Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
czwartek, 24 września 2009
Przystupa - Grażyna Plebanek


Z pewnymi oporami zamieszczam recenzję książki bardziej doświadczonej i uznanej "koleżanki po piórze". Tym bardziej, że spotkałam się już ze stwierdzeniem, że mój "Rower" jest nieudaną podróbką innej powieści tej autorki.

Ale blog zobowiązuje :)

Tytułowa Przystupa to dziewczyna ze wsi gdzieś na ścianie wschodniej, która wyrusza do pracy - najpierw do Warszawy, potem do Szwecji - jako sprzątaczka.

O Przystupie, po pierwszym rozdziale, dowiadujemy się niewiele. Przystupa jest przede wszystkim okiem i uchem, przez które my, czytelnicy, obserwujemy różne światy różnych domów, w których bohaterka najmuje się do sprzątania. Będzie to światek Gwiazdy - piosenkarki i jej męża a zarazem menedżera, czyli podwarszawski luksus szołbiznesu, z Wigilią z cateringu i operacjami plastycznymi, świat polskich emigrantów w Szwecji, świat przemocy domowej, świat szwedzkich "moms" - matek domowych, zabijających nudę spotkaniami towarzyskimi i obsesyjnym zajmowaniem się dziećmi, swiat polskich sprzątaczek na emigracji i tak dalej.

Grażyna Plebanek ma olbrzymi dar obserwacji, dzięki czemu dostajemy niezwykle bogatą, szczegółową socjologiczną panoramę rozmaitych środowisk. A jednocześnie wszystko jest przedstawione trochę "w krzywym zwierciadle", na krawędzi ostrej satyry.

To mi się w "Przystupie" najbardziej podobało - celne opisy, bezlitośnie obnażające stereotypy, obłudę, śmiesznostki i przywary ludzkie. Tytułowa bohaterka jest dla swoich pracodawców najczęściej przezroczysta, niewidzialna, jak dodatkowy mebel w domu, dzięki czemu dowiaduje się o nich wiele. I najczęściej nie jest to nic przyjemnego.

Trochę mi zgrzytało określenie z okładki - "powieść łotrzykowska". Mam wrażenie że wydawca na siłę szukał chwytliwego określenia. Dla mnie "Przystupa" to przede wszystkim świetna powieść obyczajowa, z doskonale zarysowanym tłem socjologicznym i pełnokrwistymi postaciami. A przy tym kobieca, ale w dobrym tego słowa znaczeniu, nie kojarzącym się z odchudzaniem i szukaniem faceta. Kobieca, bo wnikliwie pokazuje koleje losów bardzo różnych kobiet, ich motywacje i przekonania.

Na pewno warto przeczytać.
Ocena 8/10
niedziela, 20 września 2009
Rodzeństwo bez rywalizacji - A. Faber, E. Mazlish

Po pierwsze - nie znoszę poradników. Poradniki są dla cieniasów :)

Po drugie - książkę podsunęła mi Babcia Dzieci.

No, to teraz możecie sobie wyobrazić, z jakim niesamowitym entuzjazmem sięgnęłam po poradnik wychowywania rodzeństwa, napisany przez dwie Amerykanki, a podsunięty mi przez teściową w trosce o wychowanie jej wnuków.

Ale ponieważ został mi pożyczony na dwa dni, a Babcia Dzieci chciała po przeczytaniu o nim porozmawiać, więc nie miałam wyjścia. W innej sytuacji po prostu zarastałby kurzem gdzieś w kącie.

Po przeczytaniu:
nadal nie lubię poradników. Ale nie było aż tak źle.


Co mi się nie podobało:
na początku - wszystko. Potem starałam się przemóc uprzedzenia i niechęć do poradników.
Amerykańskie "wyrażanie uczuć" - mówiąc językiem tej książki, "widzę panią, która udziela mi dobrych rad i wzbudza to we mnie uczucie złości." Bliżej mi do jednego z cytowanych rodziców, który miał dość tego wiecznego ględzenia o uczuciach.
Coś, co mnie zawsze irytuje, czyli dorośli ludzie, którzy nie mogą przestać przeżywać sytuacji typu "bo 30 lat temu moja siostra miała ładne włosy a ja nie". Denerwuje mnie to zawsze i wszędzie, a tu jest tego sporo.

Co mi się podobało:
komiksowe scenki pokazujące "jak" i "jak nie" - reagować, rozwiązywać problemy, mówić.
To, że książka jest dostosowana do warunków polskich, tzn., że znalazły się w niej także relacje polskich rodziców, więc nie czytamy wyłącznie o Mike'u który gra w baseball ale i o Andrzeju, Hani, Jacku.
Relacje i dialogi z życia wzięte.

Jest parę tematów z którymi się kompletnie nie zgadzam, i parę uwag, które do mnie przemówiły, ale to ma być blog o książkach, nie o wychowywaniu dzieci, więc nie będę się tu szczegółowo rozwodzić. Parę oczywistych oczywistości i parę nowych rzeczy, całkiem ciekawych.

Co wyniosłam z lektury:
Spróbuję zastosować kilka praktycznych rad dotyczących bójek i awantur, i zobaczymy, co z tego wyniknie.

Reakcja Syna (lat 10):
Rodzeństwo bez rywalizacji... jak pomóc własnym dzieciom żyć w zgodzie... e, nie, z nami to się mamie nie uda.

Zobaczymy, może się uda.

Książka czyta się szybciutko, czasem bawi, czasem prowokuje do zastanowienia nad swoim postępowaniem. Chwilami okropnie denerwował mnie ton autorek, zwłaszcza gdy z delikatną satysfakcją opisywały jak ktoś z uczestników kursu zmieniał zdanie na jakiś temat.

Ogólnie pewnie warto przeczytać... jak ktoś lubi poradniki. I ma problem z dwójką tłukących się dzieci.

Kiedy oddałam książkę Babci Dzieci, ta pożyczyła mi kolejny tomik tych samych autorek: "Wyzwoleni rodzice, wyzwolone dzieci". Ale chyba na razie potrzebuję przerwy, bo kolejnego bombardowania dobrymi radami w tak krótkim czasie nie zniosę.

 
czwartek, 17 września 2009
książkowe wyrzuty sumienia
czyli notka zainspirowana jednym z komentarzy Agawy pod "Hohajem".

Chyba każdy ma takie wyrzuty sumienia. Książki, które Powinno Się Znać, książki należące do Kanonu, sławne, uznane a nieprzeczytane.

Nawet nie dlatego, że znudziły czy zmęczyły - ot, po prostu nigdy nie wpadły w ręce, nie było na nie czasu czy akurat miałam ochotę poczytać coś innego i odłożyłam na tzw. święty nigdy.

Moja lista wyrzutów sumienia:

1. Moby Dick! Tak, jestem jedyną anglistką na świecie, która nie przeczytała tej książki a nawet nigdy nie miała jej w ręku. Umiem znakomicie udawać że ją znam, znajdować nawiązania do niej i cytaty w takich dziełach jak np. Epoka Lodowcowa 3 i bez mrugnięcia okiem wygłaszać mądrości o białym wielorybie... co z tego, skoro i tak mam wyrzut sumienia i kompleks z racji nieznajomości Moby Dicka.

2. Czarodziejska Góra. Kiedy bylam dzieckiem, była czytana w radio. Nikt tam wtedy specjalnie nie zwracał uwagi, czego dziecko słucha bawiąc się w kącie. Jedyne co z niej pamiętam to jakiś krwotok (jako dziecko fascynowałam się krwotokami, książka w której ktokolwiek miał krwotok automatycznie musiała przyciągać moją uwagę). Podejrzewam jednak, że w książce chodziło o coś więcej niż tylko gruźlicę, więc wstyd.

3. Krystyna córka Lawransa (to właśnie z komentarza Agawy). W zasadzie nie wiem czy to powód do wstydu i kompleksów, ale ilekroć słyszę ten tytuł, czuję ukłucie wstydu. To samo dotyczy także nr:

4. Egipcjanin Sinuhe. W obu przypadkach nie mam nawet na tyle pojęcia, żeby móc udawać, że przeczytałam. W przypadku nr 4 nawet nie bardzo kojarzę dlaczego właściwie powinno się to przeczytać.

5. Czerwone i czarne. Umarłam z nudów już na początku. Miałam potem wrócić ale mi się nie chciało. Wstyd, wstyd, wstyd.

Wyrzutów sumienia jest oczywiście więcej. Prowokują do zadawania sobie pytań w stylu: czy ja w ogóle mam prawo myśleć o sobie jako o kimś oczytanym?

Pewnie każdy je ma. Nie będę rozpoczynać żadnej nowej zabawy bo dopiero co podałam dalej "kreatywny" łańcuszek, ale może i ktoś z czytelników się przyzna do swoich książkowych wyrzutów sumienia?
środa, 16 września 2009
Hohaj - Elisabeth Rynell


Znowu Skandynawia.

W zasadzie znowu to samo miejsce - północ Szwecji, wiosenne roztopy i maliny moroszki znane mi z "Muzyki pop z Vittuli".

Ale jakże inaczej.

Przedziwna książka. Przeczytałam ją jakoś tak przy okazji, w międzyczasie i z doskoku, bo oficjalnie cały czas czytam "Sounds of the River" Da Chena.

Tytułowy Hohaj to kraina gdzieś na północy Szwecji, pełna lasów i z rzadka rozrzuconych wiosek.
Aron - uciekinier z ponurą tajemnicą z przeszłości, znajduje nowy dom i pracę w jednym z gospodarstw. Ina - dziewczyna maltretowana i gwałcona przez ojca, z którym mieszka samotnie po śmierci matki. Nawiązuje się między nimi uczucie. Po latach na ślad tej historii natrafia oszalała z rozpaczy po śmierci ukochanego wdowa.

To w zasadzie tyle, jeśli chodzi o streszczenie. Bo największa, najbardziej istotna część tej opowieści rozgrywa się we wnętrzu. Prawie bez dialogów i bez akcji, bohaterowie odkrywają siebie nawzajem i siebie samych, swoje wspomnienia i to przed czym uciekają - wewnątrz siebie.

Nie dzieje się wiele ale to zupełnie inne niedzianie się niż męcząca stagnacja i brnięcie w "Przeklinam rzekę czasu".

Książka jest napisana zupełnie niesamowitym poetyckim językiem. Nie - poetyckim męczącym, pełnym piętrowych metafor i dziwacznych wyrazów. Jest prosta, liryczna, zaskakuje i trafia w samo sedno zdumiewająco skromnymi środkami. To jedna z tych książek, przy których wzdycham "chciałabym TAK pisać":
"Ina starała się na różne sposoby przechować obcego w swoim świecie, trzymać go przy życiu jak tarczę, ochronę. Albo jak płomyk na wietrze. Zadomowiła się w oczekiwaniu. Przestrzeń zamieszkiwana przez kobiety od niepamiętnych czasów." (str. 144)

To chyba istota Skandynawii i piszących Skandynawów. Prostota. Może wymusza to ten krajobraz, przyroda? Skały, konie, morze, łąka, las, drewniany dom, zadziwiająco skromne dekoracje do zadziwiająco uniwersalnych opowieści.

Kończy się źle. Ale to nie mogło się dobrze skończyć. Tylko jedno niedopowiedzenie nie daje mi spokoju - przeoczyłam? Nie zrozumiałam? Tylko nie mogę zdradzić co to, nie zdradzając zakończenia...
Ocena 10/10
wtorek, 15 września 2009
kreatywność
Zostałam zaproszona przez Mbmm

do zabawy.
Należy odpowiedzieć na 5 poniższych pytań i zaprosić kolejne osoby.

Co by było,...


1. gdyby ceny baryłek ropy i wody pitnej były identyczne?
super, nie byłoby więcej wojen o kontrolę nad ropą... albo posiadacze studni z wodą byliby milionerami :)

2. gdyby zwierzęta były inteligentniejsze niż ludzie?
cóż, mój kot właśnie wybierałby się do pracy a ja zwinięta w kłębek wylegiwałabym się obok miski pełnej pysznego jedzenia...

3. gdyby ludzie nie potrzebowali snu?
tyle można by jeszcze zrobić...

4. gdyby ludzie nosili swoje domy na plecach, niczym żółwie?
możnaby co noc spać w innym otoczeniu. Ale byłoby strasznie mało miejsca na rzeczy.

5. gdyby ludzie musieli spędzać co trzeci rok poza krajem swojego urodzenia?
świetnie znaliby wiele obcych języków i staliby się bardziej tolerancyjni.
A ja zapraszam do zabawy Anaman , Dededan  i Kota_kreskowego

sobota, 12 września 2009
Niedoczytane
Niedoczytana książka to albo ulga, albo porażka.

Czasami można się łudzić, że może, kiedyś, kiedy będzie więcej czasu, wtedy na pewno skończę.

Czasami rzucam z ulgą kiedy męczy i nudzi.

Mam sporą listę takich niedoczytanych, stoją na półkach porzucone i patrzą z wyrzutem: czytasz już trzecią, piątą, dwudziestą, a co ze mną?
Lód Dukaja bo za gruby i niemożliwie nudny.
Karpentaria bo nie chciała zainteresować i wciągnąć.
Nazywam się Czerwień Pamuka bo męcząca.
Białe zeszyty bo mnie wkurzyła narratorka.
I tak dalej.

No trudno. Niech sobie patrzą. Kiedyś, na emeryturze, przeczytam je wszystkie, bo nie będzie mnie stać na nowe lektury.

Odpadłam od Kwinkunksa przy trzecim podejściu. Tym razem po 130 stronach z nie wiem ilu, bo bałam się sprawdzić.

Teoretycznie lubię grube książki, ale grube w rozsądnym zakresie, takie na tydzień a nie na trzy miesiące. Powyżej pewnej ilości stron nie sposób nosić takiej książki na podwórko czy do autobusu, więc zostaje tylko czytanie w łóżku przed snem.

A poza tym na tych 130 stronach jakoś nie znalazłam haczyka, który pociągnąłby mnie dalej, kazał przewracać kolejne strony żeby koniecznie dowiedzieć się Jak To Się Skończy.

Trudno.

Kiedyś wreszcie zabiorę tego Kwinkunksa na wakacje, wakacje z dala od księgarń i bibliotek, jako jedyną książkę, i wtedy nie będzie wyjścia.

Ale na razie odkładam, bez wielkiego poczucia winy.
środa, 09 września 2009
Zanim umrę - Jenny Downham


Umieranie na raka to kicz.

Kultura masowa zrobiła z umierania na raka sentymentalny schemat. Prawie w każdym serialu, w każdym filmie z gatunku Okruchy Życia, przewija się gdzieś chuda postać w chusteczce na ogolonej głowie. Obowiązkowo dzielna, pogodzona z losem i bardziej optymistyczna niż wszyscy dookoła - jeśli ma umrzeć. Obowiązkowo wygłasza banały w rodzaju "dzięki chorobie narodziłam się na nowo, nauczyła mnie nowego spojrzenia na świat" - jeśli przeżyje. Albo pojawia się w tle jako przyczyna smutku tego przystojnego wdowca, duch zmarłej matki udzielający dobrych rad i tak dalej. Na koniec mamy nauczyć się doceniać każdy dzień życia i czerpać otuchę z jej historii. Błe.

Niedobrze się robi na samo hasło "bohaterka książki umiera na raka".

A tu jest jeszcze gorzej: na raka umiera 16-letnia dziewczyna. I ma listę rzeczy do zrobienia przed śmiercią. Niedobrze się robi już od razu na samym początku. Na myśl o tych nieuchronnych "drobnych radościach życia" i "cieszeniu się każdym dniem", których można się spodziewać.

Tylko dlaczego w końcu wcale nie zrobiło mi się niedobrze, a wręcz przeciwnie, nie mogłam się od tej książki oderwać?

Może dlatego że autorka nie popada w sentymentalizm. A może po prostu dlatego że to brytyjska książka, a nie amerykański film na "kanale Hallmarku".

Jest prosto do bólu. Czyta się szybko i bardzo łatwo. Proste zdania w czasie teraźniejszym, krótkie rozdziały opowiadają prostą historię. To idealna pierwsza lektura w oryginale dla czytelników niepewnych swojej znajomości angielskiego. Na ponad 300 stronach ledwie dwa słowa, po które musiałam sięgnąć do słownika.

Tessa ma 16 lat, i białaczkę. Leczenie zawiodło. Tessa wie, że umrze i sporządza listę rzeczy, które chce jeszcze zrobić. Od banalnych (poczuć świeży śnieg pod butami) przez buntownicze (złamać prawo, prowadzić auto bez prawa jazdy) po najważniejsze - kochać, być kochaną. Zostawić coś po sobie.

Wszyscy umieramy. Ale Tessa szybciej. Ma przed sobą kilka miesięcy, w których musi zmieścić to wszystko, na co zdrowi mają kilkadziesiąt lat. Całe dorastanie z buntem i głupimi błędami, całą dorosłość. Życie w trybie fast forward. Jednocześnie Tessa jest typową nastolatką - nieustannie wysyła smsy, kłóci się z koleżanką, buntuje się przeciwko ojcu, pragnie żeby matka wróciła, wścieka na chłopaka.

Jenny Downham udało się pokazać takie najzwyklejsze życie, łańcuch zwykłych wydarzeń i prostych spraw, znanych każdemu z nas, ale nagle zyskujących na znaczeniu kiedy w tle cały czas tkwi świadomość nieubłaganie zbliżającej się śmierci. Chwilami robi się ckliwo-sentymentalnie - nie wiem czy przy tym temacie da się tego w ogóle uniknąć - te wszystkie kwiaty jabłoni, skrzypienie śniegu pod stopami, powrót do nadmorskiego miasteczka z dziecięcych wakacji. Na szczęście prostota opowieści ratuje ją przed kiczem. Autorka nie unika też całej medycyny i fizjologii umierania - transfuzje, punkcje i krwotoki, bóle i omdlenia. Niedużo tego ale rysuje brutalne tło.

Na okładce napisane: "A book that will make you happy to be alive". Wydało mi się to dość okrutne, nie przepadam za ideą pocieszania się tym, że inni mają gorzej. Ale to prawda, tak ta książka działa. Tylko czy mamy się z czego cieszyć? Nam wszystkim tyka ten sam zegar co Tessie, tylko wolniej, więc przez większość czasu go nie słyszymy.

Happy endu nie ma. Tak, od razu zajrzałam na ostatnie strony, z głupią nadzieją że wszystko okaże się pomyłką i zobaczę tam trzydziestoletnią Tessę wspominającą wyjście z choroby. Nic z tego. Jest, jak na mój gust, ciut za dużo drobnych szczęśliwych zakończeń pobocznych wątków. Wszystko idzie jakby ciut za łatwo. Ale to jest podobno, tak w ogóle, powieść dla nastolatków, nie dla cynicznych dorosłych.

Na pewno warto przeczytać. Ale przyznam, że ekranizacji już bym nie zniosła :)

Ocena: 7/10
poniedziałek, 07 września 2009
Muzyka pop z Vittuli - Mikael Niemi


Mocna rzecz.

Kupiłam "Muzykę..." dawno temu, po jakiejś entuzjastycznej recenzji i... całkiem o niej zapomniałam. Teraz wygrzebałam przy okazji porządków.

Gdzieś ostatnio zauważyłam czyjąś wypowiedź, o tym, że dojrzewanie chłopców jest mniej ciekawe niż dojrzewanie dziewcząt. Ktoś, kto to napisał, powinien koniecznie sięgnąć po tę książkę, żeby zobaczyć jak bardzo się myli.

Muzyka pop z Vittuli to opowieść o dorastaniu. O dorastaniu na wsi, na dalekiej północy Szwecji, na pograniczu z Finlandią, w latach 60. Narrator wspomina:
"Byliśmy inni, odrobinę gorsi, odrobinę niewykształceni, odrobinę ubodzy duchem. Nie mieliśmy ani saren, ani jeży, ani słowików. Nie mieliśmy żadnych znanych osobistości." "Byliśmy nijacy. Nasi rodzice byli nijacy. W szwedzkiej historii nasi przodkowie znaczyli zero i nic. (...) Nasze rodzinne wioski były zbyt małe, by widać je było na mapach." (str.51)

W zasadzie nic ważnego się tu nie dzieje, pierwsza przyjaźń, pierwsza wysłuchana płyta rock'n'rollowa, uliczne bójki, pierwsze eksperymenty z alkoholem, seksem, zakładanie zespołu rockowego w szkole. Chłopackie dorastanie w brutalnym świecie mężczyzn rąbiących drwa, polujących, pijących na umór, hodujących zadawnione plemienne wendetty i urazy. W świecie, gdzie bijącemu ojcu synowie spuszczają lanie w śniegu pod sągami drew, a w saunie toczą się męskie pojedynki kto wytrzyma dłużej. Jest tu dużo brutalności, fizjologii, cielesności, potu, krwi lejącej się z rozbitych nosów, brzydkich zapachów. A mimo bólu i surowości tego swiata, widać wyraźnie, jak silna więź łączy narratora z tym miejscem.
"Korzenie, kultura, cholera wie, jak to nazwać, ale to było moje". (str. 188)

I jak to jest napisane! Soczyście, potoczyście, z humorem (warto sięgnąć choćby tylko dla opisu podziału spadku po babci). Niby surowo ale jednak językiem nadmiaru - potoczystych wyliczanek, sekwencji, opisów. Pijackie zawody, pierwsze występy naprędce skleconego zespołu, rodzinne kłótnie, wszystko jest opisane niesamowicie żywo, bez upiększeń i sentymentalizmu, z uśmiechem.

Bardzo "chłopacka" książka ale nie tylko dla chłopaków. I kolejny dowód na to, że skandynawscy pisarze mają w sobie "to Coś".

Ocena 9/10
czwartek, 03 września 2009
księgarnia amerykańska
to miejsce, z którego nie umiem wyjść z pustymi rękami.

Weszłam wczoraj tylko popatrzeć na nowości, a oto efekt tej wizyty:



Zaczynam podejrzewać że kwalifikuję się już do terapii uzależnień.

Recenzje wkrótce, jak wygrzebię się spod Kwinkunksa, którego mogę czytać tylko wieczorem, bo nie da się go włożyć do torebki i nosić ze sobą. Chyba że ktoś ma duuuużą torebkę :)
Tagi: stosik
09:01, mdl2
Link Komentarze (7) »
wtorek, 01 września 2009
Naciągacze - Eric Garcia


Czytadełko. Całkiem sympatyczne.

Kupione impulsowo w księgarni z podręcznikami w Wyszkowie (tak, choćby wyjazd trwał 6 dni, to ja i tak muszę w jego trakcie zrobić najazd na okoliczną księgarnię), bo było jedyną dostępną tam książką dla dorosłych poza Domem nad Rozlewiskiem.

Nie widziałam ekranizacji "Naciągaczy" ale książka wygląda na takie typowe amerykańskie czytadło napisane od razu z myślą o filmie. Historia dwóch drobnych oszustów, z których jeden - Roy - cierpi na nerwicę natręctw. Roy powoli powraca do formy pod wpływem poleconego przez wspólnika psychiatry. Kiedy jeszcze okaże się, że z nieudanego małżeństwa ma nigdy dotąd nie widzianą 14-letnią córkę, będzie się wydawało, że jest na najlepszej drodze do porzucenia przestępczego fachu.

Jednak nie wszystko jest takie proste. Sporo zwrotów akcji, kilka zgrabnych niespodzianek i nagle okazuje się że nie wiadomo, kto tu jest oszustem, a kto ofiarą. Zakończenie rzeczywiście zaskakuje.

Plusem są też szczegółowe opisy sztuczek, służących do wyciągania pieniędzy z niczego nie podejrzewających ofiar.

Powieść czyta się łatwo i szybko, i równie szybko potem zapomina. Doskonale spełniła swoje zadanie - wypełniła mi ostatni, deszczowy dzień urlopu sympatyczną, bezpretensjonalną rozrywką. Na wolną chwilę w sam raz.

Ocena 5/10

Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli