Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
piątek, 30 października 2009
Córeczka - Alice Sebold


Relacja z piekła.

Zaczyna się od trzęsienia ziemi, już od pierwszego zdania: "Kiedy wszystko zostało powiedziane i zrobione, zabicie matki wydaje się proste."

Helen Knightly zabija swoją matkę - osiemdziesięcioośmioletnią staruszkę cierpiącą na demencję. A później mamy opowieść o kolejnych kilku dniach po tym zabójstwie, przeplataną wspomnieniami z piekła, jakim było dorastanie Helen. Piekło zgotowała jej matka - toksyczna do granic możliwości, chora psychicznie, terroryzująca i maltretująca psychicznie swoje dziecko i męża.

Potworna książka - jedna z tych, których czytanie prawie fizycznie boli, ale jednocześnie nie pozwalają się oderwać. Trochę jak paskudny wypadek samochodowy, kiedy nie można przestać patrzeć na trupa.

A przecież nie spodziewałam się wiele - poprzednia powieść Alice Sebold, "Nostalgia anioła", wydała mi się nieco ckliwa w tym charakterystycznym amerykańskim stylu "Okruchów życia". Na pewno nie spodziewałam się czegoś takiego - analizy trudnej i toksycznej relacji między matką a córką, i skutków jakie ona niesie dla dalszego życia kolejnych pokoleń, wnikliwej rekonstrukcji domowego piekła, celnych obserwacji społeczności osiedla na przedmieściach.
To też książka o "łańcuchu wydarzeń" - jak określa to sama bohaterka/narratorka. O tym, jak jedne drobiazgi prowadzą do kolejnych, zmieniając się w kulę śnieżną, której nie sposób zatrzymać. O tym, jak łatwe i banalnie proste jest zabicie kogoś, kogo się kocha i nienawidzi zarazem, jak może się zdarzyć przez przypadkowy impuls, zwalniający tamę nienawiści. O samotności starzejącej się kobiety, wykonującej upokarzającą pracę modelki pozującej do aktów na wydziale sztuki, kobiety, którą najsilniejsza więź łączy z osobą, której najbardziej na świecie nienawidzi. Relacja narratorki jest trochę beznamiętna, a na pewno nie ma w niej ani śladu ckliwości. Są wiarygodne i poruszające emocje, nie ma taniego roztkliwiania się, nawet kiedy Helen opisuje najgorsze wydarzenia dzieciństwa.

Po pierwszym szoku złapałam się na tym, że kibicuję Helen i życzę jej, żeby udało się jej uniknąć kary. Zakończenie, jeśli o to chodzi, jest otwarte, ważne jest to, co dokonuje się w psychice Helen.

Dawno nie czytałam książki, która by mnie tak przykuła i wstrząsnęła mną - tym razem blurb z okładki nie przesadza.

Dla wydawcy i tłumacza minus - wyłapałam dwie paskudne niedoróbki tłumacza, nawet nie błędy, ale lenistwo i robotę "po łebkach".

Więc 9/10





środa, 28 października 2009
Historia Edgara - David Wroblewski
Dość dobra książka na kompletnie nieciekawy dla mnie temat.

Bo ja psów nie lubię, moje kontakty z psami ograniczają się do przelotnego pogłaskania kiedy jestem z wizytą u znajomych, nie rozumiem czegoś takiego jak więź człowieka z psem, a ludzi opowiadających o takiej więzi traktuję dość podejrzliwie.*

No więc czytanie prawie 600 stron o psach, tresurze psów, zachowaniu psów, hodowli psów, więzi z psami, miłości do psów, psiarni, psich porodach i skaleczonych łapach to dla mnie przyjemność mocno średnia i wytrwałam do końca głównie dlatego że obiecałam Atram78 recenzję. Szczerze mówiąc, gdyby ktoś mnie uprzedził, że to książka o hodowcach psów, to nigdy w życiu nie wzięłabym jej do ręki.

Te psie tematy są tu nie tylko tłem historii, ale jej bardzo istotnym elementem.

Rodzina Sawtelle'ów mieszka na farmie i od dwóch pokoleń zajmuje się hodowlą psów. Psów szczególnych, nie należących do żadnej konkretnej rasy, dobieranych pod kątem konkretnych a zarazem bardzo ulotnych i niedookreślonych cech charakteru, w nadziei na stworzenie kiedyś, w przyszłości, nowej rasy. Centrum życia niewielkiej, trzyosobowej rodziny, jest psiarnia znajdująca się w wielkiej stodole, gdzie odbywa się większość istotnych wydarzeń.

Edgar przychodzi na świat jako drugie dziecko Trudi i Gara Sawtelle'ów. Pierwszy syn urodził się martwy. Edgar, choć zdrowy, jest niemy - porozumiewa się ze światem przy pomocy pisma i języka migowego, mimo, że słyszy. Gdy Edgar dorasta, na farmie pojawia się brat ojca, Claude, którego z bratem łączy nie do końca wyjaśniona mieszanka miłości i nienawiści, z przewagą tej ostatniej. Choć Claude po pewnym czasie znów znika, niedługo w tajemniczy sposób umiera ojciec chłopca i od tej pory nic już nie będzie takie samo jak wcześniej. Claude będzie próbował zająć miejsce brata w domu, a Edgar - rozwikłać tajemnicę śmierci ojca, co dla wszystkich skończy się źle.
Z jednej strony to kawał niezłej prozy psychologicznej, czasami odrobinę zbyt egzaltowanej (te wszystkie czarne winorośle, rozkwitające pod powiekami czarne kwiaty chwilami zatrącają o grafomanię) ale ogólnie wciągającej i interesującej dla czytelnika dopóki autor trzyma się psychiki i przeżyć ludzi. Edgar ze swoim rozedrganiem czasem nuży i męczy, jego matka jest dość słabo zarysowana, więc najciekawszą postacią dla mnie był Ten Zły czyli Claude.

Tu rozczarowanie - wszystko co wiąże się z genezą nienawiści Claude'a do brata, cała ta skomplikowana więź jest jednym wielkim niedopowiedzeniem, które rodzi same pytania (dlaczego Claude zniknął przed laty? dlaczego wrócił? co zaszło dawniej pomiędzy braćmi? czy Claude jest zły z natury, czy zawiniła jakaś sytuacja? czy chodziło o Trudi?) i żadnych odpowiedzi. Szczerze mówiąc, uczciwość wobec tzw. przeciętnego czytelnika wymaga, żeby, jeśli w książce wisi tajemnica takiego kalibru, wyjaśnić ją bardziej szczegółowo niż kilkoma ogólnikami typu "Gar czuł potrzebę stania między Claude'm a światem" i opowieściami o walkach psów. Prolog więcej zaciemnia niż wyjaśnia. Z drugiej strony nie jest to znowu aż takie arcydzieło, żeby mi się chciało zarywać noce na rozwiązywanie tych zagadek.

Druga, moim zdaniem, psująca lekturę sprawa to niepotrzebnie wprowadzony element paranormalny w postaci duchów w deszczu i jasnowidzącej sklepikarki. Trochę tak, jakby autor nie miał pomysłu, jak naprowadzić Edgara na trop - więc wyciągnął czarownicę z kapelusza. Za mało tego, żeby zbudować ogólny klimat tajemnicy, za dużo, żeby potraktować jak wstawki-zapchajdziury.

Ogólnie, wrażenie mam takie, że gdyby odsiać element mistyczny, wyjaśnić zagadkę Claude'a i wyciąć ze 100 nudnych stron o tresurze psów, to książka zrobiłaby się o wiele lepsza, skondensowałaby się w gęsty, tajemniczy, psychologiczny thriller osadzony w ciekawej atmosferze północnoamerykańskiego odludzia, prawie jak Skandynawia. A tak jest przydługa książka w której jest trochę za dużo o wszystkim i za mało o czymś konkretnym, i wbrew okładce, dla mnie z pewnością nie jest to "wydarzenie literackie roku".

I zawsze kiedy coś takiego piszę, błyska mi gdzieś w tle myśl: a może niczego nie zrozumiałam z tej książki? Ale to moje prawo jako czytelnika, nie zrozumieć. Obowiązkiem autora jest tak napisać, żebym zrozumiała, no nie? ;-)
Ocena 7/10
___
* Co innego więź z kotem, o, tu sama mogę snuć opowieści, podczas gdy psiarze pukają się w czoło :)
środa, 21 października 2009
Moja mama czarownica - Katarzyna T. Nowak
Na fali: dzieci sławnych ludzi piszą o swoich rodzicach, po genialnych wspomnieniach T. Lema, sięgnęłam po wspomnienie o Dorocie Terakowskiej autorstwa jej starszej córki.

Ostatnio usiłowałam obejrzeć film "33 sceny z życia" Małgorzaty Szumowskiej, ale nie wytrzymałam go psychicznie. Po pierwsze temat był trudny do zniesienia, po drugie według mnie ten film skumulował wszystkie wady polskich filmów. Po trzecie ale nie najmniej istotne, nie znoszę głosu Dominiki Ostałowskiej, dubbingującej niemiecką aktorkę, działa na mnie jak drapanie paznokciem po szkle, dostaję od niego wysypki i szczękościsku. Może pasuje do urody Julii Jentsch, ale nie jestem w stanie go słuchać przez ponad godzinę. Wytrzymałam aż do chwili śmierci bohaterki.

Teraz książka. Trudno recenzować taką książkę, napisaną przez starszą córkę w chwilę po śmierci matki. Tym bardziej że oprócz wspomnień przebija w niej trudna relacja matka-córka.

Więc fakty: wspomnienia są bogato ilustrowane zdjęciami, fragmentami maili, listów, wypowiedzi pisarki i rozmów z jej znajomymi i rodziną. Katarzyna Nowak nie stawia matki na piedestale, nie ucieka od trudnych cech charakteru czy sytuacji. Wspomnienia w większości ułożono chronologicznie, od przodków pisarki i jej narodzin aż po ostatnie lata życia, kiedy prawie całkowicie zrezygnowała z dziennikarstwa na rzecz pisania książek. Daje nam to też możliwość obserwowania przemiany, wyciszenia niepokornej, buntowniczej dziewczyny, później niebanalnej studentki i młodej matki poprzez zaangażowaną dziennikarkę aż po dojrzałą pisarkę. Jest tu wiele opisów codzienności, niezwykłego "otwartego" domu pełnego znajomych i przyjaciół, domowych zwierząt, niestereotypowego jak na tamte czasy związku pisarki z Maciejem Szumowskim.

Trudno mi oddzielić ocenę samej książki od opinii na temat opisywanej osoby. Po pierwszej połowie książki byłam nieco zniechęcona - osoba jaka wyłaniała się z tego portretu, nie wzbudzała mojej sympatii. Zadawałam sobie pytanie, na ile niepokorność, artystyczna dusza, niezależność są wartościowe same w sobie, czy ich znaczenie jest aż tak duże, że usprawiedliwia pewne zachowania wobec innych? Dopiero po przeczytaniu całości dostrzegłam pełen portret Terakowskiej, z pewnością ani nie obiektywny ani nie bezstronny, trudno tego przecież oczekiwać od córki, ale chyba szczery. Chociaż radykalnie różny od wizerunku jaki wyhodowałam sobie w wyobraźni po przeczytaniu "Poczwarki" - starszej, ciepłej i wyciszonej osoby, w typie emerytowanej psycholożki udzielającej rad matkom z depresją poporodową w naszym czasopiśmie. No ale to dobrze, bo takie wyobrażone wizerunki autorów warto konfrontować z rzeczywistością.

Jeśli jednak miałabym porównać biografię Lema z biografią Terakowskiej, to "Awantury..." są zdecydowanie lepsze. Nie wiem na ile w tym zasługa stylu pisania Tomasza Lema, jego poczucia humoru przebijającego z prawie każdego zdania (to ten sam typ dowcipu który tak urzekł mnie w przytaczanych tam cytatach), wreszcie braku obciążeń widocznych gdzieś w tle relacji Katarzyny Nowak. Może po prostu bardziej polubiłam samego Stanisława Lema, i wydał mi się bardziej bliski. Książkę "Moja mama czarownica" przeczytałam natomiast z zainteresowaniem, ale bez uśmiechu, bez głębszego wzruszenia, po prostu, dość ciekawe wspomnienie o dobrej pisarce, nietuzinkowej kobiecie, ponadprzeciętnej dziennikarce.
Ocena 7/10

sobota, 17 października 2009
Awantury na tle powszechnego ciążenia - Tomasz Lem

Stanisław Lem był mistrzem, mędrcem, genialnym pisarzem, wielkim intelektualistą, co kto woli albo wszystko naraz. Od dzieciństwa uwielbiałam jego książki. Moja Babka miała specjalną półkę z dziełami Lema, i ja te dzieła jedno po drugim pochłaniałam, wracałam do nich, zaczytywałam. Podobnie mój mąż jako dziecko i nastolatek. Dopiero rok temu, kiedy ukazała się kolekcja "Wyborczej", wyszło na jaw jak odmiennie czytaliśmy te same przecież książki. Ja - dla tego całego sztafażu hard SF z rakietami, astronautami, obcymi planetami i kosmitami. M. - dla językowych zabaw i groteski. Moim ukochanym dziełem pisarza był (zdaje się że teraz traktowany nieco po macoszemu, w każdym razie w kolekcji go nie wydano) "Obłok Magellana", M. wielbił "Cyberiadę". Ja dopiero niedawno, po latach odkrywałam książki Lema na nowo, po dorosłemu.

W tym całym zafascynowaniu Mistrzem umknęło mi zupełnie, że Mistrz był człowiekiem, który miał syna, uwielbiał słodycze, kupował przedziwne zabawki, podróżował, prowadził samochód, urządzał dom.

Tomasz Lem pokazuje nam Stanisława Lema jako człowieka - ojca, męża, literata, narciarza, wielbiciela chlebków marcepanowych i maszyny elektrostatycznej. Trochę ekscentryka, trochę roztargnionego geniusza, trochę jakby przybysza z innego świata. Ze wspomnień, starych fotografii i fragmentów listów, notatek, dzienników wyłania się pełen ciepła i humoru obraz pisarza takiego, jakim był naprawdę, widziany oczyma najbliższych.

To właśnie to poczucie humoru, przebijające ze wszystkich cytowanych urywków, z wierszyków, listów i notatek, z dyktand jakie Lem dyktował siostrzeńcowi, urzekło mnie najbardziej. To najwspanialszy typ poczucia humoru, taki, za którym stoi wielki intelekt i kultura, dystans do siebie, złośliwy, a przy tym nie krzywdzący. Coraz mniej jest ludzi posiadających ten dar.

Są w książce momenty dramatyczne, takie jak wspomnienia wojennej młodości pisarza czy decyzji o wyjeździe z Polski w stanie wojennym. Są wszystkie absurdy PRL-u utrudniające życie, jest list pisarza, w którym skarży się on na cenzurę i nieprzewidywalność utrudnień ze strony władz. Literat musi udowodnić w urzędzie, że należy mu się pozwolenie na budowę większego domu z dodatkową "izbą dla literata". Pisarz jest czczony w Rosji a traktowany obojętnie we własnym kraju. To wszystko dodaje wspomnieniom goryczy, sprawia, że nie są tylko ciepłą, zabawną laurką. Ostatni rozdział - wspomnienia ostatnich lat życia pisarza, i ostatniej choroby, rozstania, podszyte są głębokim smutkiem.

Ale przede wszystkim z książki bije ciepło i miłość, Tomasz Lem portretuje wielkiego ojca szczerze, czasem odrobinę złośliwie, anegdotycznie, ale cały czas w atmosferze ogromnej miłości, szacunku i ciepła właśnie. Dawno nie czytałam książki, która tak przy okazji przekazywałaby tyle "pozytywnych fluidów".

I na koniec zdanie - cytat z listu Stanisława Lema, które będę sobie przypominać zawsze kiedy poczuję się umęczona pomysłami Dzieci:
"...a mnie się nie chce gnać - jakże ohydne to lenistwo, i zaprzaństwo takie, wszak nie dość urodzić, trzeba wychowywać, więc i latawca puszczać." (str. 143)

Trzeba tę książkę przeczytać, nawet jeśli się za twórczością Lema nie przepada - bo to po prostu portret kochającej się rodziny, wspomnienia dobrego dzieciństwa w domu wielkiego pisarza, i świadectwo pewnych zjawisk, które dawno odeszły w niebyt wraz z pokoleniem pisarza, a szkoda - jak choćby pisanie listów do przyjaciół.

10/10
środa, 14 października 2009
Odruch serca - Toni Morrison
Nie będę obiektywna. Uwielbiam twórczość Toni Morrison odkąd pierwszy raz się z nią zetknęłam.

A było to tak: pewnego ranka musiałam pilnie coś przeczytać na zajęcia na uczelni, z Norton Anthology of American Literature*. Zanim trafiłam na To Coś, trafiłam na "The Bluest Eye". I wsiąkłam. Kiedy skończyłam czytać, było dawno po zajęciach.

Za co uwielbiam książki Toni Morrison? Za to, że kiedy je czytam, jestem o jeden maleńki krok bliżej zrozumienia, jak to było być czarnym w Ameryce. Za cudowną spójność języka i opisywanej akcji. Za to, że jest to wielka literatura, a jednocześnie wspaniałe, głęboko ludzkie, ciekawe i wzruszające opowieści.

Tak samo jest z Odruchem Serca. To opowieść o czterech kobietach, pokaleczonych przez los, w Ameryce epoki pierwszych kolonii (koniec XVII w.). Wszystkie są zależne od jednego mężczyzny, zarówno niewolnice jak i żona pozostają w jego władzy. Lina - Indianka z plemienia zniszczonego przez "Europów". Żałość - dziewczynka znaleziona na dryfującym wraku statku. Florens - czarna niewolnica odebrana matce, jako część długu posiadacza ziemskiego. Rebekka - żona, "pani", matka trojga dzieci, które umarły przedwcześnie, zmagająca się z chorobą (ospą) która niedawno zabrała jej męża. Same po śmierci pana domu, za towarzystwo mają siebie, nowo narodzone dziecko Żałości, dwóch parobków, a dookoła nich mieszkają surowi purytanie. Zdają sobie sprawę, że po śmierci mężczyzny ich wspólne życie musi dobiec końca, nikt nie pozwoli czterem kobietom na samotne egzystowanie na farmie. W posiadłości, jak symbol, stoi pusty dom wzniesiony przez pana. Pusty, i nigdy nie będzie zamieszkany.

Lina wysyła Florens do kowala, który podobno zna lekarstwo na chorobę trapiącą panią. Florens, szaleńczo zakochana w kowalu, udaje się w drogę. Florens opowiada o swojej wędrówce, o spotkaniu z ukochanym, które kończy się nieoczekiwanie. Źle. Florens, nauczona czytać i pisać w dzieciństwie, spisuje swoją opowieść w "mówiącym pokoju", na ścianach, na podłodze, dla ukochanego. Florens od wielu lat próbuje sobie przypomnieć, co mówiła jej matka, odrzucając córkę, oddając ją białemu człowiekowi.

Wspomnienia kobiet przeplatają się. Właściwie do każdej z nich, nawet do białej żony kupca, pasuje zdanie wypowiedziane przez matkę Florens: "Tutaj kobieta jest jak otwarta rana, która nie może się zagoić. Nawet, jeżeli się zabliźni, pod spodem wiecznie ropieje." (str. 219).

Florens opowiada swoją historię w czasie teraźniejszym. Mieszają się wydarzenia. Z jednej strony zabieg ukazuje nieporadność prostej dziewczyny, niewolnicy... ale z drugiej efekt jest taki, że wszystko jest jednością, wydarza się teraz, jednocześnie. Przynajmniej ja tak to odbieram.

Toni Morrison po raz kolejny mnie nie rozczarowała, napisała jeszcze jedną piękną, mądrą książkę o tym, jak to jest być kobietą, czarną kobietą, zakochaną kobietą, poranioną kobietą. Jak to jest być całkowicie zależnym od czyjegoś "odruchu serca". Bardzo uniwersalną i prawdziwą.

Ocena 10/10
__
* taka biblia wszystkich studentów filologii, gdzie jest Absolutnie Wszystko wydrukowane maleńkim druczkiem na tysiącu stron cienkiej bibułki.
sobota, 10 października 2009
Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie - Herta Muller


Postanowiłam choć raz się nie wstydzić za siebie, i wczoraj w Empiku kupiłam jedyną dostępną książkę autorki nagrodzonej tegorocznym Noblem. Empik na Skoroszach najwyraźniej zaspał - książka Herty Muller była tylko ta jedna, jedyna, więc nie miałam wyboru.

Zapoznałam się więc i już nie muszę się wstydzić :) Nie wymagało to wiele czasu, bo książka ma ledwie 115 stron dużym drukiem.

Książka opowiada o wiosce w Rumunii zamieszkanej przez mniejszość niemiecką. Wszyscy bohaterowie albo już wyemigrowali, albo pakują się do wyjazdu, albo czekają na decyzję o przyznaniu paszportu. System totalitarny rzecz jasna robi wszystko, żeby te starania były jak najbardziej upokarzające i wyniszczające.

To w zasadzie tyle, jeśli chodzi o tzw. akcję.

I mam mieszane uczucia. Zrozumiałam treść, myślę że udało mi się zrozumieć przesłanie, rozumowo przyjęłam tę książkę do wiadomości jako świadectwo i tak dalej. Tyle, że okropnie mnie zmęczyła. Zmęczył mnie język - krótkie, do bólu proste zdania w poetyckiej manierze, te "rzęsy połamane od modlitw" (str. 56) "źrenica jest mokrą, lśniącą kulą w łyżce" (str. 21), "gęsi mają białe żagle w skrzydłach" (str. 85). Może to jest piękne, a ja się nie znam - nie wykluczam, mam drewniane ucho do poezji, poezja mnie denerwuje, nie rozumiem jej, a poezja w prozie denerwuje mnie najbardziej ze wszystkiego. Ciężko mi się to czytało, przedzierałam się z bólem przez te gęste zdania najeżone dziwnymi porównaniami w najmniej spodziewanych momentach.

Więc tak: spełniłam pewnego rodzaju obowiązek, zapoznałam się z twórczością Herty Muller na przykładzie losowo wybranej powieści, przyjęłam do wiadomości, ale ta literatura do mnie nie przemawia w żaden sposób. A teraz z przyjemnością i z poczuciem spełnionego obowiązku wrócę do dawnej laureatki nagrody Nobla i jednej z moich ukochanych pisarek - Toni Morrison.

Ocena... hm, chyba nie wypada oceniać noblistów?
piątek, 09 października 2009
Joe Speedboat - Tommy Wieringa


To chyba pierwsza holenderska powieść jaką w życiu przeczytałam. Holandia kojarzy mi się ze wszystkim, tylko nie z literaturą. Sięgnęłam więc z ciekawości, zaintrygowana i krajem i tematem.

14-letni Franek po wypadku zapada w śpiączkę. Kiedy po 220 dniach się z niej obudzi, będzie niepełnosprawny - jedyna sprawna część jego ciała to prawa ręka. Podczas pobytu Franka w szpitalu w wiosce pojawiają się nowi mieszkańcy. Jednym z nich jest tytułowy Joe Speedboat, rówieśnik Franka.

Dla Franka i jego kolegów, wychowanych od urodzenia w niewielkiej wiosce gdzieś w zapomnianym skrawku Holandii, gdzie najważniejszym wydarzeniem jest budowa przebiegającej w pobliżu drogi ekspresowej, Joe, jego ekscentryczna matka i jej egipski mąż są jak UFO - przybysze z innego świata. Mimo to mieszkańcy przyjmują ich bez wrogości, a Joe zaprzyjaźnia się z Frankiem i zachęca go, by wykorzystał jedyną sprawną rękę do walki w zawodach w siłowaniu się na rękę.

Joe jest uosobieniem wolności, takim współczesnym Huckiem Finnem, radosnym włóczęgą, amatorskim wynalazcą, wolnym duchem. Nawet imię nadał sobie sam - poprzednie, jak twierdzi, było pomyłką. To on wydobywa z chłopców to, czego pewnie nie wydobyłby nikt inny, dzięki swojej odmienności.

To powieść o dorastaniu, kolejna powieść o nastolatkach wchodzących w dorosłość. Jakoś dużo się tego ostatnio zrobiło - czyżby autorzy wyszli z założenia, że to najciekawszy okres w życiu człowieka? A może to kolejny dowód na infantylizację kultury - trudno dziś znaleźć książkę o dorosłych dla dorosłych, gdzie dzieciństwo i dojrzewanie nie odgrywałoby ważnej roli. Znów, jak w "muzyce pop z Vittuli" dorastanie chłopców, czyli piwo, masturbacja, dziewczyny, podglądanie, ale inaczej, bez rubasznego humoru, zwyczajnie, trochę smutno. I tu dorastanie wiąże się z bólem. Przyjaciele zdradzają, pierwsze miłości są bolesne i niewierne.

Bardzo mi się ta książka podobała. Autor nie zmusza do litowania się nad niepełnosprawnym bohaterem - pozwala zobaczyć świat z jego punktu widzenia. Bardzo podoba mi się opisana tu współczesna Europa - port w Rostocku, wioska gdzieś przy szosie, kawki, wschodnie wiatry na wiosnę, ciężarówki i ich kierowcy. Mogłaby to być tak samo nudna, płaska, zielona prowincja dowolnego północnoeuropejskiego kraju.

Ogromny plus dla tłumacza za spolszczenie imion (oprócz takich jak Joop czy Geer, których nie dało się spolszczyć). Ten staroświecki zabieg nadaje książce swojskości, a przy okazji bardzo miło mi się kojarzy z książkami czytanymi w dzieciństwie.

Ocena 8/10
PS Wiem, że wypadałoby się jakoś ustosunkować do literackiego Nobla... ale nagrodzona autorka jest mi kompletnie nieznana, a poza tym od paru lat nieufnie podchodzę do nowych noblistów.
niedziela, 04 października 2009
Żona podróżnika w czasie - Audrey Niffenegger


Przebrnęłam.

Trzeba przyznać, że mniej więcej od połowy książka robi się ciekawsza. Ale zacznijmy od początku.

"Żona podróżnika w czasie" to historia wielkiej miłości. Henry, bibliotekarz cierpi na pewne zaburzenie genetyczne - podróżuje w czasie. Niezależnie od woli czy chęci, nie panuje nad tym dokąd i do kiedy przeskoczy. Podczas jednego ze skoków już jako dojrzały mężczyzna, poznaje Clare - wówczas sześcioletnią dziewczynkę. Później, kiedy Clare będzie miała lat 20 a Henry 28, poznają się w "czasie rzeczywistym" - z tym, że ówczesny Henry nie będzie jeszcze znać swojej przyszłej żony.

Pomysł jako koncepcja intelektualna jest doskonały, od razu na początku zmusza do myślenia i kombinowania, i kiedy się człowiek dłużej nad tym wszystkim pozastanawia to czuje się nieswojo i ma zawroty głowy, bo wszystko się zapętla, przyszłość miesza się z przeszłością i trudno ogarnąć ideę takiego życia, gdzie coś, co już się zdarzyło, dopiero ma się zdarzyć, a mimo to na pewno się zdarzy bo już minęło i tak w kółko. Podróż w czasie w wersji Niffenegger różni się od podróży w czasie w klasycznej SF - nie ma mowy o zmianie biegu wydarzeń czy wpływaniu na historię. Do tego podróżnik wyrusza sam, nagi jak go pan Bóg stworzył, i większość podróży upływa mu na poszukiwaniu ubrania i schronienia, kiedy już zorientuje się, dokąd (i do kiedy) trafił tym razem. Narracja jest podzielona na dwa punkty widzenia: Henry'ego i Clare, w różnych punktach czasowych i miejscach, i trzeba bardzo uważnie czytać, żeby się w tym nie pogubić.

Z drugiej strony, strasznie mnie ta książka denerwowała. Na początek zjeżyłam się feministycznie. Oczywiście. On sobie podróżuje w czasie, a ona? Jak w piosence Alicji Majewskiej: "to męska rzecz, być daleko, gdy kobieta wiernie czeka..." Ona wiernie czeka, szykuje ubranie, szykuje kanapki, szykuje siebie na przybycie ukochanego, jej życie biegnie tylko wtedy kiedy pojawia się On. On - podczas gdy jego starsze "ja" odwiedza młodziutką Clare - baluje, imprezuje i żyje pełnią życia. Strasznie niewolnicza relacja, asymetryczna i odpychająca, do samego końca. Oczywiście irytowała mnie też Clare, tak zupełnie poddająca się temu nieprzewidywalnemu uczuciu, wierna i cierpliwie czekająca. Bonus dla feministek - to on w tym związku umie gotować.

Po drugie - nie znoszę takich artystowskich bohaterów. W codziennej rozmowie cytują poezje, tu skrzypek, tam śpiewaczka, tu eteryczna artystka robiąca rzeźby z papieru, i bibliotekarz od starodruków. Znów ten sam zarzut co przy "hienach cmentarnych" - czemu to nigdy nie może być kasjerka z Walmartu z nadwagą i łysiejący aktuariusz tylko zawsze ę,ą, noblista i rzeźbiarz w piasku? Cała fabuła rozgrywa się w takim denerwującym środowisku, w ramach tzw. przeciętnych ludzi występuje w zasadzie tylko prawnik anarchista ale żonaty z artystką. Z tego oczywiście wynika masa przegadanych opisów pracy nad tworzeniem rzeźb z papieru na przykład, i chwilami miałam wrażenie że autorka aż za bardzo chce nam pokazać jaka Clare jest uduchowiona, wzniosła, romantyczna i nie z tego świata.

W ogóle, jak dla mnie - za dużo uczuć, za dużo gadania o uczuciach, za dużo poezji, muzyki, opery, skrzypiec, tęsknoty, rzeźbienia w papierze, opisywania "znaczących" snów. Za dużo poetyckich porównań (czytałam w oryginale więc cytować nie będę, gdyby się ktoś krzywił na wersję polską to to NIE jest wina tłumacza, to już tak było po angielsku). Niby prosta narracja, niby niedługie zdania w czasie teraźniejszym, a chwilami robi się nie do wytrzymania ckliwie i sentymentalnie. Za dużo opisów, miałam wrażenie że same opisy ubrań Henry'ego zajmują co najmniej ćwierć książki, a drugie tyle - opisy seksu bohaterów. I wydaje mi się że bez szkody dla czytelnika można by to wyciąć. 

I niekonsekwencja (uwaga spoiler!). Skoro Clare miała tak straszne, z lubością i w detalu opisane problemy z donoszeniem dziecka Henry'ego, ze względu na jego odmienny genotyp, skoro mogła urodzić żywe dziecko dopiero dzięki nowoczesnym lekom i po wielu próbach, skoro myszy mające urodzić takie zaburzone potomstwo masowo umierały, to jak to możliwe że Henry w ogóle urodził się żywy, ze zwyczajnej matki, w latach 60 dwudziestego wieku?
Skoro córka Henry'ego w wieku ledwie 10 lat swobodnie oznajmia nauczycielce że cierpi na "zaburzenia chronologiczne" (CDP) tak, jak dzisiaj dzieci mówią, że mają alergię na mleko - to znaczy że takich osób jest/będzie więcej a przypadłość już niedługo po odkryciu stanie się dość powszechna. Więc dlaczego Henry nigdy nie spotkał innego "CDP", skacząc w przyszłość, ani w "czasie rzeczywistym"?
Autorka niestety nie oferuje nawet próby odpowiedzi na te dwa pytania, a szkoda, bo mnie to na przykład bardzo nurtowało i chętnie przeczytałabym jej wyjaśnienie.


Podsumowując, jestem trochę rozdarta. Bo pomysł sam w sobie jest super a książka momentami naprawdę wciąga i intryguje tak, że trudno oderwać się od lektury. Z drugiej strony bywa sentymentalnie rozwlekła i przegadana, wydumana i niekonsekwentna. Chwilami przesłodzona a chwilami obrzydliwie fizjologiczna (starania o dziecko). Te kontrasty nie złożyły mi się w spójną całość, a irytowały i tworzyły wrażenie nierównego poziomu.

Ocena 5/10
czwartek, 01 października 2009
przereklamowane?
Pretekstem do tej notki jest to, że od tygodnia mozolnie brnę przez "Żonę podróżnika w czasie". Dobrnęłam do połowy, recenzja pojawi się kiedy skończę, ale na razie refleksja.

Są takie książki, które jak tylko pojawią się na rynku, natychmiast lądują na listach bestsellerów, dostają pozytywne recenzje wszędzie gdzie się da. Na okładkach mają napisane rozmaite fragmenty z recenzji gazetowych, pełne takich słów jak cudowna, wciągająca, niesamowita, wspaniała.

Kupuję takie coś, czytam, czytam, czytam, i w połowie dopada mnie zaskoczenie - skąd te zachwyty? co tu takiego niesamowitego? Przeczytam, po paru dniach zapominam. W notce wprowadzającej napisałam że książki pozostawiają mi w głowie osad, jak mocna herbata na białym kubku. Te nie pozostawiają, są jak oranżada, spływają w całości. Słodkie, czasem smaczne, czasem gaszą doraźne pragnienie, i tyle. Zero wartości dodanej.

Tak było z Gargulcem Davidsona, tak było z Grą Anioła Zafona, z Katedrą w Barcelonie, żeby wymienić tylko trzy ostatnie. Tak mam z supermodnym Murakamim. Książki nijakie, oparte na efekciarskich pomysłach przemielonych na lekkostrawną papkę, a jednak święciły triumfy na listach bestsellerów i w recenzjach, budziły zachwyty i wręcz modę na ich czytanie.

Inna sprawa, że trudno w dzisiejszych czasach trafić na uczciwą, krytyczną oficjalną recenzję książki, zwłaszcza książki w którą wpakowano potężny budżet marketingowy i reklamowy, książki zastawiającej stoły promocyjne Empiku (nawiasem mówiąc Empik przoduje w nachalnym promowaniu takiej papki). Recenzenci zwykle idą utartym szlakiem, rutynowo zachwycają się i na tym koniec. Nikt też nie wydrukuje na okładce: umiarkowanie ciekawe czytadło zamiast: wstrząsająca opowieść o miłości i śmierci.

I zastanawiam się, skąd ta rozbieżność moich odczuć z gustem powszechnym, nie masowym przecież, bo u nas "masy" nie czytają, "masy" poprzestają na tańcach z gwiazdami i najnowszym "Fakcie" a sam fakt czytania, kupowania, wypożyczania książek automatycznie wyrzuca odbiorcę z "masy" w górę. Dlaczego coś co innych zachwyca, wstrząsa nimi, porusza, we mnie budzi wzruszenie ramion? 

A może i innych nie zachwyca, tylko nikt nie chce być tym pierwszym, który krzyknie że król jest nagi?

Nie wiem. Wiem, że "Żona..." jak do tej pory zdecydowanie kwalifikuje się do tego gatunku. Chyba, że autorce uda się mnie czymś zaskoczyć w drugiej połowie. Bo bomby, które odpaliła do tej pory, robiły cichutkie pfffft i zdychały w malutkiej chmurce dymu.
Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli