Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
poniedziałek, 30 lipca 2012
Korekty - Jonathan Franzen

Napisałam kilka dni temu na Facebooku, jakieś 40 stron przed końcem "Korekt", że ta książka po raz pierwszy od dawna dała mi poczucie "obcowania z literaturą" czyli czegoś więcej niż "czytanie książki". Teraz więc pora się z tego wytłumaczyć :)

Oczywiście to wszystko jest bardzo subiektywne i intuicyjne i w zasadzie sprowadza się do mojego prywatnego "strasznie chciałabym umieć tak pisać ale to zupełnie poza moim zasięgiem".

Franzen napisał historię rodzinną, panoramiczną powieść psychologiczno-obyczajową. Jest to opowieść o rodzinie, która przechodzi poważny kryzys w związku z chorobą ojca/dziadka. Alfred cierpi na chorobę Parkinsona, jest coraz bardziej niedołężny. Jego żona, Enid, gospodyni domowa ze Środkowego Zachodu, ma jedno marzenie - zebrać całą trójkę dzieci i wnuki ostatni raz przy świątecznym stole.

Dzieci, które wyemigrowały z rodzinnego miasteczka do wielkich miast, mają jednak swoje życie, swoje obowiązki, kryzysy i plany. Najstarszy, Gary, prowadzi pozornie udane życie rodzinne, robi karierę. Średni, Chip, to intelektualista-nieudacznik, niespełniony pisarz i wykładowca, a najmłodsza Denise w bólach odkrywa swoją tożsamość. Najważniejszym tematem książki są relacje między nimi i ich relacje ze starzejącymi się, niedołężnymi rodzicami, na tle problemów związanych z przeprowadzką do dużego miasta i przemian ostatnich 20-30 lat. Autor doskonale przedstawia mieszankę nostalgii i odrazy do rodzinnego miasteczka i wszystkiego, co ono sobą reprezentuje - wartości postrzeganych jako prowincjonalne, stylu życia. Rozdarcie między wymaganiami i potrzebami rodziców a własnymi problemami. Kwestia przyjęcia odpowiedzialności za starzejących się rodziców i opieki nad nimi też jest bardzo istotna w sytuacji, gdy całkowicie zmienia się obowiązujący "model rodziny", a dzieci przyjmują za swoje już zupełnie inne wartości niż te, które rządziły życiem rodziców.

A w tle panorama. Podobnie jak w "Wolności" pojawia się sporo wątków dotyczących ekonomii, kariery, kupowania akcji. Jednak tutaj miałam szansę zrozumieć, że te aspekty życia są po prostu bardzo ważne dla Amerykanów, że tak ściśle splatają się z ich życiem, że nie sposób byłoby pisać o rodzinie na szerszym tle nie poruszając tego tematu. Jest też wątek postępującej medykalizacji życia, manipulacji firm biotechnologicznych i medycznych "korekt" samopoczucia i osobowości. W zasadzie jedynym, co można tej panoramie zarzucić jest dziwaczny i niewiarygodny wątek litewski - zgrzyt typowy chyba dla Amerykanów, takie "na Litwie czyli nigdzie", czyli jak czyści i mili Amerykanie wyobrażają sobie życie na (dalekim) wschodzie Europy. Tylko białych niedźwiedzi na ulicach Wilna zabrakło...

Czytając "Wolność" zżymałam się na obojętność, jaką pozostawia ta lektura, na opis w skali mikro i makro pozbawiony głębszych emocji. Przy "Korektach" też to zauważyłam, ale miałam zupełnie inne odczucia. Doszłam do wniosku, że moje utyskiwanie na "brak emocji" wynika z tego, że literatura, powiedzmy, łatwiejsza, przyzwyczaiła mnie do tego, że lektura ma właśnie wywoływać emocje. Emocje są jak glutaminian sodu, wzmacniają doznania smakowe i uzależniają, tak, że chcemy, żeby każda następna książka nas automatycznie "poruszała", "wzruszała", "(niepo)koiła". Emocje pojawiają się odruchowo, odczuwanie wzruszenia czy niepokoju nie wymaga od czytelnika żadnej pracy umysłowej a gwarantuje zainteresowanie.

Tymczasem Franzen pisze z pozoru obojętnie, analizuje życie wewnętrzne swoich bohaterów, ogląda przenikliwie pod mikroskopem, rzuca zaskakujące, przewrotne albo ironiczne skojarzenia, rozkłada na czynniki pierwsze każdą kłótnię małżeńską czy telefon od matki. Zamiast się wzruszać czy martwić, analizujemy razem z nim, przyglądamy się, zastanawiamy: ale dlaczego? a więc tak to działa! ciekawe, czy... ? Gdzieś, na którymś kolejnym poziomie, emocje się wreszcie wzbudzają, ale trzeba je w sobie zbudować. A wybory, jakich dokonują bohaterowie, są niełatwe psychicznie i moralnie.

I to jest pierwszy powód, dla którego "Korekty" jestem gotowa nazwać literaturą i postawić na prywatnej najwyższej półce. Drugim jest język - precyzyjny, wnikliwy opis, zaskakujące skojarzenia, wydobywanie banalnych detali i przedstawianie ich w nowym świetle. I, o dziwo, mam wrażenie, że tłumacze sobie z tym doskonale poradzili, na prawie 600 stronach nic nie zgrzytało, a więc można!

---

A teraz postscriptum dopisane przez życie. Otóż moja Przyjaciółka zapragnęła poczytać Franzena, bo dowiedziała się z felietonu w "Wysokich Obcasach" o istnieniu autora, który pisze "inteligentne czytadła". Na początku poczułam się głupio, trochę jak prostaczek - bo za bardzo podoba mi się coś, co według Autorytetu jest tylko "inteligentnym czytadłem". A potem pomyślałam sobie, że jednak snobizm polskiej krytyki nie zna granic i że jestem bardzo ciekawa, co też byłoby dla takiej pani redaktor z WO dostatecznie wyrafinowane i mądre, żeby powstrzymała się od pogardliwego epitetu. Bo jak widać pisarz uważany za jednego z trójki najważniejszych współczesnych autorów amerykańskich zasłużył tylko na protekcjonalne klepnięcie po plecach przymiotnikiem "inteligentny". A to z kolei jest jeden z powodów, dla których już jakiś czas temu przestałam czytać Wyborczą i jej przybudówki przeróżne, uczące ciemne masy, jak żyć, umierać, rodzić, biegać i czytać w jedyny właściwy sposób...

 

 

środa, 25 lipca 2012
Miedzianka. Historia znikania - Filip Springer

Ogólnie rzecz biorąc, za reportażami nie przepadam. Ale czasem trafia się dobry reportaż, a czasem doskonały. Te doskonałe najczęściej trafiają się w tej serii wydawnictwa Czarne.

Co to jest (dla mnie) doskonały reportaż?

To książka, która całkowicie przenosi mnie w opisywane miejsce. Po jej lekturze mam wrażenie, że je znam, widzę wyraźnie wszystkich bohaterów, i najchętniej natychmiast pojechałabym "tam" zobaczyć na własne oczy, dotknąć tego wszystkiego. A oprócz tego przez historie autentycznych bohaterów pokazuje fragment historii, jakiś ważny albo nieznany aspekt życia zwyczajnych ludzi. Może to naiwne, może należałoby wspomnieć o czymś więcej, ale po cóż w końcu czytamy, jak nie po to, żeby coś poznać, czegoś nowego się dowiedzieć o ludziach, miejscach, i ich problemach?

Miedzianka to temat fascynujący sam w sobie. Niewielkie ale zadbane górnicze miasteczko w Dolnośląskiem, które przetrwało stulecia, a potem w ciągu kilkudziesięciu lat całkowicie zniknęło z powierzchni ziemi. Dlaczego tak się stało?

"Po raz pierwszy ziemia zapada się pod budynkiem kuźni Preusa i kupca Reimanna. Powstaje krater tak duży, że zmieściłaby się w nim furmanka. Także w szeregu domów - od piekarza Flabego do fryzjera Friebego - utworzyła się rysa na murach spowodowana zapadnięciem się sztolni."

Już te pierwsze zdania są haczykiem, który nie pozwala się oderwać. Po chwili przenosimy się do Kupferbergu, miasteczka, które prosperowało przez wieki na niespokojnym pograniczu, omijane przez wojenne zawieruchy. Autor wyraźnie odżegnuje się od gdybania, dopowiadania, fantazjowania:

"Korek i butelka - nic więcej. Pewnie gdybym pochodził po świeżo zaoranych polach, znalazłbym kilka fragmentów potłuczonych talerzy. Ale i one nic by nie znaczyły - cała ta archeologia jest zbędna, bo potem i tak jest wymyślanie, siedzenie w autobusie z Jeleniej Góry, gapienie się przez okno i zastanawianie. Czy Franzky obok tej butelki przechodził, czy miał ją w rękach, kto ją kupił, kto wypił piwo (...)?"

Zamiast dopowiadania mamy więc fragmenty opowieści, historii ludzi i miasteczka z zachowanych kronik, pocztówek, artykułów w prasie, z ludzkiej pamięci. Puzzle, z których wyłania się zadziwiająco dokładny, trójwymiarowy, żywy obraz miejsca, którego już nie ma, w różnych okresach jego historii. Jest epoka Niemców - wtedy gospody i ryneczek tętnią życiem, potem przychodzi era wojny, czas wysiedleń, napływ Polaków, aż wreszcie pojawiają się Rosjanie i uruchamiają w dawnych sztolniach wydobycie uranu, nie licząc się z konsekwencjami.

To także jest fascynujące. O tym, że w Polsce w ogóle wydobywano uran, dowiedziałam się rok temu od moich dzieci, które zwiedzały nieczynną kopalnię podczas letniego obozu. Natomiast czytanie o tym, w jakich warunkach ta praca się odbywała, co groziło górnikom i zdrowotnie, i ze strony UB za najmniejsze złamanie panujących w kopalni zasad, sprawia, że ciarki chodzą po plecach. Ogólnie - polskie lata 50/60 wydają się stosunkowo niedalekie i takie niegroźne, oswajane latami przez zabawne filmy, książki dla młodzieży i inne przekazy dostępne nam, urodzonym później. Miedzianka jest jedną z tych lektur, które otwierają oczy i pokazują prawdziwą grozę tamtych czasów.

Więcej o kopalniach uranu w Polsce tutaj.

A później przychodzi nieuchronny czas znikania, kiedy walą się kolejne domy, kopalnię zamknięto, nielicznych mieszkańców przesiedlono na nowe osiedle w Jeleniej Górze. Znikają ostatnie dowody dawnej świetności: kościół, browar, szkoła. Dosłownie zapadają się pod ziemię, czemu nikt nie jest w stanie zapobiec.

Trudno opędzić się od smutnej refleksji: byli Niemcy, było dobrze, przyszli Polacy, rozkradli, zniszczyli, zaorali. Zwłaszcza, kiedy się czyta opisy niektórych osadników, poszukujących niemieckich "skarbów". Trudno nie zastanowić się nad sprawiedliwością powojennych wysiedleń ludności niemieckiej, która niczym nie zawiniła, poza tym, że żyła w niewłaściwym miejscu w nieodpowiednim czasie. Trudno dziwić się tęsknocie wygnanych i goryczy tych, którzy przybyli, żeby za chwilę znów odchodzić.

Ale może tak ma być, może to naturalna kolej rzeczy, a miejsca, jak ludzie, nie są wieczne, powstają, rozkwitają, znikają i zostaje tylko tabliczka przybita do starego drzewa, zaorana łąka, kilka cegieł i zawodna ludzka pamięć?

 

Zdjęcie pochodzi ze strony linkowanej wyżej.

sobota, 14 lipca 2012
Oko umysłu - Oliver Sacks

Jedno z podstawowych i najważniejszych pytań nurtujących chyba każdego myślącego człowieka, to: jak myślimy? Jak myśli drugi człowiek? Jak funkcjonuje nasz mózg? I wiele pomniejszych: co to znaczy, że "widzimy", albo "wyobrażamy sobie"? Jak przebiega ten proces? Czy utrata jednego ze zmysłów może zostać jakoś zrekompensowana? Co czują, widzą, myślą ludzie pozbawieni wzroku, zdolności mowy i innych, wydawałoby się, nieodzownych umiejętności?

Na te i inne pytania odpowiada słynny neurolog i pisarz w książce "Oko umysłu". Zgodnie ze schematem przyjętym we wcześniejszych książkach, przedstawia poszczególnych chorych analizując ich deficyty i zadziwiające zdolności radzenia sobie z nimi. Tym razem jednym z chorych jest też on sam.

Oprócz typowych niepełnosprawności, jak utrata wzroku czy mowy, istnieją też mniejsze, ale równie utrudniające życie deficyty. Wyobraźmy sobie pisarza, który utracił zdolność czytania. Kobietę, która pomału, wskutek choroby degeneracyjnej, traci umiejętność rozpoznawania przedmiotów i orientacji w przestrzeni, a mimo to przez wiele lat żyje samodzielnie. Autor opisuje też takie przypadłości jak prozopagnozja czyli niezdolność do rozpoznawania twarzy i brak widzenia stereoskopowego (czyli postrzegania głębi). I wreszcie zajmuje się tym, co dzieje się w umyśle osób niewidomych, jak funkcjonuje ich wyobraźnia wizualna, i jak mózg reaguje na utratę tego najważniejszego zmysłu.

To ostatnie opisuje niestety także na własnym przykładzie. Kilka lat temu, wskutek czerniaka siatkówki, Sacks częściowo utracił wzrok w prawym oku. W książce opisuje, jak reagował na nagłe pogorszenie widzenia i skutki kolejnych operacji, i jak jego mózg próbował radzić sobie z tym ubytkiem. Czytanie tego rozdziału było dla mnie dużym wyzwaniem, bo opisywane przez niego początkowe objawy do złudzenia przypominały moje doświadczenia sprzed roku, więc razem z autorem przechodziłam znowu całą początkową niepewność i strach. Jednak część książki poświęcona utracie wzroku jest też w pewien sposób optymistyczna, pokazuje bowiem, że nie jest to koniec świata, i że mózg jest niezwykle plastyczny, potrafi więc wytworzyć zdolności niemal całkowicie zastępujące utracony zmysł. Wyobraźcie sobie niewidomego, który ma tak doskonale rozwiniętą zdolność wizualizacji, że samodzielnie naprawia rynny na dachu swojego domu...

Podobnie jak w poprzednich książkach, i tę czyta się niemal jak powieść. Sacks jak pierwsi lekarze widzi w swych podopiecznych nie tylko przypadki czy pacjentów, ale jest głęboko zainteresowany całym człowiekiem, jego psychiką i życiem wewnętrznym, przez co nie sposób pozostać obojętnym wobec opisywanych postaci. Do tego niesamowita erudycja pozwalająca autorowi umieścić każdy indywidualny przypadek w kontekście szerszych badań czy sporów naukowych i przybliżyć czytelnikowi funkcjonowanie umysłu. Wszystko to składa się na pasjonującą, ciekawą i niosącą nadzieję lekturę.

 

czwartek, 12 lipca 2012
Apartment 16 - Adam Nevill

Tak, to było do przewidzenia, że mając zaczęte 4 książki, w tym 3 dobre i jedną będącą przede wszystkim czasozapychaczem, przeczytam oczywiście tę czwartą, ponieważ w odróżnieniu od reszty nie wymaga myślenia, skupienia, czasu, intelektu ani niczego innego, poza znajomością angielskiego.

Kto przegrał z Nevillem? Iwasiów, Varga i Springer. Ale przy tej koszmarnej pogodzie, nie wiadomo dlaczego z uporem maniaka nazywanej "piękną", nie należało się spodziewać niczego innego.

Stwierdziłam zresztą, że jeśli już mam czytać sieczkę, to będę czytać horrory, bo one przynajmniej niczego nie udają. Nie próbują, jak kryminały, nadymać się i udawać ważnej literatury podnoszącej doniosłe problemy i demaskującej ukryte prawdy. Nikt nie pisze im na okładkach, że są arcydziełami, wydarzeniami literackimi ani olśniewającymi debiutami, bo wiadomo, że nikt się na to nie nabierze. Dostarczają rozrywki, może trochę perwersyjnej, podszytej strachem i wyobraźnią, i tyle. A poza tym kryminały piszą i czytają wszyscy a horrory niekoniecznie :)

No więc mamy kolejny klimatyczny horror brytyjski. Rzecz dzieje się w ekskluzywnym apartamentowcu w drogiej dzielnicy Londynu, zamieszkanym przez starszych, zamożnych ludzi. Lokatorzy mają swoje dziwactwa, a o ich samopoczucie i zachcianki dbają portierzy. Niektóre mieszkania, na przykład, od lat pozostają zamknięte. Zza drzwi jednego z nich dobiegają dziwne odgłosy. Pewnego wieczoru nocny portier postanawia sprawdzić, czy ktoś się tam nie włamał...

W tym samym czasie do Londynu przyjeżdża ze Stanów cioteczna wnuczka i jedyna spadkobierczyni jednej ze zmarłych lokatorek. Gruntowne porządki w mieszkaniu ciotki Lillian ujawniają niepokojące tajemnice z przeszłości.

Co łączyło Lillian z pewnym zapomnianym malarzem-okultystą, po którym zostało zaledwie kilka szkiców? Co wydarzyło się za drzwiami mieszkania numer 16? Kim jest tajemniczy chłopiec w kurtce z kapturem, którego nie widzi nikt poza nocnym portierem?

Zarówno młoda Amerykanka, jak i portier podążają tropem zaginionego artysty i jego nigdy nie widzianych obrazów olejnych, oboje fascynuje tajemnica budynku i oboje są przyciągani przez nieodpartą siłę do mieszkania numer 16. Co z tego wyniknie?

Siłą książki jest, oczywiście, przede wszystkim, klimat. Mroczne, zapuszczone wnętrza eleganckiej niegdyś kamienicy, labirynt klatek schodowych, obrazy i lustra, w których pokazuje się "coś". Oprócz tego ponury późnojesienny Londyn, gdzie (podobnie jak w Warszawie...) panuje nieustanny zmierzch jest miastem, które dla Apryl znajduje się w ciągłym ruchu, a dla Setha jest miejscem wysysającym siły, które powoli go zabija. Londyn Setha nie ma w sobie nic malowniczego, zaludniają go duchy i tłumy chorych, brzydkich ludzi snujących się w deszczu i upiornym świetle sklepowych jarzeniówek. Długo nie wiemy, czy to obsesja, początki choroby psychicznej, czy rzeczywiście Seth znajduje się pod wpływem jakiejś złej siły.

Drugą mocną stroną jest wątek fikcyjnego, zapomnianego malarza. Felix Hessen został sprawnie umieszczony na tle swojej epoki, dobrze wpisuje się w przedwojenne mody i fascynacje okultyzmem, a jego filozofia, choć przedstawiona zaledwie w zarysie, wydaje się na tyle spójna, że budzi raczej ciekawość niż szyderczy uśmieszek. Do tego obowiązkowe grono dziwacznych, podstarzałych wyznawców.

Dużo tu sztuki, malarstwa, które ma mieć moc tworzenia, uwalniania tego, co ukryte, obrazy jak zwierciadła, albo bramy do innych miejsc, osuwanie się w sztukę jak w obłęd. Banalne ale intrygujące. Dużo też scen bardzo plastycznych, filmowych i mrocznych wizji na granicy snu i jawy.

Ale przede wszystkim jest to klimatyczne, klaustrofobiczne, mroczne i ponure czytadło. Sprawnie napisane, chociaż więcej dobrego o języku i narracji nie da się przy najlepszych chęciach powiedzieć - autor ma tendencję do stosowania "stałych fragmentów gry", pewne frazy czy opisy powtarza do znudzenia, czy to dla swojej wygody czy dla utrwalenia czytelnikowi, i nie zaskakuje. Czytadło, które straszy tak, jak lubię - czyli bez wypruwania flaków, samą atmosferą, sugestią, że gdzieś, za ścianą, kryje się coś... Raczej dla wielbicieli gatunku.

 

Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli