Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
poniedziałek, 22 października 2012
co wolno księciu...

Chciałam sobie jeszcze rzutem na taśmę przed wyjazdem zrecenzować ostatnio przeczytany, taki sobie i mocno przekombinowany kryminał (meta)fizyczny... ale natknęłam się w sieci na recenzję, która uświadomiła mi, że to wcale nie taki-sobie kryminał oparty na ciężkim, filozoficznym i mocno naciąganym koncepcie, a transpozycja dzieła Dickensa, naszpikowana symboliką i stawiająca czytelnika w obliczu ważkich pytań epistemologicznych... czy jakoś podobnie.

Obejrzałam też na tvp Kultura fragmencik dyskusji, w której mądra pani z Krytyki Politycznej, słynny właściciel agencji reklamowej i paru krytyków z ogniem w oczach udowadniało, że klasa średnia mieszkająca na grodzonych osiedlach, w mieszkaniach urządzonych w Ikei nie ma prawa mieć jakichkolwiek aspiracji kulturalnych, bowiem zajęta jest przede wszystkim dbaniem o czystość kuchni i kupowaniem nowych rzeczy podkreślających status społeczny. Panie z obrzydzeniem wydymały usteczka wymawiając nazwę "Ikea", sugerując spojrzeniem, że na regałach z Ikei można postawić najwyżej streszczenia lektur szkolnych, markowe szpilki i butelkę płynu do czyszczenia kuchni. Laureat Nike zdaje się próbował klasy średniej nieśmiało bronić, twierdząc, że przecież zawsze była tworzywem dla powieściopisarzy, Wokulski, te sprawy. ale został zgaszony stwierdzeniem, że klasa średnia lubi mieć czysto, porządnie "i żeby nikt im nie robił demonstracji w centrum miasta, bo muszą jakoś do pracy dojechać". Dojazd do pracy to przecież taka zabawna, wstydliwa sprawa... podobnie jak "ambicja posiadania mieszkania".

Poczułam się ustawiona na swoim miejscu, na regale z Ikei, i nawet bałagan w kuchni nie ratuje mnie przed brakiem aspiracji kulturalnych, choćbym się zaczytała na śmierć i zdechła z rozpaczy nad Hollinghurstem.

No i w sumie może mają rację. Kiedyś sobie myślałam, że "jak będę duża" to albo magicznie zmienię się w blond damę w cieniutkich rajstopach albo zostanę intelektualistką w grubych okularach i dopiero się wszyscy zdziwią. Pech chciał, że zostałam pośrodku, jak ta żaba, co się nie może rozdwoić, ani to ładne ani to specjalnie inteligentne, ani słodkie ani nie ma nic specjalnego do powiedzenia, za głupie (albo za rozsądne) na bycie waleczną doktorantką z krytyki politycznej, za mądre (albo za leniwe) na poświęcenie się wyłącznie czyszczeniu kuchni przy nowym polskim serialu (miałam napisać: brazylijskim, ale po obejrzeniu 1 odcinka "Lekarzy" i paru powtórek "Na dobre i na złe" stwierdziłam, że dzisiaj "polski serial" brzmi znacznie gorzej).

Jestem sobie klasa lekko-półśrednia z aspiracjami kulturalnymi ograniczonymi w zasadzie do czytania dobrych książek i do oglądania dobrych filmów na dvd pół roku po kinowej premierze (wszak prawdziwy intelektualista ogląda je na festiwalu przed premierą, w kinie studyjnym, które posiada certyfikat stwierdzający, że nigdy nie sprzedano tam ani grama popcornu). Lubię mieć czysto i porządnie, chociaż nie umiem, lubię mieć na regałach z Ikei nowe książki (chociaż niekoniecznie te, które podobają się Tym, Którzy Wiedzą Lepiej), pogodziłam się z tym, że żaden krytyk z prawdziwego zdarzenia nigdy nie dotknie żadnej z moich książek choćby najdłuższym kijem i z zatkanym nosem i że szczytem tego, co mogę osiągnąć jako pisarka, jest założenie fanpejdża na fejsbuku i regularne zmienianie zdjęć profilowych (obowiązkowo w kolorze blond naturalny i z kotem).

i zastanawiam się, po co blog, po co książki, po cholerę to wszystko, skoro i tak nic z tego nie wynika, i tak, choćbyś skakał, wyżej szafki z ikei nie podskoczysz... Może jednak lepiej poprzestać na posprzątaniu kuchni.

Jadę jutro do Miejsca Gdzie Mieszkają Wszystkie Dobre Książki, odetchnąć, popatrzeć sobie na inny świat, pojeździć metrem i popodglądać, co też wszyscy inni w metrze czytają. Jadę po nową Zadie Smith i nową Kate Morton, jadę spotkać się z Dabarai i odwiedzić mityczną Piwnicę. A potem - zobaczymy, co dalej.

sobota, 20 października 2012
Kochanie, zabiłam nasze koty - Dorota Masłowska

Recenzowanie Masłowskiej mija się z celem.

Po pierwsze, to jest pisarka, którą się kocha albo się jej nie znosi. Nieznoszących nie przekonam, a wielbiących przekonywać nie trzeba.

Po drugie, jak po każdej kolejnej książce tej autorki, pojawia się zjawisko "strach lodówkę otworzyć". Teraz zrecenzują ją wszyscy wszędzie, a sama autorka będzie ochoczo dorzucać swoje myśli i interpretacje w setkach wywiadów w każdej możliwej gazecie i każdym możliwym programie tv, do momentu, w którym na sam widok Masłowskiej zaczniemy nerwowo pstrykać pilotem i przewracać kartki w gazecie.

Więc tylko garść luźnych uwag i skojarzeń.

Przeczytać trzeba, nie dlatego, że wypada i że któryś enty pan krytyk z telewizji kazał, tylko dla czystej przyjemności obcowania z tą nieprawdopodobną sprawnością językową. To, co Masłowska robi z naszym językiem, to, jak pokazuje w krzywym zwierciadełku cały nasz ponowoczesny, zaśmiecony, płaski, pusty, banalny światek to jest absolutne mistrzostwo. Przeżyłam z tą książką coś zupełnie przedziwnego - czytałam ją sobie w salonie fryzjerskim, na fotelu, czekając, aż miła pani zdejmie mi z głowy folię aluminiową i zmyje "naturalny blond z refleksami". Pani co jakiś czas zabawiała mnie rozmową, ja sączyłam zimną kawę z ekspresu na pastylki i czytałam sobie "Kochanie, zabiłam..." aż w pewnym momencie przestałam odróżniać rzeczywistość od fikcji, i nie wiedziałam przez chwilę, czy "odcień 014, sztuczne kasztany" to w książce, a "nasza słynna trwała prostująca" to rzeczywistość, czy może odwrotnie. Nasz świat, nasze życie w jednej wielkiej galerii handlowej będącej taką wymyśloną, sztuczną Ameryką z seriali źle przetłumaczonych na polski, gdzie błąkają się ludzie farbowani na sztuczny kasztan pachnący słodko kebabem, szminką, kilkoma różnymi perfumami, którymi spryskała się w Sephorze... Nasz świat, w którym życie duchowe zastępują psychotesty w gazetkach, a trzpień naszej wyjątkowości zlokalizowany jest w oprawkach od okularów. Świat urywanych, hasłowych rozmów o niczym symbolizujących bliskość, świat hipsterów i artystów, którzy gonią własny ogon w poszukiwaniu czegoś nowego. Świat, w którym można sobie wybrać tożsamość i być, na przykład, Goszą z Polski (to taki kraj w byłej Jugosławii, gdzie wszyscy jedzą koplatki i zgniłe ogórki). To wszystko tam jest, bardziej w języku niż w fabule, a cały ten świat pływa na paskudnym, zaśmieconym oceanie (zbiorowej podświadomości?) gdzie wszyscy spotykają się w snach.

Mistrzostwo językowe, ironia i złośliwość, masa celnych obserwacji z życia, autoironia pisarki - jazda bez trzymanki, która ostatecznie zostawiła mnie z uczuciem żalu - jak to, to już?

Później, kiedy nieco ochłonęłam, przyszły pytania: czy pod tym niesamowitym popisem maestrii językowej rzeczywiście kryje się coś więcej niż celna satyra na współczesne społeczeństwo? Czy to poważna diagnoza, czy tylko zbiór zabawnych, złośliwych obserwacji? Czy ocean naprawdę jest tak głęboki i czy rzeczywiście symbolizuje coś ważnego? Czy autorka powiedziała mi o świecie coś ważnego , do czego wcześniej sama nie doszłam? Czy powiedziała cokolwiek ważnego o świecie istniejącym poza murami galerii handlowych i hipsterskich spelunek? No, ale te wątpliwości z pewnością wyjaśnią nam mądrzy krytycy, którzy już stanęli do wyścigu.

I na koniec: absolutnie nie należy czytać Masłowskiej, kiedy samemu się coś pisze. Ta fraza zaraża, rzuca się na uszy jak przebój grany latem we wszystkich budkach z goframi i później przez długi czas widzi się świat przez pokrzywioną szybkę, a do głowy przychodzą zdania będące wyłącznie marnym naśladownictwem.

Tagi: Polska
21:16, mdl2
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 15 października 2012
Obce dziecko - Alan Hollinghurst

W mojej rodzinie krążyła swego czasu anegdotka z lat przedwojennych. Pewna pani, niespecjalnie lubiana w małomiasteczkowym towarzystwie, na bal dobroczynny usmażyła pączki, z wierzchu piękne, błyszczące, pachnące, ale podobno suche i twarde jak kamień.  Miasteczkowe wyższe sfery na balu tańczyły, pojadały, a pączków przez cały wieczór nie ubywało. Wreszcie zaniepokojona paniusia zapytała znajome panie, dlaczego nie jedzą, czy te pączki może niedobre? - na co moja Ciotka Nacia, z właściwym naszej rodzinie wdziękiem i niewymuszoną szczerością, odparła: Ależ doskonałe, pani doktorowo, tylko coś ich jeść nie można!*

No i tak jest z książką Hollinghursta, pyszna jest, apetycznie wygląda, pachnie przepięknie tylko coś jej czytać nie można. Jeśli o mnie chodzi, gdybym kiedykolwiek miała kłopoty z bezsennością, bez wątpienia sięgnę po nią znowu - usypia lepiej niż melisa, nie zliczę, ile razy w ciągu ostatnich 2 tygodni budziłam się nad nią gwałtownie z poczuciem winy, że oto znowu całkiem fizjologicznie i odruchowo nie doceniam wielkiej literatury.

A przecież zwykle doceniam Brytyjczyków, tych z wyższej półki niż "tajemnice starego dworku" z ich epickim zacięciem, darem opowiadania, przekonaniem, że sztuka powieści nie umarła, na przekór modzie, z ich elegancją i finezją opisu, dyskretnym humorem. Tym razem - nic z tych rzeczy.

Powieść opowiada historię pewnej rodziny, pewnej posiadłości, pewnego poety i pewnego wiersza. W 1913 roku do skromniutkich włości państwa Sawle'ów przybywa młody poeta, Cecil Valance. Cecil jest "przyjacielem ze studiów" (w rzeczywistości kochankiem) George'a, ale durzy się w nim i młodsza córka Sawle'ów, szesnastoletnia Daphne. Poeta zostawia po sobie bałagan, kiepski wiersz wpisany do pamiętnika szesnastolatki i wspomnienie otaczającej go aury wielkiego świata. Oczywiście za chwilę Cecil ginie w pierwszej wojnie światowej i od tej pory jest to opowieść o tym, jak żywy, jurny, przystojny smarkacz, zaledwie dwudziestolatek, zmienia się pod suchymi od kurzu paluchami biografów w legendę. I o tym, jak zafascynowani jego krótkim żywotem geje-literaturoznawcy, antykwariusze, biografowie usiłują z niego zrobić to, co chcieliby w nim widzieć - geja, ojca jednego z dzieci Daphne. Postać w istocie pewnie niewarta większej uwagi obrasta legendą i fascynuje kolejne pokolenia, które lepią ją za każdym razem po swojemu ze skrawków, wzmianek, listów, wywiadów, rozmów.

W tle toczy się historia rodzin Daphne i Cecila, połączonych przez ślub dziewczyny z bratem poety, a później rozdzielonych. Historia Corley Court, wiktoriańskiego domiszcza Valance'ów, które ze swoimi kasetonami "w kształcie form do galarety" i kominkami wydawało się niezamożnym Sawle'om szczytem luksusu, po czym skarlało, przebudowywane i ostatecznie zamienione na szkołę z internatem. Widzimy, jak rozrasta się miasto, pochłaniając olbrzymie niegdyś posiadłości, i jak karleje klasa uprzywilejowana. Dostajemy też krótką historię homoseksualizmu, od niedopowiedzeń i pozorów "męskiej przyjaźni" po legalne małżeństwa sto lat później.

Oczywiście każdy w powieści pisze wspomnienia, książki, biografie, memuary, każdy też występuje w indeksach i przypisach do wspomnień i memuarów rodziny i znajomych, odnosi się wrażenie, że pisanie i czytanie wspomnień zubożałej arystokracji jest zajęciem pochłaniającym większość czasu bohaterów. Kult słowa pisanego, od tych niedojrzałych wersów w pamiętniku po wspomnienia starszej pani.

Ogólnie o Cecilu dowiemy się tylko tyle, ile każdy zechce opowiedzieć, dostaniemy pieczołowicie przechowywane i zazdrośnie strzeżone skrawki i urywki wyblakłe z czasem - bo nic więcej nie ma. Znacznie ciekawsza jest rodzina poety, obserwowana w odstępach kilkudziesięcioletnich, przez coraz to nowych bohaterów, tak, że zmian trzeba się domyślać, wiele pozostaje niedopowiedziane.

Z opisu wydawałoby się - bardzo zacna lektura, prawda? Pączki pachną i błyszczą. Więc co jest nie tak?

To tak zwana elegancka i subtelna, wysmakowana proza, chwilami tak wysmakowana, że aż dławi się swoimi ozdobnymi zawijasami. "Przedstawiał ją w ciemnoczerwonej sukni (...) z płomiennym brakiem jakichkolwiek wątpliwości w dużych wyblakłych oczach" (str. 130). "Dudley (...) wyrwał stylowe, zabawne i ważne spotkanie ze szponów innego, które nudziło go do szaleństwa, i prezentował je publiczności, dopóki nie wyczerpał się flesz" (str. 165) "...pijące wodę bydło [na obrazie] zdawało się wręcz wcieleniem naturalnej nieświadomości sir Edwina dotyczącej poczynań jego syna." (str. 169). "Jej małe dłonie wyglądały dzielnie i komicznie, kiedy rozciągały się, dudniły i dzwoniły." (str. 349). Kiedy ktoś coś mówi, mówi to zawsze z didaskaliami, na przykład "z klasztorną prostotą i lekkim wahaniem" (str. 361) albo "tonem sugerującym, że wiele można by o tym powiedzieć, gdyby w ogóle zacząć temat." (347).  Wszystko to sprawia wrażenie nadętego, przesadnego wielosłowia, szczególnej wrażliwości, która każe w pokrętny, poetycki sposób opisywać każdy ruch, każde słowo przynajmniej dwoma przymiotnikami, najlepiej wzajemnie sobie przeczącymi, "głosem usprawiedliwiającym, ale raczej niechętnym".

Ja osobiście takiego języka nie lubię - lubię zaskakujące sformułowania, nieoczekiwane sprzeczności, ale nie w tym stężeniu, nie na każdej stronie przez 600 stron, nie w każdym dialogu i opisie. Gdybym dostała tę książkę za darmo z wydawnictwa, napisałabym tu, że "ze względu na niezwykłe bogactwo języka musiałam sobie tę gęstą, intensywną prozę pomalutku dawkować, żeby móc ją w pełni docenić", ale ponieważ wydałam na nią z własnej kieszeni ciężko zarobione 50 zł, napiszę wprost, że było to tak męczące, że nie dawałam rady czytać więcej niż 20-30 stron na jednym posiedzeniu.

Dodatkowe zarzuty - trudno przywiązać się do postaci, które są porzucane i spotykane na nowo po latach (albo w ogóle znikają, albo z bohaterów głównych zmieniają się w trzecioplanowych, albo poznane jako dzieci pojawiają się ponownie jako zapuszczeni starsi panowie). Zdarzenia, wydawałoby się kluczowe, nigdy nie zostaną wyjaśnione, są wzmiankowane mimochodem, akcja urywa się w dramatycznych momentach i powraca, kiedy są one już tylko bladym wspomnieniem. Autor wodzi czytelnika za nos, podsuwając mu zagadki, których nie zamierza rozwiązać. Cel tego zabiegu jest zrozumiały, pokazuje wyraźnie, że życie i biografia różnią się od literatury popularnej brakiem jednoznacznych odpowiedzi i łatwych rozwiązań, a mimo to pozostawia uczucie niedosytu.

Jest to zdecydowanie powieść przede wszystkim dla amatorów tego rodzaju "wysmakowanego" języka i dla anglistów z zacięciem, którzy będą się rozkoszować nawiązaniami do autentycznych postaci i zjawisk z historii literatury. Dla tych wszystkich, którzy marzą o grzebaniu w zakurzonych starych papierach. Ja, jeśli chodzi o interesujących Brytyjczyków, zdecydowanie wolę Barnesa czy Sarah Waters.

---

* Podobnie jak w przypadku wszystkich naszych rodzinnych anegdotek, nie jestem w stanie zagwarantować, że ta akurat jest prawdziwa, albo, że jej bohaterką jest akurat ta konkretna ciotka, albo, że nie została podkradziona z jakichś cudzych opowieści i przekazana dalej na zasadzie "kuzynowi mojego znajomego w Tesco porwali dziecko białą furgonetką". Podobnie jak tajemnice młodego poety z powieści została zabrana do grobu kiedy byłam dzieckiem...

piątek, 05 października 2012
Kwiaty na poddaszu - Virginia C. Andrews

Sięgnęłam po tę książkę skuszona pozytywnymi recenzjami, w nadziei na coś lekkiego i wciągającego, do poczytania w autobusie i w łóżku, żeby zrobić sobie przerwę od czytania pewnej dobrej, wysmakowanej i bardzo chwalonej powieści z wyższej półki, która niestety przy okazji jest śmiertelnie nudna (recenzja wkrótce). Słowem, miałam nadzieję na prostą czytelniczą przyjemność, hamburgera, który zmyje smak kawioru i nasyci.

Dawno się tak srodze nie zawiodłam.

Jeśli miarą "dobrej książki" jest szybkość jej czytania, jest to niewątpliwie doskonała powieść - niecierpliwie przewracając strony, żeby dowiedzieć się JAK SIĘ WRESZCIE SKOŃCZY, przeczytałam ją w kilka godzin. I to jest jej jedyna zaleta.

Bo "Kwiaty na poddaszu" to naiwna, wydumana bajeczka, a w dodatku najzwyczajniej w świecie kiepsko napisana. Dawno nie czytałam nic tak niewiarygodnego, płaskiego, napisanego tak drętwym, egzaltowanym językiem. Że narratorem jest nastolatka? Że wzoruje się podobno na Dickensie? No proszę, nastolatki tego świata powinny się śmiertelnie obrazić, a Dickens przewrócić w grobie.

W pewnym domku żyje sobie bardzo szczęśliwa rodzinka - mama, tata, synek, córka i kilkuletnie bliźnięta. Wszyscy są śliczni jak laleczki i zajmują się głównie byciem ślicznymi i mądrymi, ubieraniem się w śliczne ubranka, a w międzyczasie dostawaniem ślicznych prezentów i mówieniem sobie, jacy są śliczni i szczęśliwi. Niestety w pewnym momencie tatuś ginie w wypadku i śliczne życie się kończy. Śliczna mamusia zupełnie nie jest przystosowana do prawdziwego życia (praca, kredyt, zajęcie się rodziną). Na szczęście mamusia ma jeszcze rodziców, którzy są co prawda okrutni i dawno ją wydziedziczyli, ale przede wszystkim mają przepiękny dom, są milionerami, więc jest szansa na zdobycie dużych pieniędzy (bo oone są w życiu tej szczęśliwej rodzinki najważniejsze) - o ile mamie uda się powrócić do łask. Wtedy umierający ojciec zapisze jej cały swój majątek.

Jest tylko jeden problem - despotyczny dziadek nie zaakceptowałby wnuków, trzeba je więc schować na jakiś czas. Dzieci zostają więc ukryte w jednym z niezliczonych pokoi bajkowej rezydencji, z dostępem do ogromnego poddasza - na czas potrzebny do przebłagania dziadka albo do jego śmierci. Żyją tam we czworo w dziwnej utopii, w której dwoje starszych przejmuje obowiązki rodziców i próbuje stworzyć sobie i bliźniętom godne warunki życia, podczas, gdy matka rzekomo zajmuje się ugłaskiwaniem swojego okrutnego ojca. Starsze dzieci przechodzą trudny wiek dojrzewania i odkrywania swojej seksualności, pozbawione dostępu do rady, pomocy, wyjaśnień. Nie brakuje im jedzenia i luksusowych przedmiotów, jednak znajdują się pod nadzorem fanatycznie religijnej babci, która okrutnie ich karze za każdy "grzech", podczas, gdy podobno kochająca matka coraz bardziej się oddala.

Samo założenie fabularne jest już dla mnie niewiarygodne, karkołomne i trudne do zaakceptowania. Dawno nie czytałam książki tak przesiąkniętej kultem pieniądza i luksusu. Perspektywa odziedziczenia milionów zaślepia na równi matkę (której dotychczas nie przeszkadzało skromne życie w małym domku z ukochaną rodziną), jak i starsze dzieci, rozkochane w strojach, przedmiotach, prezentach, luksusowych pozorach. Gotowość całej trójki na zniesienie najgorszych upokorzeń, byleby tylko dostać upragnione, ukochane pieniądze jest przerażająca i nie do przyjęcia - doprawdy, jest wiele sposobów, żeby utrzymać rodzinę nie będąc milionerem w diademie z brylantów. Trudno mi też wyobrazić sobie kochającą matkę, która wyłącznie dla luksusów godzi się na poddanie swoich (przypomnę: ukochanych) dzieci takim torturom. Matka jest zresztą absolutnie niewiarygodna w obu wersjach - jako kochająca, bezradna i znękana kobietka pragnąca zapewnić dzieciom byt, jak i jako zimna materialistka gotowa znieść wszystko dla kasy. Autorka nie wysiliła się ani przez chwilę, żeby uprawdopodobnić jej motywacje i ożywić nieco tę papierową postać - widocznie była za bardzo skupiona na opisywaniu jej sukien wieczorowych, kostiumów obszytych futerkiem, bransoletek wysadzanych klejnotami itp. istotnych detali.

Dzieci z kolei cechują się wyjątkowym nagromadzeniem urody i wszelkich talentów, które pomagają im przetrwać. Malują, szyją, haftują, wycinają, grają na instrumentach, czytają - wszystko po to, żeby jakoś przetrwać i dać młodszemu rodzeństwu namiastkę prawdziwego dzieciństwa. Oboje piękni (ich kręcone złote włosy są niemalże samodzielnym bohaterem książki), nad wiek dojrzali i inteligentni, Chris intelektualista i przyszły lekarz, Cathy - baletnica, dzielnie stawiają opór despotycznej babci, wspierają się nawzajem i opiekują rodzeństwem. Starają się też zmagać z przejawami dojrzewania i rodzącej się seksualności, jednak nie zawsze mają dość siły. Zerknęłam z ciekawości na stopkę - prawa autorskie z lat 70, tak, to by pasowało, przypomina to jakąś wykoncypowaną utopię gdzie piękne, dzikie i naturalne hipisowskie dzieci dorastają bez pomocy dorosłych w sztucznym otoczeniu, a moralność, religia i prawo są reprezentowane przez represyjnych strażników z zewnątrz.

Najbardziej nienaturalne wydawały mi się jednak rozmowy dzieci - sztuczne, egzaltowane i przydługie wypowiedzi pełne wyznań i zapewnień o uczuciach. Rozmowy toczą się stale według tego samego schematu: Cathy mówi coś w rodzaju: "Nie wierzę mamie", Chris odpiera w stylu: "Och, ukochana siostro, jak możesz jej nie wierzyć? Przecież robi to dla nas!", mama dorzuca: "Och, moje ukochane dzieci, nie bądźcie niewdzięczne, gdybyście wiedziały, co ja dla was znoszę, najbliższe święta będą piękne, przy okazji macie tu parę drogich prezentów".

Wszystko w tej książce jest równie sztuczne, jak tytułowe kwiaty powycinane z papieru. Jest to bajka o nieprawdziwych, sztucznie pięknych ludziach żyjących w sztucznych dekoracjach, którzy przeżywają sztucznie wydumane problemy wynikające z kompletnie niewiarygodnych motywacji. Ani ślepa ufność dzieci w dobre intencje matki, mimo oczywistych dowodów świadczących o czymś przeciwnym, ani jej postępowanie nie bronią się. "To baśń" - mówią obrońcy tej książki. Żadna tam baśń - baśń to nie jest po prostu nieprawdopodobna bajeczka, gdzie księżniczki siedzą w wieży, baśń ma przybliżać i objaśniać świat, coś symbolizować, nie wystarczy ustawić ślicznych bohaterów, ubrać ich w śliczne ubrania i zamknąć w ponurym zamczysku strzeżonym przez smoka. Jestem dorosła, nie potrzebuję wydumanych bajeczek, chcecie opowiadać mi bajki - niech będą wiarygodne, pełnowymiarowe, intrygujące.

"Szybko się czyta" to jedyna, podstawowa zaleta tej książki. Pani Andrews się rozpędziła i dołożyła jeszcze 3 tomy, po które już na pewno nie sięgnę. I długo będę się głowić nad tym, co też inni w tym widzą.

Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli