Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
środa, 31 sierpnia 2011
Nieśmiertelne życie Henrietty Lacks - Rebecca Skloot

Po pierwsze chciałabym podziękować Wam wszystkim za ciepłe słowa, trzymane kciuki i słowa otuchy. W poniedziałek dostanę jakiś "wyrok" (prawdopodobnie potwierdzenie wstępnej diagnozy) i wtedy będę wiedziała - czy szykuję się na długie leczenie i dość koszmarną z opisu operację bez gwarancji sukcesu, czy będę po prostu żyć z tym, co mam i cieszyć się, że nie trafiło w zdrowe oko. Kto ciekaw szczegółów - odsyłam do pamiętnych obrazów z filmu "Dwa dni w Paryżu", obraz mówi więcej niż 1000 słów :)

A na razie, skoro mogę zrobić zakupy i nawlec igłę (ku mojemu zdziwieniu - myślałam, że to umiejętność bezpowrotnie stracona, bo potrzeba do niej widzenia przestrzennego, a do widzenia przestrzennego potrzeba dwojga względnie sprawnych oczu), to nie mam wymówki, żeby nie pisać bloga. Co prawda znacznie mniej czytam w tej chwili, ale coś tam jeszcze zostało z wyjazdu.

Na początek temat, który zawsze mnie interesował, czyli medycznie.

W 1951 r. pewna czarnoskóra trzydziestolatka, matka pięciorga dzieci, umarła na raka szyjki macicy. Komórki rakowe, pobrane od niej podczas jednego z badań, okazały się wyjątkowo żywotne i zapoczątkowały linię hodowli komórek pod nazwą HeLa. Komórki z tej hodowli znajdują się obecnie w niemal każdym laboratorium, a ich łączna masa wielokrotnie przewyższyłaby wagę zmarłej kobiety.

Tożsamość dawczyni przez wiele lat pozostawała w tajemnicy, do tego stopnia, że autorzy publikacji naukowych napisanych na podstawie badań jej komórek podawali różne, domniemane nazwiska i snuli przypuszczenia na jej temat. Jej rodzina - nadal żyjący mąż i kilkoro pozostałych przy życiu dzieci - bezskutecznie usiłowała uzyskać od lekarzy jakiekolwiek informacje na temat losów jej tkanek. Rebecca Skloot była pierwszą autorką (poza pewnym dziennikarzem w latach 70), której udało się nawiązać głęboki, bliski kontakt z rodziną i opisać losy Henrietty.

Kobieta, pochodząca z rodziny dawnych niewolników, wychowała się na farmie tytoniu, w biedzie, pod opieką dziadka, wśród licznych kuzynów. Bardzo wcześnie wyszła za mąż za jednego z nich i urodziła dzieci, dopiero później wraz z mężem przeprowadziła się do miasta w nadziei na poprawę warunków życia. Jej najstarsza córka, chora na epilepsję, zmarła w wieku 15 lat w zakładzie dla obłąkanych, w którym panowały koszmarne warunki.

Autorka nie poprzestaje jednak na samej biografii. Przybliża czytelnikom także problematykę i historię hodowli komórek i tkanek, związane z tym zagadnienia etyczne i prawne (jak choćby kwestia prawa własności i świadomej zgody pacjenta), przypomina badania, które zostały zapamiętane jako wstydliwy rozdział historii medycyny, w tym słynne badanie Tuskegee .

W przypadku Henrietty lekarze popełnili wszystkie możliwe błędy emocjonalne: ani chorej ani jej rodziny nigdy nie poinformowano wyraźnie o hodowli komórek ani o jej celu. Zdezorientowani, niewykształceni ludzie nie dysponowali wiedzą, która pozwoliłaby im samodzielnie zgłębić ten temat i zrozumieć, co to znaczy, że komórki ich żony i matki "wciąż żyją". Autorka dotarła do lekarzy i naukowców, którzy dopiero teraz, po latach, udostępnili rodzinie kartę choroby i wydusili z siebie przeprosiny.

Z jednej strony jest to więc wstrząsające świadectwo dyskryminacji i traktowania czarnych pacjentów jak ludzi gorszego gatunku (co widać zwłaszcza w rozdziale o losach najstarszej córki Henrietty, gdzie opisuje się rzeczywistość szpitali/przytułków dla chorych psychicznie czarnych), z drugiej - pasjonująca historia kilku komórek, które rozwinęły się w linię umożliwiającą lekarzom i biologom dokonywanie przełomowych odkryć. Do tego opowieść o przełamywaniu nieufności i wrogości rodziny, która po doznanych cierpieniach nie potrafi już nikomu zaufać, o budowaniu więzi.

Niestety, wątek o nawiązywaniu kontaktu z rodziną jest też najbardziej denerwujący w czytaniu dla takiej emocjonalnej analfabetki jak ja. Przy całej świadomości kwestii rasowych i historii dyskryminacji trudno oprzeć się wrażeniu, że rodzina Lacksów to ludzie roszczeniowi, skrajnie przewrażliwieni na swoim punkcie, a autorka obchodzi się z nimi, jak to mawiała moja Babcia, "jak ze śmierdzącym jajem". O ile jestem w stanie zrozumieć ich rozżalenie z powodu braku wyczerpujących informacji o chorobie Henrietty, i podziwialam determinację Deborah (córki), która mimo braku wykształcenia usiłowała dotrzeć do prawdy, to ich nastawienie wydawało mi się przesadzone. Komórki pobrano w trakcie koniecznego badania, Henrietta była leczona zgodnie z ówczesnymi standardami, nie uczestniczyła nieświadomie w nieetycznym eksperymencie, o losie komórek z biopsji zdecydował przypadek. (Co innego jej córka, poddana sprzecznym z etyką badaniom w przytułku.) Co pewien czas w książce pojawiają się wzmianki o tym, że fiolkę komórek linii HeLa można obecnie kupić do celów naukowych za około 25 dolarów. Czyżby tak naprawdę chodziło w dużej mierze o te pieniądze? Na szczęście postępowanie Lacksów na koniec opowieści przeczy temu podejrzeniu... przynajmniej trochę. Ale i tak nie udało mi się ich polubić.

Podsumowując - książka jest naprawdę bardzo ciekawa w warstwie biograficzno-naukowej, natomiast chwilami zbyt sentymentalna. Czyta się jak powieść.

piątek, 26 sierpnia 2011
chwilowa przerwa

Recenzje powakacyjne są, czekają w głowie.

Niestety muszą jeszcze chwilę poczekać.

Dopadły mnie dość poważne kłopoty zdrowotne - zaczyna się spełniać "przepowiednia" pewnej lekarki sprzed 20 lat: do czterdziestki stracisz wzrok, lepiej się do tego przygotuj.

Przez jakiś czas się z tego śmiałam, ale teraz, w ciągu paru dni, dopadło mnie na dobre to, co przez te lata się czaiło po cichutku. Za jakiś czas się przyzwyczaję i będę funkcjonować jak przedtem, z tą zmianą, że już całkiem jednooczna, bez tych resztek wzroku po prawej stronie, które jednak ułatwiały życie. Po drodze czeka mnie maraton okulistyczny, seria wymyślnych badań, może szpital, może operacja, która pozwoli coś tam uratować.

Oszczędzam więc jedyne zdrowe oko na konieczną pracę i czekam jak na zbawienie na przyszły poniedziałek - pierwsze badanie. A potem - się okaże. Będę pisać znowu, kiedy uda mi się przyzwyczaić do nowej "perspektywy".

Do, hmmm, zobaczenia, choć na dzisiaj brzmi to nieprzyzwoicie optymistycznie. Zauważyliście kiedyś ile potocznych zwrotów wiąże się ze wzrokiem?

wtorek, 23 sierpnia 2011
Tygrysie Wzgórza - Sarita Mandanna

Po "francuskim Danie Brownie" przyszedł czas na "indyjskie Przeminęło z wiatrem". Mania porównań szaleje, a klucz wydaje się dość prostacki: miliony sprzedanych egzemplarzy = Dan Brown, plantacja + miłość = Przeminęło z wiatrem. Czyżbyśmy chcieli czytać tylko te książki, które już znamy, tylko w lekko zmienionej wersji?

Na szczęście nie jest tak źle, a "Tygrysie Wzgórza" nie są kompletnym gniotem opatrzonym na przynętę ładną etykietką. Ale nie bardzo mam pomysł, co możnaby o tej książce napisać ciekawego, poza oczywistym stwierdzeniem, że jest to historia wielkiej miłości osadzona w egzotycznej indyjskiej scenerii, i że czyta się dobrze.

Nie fascynuję się Indiami, choć ostatnio jest to zdaje się modne. Posłusznie obejrzałam Slumdoga - milionera z ulicy, przymierzyłam się do Salmana Rushdiego z marnym skutkiem, kiedyś, dawno temu, przeczytałam "Boga rzeczy małych". Indie kojarzą mi się sztampowo, z kropką na czole, obwieszonymi złotem paniami w sari, świętymi krowami, biedą slumsów i tanimi pracownikami call centers, a i z kwiecistymi sukienkami za grosze noszonymi w czasach studiów, kiedy India Shop był jedynym dostępnym sklepem z ubraniami.

Może, gdybym się Indiami bardziej interesowała, to książka by mnie zachwyciła, a na pewno miałabym więcej do powiedzenia. 

Akcja rozgrywa się na przełomie XIX i XX wieku. Główną bohaterką jest Dewi, zjawiskowo piękna dziewczyna z krainy Kodagu, należąca do ludu słynnego ze swej niezależności i siły. Dziewczyna od najwcześniejszego dzieciństwa wychowuje się razem z Dewanną, chłopcem przygarniętym po śmierci matki przez dalszą rodzinę. Jako dziecko uczestniczy w uroczystości z okazji zabicia tygrysa przez myśliwego z pobliskiej wioski. Od tamtej pory wie, że pośluubi tylko pogromcę tygrysa, nikogo innego. Tymczasem przyjaciel z dzieciństwa ujawnia ponadprzeciętne zdolności i zostaje wysłany do college'u medycznego. Splot nieszczęśliwych wydarzeń sprawi, że plany pięknej Dewi obrócą się wniwecz, a jej życie już na zawsze będzie połączone z życiem dawnego towarzysza zabaw. Kobieta poświęci całą energię niespełnionej miłości na budowanie dostatniej przyszłości dla swojej rodziny, a najtrudniejszym zadaniem będzie dla niej wybaczenie doznanej w młodości krzywdy.

Historia miłości, saga rodu, opowieść o silnej kobiecie, która stara się trwać mimo wszelkich przeciwności losu. Historia krzywdy i bardzo trudnej drogi do wybaczenia. A wszystko to w scenerii Indii sprzed 100 lat.

Największą zaletą powieści jest właśnie sceneria, szczegółowe, plastyczne opisy i bardzo bogate, barwne tło obyczajowe, a wręcz etnograficzne. Szczegółowo opisane życie codzienne, ceremonie, uroczystości, z takimi detalami, jak stroje, biżuteria, potrawy, sprawiają, że czułam się, jakbym uczestniczyła w opisanych wydarzeniach. Podobno autorka opierała się na historiach rodzinnych zasłyszanych od dziadków, i to się czuje, zwyczaje i tradycje wydają się żywe. Dlatego też najciekawszy jest początek, gdy akcja rozgrywa się jeszcze w wioskach, kiedy przenosi się do miasta, klubów i na plantację, robi się bardzo europejsko i zachodnio, i historia traci dużą część uroku. Bo sama historyjka mogłaby zdarzyć się niemal wszędzie, w każdym miejscu na świecie, gdzie dziewczęta nie mogły same decydować o swej przyszłości.

I tyle, i nic mniej, nic więcej. Coraz częściej mam ochotę kwitować przeczytane książki stwierdzeniem "czyta się bez bólu, nawet z przyjemnością, ale niewiele z tego wynika." W związku z tym pytanie do zastanowienia: czy my, czytelnicy, karmieni zalewem takich książek poprawnych, średnich, sprawnie wyprodukowanych ale pozbawionych iskry, za to doskonale promowanych, jeszcze w ogóle rozwijamy intelekt, czy już tylko konsumujemy kulturę masową, dla niepoznaki opakowaną w zadrukowany papier i od zjadaczy seriali różnimy się tylko metodą przyswajania treści rozrywkowej? Czy naprawdę jedyną drogą ucieczki jest literatura faktu? Czy warto w ogóle cokolwiek pisać, dokładać swoją cegiełkę do sterty książek przeciętnych, ale, jak to kiedyś ujęła jedna z blogerek, "niekoniecznych"?

niedziela, 21 sierpnia 2011
The Crowfield Curse - Pat Walsh

Nie wiem po co, kiedy i gdzie kupiłam sobie książkę dla dzieci. Podejrzewam, że zabrakło mi kilku funtów do darmowej wysyłki na Amazon albo czwartej książki do promocji 3+1 w księgarni amerykańskiej, albo zrobiłam to impulsowo i bezmyślnie, co nie świadczy o mnie najlepiej :)

Tak czy owak, w jakiejś wolnej chwili zdjęłam ją z półki i dopiero po kilkudziesięciu stronach odkryłam, że to chyba jednak nie będzie mroczny średniowieczny thriller w stylu "Imienia róży", a bajka. Ale bajka tak urocza, że nie sposób jej się oprzeć.

Jest rok 1347. William wychowuje się w podupadającym opactwie Crowfield odkąd cała jego rodzina zginęła w pożarze. Dorasta w zimnych murach klasztoru zagubionego w lesie, wśród ponurych mnichów, którzy strzegą pewnego sekretu sprzed lat. Chłopiec pełni rolę parobka, a w udziale przypadają mu najcięższe prace. Pewnego zimowego dnia, podczas zbierania chrustu na opał, napotyka w lesie dziwne stworzenie uwięzione w pułapce zastawionej przez kłusowników. To "hob" - coś w rodzaju domowego skrzata, postać znana z angielskiego folkloru. Chłopiec uwalnia skrzata i zabiera go do opactwa, gdzie opiekuje się nim wspólnie z klasztornym zielarzem.

Wkrótce potem do klasztoru przybywa dwóch tajemniczych gości: zamaskowany Jacobus Bone i jego ponury sługa, Shadlok. Will odkrywa przypadkiem, że ich wizyta ma pewien cel, który łączy się z tajemnicą mnichów. Goście poszukują miejsca, gdzie wiele lat temu pochowano zabitego anioła. Jak to możliwe, że anioł mógł umrzeć? Dlaczego zakonnicy tak pilnie ukrywają ten sekret?

Chłopiec odkrywa, że las wokół klasztoru zaludnia mnóstwo tajemniczych stworzeń, niewidzialnych dla oczu zwykłych śmiertelników. W zagajnikach i wąwozach od lat toczy się nieustanna, mordercza walka dobra ze złem. Will musi stanąć po właściwej stronie i odkryć tajemnicę. Pomaga mu w tym skrzat.

Wszystko dzieje się w zimie, w czarno-białym posępnym krajobrazie, a zimno bijące z kart książki jest aż namacalne - nie tylko to fizyczne zimno źle ogrzewanych średniowiecznych murów, ale i chłód, z jakim mnisi traktują sierotę, brak jakichkolwiek cieplejszych uczuć, które pomogłyby chłopcu przetrwać. Jedyne ciepło wnosi tu leśny skrzat i brat zielarz, zwany Ślimakiem (Snail), i to oni dadzą Willowi namiastkę utraconej rodziny. Na koniec to chłopiec będzie musiał dalej zmagać się z tytułowym przekleństwem - co zapowiada kolejną część cyklu.

Oprócz klasycznej historii dorastającego bohatera, który odkrywa swoje mocne strony, mamy tu delikatne przesłanie ekologiczno-tolerancyjne. Will musi uświadomić sobie, że świat zaludniają oprócz ludzi też inne istoty , które też mają swoje prawa, potrzeby, i którym należy się szacunek. Na szczęście autor uniknął nachalnego dydaktyzmu, bardzo dyskretnie wplatając przekaz w opowieść. Mam też wrażenie, że surowe, średniowieczne warunki życia zostały tu przedstawione dość uczciwie, bez nadmiernego upiększania.

Gdybym była angielską mamą, na pewno podsunęłabym tę książkę mojemu 12-latkowi. Ponieważ jednak młody nie czyta jeszcze tak dobrze po angielsku, z przyjemnością przeczytałam sama.

 

sobota, 20 sierpnia 2011
Pierwszy dzień - Marc Levy

Melduję, dla porządku, że wróciłam, plan wykonałam w 3/4 bo atrakcji było tyle, że na czytanie pozostawały tylko chwile odpoczynku na balkonie. Melduję również, że w Mrągowie jest bardzo porządna świetnie zaopatrzona księgarnia i oczywiście namiot Taniej Książki, co oznacza, że w drodze powrotnej bagaż był cięższy o kilka kg, a portfel lżejszy o... mniejsza z tym :)

Od razu uprzedzam, że recenzji z "Komnat Wolf Hall" na razie nie będzie, bo dawno się przy żadnej książce tak nie wynudziłam. Doszłam do wniosku po mniej więcej 150 stronach, że Henryk VIII i wszystkie jego żony z Anną Boleyn na czele wychodzą mi już bokiem i uszami, nic nie nudzi mnie bardziej niż intrygi dworskie i postacie historyczne wałkowane już wcześniej 100 razy, i z czystym sumieniem dałam sobie na razie spokój z Tomaszem Cromwellem.

Będzie za to na początek recenzja z głupotki, książki, która spełnia wszelkie kryteria "czytadła" i "bestsellera", do tego stopnia i tak jaskrawo, że zastanawiałam się poważnie, czy aby nie miała być parodią pewnej konwencji. Jeżeli tak, to autor musi pękać ze śmiechu, bo, jeśli wierzyć okładce, zyskał sobie nawet przydomek "francuskiego Dana Browna".

W skrócie: zwariowana powieść przygodowa. Piękna archeolog Keira i obiecujący astronom (serio serio!) Adrian na tropie tajemniczego prastarego wisiorka o niezwykłych właściwościach. Po piętach depcze im tajna organizacja, która również pragnie poznać tajemnicę pochodzenia dziwnego artefaktu (a przy okazji tajemnicę pochodzenia człowieka, wszechświata i całej reszty). Pogoń za rozwiązaniem zagadki powiedzie naszych bohaterów przez pół świata, od Etiopii przez Paryż i Londyn aż do Chin. Kto wygra ten morderczy wyścig? Czy wisiorek rzeczywiście liczy sobie 400 milionów lat, i kto wyrył na nim mapę ówczesnego nieba? Co się stanie, gdy podobne kamienie zostaną połączone?

Jest właśnie tak, i jeszcze bardziej, do granic absurdu i kresu wytrzymałości czytelnika. Wszystko tu jest naj - jeśli stare, to ma 400 mln lat, jeśli daleko, to na szczycie niedostępnej chińskiej góry, jeśli tajne, to tak tajne, że nikt do końca nie wie, o co chodzi. Bohaterowie obowiązkowo wykształceni, specjaliści w swojej dziedzinie, ona ma nadzieję wykopać w Afryce kości pierwszych przedstawicieli gatunku ludzkiego, on pragnie odkryć "pierwotną gwiazdę, matkę wszystkich konstelacji", cokolwiek to mogłoby oznaczać. Ona dostaje wisiorek od chłopca, który towarzyszył jej podczas wykopalisk. Nosi kamyk na szyi nie zdając sobie sprawy z jego wartości, dopóki nie spotka dziwnego starego naukowca, wyraźnie zainteresowanego kamieniem. Oczywiście nie domyśli się, że intencje starszego pana nie są tak niewinne, jak się wydaje.

Bohaterowie okazują się po jakimś czasie parą, którą wiele lat temu rozdzielił los. Do komplikacji z wisiorkiem dochodzi więc pytanie - czy zejdą się na nowo? i wątek romansowy. Astronom ma gamoniowatego przyjaciela, pani archeolog - ukochaną siostrę. Ci bohaterowie drugoplanowi służą do ułatwiania im życia, ratowania z opresji i wysłuchiwania krótkich wykładów mających czytelnikowi ułatwić zrozumienie zaawansowanej wiedzy, jaką zajmują się Keira i Adrian.

Dodajmy do tego pogoń przez pół kuli ziemskiej, kilka bójek, pościgów i przelotów zdezelowanymi samolotami (do których autor wydaje się mieć słabość), malownicze krajobrazy, legendę o podzielonych światach, starożytne manuskrypty, tajne przejścia w słynnych budowlach, którymi ukradkiem przemykają się tajni członkowie tajnej organizacji - i mamy Indianę Jonesa, do którego wydawca nawiązuje w notce okładkowej. Narracja też typowa, scenariuszowa, nie ma tu ani jednego zbędnego słowa czy opisu, czysta akcja + miniwykłady. Jeśli bohaterowie mają jakieś przemyślenia, to od razu o nich komuś opowiadają, wszystkie informacje poboczne podaje się w dialogach, żeby ani na chwilę nie przerwać toku wydarzeń. Relacje i napięcia między postaciami przewidywalne i schematyczne do bólu, co jakiś czas, dla rozładowania atmosfery, pojawia się drobny element komiczny w postaci zabawnego nieporozumienia czy rozczulającej nieporadności któregoś z panów. Końcówka pozostawia czytelnika w napięciu, zapowiadając ciąg dalszy.

O dziwo, czyta się to nawet nieźle, błyskawicznie, a czasem nawet z dużym zainteresowaniem, choć jest to raczej zainteresowanie z gatunku "co też on jeszcze wymyśli". Niestety absolutnie nie da się tego czytać na poważnie, chyba, że ma się 13 lat. 

niedziela, 07 sierpnia 2011
zestaw wyjazdowy cz. II

Drugi wyjazd w okolice nieco bardziej cywilizowane, i podobno wyposażone w namiot Taniej Książki, więc zestaw mniej starannie skomponowany.

Swoją drogą, dobór lektur na wyjazd jest znacznie trudniejszym zadaniem niż skompletowanie ubrań, kosmetyków i butów...

A więc:

1. Eginald Schlattner - Fortepian we mgle - a nuż okaże się kolejną perłą literatury środkowoeuropejskiej? Ktokolwiek czytał, ktokolwiek wie?

2. Sarita Mandanna - Tygrysie wzgórza - reklama "Indyjskie Przeminęło z wiatrem" i wielgaśny napis "Światowy bestseller" nie nastrajają optymistycznie, ale z całych sił próbuję się nie uprzedzać, zobaczymy.

3. Hilary Mantel - W komnatach Wolf Hall - bo czeka i czeka na półce i się doczekać nie może, aż wstyd.

4. Marc Levy - Pierwszy dzień - bo mąż i syn też powinni mieć co czytać, prawda?

5. Rebecca Skloot - Nieśmiertelne życie Henrietty Lacks - na tę cieszę się najbardziej.

6. David Grann - Zaginione miasto Z.

No i starczy, tym razem pewnie nie wykonam planu, bo i atrakcji więcej i może pogoda dopisze choć przez chwilę?

I tym wpisem się żegnam na niecałe dwa tygodnie. 

piątek, 05 sierpnia 2011
Tak dla kobiet

Zachęcam do zapoznania się z inicjatywą mającą na celu zebranie podpisów pod obywatelskim projektem ustawy o prawach reprodukcyjnych kobiet.

 http://takdlakobiet.pl/o-inicjatywie/

 Ponieważ wpis ma na celu rozpropagowanie cennej inicjatywy, a nie wywoływanie dyskusji światopoglądowych, wyjątkowo przy tym wpisie wyłączam komentowanie.

20:57, mdl2
Link
Niewidoczna góra - Carolina de Robertis

To ostatnia recenzja z wakacyjnej paczki, następny taki maraton recenzyjny będzie dopiero po powrocie z drugiego wyjazdu, pod koniec sierpnia. Może jeszcze tylko przed wyjazdem skończę takie jedno głupiutkie czytadełko po angielsku i uda mi się kilka słów o nim napisać, ale na razie to tyle.

"Niewidoczna góra" miała być czytadłem, a wcale nim nie jest, jest bardzo porządną sagą rodzinną z panoramą historii Ameryki Południowej w tle, z dodatkiem szczypty realizmu magicznego. Zaczynam mieć wrażenie, że kiczowate, słodkie okładki* wydawnictwa Albatros są częścią wyrafinowanej strategii marketingowej polegającej na podstępnym wciskaniu czytelnikom całkiem dobrych książek przebranych dla niepoznaki za romansidła :)

Akcja rozgrywa się w Montevideo, stąd tytuł. Miasto wzięło swą nazwę od okrzyku portugalskiego marynarza "Widzę górę" ("monte vide eu", nie znam portugalskiego, wersja portugalska jest tylko cytatem z książki), gdy tymczasem, jak wynika z treści, żadnej góry tam nie ma. Jest za to ujście rzeki La Plata, a po jego drugiej stronie - Buenos Aires.

Choć to opowieść o trzech pokoleniach urugwajskich kobiet, zaczyna się w Wenecji, gdzie poznajemy Ignazia, potomka rodu budowniczych gondoli. Wenecjanin wyemigruje do Ameryki Południowej, gdzie pozna Pajaritę - niezwykłą kobietę, której najwcześniejsze dzieciństwo naznaczył cud. Później poznamy losy ich córki Evy, a następnie jej córki, Salome.

Pajarita - zielarka, Eva - poetka i Salome - rewolucjonistka. Życie trzech wyjątkowych, wrażliwych kobiet splata się z historią Urugwaju i Argentyny. Widać, że autorka włożyła wiele pracy w badania historyczne. Poznajemy historię od początku XX wieku, poprzez epokę Perona aż po działania partyzantki Tupamaros i aresztowania rewolucjonistów, a równolegle toczy się życie trzech kobiet, z których każda zmaga się z własnymi problemami uczuciowymi i rodzinnymi. Miasto z niewidoczną górą w nazwie kipi życiem i energią ale potrafi też niszczyć. Tango, rewolucja, poezja i miłość tworzą wyjątkową mieszankę.

Przypominała mi ta książka trochę wczesne powieści Isabel Allende. Chociaż autorka jest emigrantką mieszkającą w Stanach, udało jej się nasycić powieść specyficznym, południowoamerykańskim klimatem. Czyta się doskonale.


* Jeszcze w temacie okładek. Wczoraj dowiedziałam się przypadkiem w rozmowie, że ostatnim krzykiem mody i niepisanym wymogiem sieci handlowych jest okładka z twarzą. Podejrzewam, że teraz czeka nas wysyp twarzy na okładkach - ale to dla mnie ostateczny dowód, że nie ma sensu sugerować się okładką, skoro podlega takim samym regułom, jak opakowanie herbaty czy proszku do prania. Ciekawe, kiedy sieci handlowe zaczną narzucać autorom objętość i tematykę książek.

środa, 03 sierpnia 2011
Supersmutna i prawdziwa historia miłosna - Gary Shteyngart

Najlepsza fantastyka to ta, która przesuwa czas akcji troszkę do przodu, żeby powiedzieć nam coś ważnego o teraźniejszości.

A jeżeli autor jeszcze do tego ma poczucie humoru i niesamowitą wyobraźnię, powstają naprawdę świetne książki. Takie jak ta.

Witajcie w świecie za 10-20 lat. Witajcie w świecie, w którym trzydziestodziewięciolatek jest starcem, nadwaga - wyrokiem śmierci towarzyskiej, książki to przeżytek, a ludzie nie rozstają się z kieszonkowymi urządzeniami zwanymi äpärätami. To coś w rodzaju zminiaturyzowanych i ulepszonych smartphone'ów czy tabletów, umożliwiających nieustanny kontakt z siecią. Witajcie w świecie, gdzie konsumpcja jest wszystkim, a liczba punktów w "rankingu kredytowym" określa wartość człowieka. Z äpärätow nieustannie sączy się potok wideoblogów, streamów, reklam i danych, funkcja społecznościowa umożliwia natychmiastowe porównanie swojej atrakcyjności fizycznej z urodą otaczających nas ludzi, a wszelkie dane na nasz temat podawane są w formie rankingów. Witajcie w świecie, w którym ostatnim krzykiem mody są przezroczyste dżinsy, komentarze na temat aktualnej sytuacji społecznej prezentowane są w formie ostrego gejowskiego porno, a nastolatki marzą o najnowszym modelu stanika z otworami na sutki, żeby podnieść swoją pozycję w szkolnym rankingu Fuckability.

Witajcie w Ameryce wykupionej przez Chiny, w której płaci się yuanodolarami, a przed wizytą prezesa chińskiego banku centralnego czyści się ulice z "niepożądanych elementów". I wyobraźcie sobie, że w tym świecie spotykają się: zagubiony, dobiegający czterdziestki staruszek, żywy relikt naszej epoki a może nawet lat 90. XX wieku, i dwudziestoczteroletnia dziewczyna z bardzo konserwatywnej koreańskiej rodziny (co nie przeszkadza jej w pełni uczestniczyć w tym nowym wspaniałym świecie).

Lenny Abramov, nowojorczyk, syn rosyjskich emigrantów zatrudniony w korporacji oferującej "osobnikom o wysokim stopniu zamożności" przedłużanie życia za pomocą najnowszych technologii. Lenny do złudzenia przypomina bohaterów filmów Woody'ego Allena - nieśmiały, zagubiony i lekko nieudaczny intelektualista. Podczas wyjazdu służbowego spotyka Eunice Park. Ona z kolei idealnie pasuje do wymogów rzeczywistości - jest odpowiednio chuda, młoda, atrakcyjna, aktywnie działa w sieciach społecznościowych i zna się na wszystkich nowinkach. O jej problemach rodzinnych dowiemy się dopiero po pewnym czasie.

Między dwojgiem bohaterów iskrzy, ich romans napędza wzajemna fascynacja - z jednej strony mamy czułość i pożądanie starszego mężczyzny, z drugiej mieszankę podziwu i lekkiej odrazy młodej dziewczyny wobec partnera starszego o kilkanaście lat, który w tym świecie i dla niej jest niemal odpowiednikiem dzisiejszego siedemdziesięciolatka. Tymczasem, w tle, Stany Zjednoczone borykają się z poważnymi kłopotami gospodarczymi i społecznymi, które doprowadzą do katastrofy...

W warstwie romansowej autor wykorzystuje cały potencjał zderzenia dwóch tak odmiennych postaci i trudności wynikających z tak dużej różnicy wieku między partnerami. To nie może skończyć się happy endem. W warstwie obyczajowej to brawurowa satyra na cały nasz wspólczesny świat, pokazująca, w jakim kierunku zmierzamy z naszymi profilami na fejsie, blogami, telewizją i obsesją na tle atrakcyjności fizycznej. Są tu bezcenne perełki - w pracy rozmowy toczą się głównie na temat poziomu trójglicerydów i zażywanych suplementów diety. Tak zwani "ludzie Media" nieustannie nadają ("streamują") wideoblogi, będące potokiem narcystycznych, skupionych na sobie wynurzeń, jak "Godzina osobistej oponki" czyli blog poświęcony fałdkom na brzuchu pewnej młodej kobiety. Za intelektualistę uznaje się kogoś, kto obejrzał na swoim äpäräcie skrót "Opowieści z Narnii" (to pod rozwagę współczesnych "intelektualistów", karmiących się young adult fiction i ekranizacjami komiksów i uznających cytaty z "Gwiezdnych wojen" w innym filmie za szczyt artystycznego wyrafinowania), a na uczelniach studiuje się, na przykład, Asertywność i Image, co pozwala dostać pracę w Retail albo w Media. Komunikaty agencji rządowych przedstawia się w formie animowanych filmików, a błędy ortograficzne w oficjalnych obwieszczeniach nikomu nie przeszkadzają. Kultura "tl.dr" doprowadzona do szczytu, a w tym wszystkim Lenny ze swoją "Ścianą Książek" zapełnioną książkami Kundery, Tołstoja i inną klasyką.

Na poziomie geopolitycznym to książka bardzo amerykocentryczna. Mimo, że autor przedstawia dość spójny obraz świata, z Chinami w roli giganta ekonomicznego, silną Europą i Ameryką na krawędzi upadku, to jednak wydarzenia pokazane są przede wszystkim z amerykańskiej perspektywy. Mimo to niewykluczone, że świat będzie właśnie tak wyglądał, zwłaszcza w świetle niedawnych amerykańskich problemów.

Na uwagę zasługuje forma - tradycyjny dziennik Lenny'ego przeplata się z komunikatami i wiadomościami zamieszczanymi w portalach społecznościowych przez Eunice, pełnymi akronimów i skrótów. Gdybym miała się do czegoś przyczepić, to tylko do wpisów Eunice - uważam, że mimo zabiegów stylistycznych używany w nich język jest stanowczo zbyt poprawny i zbyt czysty, jak na kogoś, kto studiował Asertywność "skanując" lektury, a dziewczyna wydaje się intelektualistką swojej epoki. Myślę, że jej świat lepiej oddawałby język "blogaska" albo skrótowych "statusów" zamiast długich notek i listów do przyjaciółki.

Smutna, zabawna, wzruszająca a czasem przerażająca wizja. Lektura obowiązkowa dla wszystkich, a chyba przede wszystkim dla moli i blogerów książkowych, zwłaszcza tych, którzy już teraz czasem czują się jak dinozaury.

Ciekawostka: w 2011 r. Gary Shteyngart został pierwszym Amerykaninem uhonorowanym brytyjską Bollinger Everyman Wodehouse Prize przyznawaną podczas festiwalu Hay Festival za najlepszą powieść humorystyczną. Tradycyjnie nagrodą dla zwycięzcy jest... świnka, której nadaje się imię będące tytułem zwycięskiej powieści. W tym roku wybrana świnka odmówiła jednak współpracy, autor musiał więc zadowolić się nagrodą zastępczą - nowozelandzką świnką kune kune.

Zdjęcie pochodzi ze strony: http://www.colmangetty.co.uk/newsblog/blog.php?id=944

 

wtorek, 02 sierpnia 2011
Zapach cedru - Ann-Marie MacDonald

Zastanawiam się, podobała mi się ta książka, czy nie?

Raczej nie. Na pewno "Co widziały wrony" podobała mi się znacznie bardziej. I na pewno jest to najbardziej "czytadłowata" książka z mojego zestawu wakacyjnego.

"Zapach cedru" wszyscy już czytali, streszczenie ograniczę więc do minimum: to historia pewnej dysfunkcyjnej rodziny z kanadyjskiego wybrzeża. Akcja rozgrywa się mniej więcej w pierwszych 30 latach XX wieku. Jakub, stroiciel fortepianów, ożeniony z miłości z młodziutką córką libańskich imigrantów, ma trzy córki: piękną ulubienicę Katarzynę, obdarzoną niezwykłym talentem muzycznym, odpowiedzialną, pobożną Mercedes i niesforną, sprawiającą nieustanne kłopoty Franciszkę. Pozorny spokój rodziny zburzy wyjazd Katarzyny na naukę śpiewu do Nowego Jorku. Później pojawi się jeszcze najmłodsza dziewczynka, Lilia. Każda z dziewcząt na swój sposób próbuje radzić sobie ze złem, które przeżera ich rodzinę jak rak, żyć z piętnem koszmarnych wspomnień, spychanych na skraj świadomości.

Wszystko dzieje się w górniczym miasteczku, zamieszkanym przez potomków Szkotów, Libańczyków, czarnoskórych przybyszów z Indii Zachodnich i Żydów. Tłem dla opowieści są strajki górnicze, I wojna światowa, prohibicja, a później Wielki Kryzys.

Nic więcej opowiedzieć się nie da, bo zdradziłabym jedną z wielu tajemnic ukrytych w tej historii, gdzie gałęzie drzewa genealogicznego skręcają w zupełnie nieprzewidzianych kierunkach, a sekrety przechowuje się na strychu, w wielkiej cedrowej skrzyni, od której książka wzięła swój tytuł.

Sama historia podobała mi się. Problem miałam z formą.

Nic tu nie jest powiedziane ani wprost ani chronologicznie. Autorka kluczy, myli tropy, wybiega w przyszłość, żeby za chwilę cofnąć się w przeszłość, pokazuje te same sceny z różnych punktow widzenia różnych postaci, krąży wokoło pewnych motywów i scen, urywa i podejmuje poplątane wątki w różnych miejscach, przetykając je fragmentami wspomnień, snów, majaczeń. To wszystko powinno być atrakcyjne i zwiększać napięcie, a przy tym dawać poczucie realizmu, bo przecież tak jest i w życiu - pewne wspomnienia wracają, pewnych rzeczy dowiadujemy się po latach, inne znamy wyrywkowo, tylko z jednej, niekoniecznie prawdziwej strony.

Mnie to wszystko po jakimś czasie zmęczyło, wydało się sztucznie, trochę na siłę, udziwnione. Poza tym w połowie właściwie wiadomo już niemal wszystko, co trzeba wiedzieć, więc dużą część książki odbierałam częściowo jak nabijanie objętości a częściowo - popis narracyjnych "efektów specjalnych". Język polskiego tłumaczenia wydaje się lekko manieryczny, na siłę czasem poetycki, na granicy dobrego smaku. Plus za spolszczenie imion gdzie się dało - to lubię.

Wiem, że ta książka ma mnóstwo wielbicieli i po namyśle, wcale mnie nie dziwi, że otrzymała entuzjastyczną rekomendację Oprah Winfrey. Pełno w niej tematów ukochanych przez talk-show - molestowanie, trudne dzieciństwo, dysfunkcyjna rodzina, relacje między białymi a kolorowymi, religijność, dużo kobiecości, sporo o gotowaniu i (ostatnio chyba obowiązkowy w książkach pisanych przez kobiety) wątek lesbijski, a wszystko w sepiowej nostalgicznej mgiełce, jaka otacza stare zdjęcia. Mnie jednak nie zachwyciła, tej autorce już chyba dziękuję.

 
1 , 2
Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli