Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
Przeklinam rzekę czasu - Per Petterson


Na początek recenzja mojej Siostry "na gorąco":
Ten bohater jest tak totalnie pizdowaty że już nie mogę go znieść.
W zasadzie to by było na tyle.

Nie wiem co mogę napisać. Krytycy już orzekli chórem że Petterson Wielkim Pisarzem Jest, więc co, niby teraz ja, Młoda Pisarka z mizernym dorobkiem mam jako pierwsza zjechać Wielkiego Pisarza?

Książka jest o niczym. Jest rok 1989. Bohater, Arvid, dowiaduje się, że jego matka ma raka. Matka wyjeżdża do rodzinnej Danii a on za nią. Matka śpi, siedzi na ławce, pije calvados, Arvid snuje się, wspomina oderwane fragmenty swojego życia, siedzi na ławce, wpada do wody, pije calvados, pije piwo, daje w ryj dawnemu przyjacielowi nie do końca wiadomo dlaczego.

Arvid się rozwodzi, też nie wiadomo dlaczego. Brat Arvida kilka lat wcześniej umarł, nie wiadomo na co i dlaczego. Arvid jest komunistą i rzucił studia żeby pracować w fabryce, a potem pracował w księgarni. Arvid sypiał z ładną licealistką i czytywał jej lektury szkolne na głos. Arvid upił się na pięćdziesiątych urodzinach matki. Arvid jest podobny do ojca a wolałby do matki. Wspomnienia są pokawałkowane, wyrywkowe, nie łączą się w całość i niewiele z nich wynika, poza ogólnym wrażeniem "pizdowatości" i niedojrzałości 37-letniego już bohatera.

Po jakimś czasie człowiek marzy, żeby cokolwiek się wydarzyło. Żeby ta cholerna matka raz wreszcie umarła, wtedy przynajmniej coś by się zadziało. Nie. Na 272 stronach snujemy się po listopadowej Danii i Oslo z lat siedemdziesiątych, wspominamy pracę przy taśmie, dom dziadka, szpital w którym umierał brat, i tak dalej. Psychologiczne rozdrapy faceta, który w irytujący sposób nie umie dorosnąć i wiecznie trzyma się maminej spódnicy.

Arvidowi świat się wali na dwa sposoby. Z jednej strony choroba matki, z drugiej - jest rok 1989 i upada mur berliński. Dla bohatera, ideowego komunisty od lat, to równie potężny cios. Tyle, że ten komunizm bohatera, ten jego płacz po śmierci Mao, ta praca w fabryce i rzucanie studiów dla idei - we mnie, czytelniczce z kraju który uwolnił się od komunizmu, budzi raczej lekkie politowanie. Nieprzystawalność - tu marsz po śmierci Mao, a u nas wtedy? strajki w Ursusie.

Lubię skandynawskie klimaty. I w tej książce oczywiście też są. Zamarznięte jeziora, puste brzegi zimowego morza, ciemności o poranku i białe noce. Książka jest pięknie napisana, charakterystycznym, oszczędnym i zwartym stylem Pettersona, znanym już z doskonałej pierwszej powieści "Kradnąc konie". Jest tu kilka zdań napisanych tak pięknie i celnie, że czytelnik czuje się jakby dostał pięścią w brzuch - zdania odbierające oddech, pokazujące coś z zupełnie nową siłą.

Ale to mi nie wystarcza. Mam wrażenie zmarnowanego czasu. Jakby autor napisał tę książkę tylko dla siebie, nie przejmując się w ogóle czytelnikiem.

Jestem nieobiektywna, bo nie lubię takich książek i nie znoszę takich niedojrzałych bohaterów-pępków świata, którzy obsesyjnie skupiają się na sobie, swoich uczuciach i wspomnieniach. Nie lubię książek, gdzie nic się nie dzieje, nie zdarza, nie wyjaśnia.

Może po prostu nie dojrzałam i tyle.
Oceny nie będzie.
niedziela, 30 sierpnia 2009
Zapomniany ogród - Kate Morton
O tę książkę staczałyśmy w wakacyjnym domku bitwę - czytałam ją na zmianę z Mamą, i ta, która pierwsza dorwała ją rano, rozsiadała się na leżaku, a ta druga stała obok i tupała z niecierpliwości. Podstawowym argumentem w sprzeczkach było: jak nie, to zaraz ci powiem, kto jest ojcem Nell!

Bo "Zapomniany ogród" to właśnie taka książka, którą się czyta jednym tchem, żeby rozwiązać zagadkę i dowiedzieć się kto, z kim, co i jak się wydarzyło.

W 1913 r. czteroletnia Nell przybywa do Australii statkiem zupełnie sama. Ma mgliste wspomnienia rodzinnego domu w Anglii i tajemniczej kobiety - zwanej Autorką - która umieściła ją na statku. Kilkadziesiąt lat później, po śmierci przybranego ojca, który wówczas przygarnął ją do swego domu, Nell rozpoczyna poszukiwania własnych korzeni. Ponieważ poszukiwania zostają przerwane przez niespodziewane wydarzenia, po latach kontynuuje je wnuczka Nell - Cassandra.

Akcja toczy się na początku w Australii, później w Anglii, na wielu umiejętnie połączonych planach czasowych. Kate Morton przedstawia fragmenty historii rozrzucone od roku 1900 w późnowiktoriańskim Londynie poprzez wczesne lata XX w. w kornwalijskim dworze, po lata 70 XX w. w Australii, stawiając czytelnika przed skomplikowaną układanką, której elementy pomału wskakują na miejsce, tworząc zawiłą opowieść o przyjaźni, zazdrości, miłości i stracie.

Pewnym minusem jest to, że przy podstawowej znajomości reguł rządzących takimi książkami układanka składa się w całość nieco wcześniej niż powinna i ostatnie sto stron czytałam już tylko po to, żeby dowiedzieć się czy dobrze przewidziałam rozwiązanie zagadki.

Bardzo podobały mi się nawiązania - do powieści wiktoriańskiej, do "Tajemniczego ogrodu".

Jest to zdecydowanie babska książka - kobiety odgrywają tu główną rolę, kobiety sterują losami innych kobiet, kobiety są barwne i interesujące, od strasznej pani Swindell jak z Dickensa, po Cassandrę. Mężczyźni są mniej przekonujący, nawet demoniczny pan na kornwalijskiej posiadłości jest jakiś bezbarwny i trochę żałosny.

Znakomite czytadło na wakacje, zwłaszcza jeśli ktoś lubi rozwiązywanie zagadek i tajemnic z przeszłości (a ja uwielbiam).

Natomiast redaktor i korektor powinni za karę zawisnąć na suchej gałęzi. Dawno nie czytałam książki pełnej tak rażących błędów. Olejowe portrety (str. 113), pomylone daty urodzenia (matka ok. 40-letniej Cassandry miała urodzić się w 1974 r.) i tak dalej. Tego typu kwiatki psują przyjemność z czytania i wybijają z rytmu.

Ocena: 8/10
sobota, 29 sierpnia 2009
Czas Czerwonych Gór - Petra Hulova


Kupiłam tę książkę już jakiś czas temu, ale ciągle nie mogłam się zabrać za jej czytanie. Jakaś dawno przeczytana recenzja pełna odwołań do feminizmu, magii i pierwotnej kobiecości tkwiła mi w głowie i odstręczała od czytania.

Kiedy wreszcie zaczęłam, miałam przez pierwsze kilka stron wrażenie że czytam jakąś mroczną powieść fantasy. Że to nie może być opowieść o realnym miejscu w prawdziwym świecie. Dopiero po jakimś czasie przekonałam się że ta przedziwna kraina to całkiem rzeczywista Mongolia. Mongolia widziana oczyma Czeszki, ale w książce opisana z punktu widzenia zamieszkujących ten kraj kobiet.

Kobiet jest kilka. Dwie siostry - Nara i Dzaja, które wyrywają się z pasterskiej, wędrownej społeczności żeby szukać szczęścia w Mieście - stolicy. Ich najmłodsza siostra Ojuna, która zostaje na miejscu, z rodzicami, kontynuując rodzinne tradycje - los najmłodszej córki, strażniczki domowego gniazda kiedy starsi wyrywają się na wolność. Ich babka, Dolgorma, i córka jednej z sióstr, też Dolgorma, nosząca "skradzione imię".

Książka opisuje ginący świat, powoli niszczony przez wpływy cywilizacji radzieckiej (przejawiającej się głównie w piciu wódki i budowaniu blokowisk), chińskiej (kojarzonej z handlem telewizorami i podejrzanymi interesami), i nowoczesności. Kobiety przegrywają - i te pielęgnujące tradycję i te, które w Mieście czeka tylko los typowy dla przybysza z prowincji - wyzysk, nędzna zapłata, wyrzeczenie się dawnych zwyczajów, wykorzenienie.

Lubię książki, które pokazują mi zupełnie do tej pory nieznany fragment świata, ludzi żyjących zupełnie inaczej niż my a jednak w tym wszystkim tak podobnych do nas. Kobiecość, siostrzeństwo, macierzyństwo, pielęgnowanie rodowego gniazda, walka o lepszy los dla dzieci, rodzinne waśnie - w każdej scenerii to jest uniwersalne i tak bardzo bliskie. Czerwone Góry i Miasto pozostaną w mojej wyobraźni już na zawsze, razem z ich mieszkankami.

---
PS refleksja mojej Siostry:
- Powiedz według jakiego klucza ty kupujesz te książki? Ponura historia z Mongolii (Hulova), ponura historia z Norwegii (Petterson), ponura historia z Indii (Dzieci Apokalipsy)... czy ty po prostu wchodzisz do księgarni i prosisz o jakąś smutną i dołującą książkę na wakacje?

no mniej więcej tak :)
czwartek, 20 sierpnia 2009
zestaw wyjazdowy
Wyjeżdżamy na ostatni tydzień wakacji.

Przed wyjazdem najważniejszym punktem przygotowań jest wizyta w księgarni. A w Empiku już pachnie jesienią - pojawiają się nowości i spychają w kąt królujące tego lata Zmierzchy i Rozlewiska.

Zestaw wakacyjny:
1. Kate Morton - Zapomniany ogród
2. Per Petterson - Przeklinam rzekę czasu
3. Alexis Wright - Karpentaria.
I dla 10-letniego Syna coś miłego:
Dziennik cwaniaczka, część 1.

Wrażenia i recenzje będą po powrocie.
wtorek, 18 sierpnia 2009
Jojo Moyes - Srebrna zatoka


Dwa popołudnia na ławce przy piaskownicy i jedna kolejka na poczcie i przeczytane.

Bardzo przyjemna książka do niezobowiązującej, letniej lektury.

W podupadającym kurorcie na wybrzeżu Australii mieści się hotel, prowadzony przez dwie tajemnicze kobiety: Kathleen, i jej siostrzenicę Lizę, z którymi mieszka jedenastoletnia córka Lizy - Hanna. Liza skrywa smutną tajemnicę z przeszłości, Hanna pragnęłaby żyć tak jak jej koleżanki, a Kathleen skupia się na opiece nad nimi i hotelem, którego lata świetności dawno minęły. Główne zajęcie miejscowych to prowadzenie rejsów dla turystów, pragnących zobaczyć delfiny i wieloryby.

Pewnego dnia w miasteczku pojawia się londyński biznesmen, wysłany tam przez firmę, która pragnie w Srebrnej Zatoce zbudować luksusowy kompleks hotelowy. Jak w zajawce hollywoodzkiego filmu: Mike Dormer jeszcze nie wie, że wizyta w miasteczku na zawsze odmieni jego życie i spojrzenie na świat.

Bo też jest w tej książce schemat, a nawet dwa czy trzy schematy: schemat "chciwy biznesmen kontra uczciwi, prości ludzie", schemat "wyprowadzka z wielkiego miasta na prowincję zmienia spojrzenie japiszona na świat", schemat: "mężczyzna nawiązuje relację z samotną matką, której los nie oszczędzał". Schematy są ładnie wplecione w ekologiczne tło, i jest ich akurat tyle, żeby je z łatwością odnaleźć i przewidzieć zakończenie, ale nie aż tyle, żeby zanudziły. Nawet smutna tajemnica z przeszłości na koniec znajduje szczęśliwe wyjaśnienie, a brzydkim, chciwym wielkomiejskim bohaterom którzy nie przeszli na stronę Dobra mówimy z pewną satysfakcją "pa, pa".

To jest książka idealna na letnie popołudnie. Zwłaszcza w kilkanaście dni po wizycie w oceanarium i podziwianiu naturalnej wielkości modeli wielorybów i płetwali. Wzrusza tyle ile trzeba, czasem rozbawi, czasem zasmuci, uświadamia ekologicznie bez nachalnego dydaktyzmu. To książka idealna na ekranizację z Julianne Moore i Kevinem Spacey w rolach głównych, na takie lżejsze Kroniki Portowe bis. Dobrze i szybko się czyta, ciekawym zabiegiem jest też rozpisanie akcji na głosy wszystkich bohaterów, co pozwala nam przyjrzeć się ich uczuciom od wewnątrz.


Ocena 7/10
niedziela, 16 sierpnia 2009
Paco Ahlgren - Dyscyplina



Na początek uwaga: lubię fantastykę i szeroko zakrojone wizje świata, oparte o naukowe hipotezy. Nie odstrasza mnie fizyka kwantowa ani inne teoretyczne rozważania w książkach.

Ale dawno nie odłożyłam książki z tak mieszanymi uczuciami. Sinusoida: chwilami czytałam z zachwytem, a kiedy indziej miałam ochotę rzucić w kąt.

Możliwości są dwie: albo nabrałam się na recenzje i okładkowe zachwyty a powieść jest zmarnowaną realizacją ciekawego pomysłu. Albo książka rzeczywiście jest oszałamiającą wizją, wiwisekcją naszych założeń dotyczących granic percepcji i tak dalej, tylko ja jestem zwyczajnie za głupia żeby ją zrozumieć. Możliwość pierwsza jest przyjemniejsza, ale drugiej nie da się wykluczyć...

Douglas Cole od dzieciństwa ma niezwykłe zdolności, ale też jest prześladowany przez niewytłumaczalne wydarzenia. Kiedy spotyka go rodzinna tragedia, opiekę nad nim przejmuje przyjaciel domu. Na studiach Douglas poznaje Jeffersona, który stanie się jego przewodnikiem - obrońcą, i uchyli rąbka tajemnicy, jaką owiane jest dalsze życie bohatera. Pod opieką tych dwóch mężczyzn Douglas podniesie się z pierwszych upadków, rozpocznie dorosłe życie i wypełni swoje przeznaczenie.

Paco Ahlgren pracuje jako analityk finansowy, i przeniósł zainteresowania zawodowe do książki - duża część akcji polega na rozmaitych operacjach giełdowych i walutowych. Chwilami kusiło mnie streszczenie w dwóch słowach - fantastyka giełdowa. Bohater kupuje akcje, spółki, zakłada holding, wreszcie szykuje się do operacji walutowej, która zmieni oblicze świata po kryzysie gospodarczym. Ta część jest zrozumiała dla laika, a nawet bardzo interesująca, bo ciekawie pokazuje mechanizmy gry na giełdzie i gospodarki walutowej. Ale to tylko powierzchowna, najbardziej realistyczna warstwa.

Druga warstwa to przeznaczenie Douglasa. Czyli filozoficzno-metafizyczne implikacje teorii multiwszechświata (światów równoległych). I tu poważnie się pogubiłam. Koncepcja nie jest mi obca, nie zetknęłam się z nią po raz pierwszy, nie dalej jak miesiąc temu w jednym z czasopism popularnonaukowych czytałam obszerny wywiad z jednym z jej twórców. Autor jednak tłumaczy ją bardzo chaotycznie, w urywanych, fragmentarycznych wyjaśnieniach jakich dwaj mentorzy udzielają podopiecznemu. Rozważania o pętli czasowej i narkotyku pozwalającym "rozdzielić czas" i "przechodzić do innych światów" są bardzo intrygujące, ale tak mętne, że bez fachowego przygotowania trudno cokolwiek z nich zrozumieć, a pytania Douglasa (i czytelnika) najczęściej pozostają bez jasnych odpowiedzi.

Trzecia warstwa to typowy thriller czyli walka ze Złym - przedstawicielem tajemniczej organizacji (jej charakter też pozostaje nie do końca jasny), który także przemieszcza się między światami i w jakimś celu pragnie wywołać chaos (jaki to cel, dokładnie nie udało mi się zrozumieć). Ta warstwa mnie najbardziej złościła, bo sprowadzała wizję wielości światów do naparzanek rodem z najgłupszych filmów SF, łącznie z atrakcjami typu: przechwytywanie pocisków w locie i natychmiastowe gojenie ran, wyrywanie oczu, mózg rozbryzgany na podłodze i tak dalej.

Zakończenie losów Douglasa udało mi się przewidzieć na ok. 50 stron przed końcem, co oznacza że jednak nie jestem zupełnie głupia.

Co mnie najbardziej irytowało oprócz bijatyk - banalność psychologicznego opisu postaci. Rynsztokowy język. Nie mam nic przeciwko przekleństwom w literaturze, ale jest tysiąc sposobów na pokazanie, że bohater jest wściekły na cały świat, poza wkładaniem mu w usta przekleństw w każdym zdaniu. Typowy dialog Douglasa z mentorem wygląda tak:
"- Jaki masz, kurwa, problem, Jack?
- Obejrzałem część tego szajsu w bibliotece (...) i myślę że ten dziwak ma szczwany plan (...)
- Gówno o tym wiesz!" (str. 248)
co po pewnym czasie robi się męczące.
Podobnie męczące są tajemnicze wyjaśnienia, które niczego nie wyjaśniają i pojawiająca się co jakiś czas filozofia w stylu: "Jestem wszystkim i jestem niczym". (str. 499).

Na końcu książki autor zamieścił bibliografię pod optymistycznym tytułem "Zalecane lektury". Obejmuje pozycje o tematyce zarówno finansowej jak i filozoficznej. Może po uważnym przeczytaniu tego wszystkiego rozumiałabym w lot okruchy wyjaśnień, a lektura "Dyscypliny" dostarczyłaby mi więcej przyjemności niż powodów do irytacji. Tylko, że nastawiałam się na przeczytanie powieści popularnej, nie pracy naukowej. Autor literatury masowej nie powinien z góry zakładać, że czytelnik będzie dzielił jego naukowe zainteresowania - powinien przybliżyć mu świat powieści tak, żeby niepotrzebna była mapa w postaci lektur uzupełniających. Wielcy pisarze SF potrafili tego dokonać.

Ocena 5/10 - warunkowo, bo nie bardzo umiem ocenić.
sobota, 15 sierpnia 2009
Elif Safak - Pchli pałac


To moje drugie podejście do literatury tureckiej. Pierwszym była "Nazywam się czerwień" Orhana Pamuka, której nie udało mi się zmęczyć. Podeszlam do niej zadaniowo i ambitnie, wiadomo, noblista, i przeczytać trzeba. Tymczasem po 100 stronach byłam tak zmęczona i znudzona rozwlekłą narracją i dywagacjami o miniaturach, że z wyrzutami sumienia odłożyłam książkę "na lepsze czasy". Które, jak łatwo się domyślić, nie nadeszły, i pewnie jeszcze długo nie nadejdą.

Dlatego do "Pchlego pałacu" podchodziłam z obawami i nieufnością. Niepotrzebnie.

Akcja książki dzieje się w stambulskiej (czy istnieje taki przymiotnik?) kamienicy, noszącej nazwę "Pałac Cukiereczek". Kamienica ma swoją historię, której korzenie sięgają lat dwudziestych, a historia miejsca, na którym stoi, sięga jeszcze dalej w przeszłość. Zaludnia ją galeria pozornie zwyczajnych, a w rzeczywistości cudownie dziwnych postaci: dwaj fryzjerzy-bliźniacy, tajemnicza Madame Babcia, matka ogarnięta obsesją sprzątania, utrzymanka bogatego handlarza oliwą, dziadek opiekujący się trojgiem małych dzieci, żeby wymienić tylko kilkoro. Wszystkich dręczy jeden problem - nieznośny smród, który jak przypuszczają, bierze się z wyrzucanych pod murem śmieci. Jednak rozwiązanie zagadki obrzydliwego zapachu nie jest wcale tak oczywiste.

Nic w tej książce nie jest oczywiste. Zwyczajne okazuje się dziwaczne, dziwaczne - bardzo ludzkie i bliskie. Akcja przenosi się z jednego mieszkania do drugiego, odkrywając mniejsze i większe sekrety, obsesje, lęki mieszkańców. Trudno powiedzieć kto tak naprawdę jest bohaterem książki - czy ludzie, czy raczej budynek, a może Stambuł.

Jest tu wszystko co lubię. Magiczne miejsce, którego historia splata się z losami ludzi. Radości i troski, sekrety i obsesje, czasem z pozoru zupełnie banalne, czasem duże. Ciepłe spojrzenie na ludzkie dziwactwa i słabostki. A poza wszystkim bardzo dobrze się czyta.

Literacką Turcję mogę uznać za oswojoną.

Gdybym miała się koniecznie do czegoś przyczepić - zakończenie wydaje mi się doklejone ciut na siłę (mam na myśli ostatnie kilka stron, nie samo zakończenie akcji).

Ocena 9.5/10
czwartek, 13 sierpnia 2009
Biała gorączka - Jacek Hugo-Bader

Reportaże Jacka Hugo-Badera były od paru lat jedynym i ostatnim powodem, z jakiego sięgałam po "Wyborczą" i "Duży Format". Nic dziwnego, że kiedy reportaże z Rosji i krajów byłego ZSRR pojawiły się w formie książkowej, musiałam je przeczytać na nowo.

Myśląc o Rosji wyobrażamy sobie tę część europejską, cywilizowaną. Moskwa, St. Petersburg, muzea, "nowi Ruscy", nowoczesne budowle. Hugo-Bader pokazuje inną Rosję. Miejsce straszne i fascynujące jednocześnie. Kraj, gdzie jadąc do domu nowo kupionym samochodem można wylądować w rowie z kluczem francuskim wbitym w czoło, jeśli nie zapłaci się haraczu. Gdzie członkowie jednego z ostatnich tubylczych plemion systematycznie, jeden po drugim, zapijają się na śmierć, a czterdziestolatek jest starcem. Gdzie w szpitalu nad łóżkiem umierającego dziecka na równych prawach funkcjonuje szamanka w piórach i lekarz w białym fartuchu. Kraj, gdzie samochody są fabrycznie przystosowane do tego, żeby w zimie ogrzewać je rozpalanym pod spodem ogniskiem, a podstawową rolą milicjanta jest pobieranie opłat od każdego, kto się nawinie. Słowa nabierają nowych znaczeń - ukraiński deweloper to ktoś, kto kupuje zabytkowe budynki, żeby je zburzyć.

Hugo-Bader pokazuje "ciemną stronę" Rosji. Nie pojechał tam opisywać "nowych Ruskich" i luksusów a zwyczajne życie, czesto w jego najniższych rejestrach - narkomani, bezdomni, AIDS, wdowy po górnikach, jedenastolatka, który nie dostał pieniędzy na książki do szkoły bo matka wolała je przepić. Dlatego te reportaże zebrane w jednym miejscu i czytane na raz strasznie przytłaczają i dają poczucie dojmującej beznadziei, rozpaczy. Musiałam robić przerwy w czytaniu, dawkować sobie ten świat, żeby mnie ostatecznie nie pochłonął swoją "białą gorączką". A później uświadamiałam sobie, jak wielkie mam szczęście - bohaterowie reportaży nie mogą zamknąć książki i wyjść na chwilę ze swojego życia.

Jestem pod ogromnym wrażeniem szacunku, jaki autor ma do spotkanych na swojej drodze ludzi. Nieważne czy śmierdzą brudem, czy są bezdomni czy piją niemal od urodzenia, w reportażach zawsze jest ciekawość i szacunek, nigdy
poczucie wyższości, o które przecież tak łatwo. To niby oczywiste, ale dla mnie jakoś warte podkreślenia, ta książka pomaga dostrzec człowieka, interesującego i godnego szacunku, w kimś, kogo na ulicy ominęłoby się szerokim łukiem. To chyba ta cecha, która wyróżnia naprawdę wybitny reportaż - wejście między Innych i pokazanie czytelnikowi że to takie same istoty ludzkie jak on.

Jedyne rozczarowanie - większą część reportaży już czytałam w "Wyborczej". Miałam nadzieję że w książce znajdzie się więcej niepublikowanego materiału, i więcej zdjęć, że będę więcej dowiadywać się a mniej przypominać sobie. Tak czy inaczej, warto było sobie przypomnieć, a do fragmentów będę z pewnością jeszcze wracać.

Ocena: 10/10
środa, 12 sierpnia 2009
Tajemnica Gaudiego - E. Martin, A. Carranza

No dobra. Sama chciałam. Nikt mnie nie zmuszał, sama, na własne życzenie, wydałam na tę książkę 34,90. Chciałam mieć lekkie czytadło na plażę, i dostałam to, o co się prosiłam.

Antonio Gaudi w grobie się przewraca.

Mam wrażenie że jest ostatnio jakiś taki nurt pisarstwa, czy lepiej: produkcji, który można by nazwać nurtem hien cmentarnych. Działa to tak: bierzemy sławnego człowieka, nieżyjącego oczywiście, i w miarę możliwości bez żyjących spadkobierców żeby uniknąć kosztownych wydatków na adwokata w procesie cywilnym. Sławny człowiek musi być na tyle masową ikoną, żeby generował możliwie wielką sprzedaż. Tytuł tworzymy metodą: tajemniczy rzeczownik plus nazwisko w dopełniaczu (Kod Leonarda, Szyfr Szekspira, Cień Poego). Po czym dorabiamy sławnemu nieboszczykowi legendę pełną świętych Graali, tajemnych bractw, spektakularnych morderstw, zakazanych ksiąg. Mieszamy to z kilkoma prawdziwymi informacjami na temat jego dzieł, podanymi w formie pięciostronicowego wykładu wygłaszanego przez dzielnego bohatera pomiędzy wypruwaniem flaków a pościgiem samochodowym i osadzamy akcję w malowniczym mieście europejskim. A zmarły niech się w grobie przewraca do sądnego dnia.

Dla porządku streszczę:
Jest Maria, piękna historyk sztuki, i Miguel, matematyk, nie byle jaki matematyk, a laureat Medalu Fieldsa. (Dziwnym trafem mroczne tajemnice nigdy nie trafiają do osób typu: emerytowana pracownica fabryki szczotek i nauczyciel matematyki w wiejskim gimnazjum.) Maria ma dziadka, który jako dziecko był świadkiem tragicznej śmierci Antonia Gaudiego i od tamtej pory strzeże jego tajemnicy przed ciemnymi siłami, które Mistrza załatwiły. Dziadek dożywa swoich dni w domu starców, ale przed śmiercią postanawia przekazać tajemnicę wnuczce, która ma wypełnić proroctwo. Jak przewidziałby średnio bystry siedmiolatek, ktoś zadba o to, żeby dziadek po tych zwierzeniach nie pożył już długo.

Dalej jest już tylko gorzej. Ściele się trup, fantazyjnie patroszony i zarzynany, Maria i matematyk w pocie czoła rozszyfrowują zagadkowe wskazowki otrzymane od dziadka z pomocą siostrzenicy szefa yakuzy i kochanki miejscowego mafiosa/przedstawiciela ciemnych mocy (serio!). Co jakiś czas pojawiają się naukowcy wygłaszający drętwe wyklady na temat symboliki budynków Gaudiego, bohaterowie nad małą czarną dywagują godzinami o sztuce japońskiej albo znaczeniu kamieni, a złe bractwo pod idiotyczną nazwą Ludzie-Kroksztyny (to chyba wina tłumacza) stara się ich w międzyczasie zlikwidować. Jakby tego było mało, korzenie zagadki sięgają Jerozolimy na wieki przed Chrystusem a sama tajemnica oczywiście z Chrystusem się wiąże. Na dodatek mamy w tle szpiegowską organizację na usługach Watykanu, i brakuje w zasadzie już tylko tego, żeby któryś z bohaterów okazał się praprawnukiem Jezusa i Marii Magdaleny.

Zakończenia nie zdradzam, bo nie ma takiej potrzeby, wszyscy wiemy jak takie książki się kończą. Odłożyłam z ulgą.

Zastanawia mnie dlaczego taka literatura, w gruncie rzeczy pomyślana przecież jako rozrywkowa i lekka, musi być tak śmiertelnie nudna i schematyczna? Miałam wrażenie, że autorzy - niewątpliwie znawcy dzieł Gaudiego - uznali, że nikt nie zechce przeczytać poważnej książki o twórczości wielkiego architekta, więc postanowili zrobić z niej kolejny "tajemniczy" bestseller. Z marnym skutkiem.

Ocena: 2/10, 1 za fotografie i 1 za te kilka prawdziwych (i ciekawych) informacji o Gaudim, które zostały przemycone w morzu bzdur.
wtorek, 11 sierpnia 2009
Atul Gawande - Komplikacje
Pełen tytuł to "Komplikacje. Zapiski chirurga o niedoskonałej nauce".
Czy mogłabym powstrzymać się od kupna książki, która ma na okładce napisane: "dla fanów Ostrego Dyżuru i Dr House'a"? Odpowiedź jest jedna - nie. I nie żałuję, bo czyta się doskonale.
Atul Gawande to chirurg, który w sposób pasjonujący potrafi opowiadać o swojej pracy i o medycynie w ogóle. W książce opisuje swoje doświadczenia z pracy w szpitalu od pierwszych lat rezydentury i pierwszych prób wykonywania zabiegów, pokazując jednocześnie mechanizmy szkolenia i doskonalenia lekarzy, sposób w jaki podejmują decyzje mogące wpływać na życie pacjenta i przyczyny popełnianych błędów.

W pewnym sensie to książka przerażająca. Autor przyznaje szczerze:
"Chirurg, nie inaczej niż tenisista, oboista czy ktoś, kto naprawia twarde dyski, musi cwiczyć żeby stać się dobrym w swoim fachu. Z jedną tylko różnicą: my ćwiczymy na ludziach" (str.28). Uświadamia czytelnikowi, zgodnie z podtytułem, całą omylność i niedoskonałość lekarzy i medycyny. Ale zarazem pokazuje jej niesamowite możliwości, od chirurgicznego leczenia uporczywych rumieńców po ratowanie zakażonej nogi przed amputacją, na fascynujących przykładach. Potrafi także postawić się w roli pacjenta, czy rodzica małego pacjenta, pokazując jego zagubienie w machinie służby zdrowia, a jednoczenie porusza kwestie etyczne, takie jak prawo pacjenta do wyboru sposobu leczenia.
"Komplikacje" to fascynująca lektura. Napisana przystępnym językiem, nawet dla takiego laika jak ja, który o medycynie wie tylko tyle co z wspomnianych seriali. Wciąga, trzyma w napięciu, skłania do refleksji. Przy okazji zawiera mnóstwo ciekawostek - np. zaskakującą odpowiedź na pytanie dlaczego nocna zmiana w języku angielskim nazywana jest "cmentarną" (graveyard shift).

Po przeczytaniu jakiś czas temu "Stulecia chirurgów" J. Thorwalda miałam pewien niedosyt, chciałam wiedzieć więcej o tym, jak chirurgia wygląda w bardziej współczesnych czasach. "Komplikacje" doskonale wypełniły tę lukę.
Ocena: 10/10
 
1 , 2
Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli