieci:

"Felix, Net i Nika" - tom 1, mam wrażenie, że Syn wreszcie dorósł do takich lektur.

"Mary Poppins w parku" - wlaśnie skończyliśmy pierwszą "Mary Poppins" i dzieci domagały się więcej, a ten tom był zawsze moim ulubionym.

"Henryśka dostaje list" - uwielbiamy Henryśkę!

i spakowane podstępnie "Przygody Tomka Sawyera" w nadziei na zainteresowanie Syna lekturami "z moich czasów".

Syn dorzucił jeszcze dwa tomy "Dziennika cwaniaczka", więc jest szansa, że założymy w Chorwacji obwoźną polską bibliotekę :)

Tak, zabierzemy też trochę ubrań i kosmetyków, o ile cokolwiek jeszcze poza książkami zmieści się w bagażniku. Recenzje po powrocie.

 

wtorek, 06 lipca 2010
Bękart z Karoliny - Dorothy Allison

Gdyby kiedyś pojawiło się wyzwanie pt. "nieślubne dziecko w literaturze", to dwie pozycje mam już z wyprzedzeniem zaliczone :)

"Bękarty" zbiegły mi się zupełnie przypadkiem. "Bękarta z Karoliny" wypatrzyłam w taniej książce za kilka złotych, i kupiłam zachęcona opisem i okładką, a trochę i tym, że nie wiedziałam absolutnie nic ani o autorce ani o jej twórczości. Kupowanie takich nieznanych książek to zawsze jakieś ryzyko, ale tym razem nie zawiodłam się.

"Bękart z Karoliny" to podobno autobiograficzna opowieść o dorastaniu w patologicznej rodzinie na amerykańskim Południu mniej więcej w latach 50-tych XX w.

Narratorka i główna bohaterka to Ruth Anne Boatwright, zwana w rodzinie "Kostką". Pierwsze, nieślubne dziecko nastoletniej matki, która po Kostce rodzi jeszcze jedną córkę, traci męża, i zawiera kolejne małżeństwo z pozornie cichym i łagodnym mężczyzną. Wkrótce po ślubie Glen zmienia się w tyrana, który odreagowuje wszystkie swoje życiowe niepowodzenia na starszej pasierbicy, a matka, zaślepiona miłością do męża, nie potrafi ochronić swojej córki.

Rodzina Boatwrightów to ludzie określani dawniej w USA jako "white trash" - "biała nędza", chyba takie tłumaczenie kiedyś czytałam i bardzo mi się podobało. Ubóstwo, pijaństwo, dorywcze prace w chwilach trzeźwości, wujkowie, którzy pół życia spędzają w więzieniach i ich synowie, którzy bardzo wcześnie idą w ślady ojców, ciężarne czternastolatki i strzelanie do samochodów dla zabawy. W tym wszystkim kobiety, spracowane, przedwcześnie postarzałe, usiłujące jakoś utrzymać dom i dzieci w porządku. Babcia, głowa rodziny, która strzyka tytoniem przez zęby, wujek Earle, który nie rozstaje się z nożem, ciotka Alma, która w przypływie szaleństwa demoluje swój dom, ciotka Raylene, która mieszka sama po zawodzie miłosnym, jaki przeżyła pracując w objazdowym lunaparku. A mimo to właśnie w tej szalonej, patologicznej i rozpitej rodzinie Kostka odnajduje wsparcie i bezpieczeństwo. Członkowie rodu Boatwrightów, dumni z otaczającej ich awanturniczej legendy, troszczą się wzajemnie o siebie, pomagają sobie i mszczą się za krzywdy doznane przez krewnych, podczas gdy w pozornie "dobrej" rodzinie ojczyma Kostki (prawnik, dentysta, właściciel mleczarni) panuje zimna pogarda i ledwie skrywana nienawiść. Tylko najbliższa osoba - matka - sprawia dziewczynce zawód, nie potrafiąc wybrać między miłością do córki a uczuciem do jej prześladowcy.

Całą bolesną historię dorastania, maltretowania psychicznego i fizycznego, kolejnych ucieczek i szukania schronienia u kolejnych ciotek, poznajemy z opowieści samej Kostki. Nie jest to wielka literatura - historia jest prosta, jednowątkowa, opowiedziana chronologicznie, bez niespodzianek i udziwnień, ale mimo to, a może właśnie dlatego, jest przejmująca, wzrusza, ściska za gardło. Trochę jak porządnie zrobiony film "na kanale Hallmarku" - ale takie książki też są potrzebne.

Ocena 7/10



niedziela, 04 lipca 2010
Bękart ze Stambułu - Elif Safak



Mam trochę mieszane uczucia co do tej książki. Czytałam już recenzje bardzo pozytywne i zdecydowanie negatywne, a ja jakoś nie mogę się zdecydować na 100% pozytyw. Może to Syndrom Wygórowanych Oczekiwań - kiedy spodziewamy się arcydzieła, a dostajemy książkę "tylko" dobrą, zawsze pozostaje jakiś nieokreślony niedosyt.

Dziewiętnastoletnia Asya mieszka w Stambule wraz z rodziną. Mężczyźni z rodu Kazanci umierają młodo, dlatego rodzina składa się prawie wyłącznie z kobiet: prababki cierpiącej na chorobę Alzheimera, babki, czterech ciotek i Asyi - nieślubnej córki najmłodszej z sióstr, zbuntowanej i niepokornej Zelihy. W rodzinie Kazanci spotykają się wszystkie możliwe odmienności i różnice - jedna z ciotek to natchniona wróżbitka, inna uczy w szkole, trzecia, chora psychicznie, kolekcjonuje straszne historie z prasy brukowej i pasjami ogląda teledyski i teleturnieje, czwarta - Zeliha, matka Asyi - prowadzi salon tatuażu. Sama Asya to zbuntowana, niepokorna, wyalienowana nihilistka rozpaczliwie szukająca własnej tożsamości i swojego miejsca w świecie, w rodzinie, w mieście.

Za oceanem, w Arizonie, mieszka jej rówieśnica Armanusz - córka Ormianina i Amerykanki. Po rozwodzie jej matka wyszła za mąż za Turka. Dziewczyna, rozdarta między ormiańską rodziną ojca, skupioną na rozpamiętywaniu krzywd swojego narodu, a amerykańsko-tureckim domem, potajemnie udaje się do Stambułu w poszukiwaniu swoich korzeni. Pragnie dowiedzieć się więcej o zagładzie Ormian i przekonać się, ile Turcy wiedzą na ten temat.

Na miejscu okazuje się, że losy obu młodych kobiet są ze sobą splecione silniej, niż mogło się wcześniej wydawać. Obie rodziny - ormiańska i turecka - zostały doświadczone przez te same wydarzenia. Tajemnice z przeszłości powoli wychodzą na jaw, nawet te najbardziej skrywane, jak zagadka, kim jest nieobecny ojciec Asyi. Właściwie najciekawsze jest ostatnie kilkadziesiąt stron i króciutkie fragmenty opisujące wydarzenia z 1915 roku. Wcześniej akcja toczy się dość leniwie, chwilami nawet nudzi.


Plusem - podobnie jak w "Pchlim pałacu" - są świetne opisy miasta, jego atmosfery, życia ulicznego, mieszkańców. Zdarzają się pisarze złączeni z jakimś miejscem, potrafiący znakomicie oddać jego atmosferę i Elif Safak chyba do nich należy. Czytając niemal słyszy się ten hałas, czuje zapachy miejsc. Drugi plus to doskonale poprowadzona historia rodzinna, której rozwiązanie naprawdę zaskakuje.

Podobał mi się też zabieg tytułowania rozdziałów nazwami składników pewnego tureckiego deseru, który odegra w finale niezwykle istotną rolę.

Autorce wytoczono proces o "obrazę tureckości". Rzeczywiście, opisane tam reakcje Turków związane z tematem rzezi Ormian wydają się szokująco obojętne... ale książka pokazuje też proces poznawania drugiej strony i jej racji, zdobywania wiedzy i wybaczania a może raczej pojednania, choć na niewielką, rodzinną skalę. Widać wyraźnie, że krzywda innego narodu bywa obojętna dopóki nie zetkniemy się bliżej z kimś, kogo dotknęła bezpośrednio. A za pośrednictwem tej książki i my, czytelnicy, mamy okazję poznać bliżej Ormian, ich kulturę i doznane przez ten naród nieszczęścia. (stąd tag "historyczna" pod notką, choć nie jest to przecież powieść historyczna)

Paradoksalnie, najbardziej przeszkadzało mi w tej książce to, co podobało mi się w "Pchlim Pałacu", czyli pokawałkowanie akcji, rozbicie narracji na losy i punkty widzenia różnych bohaterów, przeskoki z jednego miejsca w drugie, z Ameryki do Stambułu, z kawiarni do domu, z rzeczywistego świata na forum internetowe dla emigrantów. Nie pozwalały się wciągnąć ani skupić na dłużej. Przeszkadzały mi też pojawiające się na chwilę i znikające postaci epizodyczne, jak bywalcy stambulskiej kawiarni albo uczestnicy forum, służące chyba tylko do tego, żeby w odpowiednim momencie wygłosić jakąś opinię albo przedstawić pewien potrzebny w danej chwili punkt widzenia. Przywiązuję się do postaci, nie lubię, kiedy mi nagle znikają. Irytowały mnie też nie wiadomo po co wprowadzone dżinny cioci Banu - w realistycznej opowieści stanowiły jakiś dysonans. Ale może tylko dla kogoś, kto mimo wszystko tkwi w kulturze Zachodu.

Podsumowując: czyta się nieźle, kiedy przyzwyczaimy się już do przeskoków. Historia wciąga, rozwiązanie zagadki zaskakuje, główne postaci są pełnowymiarowe i dają się lubić, miałam jednak wrażenie, że książka jest w jakiś sposób nierówna, czegoś ulotnego w niej brakuje, tego czegoś, co z książki dobrej robi książkę znakomitą. W każdym razie warto przeczytać.

Ocena: 8/10




Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli