Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
niedziela, 31 lipca 2011
Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki - Miljenko Jergović

Udało mi się w tym roku idealnie wybrać zestaw wakacyjny. Wszystkie książki, które zabrałam, były dokładnie takie, jak lubię - bogate, skomplikowane, wciągające, pokazujące jakiś nieznany fragment świata i rzeczywistości, wzruszające, zabawne, magiczne, ciekawe. Trudno byłoby mi wybrać najlepszą z nich. Najsłabszą jest chyba "Zapach cedru".

Zanim zacznę o Srdzie, refleksja-pytanie-zdziwienie. Jak to możliwe, że w małym, prowincjonalnym mazowieckim miasteczku jest wszystko, czego do szczęścia potrzeba - banki, salony wszystkich sieci komórkowych, sklepy z butami i odzieżą z pierwszej i drugiej ręki, co najmniej dwie pizzerie, całkiem spory dom handlowy, delikatesy, kwiaciarnie, sklep zoologiczny! - a rolę jedynej księgarni pełni smętna półeczka w sklepie papierniczo-zabawkarskim, zastawiona kilkunastoma "ściągami z lektury" i zbiorami zadań? W całym miasteczku jedyną książką, jaką możnaby sobie kupić, było coś, co dodawano do aktualnego numeru "Claudii".

Cóż, podejrzewam, że gdyby ludzie księgarni potrzebowali, toby była. Jak widać, bardziej potrzebują telefonów komórkowych i pizzy. Pewnie, kto chce, wypożyczy z biblioteki, biblioteki na prowincji działają bardzo prężnie, przynajmniej kilka, które poznałam. Kto chce kupić, zamówi z merlina. Ale mimo wszystko szkoda, że na tej smutnej półeczce nie było choćby ze trzech tomów z serii kolekcji jakiejś-tam klasyki, po 9,90, w paskudnej oprawie, albo choćby jakiejś Danielle Steel.



A teraz Srda.

Mam to szczęście, że spędziłam miesiąc w Chorwacji w 1996 r., niedługo po zakończeniu wojny. Mój Tata pracował w pewnej firmie pomagającej w odbudowie i modernizacji zakładów przemysłowych, więc co pewien czas jeździliśmy z Zagrzebia dokądś, w miejsca, gdzie wsie składały się z wypalonych, odbudowywanych albo porzuconych domów bez dachów. Mieszkaliśmy na zagrzebskim blokowisku, z dala od centrum, gdzie jedynym źródłem zaopatrzenia był warzywniak pani Ljubicy (zwanej przez nas panią Lubenicą ze względu na obfite kształty upodabniające ją do podstawowego towaru, jaki oferowała, czyli arbuzów), a restauracyjki składały się z trzech chwiejnych stolików nakrytych czyściutką ceratą, ustawionych na chodniku, wokół grilla, na którym skwierczało mięso, podawane obowiązkowo z surową cebulą. Puszka Coli kosztowała 10 dolarów. Zwiedzaliśmy świeżo odbudowany zamek na wzgórzu, strzeżony przez żołnierzy z karabinami maszynowymi, a każde wiadomości TV zaczynały się od słów: "Dzisiaj prezydent Republiki Chorwacji, doktor Franjo Tudżman..." Po wiadomościach nadawano zwykle "Ostry dyżur" :)

To jedyne wakacje, na których nie miałam aparatu fotograficznego, czego dziś bardzo żałuję - ale może to lepiej, bo mam więcej wspomnień, choć może już zamazanych.

Nigdy nie rozumiałam wojny w byłej Jugosławii. Nie powiem, że po przeczytaniu "Srdy..." rozumiem jej przyczyny, ale może jestem choć o krok bliżej.

Tytułowa Srda (Kapurova) to dziewczynka w nieokreślonym wieku i nieznanej narodowości, żebraczka uliczna znana z szaleńczego tańca na skrzyżowaniu dwóch głównych ulic Zagrzebia. Pewnego dnia  w 2005 r. odnaleziono jej ciało w mieszkaniu w jednym z bloków - została uduszona. Zabójstwo jest tu jednak tylko pretekstem do opowiedzenia historii pięciu osób, które w jakiś sposób się z nią zetknęły.

Lazar, dozorca kostnicy, gdzie złożono ciało. Lovro, inspektor Wydziału Zabójstw. Ile, dostawca pizzy, jeden z ostatnich, którzy widzieli Srdę żywą. Svjetlan (dawniej Lucifero), działacz organizacji pozarządowej, obrońca praw cudzoziemców. Toma, biznesmen, właściciel knajpki w centrum. Historie, losy pięciu mężczyzn splatają się, skupiają wokół zabitej, która pełni rolę okruszka, wokół którego narasta kryształek lodu.

Opowieści o pięciu bohaterach odsłaniają świat Bałkanów, wielki kocioł, w którym nieustannie od lat ścierają się odmienności etniczne. Świat, w którym akcent, imię, nazwisko, miejsce urodzenia dziadka, decydują o człowieku, w którym pewne wstydliwe tajemnice z wojennej i powojennej przeszłości są wiecznie żywe, stale wychodzą na jaw, mimo prób skrzętnego ich ukrywania, a nienawiść wrze pod skorupką pozornego spokoju.

Równoprawnym bohaterem jest miasto - Zagrzeb z jego głównymi ulicami i nowymi blokowiskami, z knajpkami i barwnymi postaciami. To także książka o "napływowych", o tym, jak nowi przybysze oswajają miasto, o poczuciu obcości i stopniowym obłaskawianiu kolejnych fragmentów przestrzeni.

Nasuwają mi się określenia banalne, wyświechtane: epicki fresk, barwny kobierzec, panorama ludzkich losów. Mimo swej banalności chyba najlepiej opisują tę książkę. Niesłychanie dopracowane portrety bohaterów, galeria barwnych, wielowymiarowych  postaci, szczypta ironii i wspaniały portret miasta składają się na oszałamiającą, niesłychanie skomplikowaną całość, która mimo wszystko czyta się doskonale, na jednym oddechu. I pozwala być może choć odrobinę przybliżyć się do zrozumienia bałkańskiego piekła.

Rok temu, podczas kolejnego pobytu w Chorwacji, odwiedziliśmy dwa przedziwne miejsca. Jednem było osobliwe muzeum na wyspie Briuni. W niewielkim pałacyku zgromadzono na parterze mnóstwo wypchanych zwierząt, jakie marszałek Tito otrzymał podczas sprawowania władzy od przywódców innych krajów. Zwierzęta ustawiono w makabryczne, porażające swoją martwotą, scenki. Na piętrze znajdowała się wystawa jak wyjęta z czasow propagandy sukcesu: galeria setek fotografii Tity. Tito zbiera owoce w sadzie, Tito przesyła mandarynki sierotom, Tito wymienia uściski dłoni z innymi przywódcami. My, grupka przybyszów z kraju postkomunistycznego, staliśmy tam w niemym oszołomieniu.

Drugim miejscem było muzeum rzemiosła i historii. W jednej z sal znajdowała się tylko tabliczka, informująca, że znajdowała się tam wystawa strojów ludowych z różnych regionów byłej Jugosławii, lecz zostały one umieszczone w magazynie ze względu na liczne ataki ze strony zwiedzających.

Z obydwu miejsc wyszlam w stanie kompletnego osłupienia i niezrozumienia - jak to możliwe, w 20 lat po upadku komunizmu muzeum dyktatora, tak na serio, bez nawiasu, bez ironii? Jak to możliwe, w kilkanaście lat po wojnie ataki na stroje ludowe wystawione w muzeum? Powieść Jergovicia przybliża nam, obcym, tę rzeczywistość, w której to wszystko jest możliwe.

 

piątek, 22 lipca 2011
wakacyjnie

Jedziemy, jutro. Aż się boję to pisać, bo na drodze do wyjazdu stało sporo przeszkód, wcale niełatwych do usunięcia. Ale chyba, może, już prawie na pewno się udało.

To znaczy, że jadę ja i Dzieci, to było wiadomo od zawsze, ale nie było wiadomo, czy jadę w roli Samotnej Matki czy jednak w roli Samotnej Matki z Babcią Dzieci w roli wsparcia i towarzystwa :)

Wyjazd w moje ulubione miejsce, gdzie jest tylko las, rzeka, sklep wielobranżowy z barem i barek z pierogami. Nic więcej nie ma, w tym, w szczególności, nie ma tego, czego nie powinno być na wakacjach: internetu, telewizji i, najczęściej, zasięgu w komórce. Co oznacza błogosławiony spokój i czas na czytanie. Na werandzie. W lecie najbardziej podoba mi się to, że mogę czytać i palić jednocześnie, na różnych tarasach, balkonach i werandach, na kocu, na łonie natury.

Na wakacje jadą:

"Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki" - już prawie, prawie skończona, a wciąga tak, że zapominam przez nią o całym świecie.

"Supersmutna i prawdziwa historia miłosna" Gary'ego Shteyngarta, czyli o tym, jaką krzywdę za 20 lat zrobi nam fejs i podobne wynalazki, ale podobno na wesoło 

"Niewidoczna góra" Caroliny de Robertis - najprawdopodobniej jest to czytadło, wygląda jak czytadło, ale w końcu są wakacje

"Zapach cedru" - jako rezerwa, bo w tym roku będziemy zupełnie niezmotoryzowane i nawet księgarnia w Wyszkowie będzie poza zasięgiem. Podczas ostatniego pobytu Tam, w przypływie desperacji, kiedy skończyły się książki, kupiłam jedyną dostępną w sklepie wielobranżowym lekturę - "Ziemię obiecaną" wydaną w kolekcji klasyki czegośtam, w jadowicie fioletowej, bogato złoconej oprawie, ze złotym sznurkiem w roli zakładki. Po czym odkryłam z rozpaczą, że klasyk zestarzał się tak strasznie, że nie sposób go czytać bez szczękościsku, więc tym razem wolę się zabezpieczyć.

"Zakazane wrota" Tiziana Terzaniego - dla równowagi po tych wszystkich mniej i bardziej czytadłowatych fikcjach

Młodsze pokolenie zabiera oczywiście któregoś Feliksa, Neta i Nikę, któregoś Czarnego Maćka, i naszą najnowszą czytankę na zasypianie czyli "Kunę za kaloryferem".

Teraz może sobie nawet padać deszcz :)

środa, 20 lipca 2011
coś wypadałoby napisać

Coś tam niby napisałam, ale jako, że recenzja była nie do końca pozytywna, a autorka okazała się znajomą znajomej, to recenzja się nie ukaże. Niniejszym zasada "o książkach znajomych albo dobrze (jeśli są dobre) albo wcale (jeśli nie są dobre)" rozszerza się na znajomych-znajomych połączonych fejsowym kręgiem 6 uścisków dłoni. Pozostaje nadzieja, że jeszcze kilku polskich autorów nie miga mi na fejsie, więc czasami będę mogła się powyżywać.

Trzy książki mam pozaczynane, "The island of wings" po doskonałej recenzji Padmy w zasadzie nie ma już nic do dodania, z "81:1" o Wyspach Owczych wstrzeliłam się w falę, kogo nie spytam to albo czyta, albo właśnie kupił i zamierza przeczytać, albo już po. Na szczęście jest jeszcze "Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki" - chyba mamy w tym roku wysyp doskonałej literatury środkowoeuropejskiej, bo to kolejna znakomita lektura, tym razem z Chorwacji.

Promocja letnia na Amazon spowodowała, że znowu złamałam wszelkie solenne przyrzeczenia godne starego pijaka wydłubującego widelcem spod skóry kolejny esperal. Ale właściwie dlaczego na Amazon mogę za 130 złotych mieć 6 całkiem dobrych i całkiem nowych książek, i wysyłkę do Polski za darmo, a w Polsce - ledwie 3?

A poza wszystkim bardzo pracowicie hoduję sobie malutką depresyjkę czy raczej doła, bo depresję to ma królowa angielska, a takim jak ja zwyczajnie się nic nie chce. W takiej sytuacji mądre fora zalecają czytanie zabawnej i lekkiej literatury kobiecej - jeśli kiedykolwiek do tego dojdzie, będzie to znaczyło, że stan jest ciężki i należy wezwać do mnie karetkę. Na razie jestem jeszcze na etapie możliwie najgłupszych i najbardziej łzawych filmów emitowanych po północy w TV.

czwartek, 14 lipca 2011
Podmorska wyspa - Isabel Allende

Isabel Allende przeszła długą drogę od naznaczonych realizmem magicznym sag rodzinnych do najnowszych, opasłych powieści historycznych dokumentujących pewne wydarzenia w historii obu Ameryk. Przyznam, że poprzednia, "Inez, pani mej duszy", nie zachwyciła mnie, wydała się dość nużącą w czytaniu próbą połączenia fikcji i faktu.

"Podmorska wyspa" opowiada o powstaniu i wyzwoleniu niewolników na Haiti i o rozwoju Luizjany, sprzedanej Amerykanom przez Napoleona. Akcja toczy się na przełomie wieków, mniej więcej w latach 1770 - 1810, a historia opowiedziana jest z punktu widzenia dwojga bohaterów.

Na pierwszym planie mamy historię francuskiego plantatora trzciny cukrowej, którzy przybywa na Saint-Domingue, żeby objąć plantację po umierającym ojcu. Toulouse Valmorain wydaje się człowiekiem oświeconym, ludzkim panem - przynajmniej na tle epoki - ale szybko okazuje się, że mimo pozornie nowoczesnych metod zarządzania, i jego posiadłość nie jest wolna od brutalnego traktowania niewolników. Gdy wyspę ogarnia powstanie, Valmorain ucieka do Nowego Orleanu, gdzie na niewolniczej pracy wyrastają kreolskie fortuny.

Drugim - i znacznie ciekawszym - wątkiem jest historia niewolnicy Valmoraina, Zarite. Kobieta trafiła na jego plantację w wieku dziewięciu lat. Miała pełnić rolę osobistej służącej nowo poślubionej żony plantatora, jednak gdy ta pogrążyła się w chorobie psychicznej, Zarite stopniowo przejęła obowiązki opiekunki dziecka, gospodyni domu, a także, wbrew swej woli, została jego konkubiną. Powstanie i emigracja przyniosą jej obietnicę wyzwolenia, na które jednak będzie musiała czekać wiele lat.

Ogromną zaletą powieści jest barwne, szczegółowo odmalowane tło historyczne i liczne nawiązania do systemu wierzeń voodoo, czy, jak proponuje wydawca zgodnie z obecną wiedzą na temat wierzeń afrykańskich - vodou. Obszerny słowniczek zamieszczony na końcu książki wyjaśnia podstawowe pojęcia i przedstawia najważniejsze bóstwa tej religii, a ponadto zawiera informacje na temat postaci historycznych nieznanych europejskiemu czytelnikowi. Podobnie na uwagę zasługuje dopracowane w najdrobniejszych szczegółach tło społeczne - jak na przykład zjawisko, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam, tak zwany system "placage" polegający na tym, że zamożni, młodzi biali mieszkańcy Nowego Orleanu przy pełnym poparciu społecznym utrzymywali oficjalne kochanki, rekrutujące się spośród młodych, wolnych Mulatek.

To także opowieść o sile kobiet - niewolnic i wyzwolonych, czarnoskórych i Mulatek - które w tym rządzonym przez białych świecie muszą z całych sił walczyć o przetrwanie i znalezienie sobie miejsca, wykorzystując do tego urodę, pracowitość i wszystkie możliwe zdolności. Żadna z nich, czy to uzdrowicielka, szwaczka, kurtyzana czy służąca, nie może liczyć na przychylność losu i cieszyć się spokojem.

Książka czyta się doskonale, szybko, przedstawiony dramat tysięcy czarnoskórych kobiet wykorzystywanych przez białych panów jest wstrząsający, ale nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że fabularnie powieść lokuje się gdzieś pomiędzy "Niewolnicą Isaurą" a wybitnymi książkami Toni Morrison, bliżej serialu. Może to kwestia licznych zwrotów akcji i bardzo telenowelowych wątków melodramatycznych (dzieci oddawane na wychowanie innym rodzinom i odnajdywane po latach, zakazana miłość). Można też powiedzieć po prostu, że ważny okres w historii Ameryki został tu przedstawiony w bardzo atrakcyjnej i przystępnej dla przeciętnego czytelnika formie :)

Przeczytać niewątpliwie warto, choćby po to, żeby dowiedzieć się czegoś na temat historii i ówczesnych realiów społeczno-obyczajowych. Tym bardziej, że opisywane wydarzenia mają związek z historią Polski - w tłumieniu powstania na Haiti uczestniczyli żołnierze Legionów Polskich, choć w książce mowa jest najczęściej po prostu o wojskach Napoleona.

poniedziałek, 11 lipca 2011
Kobieta bez twarzy - Anna Fryczkowska

Najbardziej upragniona i najbardziej niedostępna książka tego lata.

Upragniona dlatego, że Autorkę znam i lubię, a dwie poprzednie jej powieści bardzo mi się podobały, więc kiedy tylko potwierdzono datę premiery, zaczęłam na książkę "polować". Niedostępna dlatego, że ktoś zastosował do niej wyjątkowo pokrętną politykę marketingową: książki nie ma w empikach, a z merlina jest wysyłana w terminie 21 dni. Żeby ją więc kupić, trzeba najpierw o niej wiedzieć, a później zamówić ją w empiku online. Dodatkowo empik postanowił utrudnić życie mieszkańcom Ursusa (już i tak skutecznie odciętym od reszty stolicy przez rozmaite prace remontowo-budowlane na wszystkich możliwych drogach wyjazdowych), i zlikwidował możliwość odbioru zamówionych towarów w jedynym salonie w tej dzielnicy. Na pytanie, dlaczego tak, dostałam odpowiedź w postaci uprzejmego maila o treści: "jest to wynikiem przyczyn operacyjnych". Po polsku: "nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi". Brawa dla empiku za promowanie polskich autorów i dbanie o wygodę i tzw. "satysfakcję" klienta.

Ale dość marudzenia, które i tak na molochu nie zrobi żadnego wrażenia. Czas na recenzję właściwą.

"Kobieta bez twarzy" to przewrotny kryminał. Przewrotny dlatego, że znakomicie odwraca pewien wszechobecny w literaturze popularnej stereotyp. Dziennikarka Hanna Cudny, lat 38, matka dwojga dzieci, po tragicznej śmierci męża postanawia przeprowadzić się na wieś, do Świątkowic, gdzie jako dziewczynka spędzała wakacje. Zamierza uczyć angielskiego w miejscowej szkole i, w domyśle, odzyskać spokój ducha po przejściach.

Znamy? Znamy, znamy. W tle czają się powidła śliwkowe, zachody słońca nad polami obserwowane z ganku, rubaszny sąsiad-złota rączka i przystojniak, który okaże się Nową Miłością i Lekiem na Całe Zło, wioskowe plotkary, które pokochają przybyszkę jak córkę marnotrawną, spokój ducha, sens życia i powrót utraconej nadziei.

He, he. Nic z tego.

Świątkowice Fryczkowskiej są miejscem ponurym i nieprzyjaznym. Jeśli rozlewisko - to ścieków z garbarni, dobroduszny pan złota rączka po bliższym poznaniu budzi pewną odrazę, a przystojniak w odpowiedniej chwili ujawni swoje prawdziwe oblicze... Wioskowe plotkary w kłębach papierosowego dymu śledzą każdy krok nowo przybyłej, a zamiast smażenia powideł mamy dość obrzydliwe świniobicie.

Już w pierwszych dniach na wsi dziesięcioletnia córka Hanny, wracając do domu, znajduje w leśnej sadzawce rozkładające się zwłoki kobiety. Niektórzy mieszkańcy wioski przepadają bez śladu. Policja, reprezentowana przez prymitywnego posterunkowego, ignoruje dziwne wydarzenia, a w otoczeniu Hanny zaczyna się dziać coraz więcej niepokojących rzeczy. Kobieta, zamiast zwalczyć depresję i przygnębienie, czuje się coraz bardziej zagrożona, tym bardziej, że i jej dzieciom udziela się panujący wokół niepokój i strach - szczególnie narażony jest trzynastoletni Maks.

Autorka po mistrzowsku buduje atmosferę osaczenia, w której nie wiadomo już, komu można zaufać, bo każda napotkana osoba okazuje się w jakiś sposób wplątana w wydarzenia. Nikt tu nie mówi wszystkiego, choć wszyscy wiedzą bardzo wiele o sobie i sąsiadach, panuje zmowa milczenia i trzymania "ze swoimi", bardzo zresztą charakterystyczna dla malutkich społeczności. Każdy, nawet pozornie pozytywny bohater, trzyma jakiegoś "trupa w szafie".

Dzięki temu, że rolę narratorek przyjmują na zmianę matka i córka, możemy poznać wydarzenia z szerszej perspektywy. Postacie dzieci są zresztą bardzo udane - Miśka ma w sobie mnóstwo cudownej dziecięcej mądrości życiowej i zdrowy dystans do siebie i opisywanych wydarzeń. Dystans i nutka humoru doskonale równoważą mroczną atmosferę, czyniąc ją znośniejszą. Bardzo ciekawe są też przejścia od jednej narratorki do drugiej - filmowe, gdzie jedna postać urywa, tam druga dopowiada ze swojego punktu widzenia, troszkę inaczej.

Podobały mi się umiejętnie wplecione elementy horroru, i aż żałuję, że te wątki nie były bardziej rozbudowane - straszą, dodają tajemniczości już i tak skomplikowanej intrydze. Pokazują, jak głęboko we wsi zakorzeniło się zło i od jak dawna jest tam obecne, jak przesiąka całą rzeczywistość, tak, że ostatecznie przestaje przeszkadzać a staje się czymś wszechobecnym, naturalnym. Jak potrafi się maskować i jak łatwo zaraża niewinnych. W rezultacie jedynym sposobem na odzyskanie spokoju ducha przez bohaterkę okaże się znalezienie źródła zła.

Mnóstwo ciekawych, drobnych obserwacji społeczno-obyczajowych sprawia, że "Kobieta bez twarzy" jest czymś więcej niż prosty kryminał i jest atrakcyjna nawet dla takich czytelników jak ja, którzy kryminałów nie lubią i unikają.

Poniżej wypowiedź Autorki na temat książki:

 

 

 

niedziela, 10 lipca 2011
wyprzedaż wakacyjna

Ponieważ ilość miejsca na półkach jest ograniczona, a do niektórych książek nie mam zamiaru wracać, ani też zachowywać ich dla potomności, postanowiłam wyprzedać część zbiorów na allegro.

Na pierwszy ogień idą "jednorazówki", typowo wakacyjne czytadła historyczno-sensacyjno-obyczajowe:

Władca Werony - David Blixt

Katedra w Barcelonie - Ildefonso Falcones

Miasto niepokoju - Dennis Lehane

Imprimatur - Rita Monaldi, Francesco Sorti

Cień Poego - Matthew Pearl

Krytyka zbrodniczego rozumu - Michael Gregorio

Krew kwiatów - Anita Amirrezvani

Gargulec - Andrew Davidson

Ceny przystępne, równe mniej więcej cenie paczki fajek albo 1/3-1/4 ceny nowej książki :) stan książek jak w opisach aukcji, wbrew pozorom i temu, co zdarza mi się wypisywać na blogu, nie są upaprane, wykąpane i zaczytane na strzępy :)

Jeśli macie ochotę na którąś z nich, zapraszam na allegro:

http://allegro.pl/listing.php/user?us_id=656298

Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli