Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
piątek, 21 października 2011
jak skutecznie zniechęcić do lektury

"to [...] dzieło nieustannie nicujące samo siebie i nicujące ów akt nicowania" - pisze w ostatnim "Przekroju" Marcin Sendecki o "Mapie i terytorium" Houellebecqa.

Poddałam się po kilkakrotnym przeczytaniu powyższego zdania i kilku zakończonych niepowodzeniem próbach zrozumienia, co autor miał na myśli.

Jest taka maniera pisania o książkach, która odrzuca mnie już na pierwszy rzut oka. Maniera bełkotliwa, nadęta, której chyba jedynym celem jest udowodnienie przez piszącego samemu sobie, jaki jest mądry i potwierdzenie przynależności do grona tych 300 wtajemniczonych, którzy wprawnie posługują się krytycznoliterackim żargonem. Z tego samego powodu, z którego ja wrzucam do tłumaczonej umowy urocze kwiatki w rodzaju "under pain of nullity" zamiast napisać po ludzku dla tego nieszczęsnego Niemca czy Włocha, który potem będzie się nad tym biedził.

Houellebecq nicuje sam siebie, Jonathan Franzen nie napisał "po bożemu" opasłej powieści psychologiczno-obyczajowej*, a "monumentalne dzieło ignorujące istnienie awangardy literackiej".

Rozumiem jeszcze, kiedy krytycy w ten sposób robią sobie dobrze na łamach któregoś z tych pism literackich, gdzie każdemu utworowi towarzyszy rozdęte do granic możliwości omówienie, (i które niewielu czyta, choć wielu lubi mówić, że czytają) ale w Przekroju? W Bluszczu?

Niczego nie podejrzewając, kupiłam dobrą książkę, która teraz, niepostrzeżenie i podstępnie zmieniła mi się w torebce w "dzieło nicujące samo siebie i nicujące ów akt nicowania". Jak mam po takim wstępie przystąpić do lektury? W autobusie, czy nie daj Bóg, w szkolnej szatni, bez należytego skupienia i namysłu potrzebnego do wykrycia i rozszyfrowania miejsc, w których dzieło samo siebie przenicowało? Jak mogę skupić się na akcji czy portretach bohaterów, gdy muszę poświęcić należytą uwagę aktowi nicowania, skoro już mi go uświadomiono? Czy wypada mi zignorować istnienie owego nicowania w ten sam sposób, w jaki Franzen zignorował istnienie awangardy, czy jednak co wolno Franzenowi to nie tobie, smrodzie?

Teraz nie mogę już zwyczajnie przeczytać nowego Houellebecqa i Franzena, a później napisać tutaj, czy książki mi się spodobały, czy nie, teraz będę zmuszona ustosunkować się do aktu nicowania i aktu ignorowania awangardy, czy tego chcę, czy nie, bo ignorując je, wyjdę na prostaczka. Przyjemność z lektury szlag trafił nieodwołalnie.

Nie, nie zamierzam tu propagować kultu prostaczka. Nie jestem prostaczkiem. Na studiach przez dobre 3 lata wpajano mi "naukową" teorię literatury, a studiowałam w takich czasach, kiedy tekst, który nie nicował ani sam siebie ani żadnego innego tekstu, traktowany był z najwyższą pogardą przez wykładowców, a słowo "dekonstrukcja" było Bogiem, obecnym w każdej pracy zaliczeniowej. Zamierzam zaprotestować przeciwko przerostowi formy nad treścią, recenzjom, które próbują być mądrzejsze od książki. Recenzja ma być zrozumiała dla potencjalnego czytelnika książki, i wypada Houellebecqowi** życzyć, aby tych potencjalnych czytelników było jednak więcej niż osób, które są w stanie zrozumieć, co recenzent miał na myśli.

---

* "Wolność" Franzena rzeczywiście jest opasłą, napisaną zupełnie klasycznie epicką powieścią psychologiczno-społeczno-obyczajową. I całkiem nieźle się czyta, i chwała autorowi za to, że "zignorował istnienie awangardy", bo gdyby napisał te 800 stron awangardowo, mogłoby być ciężko...

** Tak, uczyłam się odmiany nazwisk obcojęzycznych, ale to nazwisko mnie przerasta. Ktokolwiek wie, czy udało mi się je odmienić prawidłowo, czy nie, proszony jest o komentarz.

niedziela, 16 października 2011
Ostatni rejs "Fevre Dream" - George R.R. Martin

Tak, wiem, miała być notka o Kresie. Ale do notki o Kresie to ja się muszę przygotować, przepisać cytaty i pozastanawiać się trochę nad tym, jakby Was najlepiej i najskuteczniej do Kresa zachęcić.

A w międzyczasie przeczytałam cudowne Czytadło przez duże C, taką zupełnie modelową "książkę na jesienne wieczory" (niestety tylko na dwa wieczory w moim przypadku, i to mimo nawału pracy i weekendowego tłoku w mieszkaniu, które może kiedyś było w sam raz dla 3 osób i niemowlaka, ale dla 4 pełnowymiarowych osób i 2 kotów zrobiło się zdecydowanie za malutkie). Z powodu nadmiaru Osób w każdym dostępnym pomieszczeniu zaanektowałam ostatni wolny fotel (na spółę z Kotem Mniejszym), dzbanek herbaty pod nazwą "Mroźny Poranek" (bardzo adekwatnie do dzisiejszej pogody) i... przeniosłam się na parowiec płynący po Missisipi. Parowiec nie byle jaki.

"Ten parowiec pływa wyłącznie nocami. I jest mroczny, niewiarygodnie mroczny. Cały pomalowany na czarno jak jego kominy, burty, pokłady, wszystko i tylko w głównym salonie podłogę wyścielono dywanem w kolorze krwi; wszędzie wiszą srebrne lustra, w których nic się nie odbija. Lustra są zawsze puste, choć na pokładzie roi się od ludzi, bladolicych, wytwornie ubranych mężczyzn i kobiet. Często się uśmiechają. Ale nie odbijają się w lustrach." (str. 500)

Zanim jednak parowiec przemienił się w statek widmo, był spełnionym marzeniem starego wilka rzecznego, kapitana Abnera Marsha. Pewnego dnia, w 1857 roku, zgłosił się do niego Joshua York, ekscentryczny bogacz, oferując wspólne przedsięwzięcie: kapitan Marsh miał dopilnować, aby zbudowano najwspanialszy statek, jaki kiedykolwiek pływał po Missisipi, i wyposażyć go odpowiednio do nietypowego stylu życia wspólnika. W zamian miał zostać jego kapitanem i wspólwłaścicielem.

Kiedy jednak "Fevre Dream" wypłynął w dziewiczy rejs, szybko stało się jasne, że Joshua jest kimś więcej niż tylko zamożnym dziwakiem, a jego nocny tryb życia skrywa mroczną, prastarą tajemnicę... Atmosfera grozy narasta, parowce gnają po wodach rzeki, potężne siły zła stają przeciwko sobie, a kapitan Marsh nie spocznie, dopóki nie odnajdzie ukochanego statku i nie zemści się za jego utratę.

Wampiry na Missisipi? Dlaczego nie. Południe USA było już scenerią dla "Wywiadu z wampirem", a Nowy Orlean kusi mroczną, skażoną zepsuciem atmosferą. Opowieść o wampirach w połączeniu ze szczegółowo oddanymi realiami epoki parowców ma w sobie nieodparty urok. Wielka, rozlana, kapryśna rzeka, rywalizacja między kapitanami statków, a na brzegach - ponure zaułki miast, podejrzane indywidua i opuszczone, popadające w ruinę plantacje, gdzie bez trudu można się ukryć.

Martin, znany przede wszystkim jako autor "Pieśni lodu i ognia" w tej, wcześniejszej powieści połączył awanturniczą opowieść przygodową z gotyckim klimatem historii o wampirach i uzyskał niesamowity efekt. Zresztą opisane tu wampiry tylko z pozoru przypominają wyrafinowanego, zblazowanego Lestata, zmieniającego ludzi jednym ukąszeniem w istoty podobne sobie. Bohaterowie powieści nie mają takiej mocy - mimo fantastycznych zdolności regeneracyjnych są tylko odmienną rasą, trawioną "czerwonym pragnieniem", któremu nie sposób się oprzeć. Jedyna moc, jaką dysponują, to psychiczna władza nad ofiarami i słabszymi współplemieńcami.

Czy to dzięki wartkiej akcji, czy może dzięki niesamowicie plastycznym opisom, a może z sympatii dla dzielnego i prawego kapitana Marsha, czyta się to na jednym oddechu, długo w noc. A później się żałuje, że już koniec...

poniedziałek, 10 października 2011
Niewidzialny - Mari Jungstedt

Książka na grypę. Wyjątkowo nietrafiony pomysł.

Bardzo przyjemnie mieć taką zwyczajną grypę czy pseudogrypę zamiast, na przykład, podejrzenia raka mózgu. Z drugiej strony, kiedy człowiek jest zasmarkany po pas, kaszle jak stary gruźlik, ma akurat tyle gorączki żeby czuć się paskudnie, a za mało żeby ją zbijać, a od oskrzeli po gardło ma przeciągnięty drut kolczasty, który przy każdym oddechu porusza się w górę i w dół, to nie wybiera lektury ambitnej. Marzy o czymś lekkim, wciągającym i niewymagającym nadmiernego wysiłku.

Kryminał Mari Jungstedt wszystkie powyższe warunki spełnia z naddatkiem, mianowicie jest książką typowo użytkową, pozbawioną jakichkolwiek walorów poza samą historią, która też ani oryginalnością, ani pomysłowością nie grzeszy.

"Niewidzialny" otwiera cykl kryminalny, na podstawie którego podobno nakręcono niemiecki serial, i to mnie wcale nie dziwi. Kto kiedykolwiek oglądał niemiecki serial telewizyjny typu Medicopter albo OP ruft Dr Bruckner (z racji mojego "zboczenia" oglądałam głównie te zahaczające o tematykę medyczną), wie, o co chodzi. Sztuczni aktorzy w sztucznym świetle, z dużym wysiłkiem naśladujący jakiś lepszy amerykański serial plus tyle napięcia co w starej baterii typu paluszek.

Streszczenie: na Gotlandii, która jest wakacyjnym rajem Szwedów (o czym autorka wspomina regularnie mniej więcej co 5 stron, żebyśmy przypadkiem nie zapomnieli), zostaje zamordowana trzydziestokilkuletnia Helena. Ponieważ w wieczór poprzedzający morderstwo wdała się w kłótnię z partnerem, podejrzenie pada na niego. Później jednak w podobny sposób ginie kolejna kobieta, a po niej następna. Na wyspę pada blady strach, a komisarz Anders Knutas rozpoczyna śledztwo. Do Visby przybywa Johan, reporter telewizyjny, który dzięki tajemniczemu informatorowi zdobywa więcej informacji o zabójstwach, niż policja jest gotowa ujawnić. Czy zamordowane kobiety coś łączyło? Jakie tajemnice kryje ich przeszłość?Kim był tajemniczy mężczyzna spotkany przez jedną z nich w barze?

Ze streszczenia wygląda jak pomysł na przyzwoity kryminał, ale autorka go skutecznie zarżnęła, a tłumaczka (a może redaktorka) wymierzyła ostatecznego kopniaka.

Powieść jest napisana jak uproszczona lektura dla uczących się czytać. Króciutkie rozdziały. Krótkie zdania w czasie przeszłym. Nowo pojawiające się osoby opisuje się niby z detalami, ale pobieżnie, w jednym zdaniu. Kiedy indziej nieznośny nadmiar nieistotnych informacji. Jeśli ktoś odbiera telefon to najpierw dowiemy się, że telefon zadzwonił, potem, że bohater wyjął go z kieszeni, a następnie powiedział "Halo". Zdania, po których prześlizgiwałam się wzrokiem, bez zaangażowania, bo autorka nie zrobiła nic, żebym poczuła jakąkolwiek emocjonalną więź z postaciami. Psychika bohaterów niemal nie istnieje, jedyne, czego się o nich dowiemy, to, że na przykład, jeden kocha żonę, a drugi stale czymś się opycha. Każdy ma jedną czy dwie cechy, o których się nieustannie przypomina - żarłok przy każdej okazji coś je, chleb, pizzę, kanapkę, cukierki, kochający mąż przy każdej okazji podkreśla miłość itd. Wszystkie kobiety obowiązkowo są bardzo atrakcyjne, mężczyźni zresztą w większości też, a fryzjerka nosi czerwone buty i tyle o niej wiadomo.

Książka wygląda przez to na napisaną na kolanie, pobieżnie, byle skończyć. Tekst roi się od nielogicznych wstawek zupełnie bez sensu. Przykład? "Zabrało mu to o wiele więcej czasu, niż myślał, i przez cały tydzień wracał do domu późnym wieczorem. Reportaż był gotowy dużo wcześniej, niż należało go przesłać." (po jakiego grzyba zatem siedział nad nim codziennie do późnego wieczora, skoro do terminu zostało jeszcze dużo czasu? jakim cudem skończył na długo przed terminem, skoro zabrało mu to więcej czasu niż myślał? i co dla mnie z tego wynika?) Przyklad drugi: "Stało się tradycją, że raz w miesiącu wychodziły razem, aby gdzieś się pobawić. To był właśnie ich trzeci raz i humor dopisywał im wyśmienicie." (i tak oto narodziła się nowa, świecka tradycja...). O "eleganckim ubraniu" zlożonym z dżinsów i koszulki polo już nie wspomnę, zastanawiam się tylko, jak wygląda typowe nieeleganckie ubranie codzienne mieszkańca Gotlandii - brudny dres?

A ostateczny kopniak od polskiej redakcji?

"To było dla niej superuczucie móc wyjść gdzieś z koleżankami." To było dla mnie megatrudne móc zrozumieć powód zastosowania tej składni. Hmm, czyżby Google translator?

"Za bardzo flirtowała z mężczyznami i miała ich wielu." Stwierdzenie, że kobieta "miała" wielu mężczyzn kojarzy się jednoznacznie, a tu rozczarowanie - mowa tylko o przekomarzankach z klientami salonu fryzjerskiego, w wykonaniu rozrywkowej, ale wiernej żony i matki.

"Żartowała, że poda Cecilii śniadanie do łóżka, które ta właśnie teraz skończyla jeść." Ciekawe, czy Cecilii smakowało łóżko, które skończyła jeść.

 I tak dalej. Było więcej, ale nie chciało mi się wstawać z łoża boleści po ołówek do podkreślania.

Wiem. Czepiam się, drobiazgowo i upierdliwie się czepiam*, ryzykując zbiorowy lincz ze strony wielbicielek Mari Jungstedt, których, na ile udało mi się zorientować, jest w necie całkiem sporo. Problem w tym, że gdyby ta książka byla dobra i ciekawa, tobym tego wszystkiego powyżej nawet nie zauważyła. Ale nie jest ani dobra ani ciekawa, a poza tym domyśliłam się, kto mordował, w chwili, kiedy ta postać została pokazana w zupełnie niewinnej sytuacji, czyli mniej więcej w połowie książki. Wystarczyło złożyć do kupy dwie proste informacje. A to w przypadku kryminału grzech niewybaczalny. W efekcie zamiast się zrelaksować popijając Coldrex pod kocem, tylko się zmęczyłam i zdenerwowałam. Następnym razem obejrzę sobie niemiecki serial.

---

*Następna notka będzie o felietonach Feliksa W. Kresa, który czepia się o wiele bardziej drobiazgowo, ale za to z jakim wdziękiem! Gdybym tylko potrafiła się tak pięknie czepiać, jak on, niczego więcej nie potrzebowałabym do szczęścia!

piątek, 07 października 2011
Nobel

czyli jednak zapchajdziura.

Po wczorajszym werdykcie Akademii Noblowskiej (Nobel dla Tomasa Tranströmera) zastanawiam się poważnie (i przypuszczam, że nie ja jedna...) czy Nobel ma jeszcze w ogóle jakiś sens dla tak zwanej rzeszy czytelników.

Nigdy nie słyszałam o tegorocznym nobliście (i przypuszczam, że nie ja jedna...). Nie mam nic przeciwko sędziwym szwedzkim poetom, ale poezja to nie moja bajka. Poezji współczesnej nie rozumiem i czytać nie umiem, poezja współczesna poza autorami przystępnymi w formie, jak Szymborska czy ksiądz Twardowski jest dla mnie potokiem dziwnie poukładanych słów, z których niewiele wynika. Rozumienie i przyjemność z czytania poezji kończą mi się gdzieś w okolicach Gałczyńskiego i Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, potem już tylko z rzadka przebłyski.

Ale nie chodzi o to, czy ja szwedzkiego poetę lubię i rozumiem, bo ja mogę być akurat przypadkiem tępym, niewrażliwym matołem, nieźle zamaskowaną ćwierćinteligentką skrywającą głęboko uwielbienie dla rymowanych esemesowych życzeń i tak dalej.

Chodzi o to, że Nobel wydaje mi się coraz bardziej "od życia oderwany". Z zeszłorocznym wyjątkiem.

Wydaje mi się, że nagrodę takiej rangi jak Nobel powinien dostawać nie autor znany wtajemniczonym, miłośnikom gatunku, grupie czytelników tych pism literackich, gdzie trzyzwrotkowy wiersz opatruje się trzydziestostronicowym artykułem uczenie objaśniającym i interpretującym intencje autora.

Wydaje mi się, że Nobla powinien dostawać taki pisarz, którego nazwisko przynajmniej"obiło się o uszy" tak zwanym przypadkowym przechodniom w różnych miejscach świata, którego książki tłumaczone na rozmaite języki można bez wielkiego zachodu znaleźć w dowolnej dużej księgarni, który interesuje i jakoś tam, przynajmniej trochę, rozpala emocje dużej rzeszy ludzi (i nie mówię tu o autorach popularnych bestsellerów typu "przeczytaj i wyrzuć". Mario Vargas  Llosa jest przykładem idealnym). Niekoniecznie typowany przez wielu Murakami - z Murakamim mam problem, nie jestem pewna, czy jego powieści (przynajmniej te, które czytałam) rzeczywiście są wartościowe, czy tylko to umiejętnie pozorują, czy pod całym, słynnym "klimatem" i wyrafinowanym smętnym opisem rzeczywiście coś jest, czy to ładna puszka bez ciastek.

Szwedzkiemu poecie gratuluję i życzę wszystkiego dobrego, ale raczej nie popędzę do empiku zapoznać się z jego wierszami.

 

Tagi: Nobel
09:34, mdl2
Link Komentarze (18) »
wtorek, 04 października 2011
milczenie

wynika z prostego faktu, że okropnie nie chce mi się czytać.

Mam czas. Mam stertę dobrych książek. Mam fotel, okulary i herbatę.

I nie chce mi się do tego stopnia, że od 3 tygodni czytam jedną książkę i dotarłam może do połowy, choć jest dobra.

Oglądam "Ostry Dyżur", robię na drutach, czytam gazety, siedzę na fejsie i gram w kulki i kwadraty, ale nie czytam. I nie piszę też.

Nie mam też pomysłu na wpisy-zapchajdziury, bo ileż można.

Może mi przejdzie, a może dołączę do grona tzw statystycznych Polaków i będę czytać jedną książkę rocznie (i będzie to lekka, przyjemna romansowa lekturka albo coś o wampirach). W zamian może zacznę oglądać TZG (o ile jeszcze to nadają) i może zacznę kojarzyć jakieś postaci z telewizji oprócz Wojewódzkiego. Albo zacznę kupować pisma kobiece i wczytywać się w porady na temat makijażu wieczorowego i urządzania kuchni. Albo będę układać puzzle, kolekcjonować przepisy kulinarne, haftować krzyżykami na gotowej kanwie. Cokolwiek, co robią nieczytający ludzie, bo przecież chyba coś robią.

Czas przecieka mi przez palce i zupełnie nie mogę się zmusić do odczuwania z tego powodu wyrzutów sumienia.

Widocznie nie tylko dzieci potrzebują się nudzić.

Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli