Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
poniedziałek, 27 września 2010
Twarzą w twarz. Moja droga do pierwszego pełnego przeszczepu twarzy - Maria Siemionow

W grudniu 2008 roku w USA wykonano pierwszy przeszczep twarzy u człowieka. Czytaliśmy o tym w gazetach, w Internecie. W tej niewielkiej objętościowo książce Maria Siemionow, polska chirurg, która kierowała zespołem operacyjnym, opowiada o drodze do tego sukcesu.

"Twarzą w twarz" to po części wspomnienia, a częściowo opowieść o historii i współczesnych problemach z dziedziny transplantologii, etyki medycznej i chirurgii. Maria Siemionow opowiada o swojej karierze, od czasów licealnych, przez wyczerpujące studia medyczne, staż w Finlandii i wreszcie zdobywanie pozycji zawodowej w Stanach Zjednoczonych. Dowiadujemy się, jak wiele ciężkiej pracy i przygotowań potrzeba, zanim można przeprowadzić nową, eksperymentalną operację, która zostanie opisana w mediach. Poznajemy pracę chirurga od rzadko oglądanej strony - wielogodzinnego stania przy stole operacyjnym, żmudnego łączenia drobniutkich naczyń i nerwów, wymagającego benedyktyńskiej cierpliwości, zmęczenia i dokładnych przygotowań.

Szkoda tylko, że ta książka jest taka krótka, zabrakło mi też bardziej wyczerpujących wyjaśnień i opisów "technicznych" związanych z samą operacją, chętnie dowiedziałabym się też czegoś więcej o dalszych losach pacjentki. W tej formie dostajemy niewiele więcej niż rozbudowany, raczej gazetowy tekst, który dość powierzchownie zahacza o pewne kwestie i ostatecznie nie zaspokaja rozbudzonego apetytu.

Na pewno jednak warto sięgnąć po tę lekturę - chociażby dlatego, że opisuje sukces Polki, sukces kobiety w piekielnie wymagającym zawodzie i w jednym z najlepszych ośrodków, a tego nigdy za wiele.

środa, 22 września 2010
Oczyszczenie - Sofi Oksanen

 

Czasami miejsca położone całkiem blisko okazują się najbardziej egzotyczne.

Do tej pory nie wiedziałam nic o Estonii. Wymieniana zawsze jednym tchem z Litwą i Łotwą, nie kojarzyła mi się z niczym poza komputeryzacją i jakimiś zdawkowymi wiadomościami z gazety. Mały kraj gdzie ludzie mówią w dziwacznym języku, jeden z wielu.

"Oczyszczenie" to moje pierwsze zetknięcie z tym krajem.

Estonia, 1992 rok. Aliide Truu, starsza kobieta, znajduje na swoim podwórku pobitą, obszarpaną dziewczynę. Mimo początkowych obaw zaprasza ją do domu, gdzie mieszka sama, i opiekuje się nią. Po pewnym czasie odkrywa, że łączy je coś więcej niż tylko to przypadkowe spotkanie.

Akcja rozgrywa się na wielu planach czasowych - w czasie wojny, w powojennej Estonii zajętej przez Związek Radziecki, i wreszcie na początku lat dziewięćdziesiątych. Z opowieści Aliide poznajemy historię kraju, doświadczonego przez wojnę i radziecką okupację. Mieszkańcy od lat mieszkają "na walizkach" szykując się do ucieczki przed kolejną wojną, do wywózki do łagrów, do następnej okupacji. Zara z kolei jest Rosjanką, która wyjechała na Zachód w poszukiwaniu lepszego życia, a zamiast tego trafiła w szpony handlarzy kobietami, od których próbuje uciec. Smutne, pokawałkowane losy mieszkańców kraju-molocha.

To też, a może przede wszystkim książka o kobietach. O tym, jak różne formy może przybierać przemoc wobec nich, jak mężczyźni łamią i maltretują kobiety - obojętne czy w celu wydobycia z nich zeznań czy zmuszenia do prostytucji. Ale i o tym, jak daleko kobiety ptrafią się posunąć w desperacji, chroniąc to, co kochają. O zdradzie, miłości i nienawiści między najbliższymi osobami, i o tym, jak polityka i historia niszczyły ludzi i rozrywały rodziny. Wreszcie o próbie odkupienia.

Jest tu trochę skandynawskiego nastroju, chwilami nasuwały mi się skojarzenia z Axelsson - handel kobietami, skomplikowane relacje sióstr. Jednak historyczny kontekst sprawia, że ta książka jest inna. Trudna i przygnębiająca, ale pozwala poznać i może choć trochę zrozumieć Estonię i jej mieszkańców. Na pewno warto ją przeczytać.

 

 

piątek, 10 września 2010
Słońce w słonecznikach - Dominika Stec

 

Jestem zła i zamierzam się wyżyć.

Bo z pozoru wygląda na to, że nie ma w Polsce przyzwoitej, sprawnie napisanej, ciekawej "literatury środka".

Jest kółeczko tzw. ambitne wzajemnej adoracji z różnych Lamp i Gazet Wyborczych, nad którym rozpływają się krytycy, ale czytać się tego nie da, z małymi wyjątkami. I jest pulpa kobieco-lekko-zabawna z najniższej półki, której też się czytać nie da. Nie ma książek, z którymi można po prostu miło i ciekawie spędzić wieczór, nie brnąc przez modne językowe zawiłości rozmaitych młodych obiecujących, kryjące fabularne pustki, ani nie zwijając się ze wstydu, że się czyta najgorszego sortu popłuczyny po Bridget Jones.

Te książki są, ale z dziwnych powodów nie są promowane. Może dlatego, że nie przynależą do żadnego wyrazistego i łatwo sprzedawalnego gatunku np. "kryminał retro", "zakochana w wampirze" albo "zabawny romans". Może dlatego, że ich autorzy nie należą do żadnej trendowej "warszawki", do żadnego "środowiska" literackiego, psychoterapeutycznego, genderowego, nie lansują się w mediach, nie wygłaszają nadętych farmazonów przy każdej możliwej okazji. Może dlatego, że nie rozdrapują własnej depresyjnej psychiki pod pozorem pisania powieści. A może dlatego, że najczęściej takie książki piszą kobiety?

Tak, czy owak, giną w masie "olśniewających debiutów", "wydarzeń literackich", modnych cykli dla nastolatków emo, "historii pisanych przez życie", dwudziestych piątych takich samych wyrobów z fabryk Murakamich, Schmittów i Coelhów i twórczości "literackiej" serialowych gwiazdek i modelek. A nie powinny.

Powieść Dominiki Stec wypatrzyłam na przysłowiowej już dolnej półce w osiedlowym Empiku. Zaciekawiła mnie okładka, kolaż czarno-białych zdjęć jak z rodzinnego albumu, i tytuł. Kupiłam "w ciemno" i znowu dobrze trafiłam.

"Słońce w słonecznikach" to opowieść o pewnej miłości, o tajemnicy z przeszłości i o mrocznych latach pięćdziesiątych. Teresa, siedemdziesięcioletnia wdowa mieszkająca w średniej wielkości przemysłowym mieście, przyjmuje pewnego dnia dziwnego gościa ze Szwecji. Nieznajomy prosi ją o zapoznanie się z pamiętnikiem jego dziadka...

Tajemniczy zeszyt pozwala Teresie przenieść się pamięcią do lata 1957 roku, kiedy to przeżyła pierwszą, szaloną miłość. Autorem zapisków jest stołeczny dziennikarz, przysłany tamtego lata do miasta w celu napisania reportażu o budowie nowej dzielnicy robotniczej. Ścieżki Teresy i Jerzego skrzyżowały się, choć ona sama wówczas nie była tego świadoma, zajęta pierwszą miłością do syna miejscowego kacyka partyjnego.

Autorka sprawnie prowadzi narrację, przeplatając zdarzenia z 1957 r., opisane w pamiętniku, z teraźniejszością. Wydarzenia sprzed lat, opisane na przemian z jej perspektywy i z punktu widzenia dziennikarza, nabierają głębi. Ten komunizm, po Październiku, pozornie nie jest już tak groźny i demoniczny jak w "Rewersie", ale tylko pozornie. A Teresa ze zdumieniem odkrywa, że wydarzenia tamtych czasów wcale jej nie oszczędziły, choć przez całe życie byla o tym przekonana.

Dodatkowym plusem jest nastrój tajemniczości - ale małej, kameralnej tajemniczości, podobnej do uczucia jakiego doznajemy przeglądając papiery nieżyjących dziadków. Skrytka w starym zegarze, mroczna stara kamienica przypominająca labirynt, który kryje w sobie liczne niespodzianki, pożółkłe kartki zeszytu - to wszystko odkrywamy razem z bohaterką, odsłaniając pomału kulisy intrygi, w którą zaangażowani byli wszyscy bohaterowie. Bardzo podobały mi się opisy miasta, w przeszłości i teraz.

Postacie opisano ciepło, z sympatią. Dominika Stec to kolejna autorka, która sprostała wyzwaniu, jakim jest opisanie starości - bez nadmiernie protekcjonalnego tonu, bez przesady, stworzyła bohaterkę, która jest prawdziwa i budzi sympatię.

Gdybym miała się czegoś czepiać, to zupełnie niepotrzebny wydaje mi się element nadprzyrodzony - za mało go tu, żeby miał odegrać jakąś poważniejszą rolę, a poza tym czasy komuny były wystarczająco straszne już bez bohatera o nadnaturalnych zdolnościach. Zresztą sama postać Jacka też jest dostatecznie przekonywająca i bez tego. Szkoda mi też tajemniczego Szweda, którego autorka tak brutalnie się pozbyła pod koniec.

Ale, podsumowując - "Słońce w słonecznikach" to kolejna już, porządna, ciekawa i sprawnie napisana polska powieść - może nie arcydzieło, ale na pewno warta tych kilku wieczorów. Takich polskich książek chcę więcej - dlaczego one, do cholery, nie leżą na stołach w Empiku, dlaczego nie pisze się o nich w prasie, dlaczego muszę ich szukać na dolnych półkach?

---

PS Inga Iwasiów stwierdziła w wywiadzie, że odkąd pisze powieści, trudno jej pisać teksty krytyczne o cudzych książkach. Po przeczytaniu tego zastanawiam się czy w ogóle pisarz ma prawo recenzować twórczość swoich "kolegów", czy da się to w ogóle zrobić i czy raczej nie powinnam się zamknąć w temacie cudzych książek? 

PS2 tak, dostałam się na studia podyplomowe, dziękuję Wam za kciuki i pozytywne fluidy :)

wtorek, 07 września 2010
Muzeum niewinności - Orhan Pamuk

Drugie podejście do Pamuka zakończyło się połowicznym sukcesem.

Połowicznym dlatego, że choć udało mi się "Muzeum niewinności" przeczytać do końca, to przyjemności z tego nie miałam żadnej.

Ta opasła i rozwlekła powieść na pewno jest przykladem idealnego dopasowania formy do treści. Czy mieliście kiedyś znajomego, który coś kolekcjonował? Albo znajomych, którzy z wakacji last minute w greckim hotelu przywieźli 1500 takich samych zdjęć i koniecznie musieli pokazać wam je wszystkie, opowiadając o każdym coś w rodzaju: "a tu, z przodu to taka pani Wiesia, która siedziała z nami na stołówce, i jej mąż Zygmunt, w tle taka Aśka z Wrocławia i jej trzyletni synek, a obok nasza pilotka, stoi tyłem bo akurat się obejrzała za tym Zenkiem, z którym piliśmy White Russian na basenie..."? Czy mieliście ochotę wrzasnąć "mam dosyć!" po kolejnym?

Tak? To czujecie klimat tej książki.

Myśl przewodnia jest taka, żeby poprzez zgromadzone w "Muzeum" przedmioty pokazać historię pewnego niespełnionego, obsesyjnego uczucia. Każdy przedmiot odpowiada pojedynczej arystotelesowskiej "chwili", a wszystkie razem składają się na całość opowieści. To drobiazgi - niedopałki, kolczyki, spinki do włosów, solniczki, łyżeczki - których jedyna wartość leży w tym, że przywołują wspomnienia chwil spędzonych z ukochaną.

Pomysł jest interesujący i nawet mi się spodobał. W końcu cóż innego robimy my, współcześni, pstrykając jak opętani komórkami i cyfrówkami, uwieczniając najpospolitsze chwile, jak nie dokładnie to samo?

Niestety, katalog przedmiotów i sama opowieść są tak suche i pedantyczne, jak to możliwe. Wyliczenia czasu spędzonego z ukochaną, co do dnia. Rozmowy z każdym znajomym zrelacjonowane rozwlekle i drobiazgowo. Daty, liczby (przy rozdziale zatytułowanym "cztery tysiące dwieście trzynaście niedopałków" byłam o włos od rzucenia książką o ścianę), przemyślenia schludnie ujęte w punkty. I tym sposobem o wielkiej, tragicznej miłości czytamy tak, jakbyśmy czytali raport finansowy przedsiębiorstwa produkującego na przykład sprężyny albo kartonowe pudła.

Ta forma niestety doskonale pasuje do treści. Kemal, biznesmen, który jako trzydziestolatek zakochał się w o 12 lat młodszej ubogiej kuzynce, podporządkowuje tej miłości całe swoje życie. Ponieważ ukochana wychodzi za mąż, spędza z nią czas w jedyny dozwolony sposób - na kolacjach w domu jej rodziców, a przy tym ukradkiem wynosi stamtąd przedmioty związane z obiektem miłości. Uczucie przyjmuje rozmiary odrażającej obsesji, przypomina bardziej "stalking" niż zakochanie, zwłaszcza gdy czyta się szczegółowe, aż niesmaczne w swym ekshibicjonizmie opisy wewnętrznych przeżyć narratora. Po tragicznym finale romansu Kemal poświęca resztę życia na stworzenie tytułowego muzeum.

Plusem są ciekawe opisy tureckiej kultury i obyczajowości przełomu lat 70/80 XX wieku, różnic społecznych, mentalności i zwyczajów, czasem zaskakująco staroświeckich jak na te czasy. Przypominają nam o odmienności kulturowej Turcji, którą niejako z rozpędu zwykliśmy zaliczać do krajów zeuropeizowanych. Podobał mi się też pewien zabieg formalny na końcu, który stwarza dystans między czytelnikiem a narratorem, ale nie będę go zdradzać - kto ciekawy (i wytrwały) sam się dowie.

Mimo to przebrnięcie przez tę 750-stronicową "cegłę" było mordęgą, i nie było to przyjemne zmęczenie. A w nagrodę mogę teraz tylko rzucić w rozmowie "Aaa, Pamuk, a, tak, przeczytałam!".

Może nie doceniam wielkości tej literatury, ale jeśli o mnie chodzi, dobra, czy wybitna książka nie powinna wyrobionego czytelnika zamęczać ani nudzić. Jeśli tak jest, to znaczy że wcale nie jest aż taka dobra, jak się nam wmawia. A to już druga książka tego autora, która zostawia podobne wrażenie - przy "Nazywam się czerwień" poddałam się po kilku rozdziałach.

---

Chyba zrezygnuję z ocen "cyferkowych", bo nie oddają wszystkiego.

Ocena opisowa, jak w I klasie SP: Nudne!

 

środa, 01 września 2010
Wokół śmierci - Gunnar Staalesen

Ta książka definitywnie kończy moją przygodę z kryminałami na jakiś czas. Teraz mam już pewność, że nie lubię gatunku - szkoda mi życia na sprawdzanie, czy któryś kolejny kryminał nie okaże się tym pierwszym naprawdę dobrym.

"Wokół śmierci" to książka dla fanów kryminału "czarnego" czyli takiego, gdzie zgorzkniały facet w średnim wieku, po rozwodzie, prowadzi śledztwo chociaż nikt go o to nie prosił, i odkrywa rzeczy, na które policja nie wpadła. Oraz dla zwolenników tzw. skandynawskiego tła społecznego. Zaczynam mieć wrażenie, że połowa Skandynawów krzywdzi dzieci, a druga połowa pracuje w opiece społecznej i je ratuje. Poza tym nic innego nie robią, chyba, że przypadkiem piszą książki o krzywdzeniu dzieci i opiece społecznej.

Akcja toczy się głownie w latach 70/80. Jańcio, syn narkomanki, od najmłodszych lat pozostaje pod kuratelą opieki społecznej. Mimo to nie omijają go tragiczne wydarzenia - najpierw ginie przybrany ojciec, a po kilkunastu latach chłopak zostaje oskarżony o morderstwo adopcyjnych rodziców. Śledztwo prowadzi były pracownik opieki, który wcześniej zajmował się Jańciem, a obecnie pracuje jako prywatny detektyw. Tropy prowadzą do afery przemytniczej sprzed lat, pewną rolę odegra też zagadkowe morderstwo sprzed ponad stulecia.

Brzmi całkiem ciekawie, prawda? Tym większe rozczarowanie, bo książka jest po prostu nudna i nijaka, przynajmniej dla mnie, i przyznam się że odłożyłam ją na kilkadziesiąt stron przed końcem, bo wcale mnie nie ciekawiło, co będzie dalej. Zanudzić czytelnika, to chyba największy grzech kryminału...

Akcja się wlecze, wątek przemytniczy jest wybitnie nieciekawy, bohater nie ma w sobie nic, co pozwoliłoby go polubić. Co najgorsze, nie znalazłam tu nawet cienia słynnego "skandynawskiego klimatu", czyli tego Czegoś, co sprawia, że czytając książki tamtejszych autorów niemal czujemy zimno, wiatr i lodowatą pustkę. Jest to tym bardziej frustrujące, że ciemna, depresyjna okładka taki klimat sugeruje.

Nie doczytałam do końca, więc oceny nie będzie, możliwe że na tych ostatnich kilkudziesięciu stronach ukryły się fajerwerki, szybka akcja, ponure skandynawskie pustkowia i głęboka psychologia - kto ma chęć i wolne parę dni, niech sam sprawdzi, mnie się już nie chce.

I to jest koniec, definitywny koniec czytania przeze mnie kryminałów ze szczególnym uwzględnieniem kryminałów skandynawskich. Być może zrobię wyjątek dla kolejnego Theorina i dla koleżanek Literatek, które tworzą w tym gatunku... ale raczej nieprędko.

Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli