Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
czwartek, 27 września 2012
Maszyna różnicowa - William Gibson, Bruce Sterling

Nie ma nic lepszego niż dobra fantastyka na oderwanie się od jesiennych smutków i kieratu. "Maszyna różnicowa" to już klasyka gatunku i kamień węgielny steampunku, a dla mnie - lekki wyrzut sumienia, bo jakoś mi w moich dotychczasowych fascynacjach fantastycznych umknęła. Kiedy więc zobaczyłam nowe, ładne wydanie w empikowej promocji fantastyki, kupiłam, nie zastanawiając się długo.

Dobrze zrobiłam, bo lektura to fascynująca, choć miejscami trudna. Dlaczego trudna - o tym za chwilę.

Panowie Gibson i Sterling wyszli od prostej koncepcji - co by się wydarzyło, gdyby nowoczesność przyszła wcześniej, w epoce wiktoriańskiej? Nowoczesność na miarę ówczesnych możliwości technicznych, napędzana parą i węglem, ale z takimi wynalazkami jak komputery?

Pomysł wbrew pozorom, nie jest zupełnie wyssany z palca. Tytułowa Maszyna Różnicowa została rzeczywiście zaprojektowana w pierwszej połowie XIX wieku przez Charlesa Babbage'a. To trochę tak, jak z samolotem Leonarda Da Vinci - wynalazek pojawił się przedwcześnie, przed rozwojem odpowiednich technologii, nie trafił w odpowiedni moment, zabrakło więc środków i woli żeby go rozwijać i urzeczywistnić, pozostały po nim projekty i program napisany dla kolejnej, bardziej zaawansowanej maszyny przez córkę lorda Byrona, Adę Lovelace. Ale, może, w innej sytuacji politycznej i społecznej...?

I tu zaczyna się historia alternatywna pisana przez autorów. Anglia połowy XIX wieku różni się od tej, którą znamy z lekcji historii pewnymi bardzo istotnymi szczegółami. Rządzą tzw. radykałowie - technokraci, naukowcy, zwolennicy postępu. Na czele rządu stoi... lord Byron, a nad prawem i porządkiem czuwają rozmaite mniej i bardziej tajne służby wspierane przez "skomputeryzowane" systemy gromadzenia i analizy danych statystycznych. Na tym tle rozgrywa się kryminalno-szpiegowska intryga, która jednak blednie przy niesamowitym fantastycznym świecie i wydaje się zaledwie pretekstem.

Autorzy nie ograniczyli się do grzebania w przeszłości Anglii, pokusili się oprócz tego o stworzenie alternatywnej historii Stanów Zjednoczonych. I tu zaczyna się lektura "trudna", bo, o ile nieźle orientuję się w wiktoriańskiej Anglii, postaciach i odkryciach naukowych epoki, to historię USA znam wyrywkowo. Dlatego czytałam z bolesną świadomością, że coś tracę, coś mi umyka, pewnych smaczków nie jestem w stanie dostrzec ani odpowiednio docenić bo zabrakło mi wiedzy o tym, jak to było naprawdę.

Na szczęście cała akcja rozgrywa się w Londynie, w przedziwnym świecie będącym mieszanką nowoczesności i staroświecczyzny. Londym dręczony jest plagą tajemniczego Fetoru (coś w rodzaju słynnej londyńskiej mgły doprowadzonej do groźnej skrajności), i wybuchającymi zamieszkami. W tym wszystkim przemykają się szpiedzy, uczeni, dyplomaci i "dziurkacze" usiłujący zdobyć, odzyskać, przechwycić pewien przedmiot. Najbardziej jednak urzekały mnie opisy - wiązki kabli w owijaczach z burgundowego jedwabiu itp. absurdalne detale, całkiem logiczne w kontekście epoki, i znane nam wynalazki w odmiennych wcieleniach, wynikających z innej technologii - np. kinotropy, samochody na parę, metro pneumatyczne. To lubię w steampunku - łączenie tego, co oswojone latami czytania powieści wiktoriańskich z elementami fantastycznymi, i powstające z tego połączenia malownicze, dziwne światy alternatywne, niby znajome ale jednak zaskakujące. Dla samej przyjemności wejścia w ten świat - warto.

Wiem, że recenzowanie fantastyki to zawsze ryzyko, bowiem wielbiciele fantastyki są ostatnim już chyba, ginącym gatunkiem czytelników, którzy autentycznie dyskutują, spierają się, żyją tym, co przeczytali, wytykają błędy, znają na wyrywki bibliografie autorów, nie poprzestają na grzecznościowych komentarzach i zdawkowym "mi też się podobało". A ja już od ładnych paru lat sięgam po fantastykę sporadycznie, tylko wtedy, kiedy coś mnie zaciekawi, więc za znawczynię już od dawna nie mogę się uważać. Na koniec powiem więc tylko, że "Maszyna różnicowa" może zaciekawić nie tylko wielbicieli gatunku, ale i miłośników XIX-wiecznej Anglii, którzy na pewno znajdą tam coś dla siebie.

 

 

niedziela, 16 września 2012
Wytwórnia wód gazowanych - Dorota Combrzyńska-Nogala

Trafić zupełnie przypadkiem na naprawdę dobrą polską książkę - bezcenne.

Odkąd znam osobiście i wirtualnie rozmaite młode i starsze polskie pisarki, coraz mniej chętnie czytam książki polskich autorek. Książki znajomych czyta się niejako pod presją, z gorącym, niecierpliwym oddechem autora na karku i (nierzadko) z tłumem jego fanek uzbrojonym w widły na horyzoncie. Zwłaszcza od czasu, kiedy dwie pisarki rozpętały wojenkę z blogerami, którzy ośmielili się skrytykować ich dzieła. Również pod presją osóbek z misją, członkiń straży dobrego nastroju, które pilnują, żeby nikt nikomu najlżejszej przykrości nie zrobił, a każdą krytykę będą zaraz szerszej publiczności i samemu autorowi krytyki objaśniać: tak naprawdę to ci się przecież podobało, no przecież MUSIAŁO, tylko może okładka nie taka, albo druczek za drobny?

No więc czytanie polskich autorek - znanych z życia, fejsbuka i z profili innych autorek na fejsie przestało być ostatnio miłe i zabawne, bo dusi i ogranicza, przestrzeń możliwości skurczyła się do: pochwalisz bez zastrzeżeń, zamkniesz się, albo zgodzisz się na uwagi obrażonej paniusi zarzucającej ci brak kultury osobistej.

Sięgam więc z pewną taką nieśmiałością i dużo chętniej po powieści nieznajomych, powieści znajomych dla porządku kupuję i patrzę na nie z obawą tygodniami.


Dość przydługich wstępów. Powieść Doroty Combrzyńskiej-Nogala kupiłam ze względu na okładkę, świetną, graficzną, utrzymaną w stylu lat 40 czy wczesnych 50, i najważniejsze - bez kwiatków, domków i słońca zachodzącego nad landszafcikiem. Zajrzałam do środka, a tam pojawiła się postać seniorki rodu zwanej Babką - i przepadłam. Do tej pory myślałam, że ja jedna miałam Babkę zamiast Babci. Przepadłam na dobre, na prawie 500 stron.

Bo "Wytwórnia wód gazowanych" to rasowa, pełnokrwista saga, z komplikacjami, tajemnicą i rewelacyjnymi, żywymi postaciami, ze szczyptą realizmu magicznego (ale tylko odrobiną, do smaku). Saga, której bliżej chyba do "Piaskowej Góry" niż do rozmaitych "Cukierni...", z nieuniknionymi przepisami na jedzenie ale bez lukru, ckliwości i sentymentu.

Historia obejmuje 100 lat - czyli całe życie wiekowej Eleonory. Od narodzin w rodzinie kowala, od magicznych znaków przy chrzcinach, poprzez dwie wojny, rzeczywistość powojenną aż do dzisiaj.  Eleonora, Lena, Babka zawsze twardo stąpała po ziemi, relacje z innymi układała sobie jak najkorzystniej dla siebie, imała się różnych zajęć. Po wojnie, z pomocą Jakuba Bluma, Żyda ocalałego z obozu, uruchomiła w podłódzkim miasteczku przedwojenną wytwórnię wód gazowanych, bo według niej, każdy powinien, choć przez krótki czas, mieć coś swojego. Prowadziła gospodę, działała w Lidze Kobiet, przeżyła większość życia z mężem - ukochanym artystą i beznadziejnym pijakiem, przygarnęła pod dach starszą siostrę pokiereszowaną powojennymi przeżyciami. Manipulowała życiem innych bez żadnych skrupułów, ale przy tym przez dziesięciolecia dochowała jednej, niezwykle ważnej tajemnicy, która ją ostatecznie zabiła.

Eleonora jest przykładem kobiety z tego jedynego pokolenia, które miało szansę dożyć setki, zahartowanego przed wojną. Kobiety odważnej, przedsiębiorczej, pragmatycznej, seniorki rodu, która cementuje rodzinę i rządzi nią aż do śmierci, która poradzi sobie w każdej sytuacji. Takie były - moja prababcia, prababcia mojego Męża, moja jeszcze żyjąca ukochana Ciotka Zosia.

Autorka nie opowiada wszystkiego po kolei. Życie Eleonory poznajemy po trochu, z narracji, z rodzinnych opowieści i historii zmieniających się przy każdym opowiadaniu - bo Babka ma talent do ubarwiania prawdy. Poznajemy je tak, jak mogły je poznać wnuczki, a zwłaszcza ta najważniejsza, Sara, którą poznajemy jako dziwne, uparte dziecko, a później niezależną, dociekliwą kobietę. I na koniec to Lena decyduje, ile wnuczki się o niej (i o sobie przy okazji) dowiedzą.

Każda rodzina ma swoje opowieści, które różnią się w zależności od tego, kto i kiedy opowiada, ale u podstaw pozostają niezmienne. Opowieści błahe, jak ta o bucikach Sary, opowieści ukryte w przepisach na najlepsze konfitury z truskawek ciotki Amelii i - czasami - opowieści nieopowiadane nigdy, bowiem od nich zależało czyjeś życie.

Autorka kapitalnie pokazała rolę tych opowieści. Przy tym jest to saga rodzinna z tajemnicą, ale nie jedna z tych książek, które się niecierpliwie przebiega wzrokiem, byleby wreszcie dowiedzieć się, co i jak. Trzeba zgodzić się na narzucone reguły gry, na opowieść urwaną w najciekawszym momencie, pogodzić się z tym, że być może nigdy się nie dowiemy (jak w życiu...). Wiadomo mniej więcej, gdzie ta tajemnica może się kryć, z niedopowiedzeń, wzmianek i uciętych w połowie historii, ale trzeba być cierpliwym.

Dodatkowo zafascynowali mnie bohaterowie - wyraziści, żywi, doskonale opisani. Sara jako dziecko, ze swoim uporem, tajemnicza i niepiśmienna ciotka Amelia, nawet drugoplanowi sąsiedzi, sklepikarze, znajomi - wszyscy żyją. Pojawiają się i znikają, jak to w życiu bywa. Żyje też sceneria, małe miasteczka powojenne ocalone od zapomnienia. Dużo tu o pamięci, o tym, jak się zmienia z biegiem lat, jaką rolę odgrywa w życiu jednostek i rodziny.

Na koniec, żeby nie rozpływać się zupełnie w pochwałach - książkę okropnie zepsuł korektor i redakcja. W drugiej połowie zaczęły mi się rzucać w oczy błędy, literówki, niedoróbki. Podobno znak czasów, ale tak naprawdę to chyba po prostu wstyd i hańba (o ile to słowo jeszcze coś znaczy poza telewizorem...) polskich wydawców. Nie widziałam w brytyjskiej książce literówki ani błędu, a u nich kryzys podobno ten sam, co u nas. To jest nasze, specjalne, polskie niechlujstwo, nasze oszczędzanie na tym, co najważniejsze, nasza bylejakość, nasze aby było, byle szybciej, byle taniej, i tak nikt nie zauważy. Szkoda, bo książka jest doskonale napisana. Autorce szczerze zazdroszczę talentu i życzę zmiany wydawcy na takiego, który nie poskąpi czasu i pieniędzy na ostateczną obróbkę tekstu. A ja tymczasem udam się na poszukiwanie poprzednich powieści Autorki.

 

Tagi: Polska saga
10:31, mdl2
Link Komentarze (9) »
sobota, 15 września 2012
Zanim dopadnie nas czas (A Visit from the Goon Squad) - Jennifer Egan

Z braku czasu na czytanie (podczas urlopu praca czaiła się gdzieś w kąciku, żeby zaraz po powrocie zasypać mnie gigantyczną stertą papieru, i naprawdę po całym dniu przedzierania się przez instrukcję obsługi centrali telefonicznej ostatnim, na co mam ochotę, jest patrzenie na kolejne literki druku...) będzie odkurzona notka, która mi się w lipcu gdzieś zapodziała w edytowanych wpisach. A szkoda byłoby ją całkiem zgubić, bo książka dobra.


Pierwsza część wakacji upłynęła mi pod znakiem dobrej powieści amerykańskiej. Wyróżniona nagrodą Pulitzera powieść Jennifer Egan nie rozczarowała, a wręcz przeciwnie - pozwoliła mi jeszcze chwilę pozostać na poziomie "czegoś więcej niż czytanie książki".

"Zanim dopadnie nas czas" to opowieść o pewnym pokoleniu, o ludziach, którzy wchodzili w dorosłość w latach 80. XX wieku - i o zmianach jakie zachodzą wokół nas. Historia skupiona jest wokół producenta muzycznego Benniego Salazara i jego asystentki Sashy, ale nie ma tu wyraźnego podziału na bohaterów głównych i drugoplanowych, bo autorka stworzyła coś w rodzaju puzzli. Każdy rozdział napisany jest z perspektywy kogoś innego, bez zachowania chronologii - po przeczytaniu o kryzysie wieku średniego Benniego możemy nagle znaleźć się w latach 70., na afrykańskim safari, żeby za chwilę wrócić do mniej więcej współczesnego Nowego Jorku i skoczyć do przyszłości.

Fragmenty opowiadają o wydarzeniach przełomowych i niezbyt znaczących, które zebrane w całość pokazują, jak splatają się i rozplatają ludzkie historie, jak pozornie oddalone osoby wywierają wpływ na czyjeś życie. Trzebaby w tym miejscu napisać, że "z mozaiki wyłania się obraz" - ale nie wyłania się, wyłaniają się fragmenty obrazu, może bardzo istotne a może drugoplanowe. Narracja zmienia się z każdym kolejnym bohaterem, a jeden z rozdziałów ma nawet formę prezentacji w programie Power Point - co zresztą ma swój cel, jeśli wziąć pod uwagę, że akurat w tym fragmencie wypowiada się osoba z takimi a nie innymi zaburzeniami. Cała ta fragmentaryczna, pokawałkowana struktura odzwierciedla życie w naszej epoce, płynnej, chaotycznej, w której jesteśmy narażeni na atak nieustannego strumienia przeróżnych informacji i siłą rzeczy nie ogarniamy wszystkiego. Można się temu opierać, można płynąć z nurtem, można szukać swojej niszy, ale nie da się przed tym zupełnie uciec.

Końcówka z kolei przypominała mi trochę Shteyngarta i jego wizję "pokolenia smartfona" i tak samo nie napawała optymizmem.


Tylko, że... z perspektywy paru tygodni po lekturze nie opuszcza mnie wrażenie, że ta książka jest w jakiś sposób dobra, ale wtórna, że w zasadzie "już to kiedyś czytałam" i "już kiedyś mi to powiedziano". Idealnie gładko, zbyt gładko wpada do szuflady z napisem "inteligentna powieść amerykańska". Co nie zmienia faktu, że jest to książka dobra i warta uwagi.

 

 

niedziela, 02 września 2012
Blackout + All Clear - Connie Willis

To prawdopodobnie będzie moja prywatna książka roku 2012, niezależnie od Franzenów, Steinbecków i tym podobnych. Dlaczego? Ano dlatego, że przypomniała mi, jak to jest czytać do 3 w nocy, żeby wiedzieć co będzie dalej, popadać w rozpacz kiedy okazuje się, że gdzieś tam daleko jest upragniona druga część i żałować, że się już kończy.

"Blackout" i "All Clear" to, według mojej wiedzy, trzecia powieściowa część cyklu o podróżach w czasie, stanowiąca luźne rozwinięcie wyróżnionego nagrodą Hugo opowiadania "Praktyka dyplomowa" (Fire Watch, 1982).  Jest rok 2060, wyprawy w przeszłość stały się rutynowym elementem programu studiów historycznych w Oksfordzie. Pan Dunworthy z pomocą znanych z wcześniejszych części Badriego i Linny wysyła studentów do ważnych momentów w dziejach. Tym razem troje z nich wyrusza do czasów II wojny światowej: Michael Davies ma obserwować ewakuację brytyjskich żołnierzy z Dunkierki w ramach większego projektu obserwacji bohaterów wojennych, Merope, pod przybranym imieniem Eileen, w podmiejskiej posiadłości obserwuje ewakuację dzieci z bombardowanego Londynu, zaś Polly, po wykonaniu zadania w 1944 roku (obserwacja niemieckich ataków rakietowych i praca w służbach pielęgniarskich) cofa się do roku 1940, żeby obserwować naloty na Londyn.

Coś jednak poszło źle. Studenci trafiają do wybranych miejsc ze sporym poślizgiem, po czym okazuje się, że powrót do ich teraźniejszości nie będzie łatwy. Jedyna nadzieja w tym, że Oksford zorientuje się w sytuacji i wyśle brygadę ratunkową. Co jednak się stanie, jeśli obecność trojga bohaterów zmieniła historię prowadząc do dramatycznych konsekwencji? Czy w tej rzeczywistości Hitler przegra wojnę? Czy Oksford roku 2060, taki, jakim znają go bohaterowie, w ogóle zaistnieje? Czy to możliwe, że wbrew wszelkim przewidywaniom, podróżnicy mogą zmieniać przeszłe wydarzenia?

Przez ponad tysiąc stron w sumie razem obserwujemy wysiłki trojga bohaterów uwięzionych w Londynie podczas niemieckich nalotów, na zmianę z migawkami z innych, późniejszych historycznie zadań. Michael, Eileen i Polly usiłują za wszelką cenę znaleźć wyjście z rozpaczliwej sytuacji, z obserwatorów stając się uczestnikami wydarzeń. We wszystkich działaniach stale towarzyszy im rodzeństwo uliczników z East Endu, dzieci, które znają każdy zaułek miasta i radzą sobie w każdych okolicznościach (a przy tym są źródłem nieustannych kłopotów i stanowią tak potrzebny element komiczny, choć pod koniec okaże się, że ich rola w tej historii była o wiele bardziej skomplikowana).

I tu kończy się fantastyka, a zaczyna epicka, niesamowicie szczegółowa i realistyczna powieść historyczna. Autorka przedstawia bowiem niesłychanie żywy, dopracowany w najmniejszym detalu obraz wybranych okresów II wojny światowej w Anglii. Naloty, utrudnienia w życiu codziennym, zupełnie niesamowita mobilizacja społeczna do "dokładania swojej cegiełki" (tak bym na szybko przetłumaczyła wszechobecne "doing our bit") do wysiłku wojennego, organizacja dziesiątek różnych służb, szczegóły życia codziennego - od kocy i koszyków piknikowych na stacjach metra zamienionych w schrony po utyskiwania sanitariuszek narażających życie każdego dnia na brak przyzwoitej sukienki na tańce. Dodatkowo mnóstwo szczegółów na temat operacji wywiadowczej "Ultra" w Bletchley Park pod kierownictwem m.in. Alana Turinga (rok temu w Londynie bardzo chciałam kupić sobie książkę o Bletchley Park, teraz żałuję, że tego nie zrobiłam, ale, oczywiście, zamierzam to naprawić przy najbliższej okazji) i o przygotowaniach do inwazji mających zmylić Niemców.

Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że będę czytać książkę o wojnie z wypiekami na twarzy, popukałabym się w czoło. A jednak - opisana rzeczywistość jest tak żywa, że nie sposób w nią nie wejść, nie uczestniczyć, nie przejąć się. Największe wrażenie robią drobne ale bardzo istotne szczegóły - na przykład to, że na stacjach metra zamienionych w schrony działały... wypożyczalnie książek i gazet. A bohaterami wojny okazują się nie tylko żołnierze, ale wszyscy, od sprzedawczyni w domu towarowym, po starego aktora wystawiającego amatorskie przedstawienia w schronach.

Można oczywiście zarzucić autorce, że na tle okupowanej Warszawy Londyn "wypada blado" (z jednej z polskich recenzji blogowych), ale moim zdaniem zarzut jest naiwny - każdy z krajów zmagał się z odmiennymi problemami podczas wojny, i dobrze jest czasem spojrzeć poza własny pępek i dostrzec, że nie byliśmy jedynym krajem poszkodowanym przez Hitlera, i, że nie tylko w Warszawie niewinni ludzie ginęli pod gruzami a młodziutkie sanitariuszki bohatersko narażały życie pod ostrzałem rakietowym.

Miejscami, zwłaszcza gdy bohaterowie podejmują próby skontaktowania się z innymi historykami odwiedzającymi epokę, lektura przypomina zły sen - z gatunku tych, gdzie usiłujemy gdzieś dojść, zdążyć na czas, a wszystkie okoliczności sprzysięgają się, żeby nam to utrudnić. Przez cały czas towarzyszy nam też świadomość zagrożenia - i ze strony działań wojennych i bezlitosnych reguł podróży w czasie, które nie dopuszczają dwukrotnego przebywania jednej osoby w tym samym momencie i zapobiegają zmianom historii (ale czy na pewno?). Czasami od ustalania, kto gdzie był wcześniej czy później, i w którą stronę jest to "wcześniej" - może zakręcić się w głowie. Jednak, przynajmniej dla takiego laika jak ja wszystko to wydaje się spójne i uzasadnione.

Całość składa się na pasjonującą, wielowątkową, skomplikowaną powieść fantastyczno-historyczną, która wciąga od pierwszej do ostatniej strony. Tylko nie zróbcie tego błędu co ja - kupcie oba tomy jednocześnie, bo czekanie tydzień na drugi po skończeniu pierwszego jest dość wyrafinowaną torturą :) Wolę sobie nie wyobrażać, jak czuli się ci, którzy czytali "Blackout" zaraz po wydaniu, zmuszeni później do czekania kilka miesięcy na ukazanie się "All Clear"... :)

 

sobota, 01 września 2012
Raven Black (Czerń kruka) - Ann Cleeves

Tak jakoś wyszło, że najlepszą (i jedyną, którą mogę zupełnie spokojnie polecić) książką przeczytaną przeze mnie na urlopie okazał się kryminał.

Napisałam już pewnie ze sto razy, że kryminałów nie lubię - ani tych klasycznych starych, ani tych nowych, które udają, że wcale nie są kryminałami tylko zupełnie poważną literaturą, najchętniej przez duże "L".

Nie lubię, bo są z definicji takie same. Są dla ludzi którzy "lubią te piosenki, które już znają". Czegokolwiek by autor tam nie wsadził, jakich problemów społecznych, zagadnień obyczajowych, zabawnych, tajemniczych, dziwnych, mrocznych postaci i zdarzeń, ostatecznie zawsze ktoś kogoś zabił a ktoś inny musi znaleźć mordercę, a na koniec okazuje się, że zabił ktoś, kogo wcale nie podejrzewaliśmy. I finito, reszta to kosmetyczne szczegóły i "współczynnik wciągalności" uzależniony od talentu autora. Plus, czasem, tzw. klimat, który okazuje się na koniec ważniejszy od "kto zabił".

Powieść Ann Cleeves, pierwsza z cyklu szetlandzkiego, wyróżnia się właśnie głównie klimatem (chociaż przeglądając rekomandacje na Amazonie podejrzewam, że znowu istnieje cały podgatunek książek o morderstwach na zimnych wyspach północnego Atlantyku...). Szetlandy zimą są monochromatyczne, dominuje biel śniegu i tytułowa czerń kruka, jedyną plamą koloru bywa czerwony szalik na przyprószonych śniegiem zwłokach nastolatki...

Zwłoki znajduje przypadkowo samotna matka małej dziewczynki. Ponieważ kilka lat wcześniej na wyspie zaginęła inna dziewczyna, oczy całej społeczności zwracają się na miejscowego dziwaka, słabego na umyśle Magnusa. Ale przecież nic nie może być oczywiste.

Autorka doskonale opisuje niewielką, zamkniętą, odizolowaną od świata społeczność, która chroni swoje tajemnice i broni dostępu nowoprzybyłym. Społeczność, w której wszyscy wszystkich znają i niewiele da się ukryć przed innymi, a na pozbycie się stausu "obcego" potrzeba co najmniej wielu lat, jeśli nie pokoleń. Ale też jest to społeczność, która potrafi i "swoich" wyrzucić poza nawias - tylko, że niekoniecznie ujawnia to ludziom z zewnątrz.

Dużą zaletą książki jest też tło obyczajowe. Życie na Szetlandach różni się od życia na lądzie, tempo jest wolniejsze, a atmosfera małego miasteczka, gdzie każdy zna każdego, wpływa na sposób życia. Bardzo podobały mi się też rozsiane po książce informacje na temat robienia na drutach - mieszkańcy tych regionów słyną ze swych dzianin, a jeden ze stylów wzorów żakardowych nosi nazwę Fair Isle, od jednej z wysp (na zdjęciu obok). Wzmianki o stylach i technikach (matka z drutem noszonym na stałe w pasku od domowej sukni) są co prawda oszczędne, ale bardzo interesujące.

Ponure, klimatyczne dekoracje, bogate tło obyczajowe, sprawnie poprowadzona akcja, zmiany punktów widzenia z perspektywy różnych postaci - gwarantują wciągającą lekturę. Co nie znaczy, że rzucę się na kolejne części cyklu - aż tak to nie - ale przeczytałam z przyjemnością.

 

Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli