Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
czwartek, 30 sierpnia 2012
The History Room - Eliza Graham

Kolejne czytadło z serii "co się wydarzyło w starym dworku". Tak w ogóle wygląda na to, że mam fazę na czytadła po angielsku w te wakacje, ale nie zrażajcie się, może na jesieni mi przejdzie - przynajmniej do kolejnej wyprawy do deszczowej Anglii (a mam już oficjalnie bilet na końcówkę października, i znowu zamierzam plądrować londyńskie księgarnie - mam nadzieję, że znowu w miłym towarzystwie :) )

Tę powieść przynajmniej mogę polecić na zasadzie, że "dobrze się czyta". Tym razem w starym dworku urządzono prywatną szkołę. Właścicielem jest imigrant z Czechosłowacji, który poślubił Angielkę. Pewnego dnia jedna z jego córek przypadkowo znajduje stary, zamalowany mural w hallu szkoły, co powoduje niezrozumiały gniew rodziców. Dwadzieścia lat później, po śmierci matki, ta sama córka wraca do domu już jako nauczycielka, żona inwalidy wojennego (na szczęście tym razem ze współczesnej wojny). Tymczasem jeden z uczniów odkrywa w sali od historii makabryczne znalezisko. Kto dopuścił się okrutnego żartu, jakie miał motywy, czy ma to jakiś związek z tajemniczym malowidłem czy z podsłuchaną kiedyś rozmową rodziców? Sielankowa prowincjonalna szkoła staje się miejscem pełnym niepokoju, a Meredith próbuje rozwikłać zagadkę.

Oczywiście musi być ogród, malowniczy i zaniedbany, musi być dawna miłość i tajemnica, ale tym razem, może dlatego, że czasy bardziej współczesne, problemy bliższe (inwazja na Czechosłowację w 1968, ucieczka na Zachód, wojna na Bliskim Wschodzie, samookaleczanie młodych kobiet) a może ze względu na lekko thrillerowy wątek zemsty i czającego się gdzieś potencjalnego psychopaty, czyta się to zdecydowanie lepiej. Zauważalny brak ślicznych debiutantek, panien służących, wątłych orchidei i pianistek w depresji też trochę pomaga w lekturze.

Dwa tygodnie po przeczytaniu praktycznie już nic nie pamiętam, ale przynajmniej da się czytać bez zgrzytania zębami i okładania w gazetę żeby nikt nie zobaczył :)

---

Teraz jeszcze trzy angielskie, a potem może coś po polsku. Jak już wyjdę ze schronów bombardowanego Londynu i zobaczę, jak studenci pana Dunworthy'ego wracają do Oksfordu, do roku 2060. Kiedy ja ostatnio naprawdę żałowałam, że książka, którą czytam, musi się kiedyś skończyć?

niedziela, 26 sierpnia 2012
Dom orchidei (Hothouse Flower) - Lucinda Riley

Przepis na angielskie czytadło jest prosty: malownicza posiadłość (dworek, plebania, opactwo, zamek), piękny zapuszczony ogród, kobieta w rozterce i tajemnica z przeszłości. W zasadzie niezależnie od epoki, miejsca i postaci wychodzi prawie to samo, czego dowodem dwie książki, które zabrałam z sobą na wakacje. W rezultacie malownicze ogrody wychodzą mi uszami a na hasło "tajemnica z przeszłości" odruchowo uciekam.

A przecież miało być tak pięknie, jak u Kate Morton i Katherine Webb. Ale najwyraźniej prosty przepis to nie wszystko i nawet schabowego z ziemniakami można podać z fantazją albo bez.

Julia Forrester, światowej sławy pianistka, dochodzi do sebie po życiowej tragedii w pobliżu posiadłości, w której się wychowała jako wnuczka ogrodnika. Posiadłość Wharton Park słynęła ze swych szklarni, gdzie hodowano orchidee. Podczas wyprzedaży wyposażenia podupadającego dworu Julia przypadkowo natyka się na nowego właściciela, którego poznała w dzieciństwie jako chłopca. Później w jej ręce przypadkowo wpada dziennik z czasów wojny i tak zaczyna się powrót Julii do życia i odkrywanie rodzinnej tajemnicy.

Zgodnie z konwencją akcja toczy się na dwóch planach czasowych. Tym razem część opowieści rozgrywa się tu i teraz, przeplatając się z relacją z czasów tuż przedwojennych i samej wojny. Poznajemy młodziutką Oliwię, która jako debiutantka przybywa do Wharton Park z wizytą i zakochuje się w synu lorda. Na planie współczesnym młoda pianistka poznaje zawikłaną historię rodziny jednocześnie powracając do normalności po życiowej katastrofie. Historia rozgrywa się na zmianę w sielankowych dekoracjach podupadającej posiadłości, w dalekiej Azji i na południu Francji, a kolejne rozdziały przynoszą coraz to nowe odkrycia.

Czego więc się czepiam? Przecież wszystko jest tak jak być powinno, kupiłam czytadło i spodziewałam się czytadła, wciągającej wakacyjnej lektury z tajemnicą, nie oczekiwałam głębi ani intelektualnych gier, chciałam poleżeć na plaży zastanawiając się "czyją ona była córką" i "co jest w pamiętniku" i tyle.

Po pierwsze - banał. Banalni tysiąc razy wcześniej opisywani bohaterowie - zdruzgotana artystka, przystojny (i cukierkowo dobry) dziedzic fortuny "po przejściach", nadopiekuńcza siostra, niewinna debiutantka, bezwolne lordziątko, zaufany sługa-przyjaciel. Dobrzy są bez skazy, źli są nieodwołalnie i na zawsze łajdakami bez serca. Role zostały rozpisane już na początku i żadna z postaci nas nie zaskoczy wyłamując się niespodziewanie z przypisanego jej losu. Poronienia, śmierci i cudowne odnalezienia zdarzają się dokładnie wtedy, kiedy są potrzebne, w sposób typowy dla kiepskiej telenoweli, a wątek współczesny nieprzyjemnie zalatuje harlekinowatym romansem.

Po drugie - sposób opowiadania. Pierwszy raz w życiu czytając książkę po angielsku, zżymałam się na język. Autorka mianowicie zastosowała pewną stylizację językową, próbując przekonać czytelnika, że przedwojenni Anglicy wyrażali wszelkie myśli i emocje za pomocą czterech podstawowych słów. Są to, uszeregowane według częstotliwości: jolly, golly, awfully i bloody. We wstawkach z przeszłości te cztery wyrazy powtarzają się niemal na każdej stronie, niekiedy kilkakrotnie a czasami w zaskakujących kombinacjach, co niebezpiecznie przypomina sytuacje, kiedy moja Córka mówi "po średniowiecznemu" wstawiając w przypadkowe miejsca "zaiste" i "waść". Synonimem pożądania jest natomiast nieśmiertelny "bolt of electricity" (skąd to dziwne przekonanie, że ukochana osoba przy najlżejszym dotknięciu kopie prądem jak popsuty toster?) Nie zazdroszczę polskiemu tłumaczowi, chociaż, z drugiej strony, mógłby to być jeden z tych rzadkich przypadków, kiedy przekład czyta się lepiej od oryginału.

Poza tym jest to jedna z tych książek, w których bohaterowie opowiadają, wyjaśniają i zapewniają się wzajemnie o swoich uczuciach w rozwlekłych dialogach, które brzmią nienaturalnie nawet przy założeniu, że toczą się w ogromnym dworzyszczu przy kominku.

Podsumowując: jest to czytadło na granicy romansidła, z przewidywalnym szczęśliwym zakończeniem, kiedy wszyscy żywi się odnajdują a wszyscy martwi spoczywają w pokoju i pojawia się dobra wróżka rozwiązująca wszystkie pozostałe problemy (takie tam finansowe drobiazgi jak parę milionów funtów na remont dworu). Najciekawsze fragmenty to opisy wojennej i tuż powojennej Azji z punktu widzenia brytyjskiego żołnierza - bo też tylko to odróżnia tę książkę od innych.

Pozycja atrakcyjna chyba wyłącznie dla zagorzałych wielbicieli dworków i ogrodów, którzy będą mieli dość cierpliwości, żeby znaleźć w niej dramat ogromnej niespełnionej miłości, tragedię arystokratów skazanych na odgrywanie swych życiowych ról wbrew sobie, opowieść o mozolnym wychodzeniu z żałoby i tak dalej. Wiem, wszystko to tam miało być, tylko, że zupełnie nie przekonuje...

 

 

piątek, 24 sierpnia 2012
pourlopowo

Niestety wszystko, co dobre, szybko się kończy i tak samo skończył mi się zupełnie relaksowy urlop nad morzem. Jeszcze ogłuszona po 9-godzinnej podróży "ekspresem" (czy naprawdę prędkość rzędu 60 km/h w porywach na prostej usprawiedliwia tę szumną nazwę?) melduję, że:

- czytelniczo urlop pod hasłem "czytadła po angielsku" okazał się średnio udany, najwyraźniej tym razem sięgnęłam po jakiś drugi sort autorek a najlepszą przeczytaną pozycją okazał się... kryminał (jak tu się zresztą dziwić, skoro polecała go Padma?);

- Lucinda Riley może Kate Morton najwyżej buty czyścić;

- Tania Książka w Darłówku też taka-se, kryminałami stoi i thrillerami, ale wybrałam sobie kilka ciekawych pozycji, w tym najciekawszą już zaczętą: "O czym myślą naukowcy" Jeremy'ego Stangrooma;

- najgorsza katastrofa urlopowa: kupić sobie niesamowicie ciekawą książkę, pochłaniać ją z wypiekami na twarzy i pod koniec zorientować się, że jest tylko pierwszym tomem dwutomowej całości, a tom drugi jest dostępny na amazonie i trzeba go dopiero zamówić a przyjdzie dopiero po urlopie (tak, już przyszedł i czeka, i tak, chodzi o "Blackout" i "All Clear");

- czytanie "Wielkiego bazaru kolejowego" w tzw. ekspresie z Kołobrzegu do Bielska Białej (nieszczęśnicy z tego ostatniego miasta prawdopodobnie wciąż jeszcze w nim siedzą) dostarcza zupełnie nieoczekiwanych emocji i przemyśleń - ciekawe co Theroux napisałby o ekspresie, o Warsie, w którym na każde 10 pozycji z karty dostępna jest jedna, o toalecie wagonu 1 klasy, która wygląda jak plażowa toi-toika i podobnie cuchnie, o pasażerach, którzy muszą bez ustanku informować innych przez komórki, że "są w pociągu, no" i "jadą, no"... Iran przy tym wysiada :(

I to by było na tyle po przerwie - więcej wkrótce, chyba że pochłonie mnie wir zwany Początkiem Roku Szkolnego.

poniedziałek, 06 sierpnia 2012
Droga 66 - Dorota Warakomska

Pod wpisem o "Miedziance" Joly_fh domaga się w komentarzu reportażu pozytywnego. Myślę, że książka Doroty Warakomskiej spokojnie zasługuje na takie określenie.

Autorki przedstawiać nie trzeba. Dziennikarka, wieloletnia korespondentka telewizyjna w Stanach Zjednoczonych postanowiła przejechać Amerykę ze wschodu na zachód słynną Drogą 66, uwiecznioną w licznych książkach i filmach. Droga ma długą historię - w czasach Wielkiego Kryzysu i burz pyłowych w latach 30 tysiące mieszkańców Oklahomy podróżowały nią na zachód w poszukiwaniu lepszego życia, później, po wojnie, stała się symbolem powrotów żołnierzy do domów, przez pewien czas byla utożsamiana z hipisowską wolnością wędrówki. Potem wybudowano autostrady i Droga zaczęła niszczeć. Dopiero niedawno oddolny ruch mieszkańców przydrożnych miejscowości doprowadził do jej renowacji i przywrócenia dawnej świetności. Tym samym Droga stała się symbolem łączącym przeróżnych ludzi, wspólnie urzeczywistnianym marzeniem, projektem w toku.

Paradoksalnie, choć Droga 66 jest miejscem kultowym i rozpoznawanym chyba na całym świecie, reportaż wydano w serii "Terra incognita". Rzeczywiście, to Ameryka znana a zarazem zupełnie nieznana, Ameryka maleńkich miasteczek, dziwacznych atrakcji, historycznych barków i kafejek. To także Ameryka pasjonatów, ludzi realizujących własne wersje amerykańskiego snu, ceniących sobie wolność, pasję i łączenie tego, co się lubi, z pracą. To ci ludzie pieczołowicie odnawiają przydrożne motele i restauracyjki, dbają o zakłady fryzjerskie czy stacyjki benzynowe z kilkudziesięcioletnią tradycją. Niektórzy dlatego, że miejsca te od urodzenia były ich domem, a inni dlatego, że przyjechali, zobaczyli przypadkiem, zachwycili się, kupili, odremontowali. Jeszcze inni po prostu nigdzie indziej nie potrafili się odnaleźć. Warakomska z każdym z nich rozmawia, odkrywa ich często skomplikowane życiowe historie, które przywiodły ich do odwiedzanych przez nią miejsc.

Mimo wszystko, w odróżnieniu od, na przykład, "Miedzianki" określiłabym "Drogę 66" jako reportaż "turystyczny", odpowiednik wycieczki z przewodnikiem. Książka podzielona jest na rozdziały według stanów, zgodnie z trasą podróży. W każdym z nich odwiedzamy wraz z autorką kilka lub kilkanaście interesujących miejsc, dowiadujemy się trochę o historii i kulturze stanu, poznajemy ciekawe/dziwne/malownicze zakątki i ludzi. Autorka ma ogromną wiedzę na temat amerykańskiej rzeczywistości i chętnie się nią dzieli. Do bardzo dobrego reportażu zabrakło mi tu jednak jakiejś... głębi, spinającej wszystko refleksji, czegoś, co sprawiłoby, że po lekturze zostałoby mi w pamięci coś więcej niż seria obrazków i amerykańskie mądrości życiowe pod hasłem "jeśli czegoś odpowiednio mocno chcesz, to na pewno to osiągniesz", na które zresztą zawsze reaguję alergicznie.

Plusem jest wkładka z kolorowymi fotografiami, do tego w tekście dużo czarno-białych zdjęć.

Do poczytania w wolnych chwilach.

 

 

piątek, 03 sierpnia 2012
10 czytadeł na lato

No i Padma mnie załatwiła na szaro :)

Zostałam zaproszona do zabawy blogowej pod hasłem "10 czytadeł na lato", tylko, że, niestety, słowo "czytadło" kojarzy mi się jak najgorzej. Czytadło to jednorazówka, papka, kupić na dworcu, porzucić wysiadając z pociągu i tak dalej. Nie lubię książek zabawnych, lekkich ani przyjemnych, literatury kobiecej-kobiecej, nie czytam bestsellerów ani kryminałów (a jeśli czytam, to zaraz zapominam), więc kiedy mam wybrać "czytadło", od razu mam przerąbane. I mam ten głupi zwyczaj, że na lato, czy to na domowy tarasobalkon, czy do walizki, wybieram raczej te książki, na które nie starczyło mi siły w ciągu "roku szkolnego" (bo ja nadal funkcjonuję w rytmie szkolnym i Nowy Rok zaczyna mi się we wrześniu i to mi się już raczej chyba nie zmieni...)

Wykreślmy więc "czytadło" i zamieńmy je na "coś dobrego do poczytania". I żeby było grubaśne. I wciągające.

1. Stephen King. Cokolwiek poza beznadziejnym cyklem "Mrocznej Wieży" (chociaż cykl załatwiłby pozycje 1-7) Na przykład "Pod kopułą", albo, z mniej nowych i mniej znanych, "Sklepik z marzeniami", albo "Bezsenność". Jeśli chodzi o mnie, to kiedy chcę po prostu poczytać historię, King sprawdza się zawsze.

2. Noah Gordon - "Medicus". Historia pewnego średniowiecznego medyka. Przygoda, historia i medycyna, czego chcieć więcej. A potem są jeszcze dwie części dla tych, którym żal, że już się skończyło :)

3. Kate Morton, najchętniej "Zapomniany ogród". A już niedługo (po angielsku już jesienią!!) nowa, świeżutka czwarta powieść autorki, która specjalizuje się w tajemnicach z przeszłości i magicznych angielskich miejscach.

4. A teraz pójdę w fantastykę: Ian R. McLeod "Wieki światła" i "Dom burz". Pełnokrwista, inteligentna fantastyka z doskonale przemyślanym i opisanym światem alternatywnym. Czyta się to tak, jakby się znikało w tym innym świecie, a koncepcja wyjściowa jest zupełnie zakręcona (rozwój przemysłu i cywilizacji oparty na odkryciu legendarnego "eteru").  Doskonała recenzja tutaj.

5. Idąc dalej tropem fantastycznym nie mogę pominąć Connie Willis. "Księga Sądu Ostatecznego" to pierwsza powieść z cyklu o podróżach w czasie, zgrabnie i zabawnie łącząca epidemię dżumy w średniowiecznej Anglii z życiem uniwersyteckim bliskiej przyszłości. Solidna kilkusetstronicowa cegła do pochłonięcia w dwa wieczory. Dla miłośników epoki wiktoriańskiej luźno związana kolejna część cyklu - "Nie licząc psa", a ja w te wakacje czytam następną albo którąś z kolei - "Blackout" (tym razem profesor Dunworthy wysyła studentów w czasy II wojny światowej).

6. I ostatnia fantastyka w zestawie, obiecuję :) Neal Stephenson - "Diamentowy wiek". Znowu inteligentna, świetnie skonstruowana powieść fantastyczna wprowadzająca nas w świat niby niedaleki ale zupełnie inny od naszego. Stephenson teoretycznie pisze bardzo naukową fantastykę ale przy okazji ma niesamowity dar opowiadania.

7. Carsten Jenssen - "My, topielcy". Kilkaset stron o historii duńskiego nadmorskiego miasteczka i jego mieszkańców. Trochę jak saga, trochę jak powieść historyczna, trochę kronika, wciąga od pierwszej do ostatniej strony.

8. Betty MacDonald - "Jajko i ja". Czyli o tym, że kiedy twój mąż zamarzy o kurzej fermie, jedziesz za nim w środek niczego i hodujesz kury, pomstując pod nosem. Najzabawniejsza książka, jaką w życiu czytałam, absolutnie nie dla smętnych wkurzonych feministek (bo tak, to są wspomnienia wyzyskiwanej i udręczonej kobiety, no i co z tego skoro ta kobieta ma świetne poczucie humoru?) Betty MacDonald przy okazji odhacza mi pozycję pt. "uroczy lekko zakurzony klasyk", która na takiej liście obowiązkowo powinna się znaleźć :)

9. Rebecca Wells - "Boskie sekrety siostrzanego stowarzyszenia Ya-Ya". Dysfunkcyjna rodzina i amerykańskie Południe lat 50 albo 60 XX wieku. Trzeba.

10. Im dalej tym trudniej. Wrzuciłabym tu podstępnie Eugenidesa, w płonnej nadziei, że wreszcie namówię kogoś znajomego na "Middlesex", ale Eugenidesa do czytadeł nie wypada :) (zresztą Rebekę Wells albo Jenssena też średnio wypada) Albo jeszcze coś z fantastyki, na przykład "Hyperiona". Albo coś z hitów minionego lata, na przykład "Supersmutną i prawdziwą historię miłosną" Shteyngarta (w sumie to też trochę fantastyka i czyta się świetnie...)

Nie lubię robić takich list. Zawsze potem się okazuje, że wypadły albo strasznie banalne i oczywiste, albo wysilone. Dlatego nie będę zapraszać wskazując palcem, tym bardziej, że ci, których najchętniej bym wskazała, zostali już zaproszeni wcześniej :)

Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli