Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
sobota, 27 kwietnia 2013
Jutro przypłynie królowa - Maciej Wasielewski

Pisałam w komentarzach, że chyba dopadł mnie ten słynny kryzys wieku średniego, kiedy człowiek zaczyna coraz chętniej sięgać po literaturę faktu zamiast po fikcję. Mam tylko nadzieję, że nie skończę jak mój Ojciec, który w pewnym wieku zaczął czytać wyłącznie książki typu biografia Stalina i II wojna na froncie wschodnim :)

"Jutro przypłynie królowa" to jeden z przejawów tego kryzysu i jeden z tych reportaży wydawnictwa Czarne, które stanowią klasę samą dla siebie i potwierdzają, że polski reportaż kwitnie i ma się doskonale.

Wyobraźcie sobie wysepkę zagubioną na Pacyfiku, zamieszkaną przez kilkadziesiąt osób. Palmy, rozgrzany piasek, sady mandarynkowe, najsłodszy na świecie miód, który trafia na królewski stół Anglii. Raj na ziemi. Dodajmy, że wszyscy rdzenni mieszkańcy wyspy są potomkami buntowników z "Bounty" i uprowadzonych tahitańskich kobiet - romantyczna piracka legenda w pełnej krasie cudowny, nieznany i urokliwy zakątek świata.

Otóż nieprawda.

Zamiast raportu z raju strzeżonego pilnie przed turystami dostajemy otóż mrożący krew w żyłach reportaż z piekła na ziemi, przerażające studium społeczności trawionej nieufnością, podejrzliwej wobec swoich i obcych, zamkniętej przed światem i żyjącej według swoich brutalnych wspólnotowych praw. "Na Pitcairn każda relacja międzyludzka opiera się na długu wdzięczności. Wyspiarze pilnują wprawdzie, by nie stawać się dłużnikami, ale prędzej czy później każdy każdemu jest coś winien." (str. 53). Wszyscy należą do Kościoła Adwentystów (który niedawno oficjalnie wyparł się związków z wyspą), wszystkich też wychowano w poczuciu silnej zależności od wspólnoty, bez której są niczym. Wspólnota dzieli się na swoich, Przechrztów ("Przechrzta to Obcy, który związał się z Pitcairnenką". - str. 23) i Judaszy (tego chyba tłumaczyć nie trzeba).

Wszystkich łączy pewien brudny sekret z niedawnej przeszłości - procesy o gwałt wytoczone kilku mieszkańcom wyspy przez grupę kobiet. "Gwałcili tyle, by zaspokoić potrzeby, lecz nie tyle, by zrobił się smród wokół wyspy." (str. 46) "Gwałt był częścią dnia. Jak jedzenie. Byłeś głodny, zrywałeś mandarynkę. Naturalna czynność." (str. 54). Gwałcicielami byli tzw. Chłopcy - silna, sprawna elita młodych wyspiarzy, filary społeczności. Gwałconymi - nastoletnie dziewczynki. Wszyscy wiedzieli o tym, co się dzieje, również rodzice ofiar. "Ojcowie mówili przed sądem: 'Nasze córki to dziwki, są obłąkane, gwałty to ich urojenie.' Żaden nie pomścił córki." (str. 71).

Relacja z wyspy przeplata się z rozmowami z uciekinierką - Veroniką. Razem tworzą wstrząsającą, opowiedzianą w lakonicznych zdaniach i króciutkich fragmentach, opowieść o piekle kobiet i dziewczynek, prawdziwym, odizolowanym piekle, oddalonym od najbliższego "cywilizowanego" sądu, od psychologa, terapeuty, pedagoga szkolnego i towarzystwa przyjaciół dzieci  o tysiące mil.  O piekle, w którym policjantką jest siostra gwałciciela a jedyny pastor podgląda nastoletnie dziewczynki. O piekle, z którego niezwykle trudno się wyrwać fizycznie (trzeba mieć drogi bilet na statek kursujący raz na kilka miesięcy, trzeba uprosić kapitana) i psychicznie (trzeba znaleźć w sobie siłę, żeby odciąć się od wspólnoty, od rodziców, od jedynego miejsca, które się w życiu znało, bez prawa powrotu). Nieliczne zdobyły się na odwagę, płacąc za nią później dotkliwym poczuciem wyobcowania i zaburzeniami psychicznymi. Może zresztą ta lektura była powodem, dla którego nie byłam w stanie później odpowiednio głęboko przeżywać wciąż tych samych psychicznych traum wykształconych, sytych Szwedek.

Królowa nigdy tu nie przypłynie, choć oficjalnie sprawuje władzę nad Pitcairn jako jednym z terytoriów zamorskich Wielkiej Brytanii. Nawet sąd nad gwałcicielami i wyroki skazujące ich na więzienie zmieniły się w farsę. Potomkowie buntowników wegetują w swojej enklawie, w ubóstwie i bałaganie: "Budynki skryte w gęstwinie drzew kokosowych, prymitywne, trawione przez termity. Przypominają raczej bungalowy zbite na słowo honoru z deski pilśniowej, z kruchego drewna, pokryte łataną blachą. W niektórych domach zamiast szyb powtykano patyki i kliny." (str. 20). Jeżdżą quadami po czterech kilometrach dostępnych dróg, kradną sobie nawzajem ropę i mandarynki, wiedzą o sobie wszystko i niełatwo zdradzają sekrety. A w czasie wolnym gwałcą - siostrzenice, córki sąsiadów, pewni swej bezkarności. Świat natomiast czeka, aż Pitcairneńczycy pomalutku wymrą, nie sprawiając kłopotu.

Wasielewski jadąc na Pitcairn narażał życie. Mimo, że udawał antropologa badającego zamknięte społeczności, musiał pokonać liczne przeszkody, aby wpuszczono go na wyspę, później wielokrotnie spotkał się z mniej lub bardziej zawoalowanymi pogróżkami, a wielu wyspiarzy rozmawiało z nim wyłącznie anonimowo. Powstał jednak reportaż wyjątkowy, pasjonujący jak najlepsza powieść i pod każdym względem wart swojej ceny.

Kto lubi reportaże - koniecznie. Kto nie lubi - też koniecznie, może to będzie TEN PIERWSZY reportaż w Waszej karierze czytelniczej :)

 

 

 

wtorek, 23 kwietnia 2013
Pępowina - Majgull Axelsson

No dobra, mamy światowy dzień książki, przeżyliśmy zbiorowy czytelniczy orgazm na fejsie, pojaraliśmy się, jacy to jesteśmy fajni, że czytamy, wydaliśmy setki złotych na różnych książkowych promocjach, zamieściliśmy miliony oklepanych obrazków z książkami, czytaliśmy pod chmurką (dobrze, że nie śniegową), to teraz warto by może dla odmiany coś napisać.

Z trzech ostatnio przeczytanych książek na pierwszy ogień idzie pisarka, którą kiedyś uwielbiałam i stawiałam sobie za wzór, a później mi przeszło.

Majgull Axelsson zawsze podziwiałam za umiejętność konstruowania bohaterów, za wnikliwe wejrzenie w kobiecą psychikę, za to, że o problemach naprawdę trudnych pisze tak, że nie można się od książki oderwać.

A z drugiej strony - jestem już gdzie indziej, minęłam punkt zachwytu i poszłam w inną stronę niż uwielbiana niegdyś autorka. No bo ileż można przeczytać takich samych powieści o stłamszonych, krzywdzonych kobietach z tragicznym bagażem doświadczeń z dzieciństwa? Ileż można roztrząsać, czy całe zło w życiu kobiety jest winą ojca, czy matki, czy może obojga, a może i babka dołożyła swoją cegiełkę?

Większość wielbicieli szwedzkiej pisarki powinna być usatysfakcjonowana, bowiem w "Pępowinie" znajdą wszystkie stałe motywy i wyróżniki jej twórczości: skrzywdzone kobiety, problem prostytucji, niskiej samooceny, przemocy psychicznej, traumy z dzieciństwa, w tym te oczywiste jak brak ojca i (lub) matczynej miłości i te będące znakiem firmowym Skandynawów (molestowanie, w Szwecji ktoś zawsze musi być molestowany!), toksyczna więż między matką a córką.

Nad miastem Arvika szaleje sztorm, zalewając drogi i łamiąc drzewa. W restauracji na wzgórzu chroni się kilka osób: Minna, właścicielka lokalu, Annette, kierowniczka restauracji, Marguerite, aktorka razem z dominującym mężem Henrikiem, Ritva, niespełniona zawodowo dziennikarka przygotowująca materiał o katastrofie.

Każda z nich dźwiga swój życiowy bagaż - jedna, stłamszona przez męża i dorastającego syna wpada w alkoholizm, inna żyje z pijakiem. Minna, niechciane, niekochane dziecko sławnego i wpływowego człowieka, zmaga się z najbardziej mroczną tragedią, którą czytelnik odkrywa pomalutku, powoli i z wielkimi oporami domyślając się, co się stało z piękną i utalentowaną córką bohaterki, Sofią.

W tej powieści wątkiem wybijającym się na pierwszy plan jest właśnie więź matki i córki, traumy przechodzące z pokolenia na pokolenie, mimo rozpaczliwych starań kobiet, żeby ich nie powtarzać błędów swoich matek. Kobiety z rodziny raz napiętnowanej przez plotkarzy zmieniają piętno w samospełniającą przepowiednię, choć usiłują się z tego błędnego koła wyrwać. Bezskutecznie, bo nie pozwala im na to całe obciążenie z przeszłości.

Kolejne rozdziały przedstawiają na zmianę historie poszczególnych bohaterek i jednego bohatera, Tyrone'a, emerytowanego strażaka, i tej najważniejszej - Minny. Poznajemy jej wspomnienia i teraźniejszość, a wszystko przetykane jest dziwnymi, symbolicznymi wizjami nawiązującymi do mitologii, bowiem Minnie i na jawie i w chwilach utraty przytomności stale towarzyszy wizja kalekiego, miedzianoskrzydłego anioła. Przyznam, że osobiście uważam te urojenia za najsłabszą część książki, chociaż oczywiście możnaby wiele napisać o symbolice anioła i części psychiki bohaterki, którą uosabia.

Możliwe że ta powieść Axelsson tym przede wszystkim różni się od poprzednich, że w poprzednich chyba nie wyczuwałam takiego dążenia do pozytywnego, mimo wszystko, zakończenia, do pojednania ze sobą i życiem, a tu wszystko jednak do tego zmierza.

A poza tym? A poza tym czyta się "Pępowinę" bardzo dobrze, bardzo szybko, bo Axelsson wciąż umie przykuć uwagę czytelnika, zaintrygować tajemnicą z przeszłości, powoli odsłaniać sekrety i złapać na haczyk. Na pewno też ta książka, jak poprzednie, spodoba się miłośniczkom ambitniejszej literatury psychologicznej "o kobietach - dla kobiet". A ja teraz szukam jednak czegoś innego.

 

piątek, 12 kwietnia 2013
Witajcie w raju. Reportaże o przemyśle turystycznym - Jennie Dielemans

Tak się złożyło, że mijający tydzień upłynął mi pod znakiem turystyki. Z jednej strony reportaże Jennie Dielemans o przemyśle turystycznym, z drugiej trzygodzinne przesłuchanie na policji w sprawie mojego byłego pracodawcy.

Niektórzy z czytelników pewnie pamiętają blog pt. Młoda Pisarka szuka pracy i euforię, która przyszła, kiedy pracę wreszcie znalazłam. Miesiąc później euforia minęła, dwa miesiące później pracowałam już gdzie indziej, w miejscu, gdzie nikt na mnie nie wrzeszczy i nie każe mi naprawiać drukarki, cztery miesiące później mój były pracodawca zniknął zostawiając po sobie długi i kilkuset wściekłych turystów, którym obiecano, że można spędzić wakacje w Egipcie za kilkaset złotych.

Nie można.

Szef zniknął, turyści wrócili do kraju na koszt podatnika, a z mojej wymarzonej pracy zostało wezwanie na przesłuchanie i trzy godziny w towarzystwie przemiłego policjanta.

A Jennie Dielemans napatoczyła się przy okazji, z półki mojej Mamy i akurat dopasowała się do tematu przewodniego.

Podsumowując najkrócej, jak się da:

Jeżeli należycie do tych ludzi, którzy uwielbiają pławić się w poczuciu winy i wyrzutach sumienia, jeśli dźwigacie na barkach odpowiedzialność za losy całego świata a przygotowując sobie kanapkę z pomidorem nigdy nie zapominacie policzyć śladu węglowego, który ów pomidor po sobie zostawił, jest to wymarzona lektura właśnie dla Was. Dowiecie się z niej bowiem, jak brzydkie i moralnie naganne jest uczestnictwo w turystyce zorganizowanej i zapragniecie spędzić najbliższy urlop zgodnie z polskim standardem, remontując kuchnię. Podobnie, jeśli lubicie odczuwać przyjemną moralną wyższość nad motłochem (niezależnie, czy ów motłoch wlewa w siebie kolejne drinki z palemką nad egipskim basenem, czy też z plecakiem i przewodnikiem Lonely Planet zagląda do wnętrz wietnamskich chat).

I nawet nie chodzi o to, że autorka nie ma racji, tylko o to, że ta książka jest tak jednostronna, tak przesycona poczuciem odpowiedzialności za cały świat i tak obrzydliwie SŁUSZNA, że przypomina bardziej pouczający wykład niż reportaż.

Autorka przybliża historię turystyki zorganizowanej, a następnie przedstawia kilka wybranych turystycznych "rajów", koncentrując się na zagrożeniach i szkodach powodowanych przez turystykę masową. Turyści przyczyniają się do chaotycznego rozwoju i niszczenia pięknych rejonów, backpackersi goniąc za autentycznością wykorzystują ubogich mieszkańców oddalonych rejonów, przy budowie hoteli pracują słabo opłacani i pozbawieni praw uchodźcy, w Tajlandii bogaci mężczyźni wykorzystują młodziutkie prostytutki... a za każdym razem, kiedy wsiadamy do samolotu, gdzieś w Arktyce umiera w męczarniach słodki, malutki polarny miś. I niech wam teraz kością w gardle staną te wczasy all inclusive w Turcji, które właśnie wykupiliście w ofercie first minute.

Oczywiście autorka ma sporo racji, ale po pierwsze, nie mówi właściwie nic nowego, poza oczywistościami. Może tylko tyle, że odziera backpackersów z romantycznego mitu niezależnych wędrowców, pokazując masowość tego rzekomo alternatywnego ruchu. Teksty są krótkie i dość ogólnikowe, nadawałyby się raczej na artykuły do tzw. tygodników opinii, za mało treści, żeby zasługiwały na miano głębokiej, wnikliwej analizy. Po drugie koncentruje się wyłącznie na negatywnych aspektach turystyki. Na całą książkę podaje tylko jeden pozytywny przykład, jak można pogodzić turystykę z ekologią i autentycznością w sposób korzystny dla wszystkich zainteresowanych. Po trzecie, ton reportaży, przepojony na zmianę wyższością (ach, ci prymitywni Szwedzi w hotelowych barach, ach ci Jankesi w wietnamskich tunelach) i poczuciem winy, staje się po jakimś czasie nie do zniesienia, do tego stopnia, że zgadzając się z grubsza z główną tezą autorki, marzyłam o tym, żeby się z nią nie zgadzać, z czystej przekory, dla zasady.

 

Nie przepadam za reportażami z tezą, których głównym celem jest pochylanie się z moralną wyższością nad jakimś tematem. Nie przepadam też za typowymi wakacjami zorganizowanymi (dlatego w tym roku zamierzamy znowu spędzić wakacje nad Bałtykiem, prawdopodobnie wykorzystując miejscową ludność, uciskając kelnerów w pizzeriach, dewastując dziewicze nadbałtyckie plaże i spalając hektolitry benzyny na dojazd na miejsce), ale nie jest to zasługą tego typu książek...

niedziela, 07 kwietnia 2013
Annabel - Kathleen Winter

Ostatnio mam dobrą passę, wybieram z półki książki i dobre, i pięknie napisane, i mądre. Rzadko się to zdarza, jedna czasem, dwie rzadziej, trzy z rzędu - prawie nigdy. Oczywiście żadne szczęście nie trwa wiecznie i prawdopodobnie gdzieś za rogiem już czeka, specjalnie dla mnie, jakieś koszmarne przereklamowane czytadło, ale cieszmy się chwilą, póki trwa.

"Annabel" to historia dorastania dziecka innego niż wszyscy. W małym miasteczku na Labradorze żona trapera, Jacinta, rodzi dziecko w domu, w asyście przyjaciółek i sąsiadek. Tylko jedna z nich, Thomasina Baikie, zauważa, że maleńki Wayne nie jest stuprocentowym chłopcem... a w rzeczywistości jest i chłopcem i dziewczynką, hermafrodytą. Od tej pory o tajemnicy Wayne'a będą wiedziały tylko trzy osoby - rodzice i Thomasina. Ojciec decyduje o tym, żeby leczyć dziecko i wychowywać jak syna, ale okazuje się, że tożsamość jest bardziej skomplikowana niż potoczne wyobrażenia na temat płci. Wayne dowie się o swojej odmienności dopiero w okresie dojrzewania i reszta jego historii będzie opowieścią o odkrywaniu ukrytej tożsamości, o odnajdywaniu swojego miejsca w świecie i pojednaniu z ojcem.

Akcja rozgrywa się na przestrzeni dwudziestu kilku lat po narodzinach Wayne'a, począwszy od 1969 roku. Tu znowu ogromną siłą książki jest miejsce akcji - odosobnione, na tle "cywilizowanej", miejskiej reszty kraju bardzo proste - a szczególne miejsce zajmuje przyroda. Miasteczko zamieszkują traperzy, milczący mężczyźni, którzy większość roku spędzają w lesie na polowaniach i tropieniu zwierzyny, życie toczy się prostym, surowym rytmem wyznaczanym przez północny klimat i konieczność zabezpieczenia podstawowych potrzeb. W tej kulturze ciężkiej pracy, oszczędności i dopasowania do rytmów przyrody wszelka odmienność czy niejednoznaczność stanowi potencjalne zagrożenie.

Autorka wnikliwie odmalowuje relacje między głównymi bohaterami tego dramatu, a same postacie, choć zarysowane oszczędnie, bez zbędnych słów, są bardzo wyraziste, zwłaszcza postać ojca, Treadwaya Blake, który po swojemu, w milczeniu, przez lata dochodzi do akceptacji i pojednania z synem/córką. Pierwiastek żeński w życiu Wayne'a, mądrą kobietę-przewodniczkę, uosabia jednak nie matka - trochę bezwolna i rozdarta, na koniec osuwająca się w bezradne szaleństwo (co jest zresztą wspaniale opisane, jako eskalacja pozornie niewinnego hobby, jakim jest szydełkowanie). Tą kobietą jest Thomasina, która po stracie ukochanej córki Annabel obejmuje duchową pieczę nad kobiecą częścią osobowości Wayne'a. I to jej daleka, niemal niezauważalna obecność towarzyszy mu nieustannie w wędrówce do odkrycia samego siebie.

To jest jedna z tych książek, gdzie pozornie nie dzieje się nic, a dzieje się wszystko, cały ludzki świat uchwycony w niewielkim okruchu. Pięknie napisana (znowu powtarzam za recenzją "Światła między oceanami", ale nic nie poradzę na to, że i tu właśnie piękny język odgrywa olbrzymią rolę, a szczególnie opisy labradorskiej przyrody), spokojna i mądra. Warto.

wtorek, 02 kwietnia 2013
My, właściciele Teksasu - Małgorzata Szejnert

Mam wrażenie, że o tym zbiorze reportaży napisano już wszystko, ale spróbuję dodać swoją cegiełkę do stosu pochwalnych recenzji.

Co NALEŻY o tej książce napisać: należy ze trzy razy podkreślić, że powstała w czasach, kiedy reporter nie mógł sobie swobodnie pisać o wszystkim, więc uciekał w pisanie o szczególe, a czytelnik współczesny ma sobie doczytać między wierszami o czym reporter naprawdę chciał napisać. Nie wiem, jak Wam, ale mnie to stwierdzenie podchodzi już do gardła ciągnąc za sobą wszystkie mazurki czekoladowe, wafle kajmakowe i jajka z majonezem, które zjadłam przez ostatnie dwa dni, więc się powstrzymam.

Nie czytałam między wierszami, nie kombinowałam, który aspekt Systemu autorka próbowała oskarżać i piętnować udając, że opisuje menu stołówki robotniczej i dzień z życia narzędziowni, bo mnie to wcale nie interesowało, dość mam wiecznej martyrologii. Zamiast tego potraktowałam spotkanie z reportażami jak wyprawę do kraju, który już nie istnieje, do miejsc, które znikały na naszych oczach, niepostrzeżenie. Do innego świata, oddalonego o 30-40 lat.

Reportaże zebrane w zbiorze pochodzą z lat 70. XX wieku i są bardzo zróżnicowane tematycznie. Od tematyki codziennej, tekstów o pracy Supersamu i fabryki traktorów w Ursusie, reportażu "od kuchni" ze stołówki w warszawskiej FSO, przez niecodzienne zjawiska społeczne i kulturalne - teatr niesłyszących, teatr wędrowny przemierzający wsie i miasteczka, wreszcie najbardziej chyba poruszający tekst o eksperymentalnych "wczasach adopcyjnych", podczas których dzieci z domu dziecka spotykały się z grupą dorosłych pod kontrolą psychologów - aż po tematy historyczne, echa wojenne i szersze problemy. Te ostatnie zresztą najbardziej nacechowane tą ostrożnością, aluzyjnością, przemilczeniem - i przez to, dla mnie, najmniej ciekawe (chociaż dla innych, być może, najbardziej).

Pierwsza refleksja - takich reportaży już nie ma. Uważne słuchanie rozmówcy, absolutny słuch językowy, nieprzechodzący jednak nigdy w znane ze wspólczesnej prasy szydercze przedrzeźnianie bohaterów. Oko do szczegółu (wiadomo, o ogóle pisać nie było wolno, czyli znów jedyna słuszna interpretacja...). Cała epopeja ludzka w pozornie suchym, obiektywnym opisie - ten wstaje o tej godzinie, tamtą od stania za ladą głowa boli, dziecko z domu dziecka przysłano całe w czyrakach, w stołówce schodzi się z kotłami po żelaznych, krętych schodach.

Druga refleksja - zostają z tej lektury w pamięci ludzie. Ludzie, którzy mogliby być naszymi rodzicami, wujkami, dziadkami. Ludzie z celem, z pasją, ludzie dumni ze swojego życia i pracy, ludzie walczący z przeciwnościami. "Badylarz", który z błyskiem w oku opowiada o budzeniu bzów zimą. Wiejski społecznik, człowiek-instytucja, chodząca kronika XX wieku. Ta para, która chciała adoptować dwie dziewczynki, ale nie dostała zgody, bo mieszka w jednym pokoju "bez wygód". Nauczyciel - wychowawca pokoleń. Matka bliźniaków, która codziennie o piątej rano jedzie pociągiem do Ursusa do pracy w narzędziowni. I dziesiątki innych. Niektórzy, być może, wciąż tu są, inżynier może codziennie rano wychodzi z bloku na Niedźwiadku kupić gazetę i popatrzeć z daleka na pustą skorupę zakładu, pielęgniarka z Supersamu może skończyła wymarzone studia, adoptowane dzieci pewnie dorosły... czy ktoś adoptował bezglutenową Kasię?

Trzecia refleksja - jedno pokolenie minęło, może półtora, a jak nam się inaczej żyje. "Pokoje bez wygód", przaśne stołówki bez obrusa, kolejki emerytów "bez kolejki" dawno odeszły do rozmaitych zabawnych "muzeów PRL", już tylko weseli hipsterzy z łezką w oku przywołują pozory tamtego czasu robiąc sobie trwałą i jeżdżąc maluchem ku uciesze czytelników. Odszedł dawny Ursus, odszedł Supersam, ale nauczyciele z powołaniem też w większości odeszli i ta pewność, że jak się zaczęło pracę w zakładzie w wieku 17 lat, to się z niej odejdzie po sześćdziesiątce. Ludzie, którzy w bloku, przy meblościankach stawiali fikusy odchodzą, a jakie kwiaty hoduje się dla dzisiejszych "lemingów"?

I na koniec - Mariusz Szczygieł napisał we wstępie, że z tej książki zostają długo pojedyncze zdania. Za mną chodzi takie - wypowiedziane przez pracownicę stołówki: "Praca u nas ciężka, a zarobek marny. Uzupełnić nie ma jak, bo kontrole na bramie."

Trochę wehikuł czasu, trochę bursztyn, w którym ci wszyscy ludzie trwają zatopieni. Aż chciałoby się pojechać do Łodzi, do Tychów, do Wejsun, poszukać tej przedziwnej willi, tych szklarni, tej szkoły, popatrzeć, co się zmieniło.

 

 

wtorek, 26 marca 2013
The Light Between Oceans - M.L. Stedman

Dzisiejsza recenzja jest wynikiem spontanicznej akcji jednoczesnego czytania :) Po notce Dabarai o nominacjach do Women's Prize for Fiction przypomniałam sobie o tej książce, która, kupiona, stała na półce od jakiegoś czasu i czekała na swoją kolej. I tak jakoś wyszło, że obie zaczęłyśmy ją czytać tego samego dnia, po chwili dołączyła Padma... i skończyłyśmy też mniej więcej w tym samym czasie. Recenzja Dabarai do poczytania i porównania tutaj.

Takie wspólne czytanie w epoce, kiedy każdy sobie czyta coś innego, na swoich warunkach, w swoim formacie, ma w sobie coś magicznego - zwłaszcza, że nie chodzi o akcję promocyjną popularnego bestsellera, a o wspólne odkrywanie zupełnie nieznanej książki debiutującej autorki w niewielkim gronie osób połączonych wspólnotą upodobań.

W przepisie na fascynującą powieść są dwa elementy - pewniaki, gwarantujące zainteresowanie. Przynajmniej moje zainteresowanie. Pierwszy to miejsce akcji, drugim jest jakieś zajęcie, najchętniej niepopularne, opisane ze znajomością tematu. Łatwo sobie wyobrazić, że opowieść o latarniku na niewielkiej wysepce u wybrzeży Australii spełnia obydwa warunki. A jeśli dodamy do tego czas akcji - kilka lat po I wojnie światowej i naprawdę poważne pytania i dylematy moralne, satysfakcja czytelnicza gwarantowana.

Tom Sherbourne, weteran I wojny światowej, wraca do Australii teoretycznie cały i zdrowy, ale głęboko okaleczony przez wojnę. Poszukując spokoju po wojennym koszmarze zgłasza się do pracy w charakterze latarnika i po pewnym czasie zostaje wysłany na wyspę Janus, położoną w sporej odległości od stałego lądu. W tamtych czasach taka posada wymagała niemal całkowitej izolacji - latarnik schodził na ląd co trzy lata, w międzyczasie jego kontakt ze światem ograniczał się do sygnalizacji i nieczęstych wizyt statku z zaopatrzeniem. Tom jednak doskonale odnalazł się w tej sytuacji, znalazł ukojenie w starannym wykonywaniu obowiązków, a po ślubie z piękną, spontaniczną i pełną życia Isabel wydawało się, że młode małżeństwo czeka idylla.

Wszystko zmieniło się jednak, gdy okazało się, że Isabel nie może donosić ciąży. Po kolejnym przedwczesnym porodzie i pochówku zmarłego syna, gdy małżonkowie pogrążyli się w rozpaczy, wydarzył się cud: do brzegu wyspy przybiła dryfująca łódka, w której znajdowało się ciało martwego mężczyzny i żywe niemowlę.

Nie zdradzę wielkiego sekretu, pisząc, że latarnik i jego żona postanowili zatrzeć ślady i wychować dziewczynkę jak własne dziecko. To tylko punkt wyjścia do całej dalszej historii, do dylematów i wyborów, które zmieniają życie małżeństwa i wielu innych osób (dziecko, oprócz martwego ojca, miało przecież i matkę). Do opowieści o wyrzutach sumienia, poczuciu, że należy postąpić "właściwie" i o tym, że czasami nie ma takiego wyjścia z sytuacji, które nie skrzywdziłoby nikogo, i że czasem "właściwie" niekoniecznie jest tożsame z "dobrze". Każde z bohaterów zapłaci wysoką cenę za swoje decyzje, a maleńka Lucy, nic nie rozumiejąc, stanie się przedmiotem, zależnym od decyzji dorosłych zaślepionych przez swoje własne urazy, pragnienia i niemożliwe do zaspokojenia tęsknoty. Ale cóż, nie były to czasy, kiedy nadmiernie przejmowano się "dobrem dziecka" czy jego psychiką.

Dabarai napisała, że trudno opowiedzieć się po jednej ze stron, bo bohaterów nie sposób nie polubić. Mnie z kolei, im bliżej do końca książki, tym bardziej bohaterowie denerwowali - swoim uporem, obstawaniem przy swoich racjach, nawet najszlachetniejszych i przedmiotowym traktowaniem ukochanego dziecka. Trzeba jednak przyznać, że racje każdej z postaci są wiarygodne i umotywowane, a rozterki głęboko emocjonalne.

Natomiast, poza samą historią powieść ma sporo innych zalet. Na pewno nie można pominąć tego "haczyka" jakim jest egzotyczny, wymierający już zawód latarnika. Pieczołowicie oddane realia i techniczne szczegóły tej pracy były fascynujące. Podobnie zresztą, jak inne detale z Australii sprzed niemal stu lat. Nie miałam dotychczas pojęcia, że i ten kraj mocno ucierpiał w I wojnie, tracąc tak wielu młodych mężczyzn na froncie.

Oprócz tego - książka napisana jest pięknym językiem (to dotyczy oryginału angielskiego, przejrzany pobieżnie w empiku polski przekład ani mnie nie odrzucił, ani nie zachwycił). Pięknym, "przezroczystym" stylem, bez udziwnień, ale w sposób, który wyraźnie odróżnia tę książkę od popularnej literatury "kobiecej". W opisach wyraźnie czuje się spokój, oddech oceanu i przestrzeni, a dylematy postaci opisane są niezwykle wnikliwie i precyzyjnie. Wszystko spina metafora latarnii morskiej - symbolu światła wskazującego właściwą drogę, niewielkiego płomyka zwielokrotnionego przez soczewki i pryzmaty w potężny promień niosący się kilometrami przez ocean... a jednak, mimo swej mocy nie może on oświetlić najbliższych okolic, przeznaczony jest zawsze tylko dla oddalonych statków.

Godna uwagi, piękna i zmuszająca do myślenia powieść. I przyjemność wspólnego czytania.

niedziela, 17 marca 2013
N-W - Zadie Smith

Z Zadie Smith miałam problem. Po niesamowitych "Białych zębach" i dobrym "Łowcy autografów" utknęłam w jej trzeciej powieści, "O pięknie", z której pozostało mi wrażenie nieznośnej nudy, przegadania i przeintelektualizowania bez potrzeby. Nie pomogło to, że pisarka stała się jedną z tych dyżurnych komentatorek rzeczywistości, po pewnym czasie strach lodówkę otworzyć, z obawy, że zza słoika z ogórkami wychynie charakterystyczna czarnoskóra postać w zawoju wygłaszająca przemowy o naturze pisania. Zresztą, może to polski fenomen, może my sobie wybieramy pojedynczych autorów ekspertów od wszystkiego - wiadomo, że jeśli powie cokolwiek Keret albo Zadie Smith to zostanie to opublikowane w tygodnikach i miesięcznikach. Patrz ostatnie "Książki" zresztą.

Mam alergię na autorów wszechobecnych, więc esejów już nie przeczytałam, ale na wzmiankę o wydaniu "N-W" wiedziałam, że muszę ją mieć. I warto było. Bo, wszechobecna i irytująca czy nie, ta pani naprawdę potrafi pisać i już.

Na okładce napisano, że prawdziwym bohaterem tej książki jest miasto. Miasto to oczywiście Londyn, miasto-kosmos, miasto-centrum świata, miasto nieogarnialne umysłem. A właściwie pewien fragment tego miasta czyli dzielnica oznaczona kodem N-W. Północno-zachodni Londyn, a w nim komunalne bloki dla biedoty - imigrantów, kolorowych, białych z najniższych warstw społecznych. Mogę sobie te bloki wyobrazić, pomazane sprayem, nieczynne windy, obskurne balkony, smród marihuany, głośna muzyka, grupki zakapturzonych kolesi w bramach i przejściach, wyzywająco ubrane nastolatki w ciąży albo z niemowlętami w wózkach. W tych blokach wychowała się czwórka bohaterów: Leah, Keisha/Natalie, Felix i Nathan. I  już na zawsze pozostaną naznaczeni tym miejscem.

Leah - biała rudowłosa Irlandka, bezdzietna żona pięknego czarnego fryzjera, pracownica instytucji opieki społecznej.

Felix - pozornie typowy chłopak z getta, syn rastamana wychowanego w jeszcze innej enklawie dla ubogich, mechanik, ojciec dwojga dzieci, próbuje ułożyć sobie życie z nową dziewczyną.

Keisha/Natalie - pilna uczennica, kobieta sukcesu, która wyrwała się z getta, została prawniczką, bogato wyszła za mąż, matka, pozornie wcielone spełnienie snu o awansie społecznym.

Nathan - chłopak z getta, który został chłopakiem z getta i od wystawania w bramie płynnie przeszedł do życia na ulicy, dilerki i drobnych przestępstw.

Wszyscy chodzili do tej samej, podrzędnej szkoły średniej ("Some schools you attended, but Brayton you just went to"), na ten sam publiczny basen, na pikniki w tym samym parku, jeździli tymi samymi autobusami.

Losy całej czwórki splatają się po latach przez jedno wydarzenie, wizytę oszustki, która wyłudza od Leah pieniądze. Nic z tego, co prawda, nie wyniknie, ale dzięki temu zdarzeniu poznajemy bohaterów, dowiadujemy się coraz więcej o nich samych i o miejscu, w którym mieszkają, o punkcie, w którym się znaleźli i o drodze, jaką do tego miejsca doszli.

I tutaj właśnie czapki z głów i zostałam wbita w fotel.Bo charakterystyka postaci, sposób, w jaki autorka składa je z maleńkich fragmentów, lapidarnych spostrzeżeń, rzuconych uwag, akcentów, na zmianę z opisami, retrospekcjami, to, jak odsłania coraz to nowe aspekty osobowości tworząc spójne i żywe osoby - to zasługuje na podziw. Podobnie zresztą jak niezwykła umiejętność operowania językiem we wszystkich rejestrach, przechodzenia od ulicznego slangu czarnych do cytatów z poezji i filozofów i przechodzenia między odmiennymi stylami narracji - strumieniem świadomości w historii Leah, spokojną realistyczną opowieścią Feliksa, króciutkimi rozdziałami opisującymi drogę Keishy do przemiany w Natalie.

A z tych portretów wyłania się powoli portret pewnego wycinka społeczeństwa. Autorka precyzyjnie oddaje to wszystko, co ludzi różni, co sprawia, że awans społeczny jest w rzeczywistości taki trudny mimo pozorów sukcesu. Wnikliwie opisuje dojmujące uczucie niedopasowania, oderwania od korzeni i rozmytej tożsamości - postaci, pochodzące z różnych grup etnicznych, zmagają się z problemem zdefiniowania siebie, określenia swoich autentycznych właściwości i granic, odróżnienia siebie od swojego wizerunku w oczach innych. Po raz pierwszy zresztą podczas czytania książki brytyjskiej miałam tak dojmujące uczucie, że to jest w gruncie rzeczy zupełnie inna, obca i egzotyczna kultura, i żadne studia, żadne czerpanie z wzorców i obycie w ich kulturze popularnej tego nie zniwelują. Podobieństwa paradoksalnie jeszcze bardziej to wydobywają - Keisha i Leah jako nastolatki słuchały tych samych zespołów, co my tutaj, czytały te same książki, marzyły o tych samych butach Nike, równie nieosiągalnych tam, jak i tu - a jednak wszystko inaczej.

Gdybym miała postawić jakiś zarzut, to byłby to ten, że jeden z bohaterów, Felix, w zasadzie nie pasuje do reszty - poświęcona mu część nie wiąże się dostatecznie mocno z całością, jak nowela umieszczona w środku innej powieści, rozbijająca ją na części. Co z jednej strony podkreśla odmienność postaci, ale z drugiej strony pozostawia wrażenie, że książka spokojnie mogłaby się bez tej części obejść - albo, że byłby to materiał na kolejną, zupełnie inną powieść.

Na koniec - to jest jedna z tych książek, które sprawiają, że chcemy pójść na spacer śladami bohaterów. Zobaczyć Londyn ich oczami, posłuchać rozmów na przystanku autobusowym, rozłożyć koc piknikowy pod tym samym drzewem. Zamierzam to zrobić przy następnej wizycie w Londynie, i szczerze zazdroszczę tym, którzy mogą te miejsca zobaczyć już dziś.

"N-W" po polsku już we wrześniu, tym razem nie zachęcam specjalnie do czytania w oryginale, bo jest to lektura trudna językowo, fragmenty wymagają skupienia i zastanowienia nad znaczeniem słów, zdań i sama chętnie przejrzę polski przekład, żeby zobaczyć, jak poradzi sobie polski tłumacz, i czy coś mi nie umknęło.

 

sobota, 09 marca 2013
Pig Island - Mo Hayder

Jakoś tak to jest, że jeśli mam zaczęte trzy tzw. dobre książki i jedną - może nie czytadło, ale coś popularnego, to zawsze tę jedną przeczytam jako pierwszą, a pozostałe będą leżeć rozgrzebane.

"Pig Island" to dość porządny thriller, który zapewnia parę godzin niezłej rozrywki, w dodatku (w moim przypadku) za grosze, bo książka pochodzi z londyńskich zakupów z drugiej ręki*.

Joe Oakes, zwany "Oakesy" jest dziennikarzem wyspecjalizowanym w tropieniu oszustów i fałszywych zjawisk paranormalnych. Tym razem ma udać się na tytułową wyspę świń, leżącą u wybrzeży Szkocji (słusznie podejrzewałam, że istnieje cały gatunek kryminałów osadzonych na szkockich wyspach!) i napisać reportaż o pewnej sekcie, która rezyduje na wyspie od lat. Pretekstem do wyprawy jest zamieszczony w internecie filmik nakręcony przez turystów, przedstawiający dziwną postać wyłaniającą się z lasu. Czy to możliwe, że członkowie sekty przywołali diabła? Czy zjawisko ma racjonalne wytłumaczenie?

Ponadto okazuje się, że sektą kierował pewien oszust, z którym Joe miał już do czynienia dwadzieścia lat wcześniej, kiedy to doprowadził do aresztowania proroka, stając się jego wrogiem numer jeden. Malachi Dove poprzysiągł sobie wówczas zemstę na dziennikarzu...

Reszta jest pojedynkiem między dziennikarzem a prorokiem, z krwawą masakrą w międzyczasie, aż do autentycznie zaskakującego zakończenia, na które zupełnie nie byłam przygotowana, kiedy to okazuje się, że nie wszystko było takie, jak się wydawało.

Zaletą książki jest niewątpliwie ciekawy wątek medyczny (tajemnicza postać w lesie) i zaskakujące zwroty akcji. Do tego szczegółowo zarysowane tło policyjne - szczegóły z miejsca zbrodni, badania itp. i w bonusie "gory details" czyli rozerwane szczątki, oderwane twarze i stópki nastolatek pożerane przez świnie, mniam! Z drugiej strony tła społecznego i samej wyspy jest tu dla mnie za mało - wyspa znika z pola widzenia czytelnika w 1/3 książki, a dalsze miejsca akcji ograniczają się do policyjnej kryjówki i domu dziennikarza. Nie jest to "Black House", nie dowiemy się tu wiele o historii czy kulturze mieszkańców tych rejonów, o historii wyspy tylko tyle, ile trzeba, żeby uzasadnić różne wydarzenia. Z postaci chyba najbardziej żywą jest żona Oakesa - niesympatyczna karierowiczka i mitomanka - ale z pewnych powodów nie cieszymy się jej obecnością zbyt długo :)

I to by było na tyle - zaskakująca końcówka, dużo obrzydliwych szczegółów i wątki medyczno-psychologiczne kwalifikują tę książkę do "trochę lepszych" thrillerów, ale bez olśnienia. Ponura rozrywka na zimowy wieczór.

* Nie pamiętam czy ta książka też pochodzi z "piwnicy", ale przypomniałam sobie (to jest przypis specjalnie dla Dabarai), że w piwnicy rzeczywiście kupiłam książkę Dana Simmonsa. Tylko, że było to "Ilium" a nie "Drood" :)

---

Tu chciałabym poinformować tych, którzy uważają, że autor nie ma prawa recenzować, a na widok krytyki jakiejś książki w moim wykonaniu natychmiast mają ochotę skrytykować którąś z moich książek (i czują nieodparty przymus niezwłocznego poinformowania mnie o tym fakcie): moje książki są trzy do wyboru, są ogólnodostępne, i każdy, od Ani z II gimnazjum po Zosię, która wykłada filozofię na uniwersytecie, może je sobie krytykować do woli. Internet mieści wszystko, w odróżnieniu od gazet czy TV, to jest w nim najpiękniejsze i najgorsze, więc - do dzieła. A ja pozwolę sobie dalej "robić swoje" na tym blogu, na którym występuję wyłącznie w roli odbiorcy, czytelnika, klienta. Może troszkę innego klienta - bo czytam zwykle trochę jak kucharz zaproszony na obiad do innej restauracji albo lekarka, która ze złamaną nogą trafiła do obcego szpitala, często próbuję z ciekawości rozszyfrować kombinacje smaków, przyprawy i procedury - ale w gruncie rzeczy zależy mi na tym samym, co innym czytelnikom, czyli na tym, żeby dostać taką porcję rozrywki, przemyśleń i emocji, która usprawiedliwi wydanie czterdziestu złotych i spędzenie paru wieczorów nad książką (zamiast na robieniu kolejnego szalika na drutach albo na oglądaniu po raz kolejny "Ostrego dyżuru"). Dlatego proszę mi nie odbierać prawa do wypowiedzi na temat cudzych książek - zawsze można ze mną podyskutować albo założyć sobie własnego bloga, na którym rozjedziecie moje książki walcem, żeby było sprawiedliwie :) A że ja nie należę do tych pisarek, które napuszczają na krytyków sfory żądnych krwi wielbicielek, (najwyżej "będzie mi przykro", ale to jest wliczone w koszty zawodu) więc można się czuć w miarę bezpiecznie :)

środa, 20 lutego 2013
Drood - Dan Simmons

Simmons, jeden z moich ulubionych fantastów, ostatnio sięga po prawdziwą historię i przerabia ją na mroczne, niesamowite opowieści. Tak było w "Terrorze" i taki jest "Drood".

Podziwiam tę wspaniałą pisarską bezczelność, która pozwala wziąć na warsztat postać autentyczną, sławną, mało tego, doskonale udokumentowaną i opisaną przez biografów i snuć o niej tajemnicze opowieści. Bowiem głównym bohaterem "Drooda" jest nikt inny, jak sam Karol Dickens, a narratorem - jego przyjaciel, rywal, współpracownik, powiernik - nieco zapomniany autor powieści sensacyjnych Wilkie Collins.

Przeprowadziłam króciutkie badanie na znajomych, którzy dla odmiany studiowali coś innego niż anglistyka i okazało się, że Dickensa wszyscy znają, ale o Collinsie słyszała jedna osoba na pięć i to na zasadzie "coś tam mgliście kojarzę". W zasadzie szkoda, bo dwie przeczytane na studiach powieści Collinsa wspominam z dużą przyjemnością - rasowe czytadła i chwila ulgi od ciężkich cegieł. Chociaż, jak podejrzewam, mogły się porządnie i brzydko zestarzeć i dzisiaj mogłabym ich już nie znieść.

"Drood" jest taką właśnie powieścią, jaką Wilkie Collins spokojnie mógłby napisać, z opiumistami, detektywami, zbrodnią i hipnozą, z przerażającą starożytną religią i potworem.

Powieść opowiada o ostatnich kilku latach życia Dickensa, od katastrofy kolejowej, z której pisarz cudem uszedł cało. Są to lata wypełnione słynnymi wieczorami autorskimi, podczas których Dickens czytał publiczności swoje dzieła (tak, to Dickensowi współcześni pisarze zawdzięczają męczący obowiązek odgrywania małpy w cyrku czyli produkowania się po różnych zakątkach dla spragnionej rozrywki publiczności, to ten pisarz uczynił z wieczorów autorskich sztukę i obowiązek, burząc papierową barierę między autorem a czytelnikiem...) i...

No właśnie, co stało się w tych ostatnich kilku latach, jak miała skończyć się ostatnia, niedokończona powieść Dickensa, co naprawdę wydarzyło się pod Staplehurst? Na kanwie tych wydarzeń Simmons napisał fantastyczny thriller, horror, rewelacyjnie osadzony w realiach i konwencji (te urocze wtręty, kiedy Wilkie zwraca się do czytelnika z dalekiej przyszłości, to mruganie okiem przy sugestiach scen erotycznych, te dyskretnie wyrażane nadzieje, że może w naszych czasach jednak powieści narratora dalej są czytane są przezabawne, staroświeckie i idealnie pasują do klimatu, tak samo jak mroczna sekta i nocne pościgi plus gwałtowne zwroty akcji, prosto z epoki, kiedy jeszcze wszystkie tanie chwyty były dozwolone i jeszcze nie banalne). A wiktoriański Londyn odsłania swe mroczne podziemne tajemnice - ukryte głęboko pod ziemią Podmiasto zamieszkane przez Nocnych Chłopców, biedotę i tajemniczych wyrzutków...

A poza tym całym sztafażem i (naprawdę świetnymi) dekoracjami to przy okazji całkiem głęboka opowieść o byciu pisarzem, o roli pisarza, o rywalizacji pisarzy, o tym, jak to jest być tym gorszym z dwójki przyjaciół, stać w cieniu i o piorunującej mieszance zazdrości, podziwu, złości i uwielbienia jaka tej przyjaźni towarzyszy. W recenzjach pojawiają się porównania do Mozarta i Salieriego - coś w tym rzeczywiście jest. Oczywiście jestem bardzo ciekawa, jak to było naprawdę, czy rzeczywiście Dickens tak radykalnie ingerował w pomysły przyjaciela i tak okrutnie potrafił zmieszać go z błotem i w jakim stopniu ta relacja między dwoma pisarzami jest wytworem wyobraźni Simmonsa. Jedno jest pewne - "Drood" zachęca do sięgnięcia po porządne biografie obu pisarzy i do przypomnienia sobie ich najbardziej znanych dzieł, co zamierzam wkrótce uczynić (ale chyba nie będę Was zamęczać "recenzowaniem" Dickensa na blogu, bo zacząłby przypominać serwis ściąga.pl :) ). Tak w ogóle nawet tego typu literatura popularna potrafi budzić poczucie niedosytu wiedzy - przecież, żeby w pełni docenić, należałoby cytować obu autorów na wyrywki ze swadą, jak robi to Simmons, znać ich życie i twórczość, żeby docenić co prawdziwe co zmyślone... a tu znowu luki, braki, dziury w pamięci...

W każdym razie - warto. Dla przyjemności, dla ciekawości, dla dobrej zabawy czytelniczej (którą z lekka psuje niechlujna korekta), dla zanurzenia się w londyńskie kanały, w których czai się tajemniczy Drood.

A na zachętę - cytat. Czyli jak to jest być pisarzem.

"Kiedy zachoruje wieśniak, inni zastępują go przy obrabianiu pola. Kiedy zaniemoże żołnierz, zgłasza się do infirmerii, a na pole bitwy wysyła się jego zastępcę. Kiedy choroba zmoże kupca, ktoś inny, na przykład żona, zastępuje go za sklepową ladą. Kiedy w chorobę popada królowa, miliony modlą się o jej zdrowie (...). Jednakże we wszystkich tych wypadkach - w polu, wojsku, sklepie i państwie - praca trwa nieprzerwanie.

Kiedy zaś choruje pisarz, wszystko zamiera; kiedy umrze, jego "firma" na zawsze kończy działalność. Pod tym względem profesja popularnego pisarza przypomina zawód sławnego aktora, tyle że nawet najsłynniejsi aktorzy mają swoich dublerów. A pisarz nie. Nikt nie może go zastąpić. Jego niepowtarzalny głos jest wszystkim."

A gdyby to Was nie zachęciło, to dorzucam cudowny kwiatek z Merlina:

"Już samo nazwisko autora owiane jest dobrą opinią, a dodając do tego nazwisko pisarza, o którym jest powieść wydaje się, że krytyka nie powinna nigdy skalać oblicza tej powieści."

No. I niech się nikt nie waży skalać tego oblicza :)

niedziela, 17 lutego 2013
Obfite piersi, pełne biodra - Mo Yan

Rekord - najdłużej chyba pisana i poprawiana recenzja od miesięcy. Nie od rzeczy byłoby przeprowadzenie badań na temat wpływu nagrody Nobla na "pewną taką nieśmiałość" recenzentów. Ale po dwóch tygodniach dłubania i poprawiania jest albo gotowa albo już dawno przedobrzona, a na pewno muszę ją opublikować zanim a) wszyscy zapomną, kto w 2012 dostał Nobla, b) wszyscy zapomną o istnieniu bloga młodej pisarki, c) na sam widok strony blox.pl zacznę dostawać drgawek.

---

Zeszłoroczny noblista wynagrodził mi szwedzkiego poetę, Hertę Mueller, i jeszcze paru poprzednich. I guzik mnie obchodzi, czy ten Nobel był "polityczny" czy nie, bo dostałam kawał dobrej literatury, a kryterium "czytalności" zostało spełnione w 100%, podobnie jak relacja czytalności do jakości (musicie mi wybaczyć, tłumaczę tekst finansowo ubezpieczeniowy i będę tak bełkotać przez najbliższe dwa tygodnie).

Nie jestem znawcą Chin, historii ani kultury chińskiej, tyle, co liznęłam języka chińskiego w liceum i poczytałam sobie Amy Tan, Lisę See i Terzaniego. Eklektycznie, radośnie, bez planu, ale już chyba zostało dawno ustalone, że należę do tej podlejszej kasty blogerów, którzy piszą kolekcjonersko i hobbystycznie, nie sterują swoim czytaniem, wybierają głównie nowości Empiku i są kompletnie pozbawieni jakichkolwiek ambicji krytycznych. No i nie zapominajmy, że nadal mam w domu meble z Ikei. Zamierzam więc po prostu robić swoje, czyli napisać o tym, dlaczego mi się książka spodobała, a rys historyczny Chin XX wieku musicie sobie znaleźć u kogoś, kto ambicje posiada.

Tak naprawdę, już zupełnie poważnie, warto byłoby wiedzieć coś więcej o Chinach przed lekturą, bo noblista wrzuca nas na głęboką wodę (po)wojennej historii i czytelnik niezorientowany szybko gubi się w kolejnych wojskach, najazdach i atakach, w których giną kolejni bohaterowie - ale można też czytać jak podróżnik, który poznaje kompletnie nieznany mu kraj i dowiaduje się tylko tyle, ile zobaczy - a zobaczy dużo...

Zaczyna się jak baśń. Oto w rodzinie Shangguan synowa rodzi ósme dziecko, po siedmiu córkach. Teściowa hetera modli się o chłopca, starsze córki zbierają krewetki nad rzeką, w stajni rodzi oślica, która budzi znacznie większe zainteresowanie ojca, dziadka i babci, niż rodzące się w izbie kolejne dziecko. Tymczasem do wioski zbliża się oddział armii japońskiej i nic już nie będzie takie, jak przedtem. Po przejściu wojska z rodziny pozostanie matka, babka, siedem sióstr i nowonarodzone bliźnięta - Jintong i jego niewidoma siostra.

Jintong, "Złoty chłopiec", wyczekany beniaminek wychowuje się wśród tych wszystkich kobiet, hołubiony przez matkę, karmiony piersią przez wiele lat. To z jego punktu widzenia poznajemy historię rodziny, a przez nią historię Chin. (Już podczas lektury dowiedziałam się z gazety, że miejsce akcji jest autobiograficzne, a książka - poświęcona matce pisarza, co trochę zmienia perspektywę...). Siedem córek dorasta, znajduje mężów, rodzi dzieci, podrzucane później babci i wychowywane z najmłodszymi wujkami i ciotkami. Żadna nie znajdzie szczęścia, każda skończy jakoś tragicznie, bez żadnej nadziei, pozostawiając z całej rodziny tylko najmłodszego, nieudacznika, skazańca, pośmiewisko.

Mężczyźni w tej powieści walczą ze sobą, przychodzą i odchodzą, wysadzają mosty i wojują, kryją się, skazują na śmierć i zabijają - ale to kobiety płacą za męskie wojowanie i nie chroni ich nawet wiek - powojenni komuniści nie mają oporów przed rozstrzelaniem dwóch małych dziewczynek za pochodzenie, a wojna nie oszczędza nawet najmłodszych dzieci. Kobiety - żywicielki a zarazem ofiary, na tyle silne, żeby swoim poświęceniem jeszcze na chwilę zapewniać rodzinie przetrwanie. Co ciekawe, kobiety z rodziny Shangguan same wybierają swoich mężczyzn i swój los.

Jest to, jako całość, książka niezwykle brutalna, a zarazem zmysłowa. Brutalna - bo autor nie szczędzi naturalistycznych opisów, brudu, smrodu, krwi i ran. Zmysłowa - bo kipiąca od barw, zapachów, dźwięków. Niewyobrażalne okrucieństwo miesza się z magią, śmierć przeplata z życiem we wszystkich jego przejawach a elementy prawie baśniowe z surową rzeczywistością.

Nie jest to lektura łatwa. Po pierwsze, na pewno nie dla wrażliwców, dla których obszerne opisy wypadających jelit albo objawów zaawansowanego syfilisu dyskwalifikują książkę. Po drugie - łatwo się pogubić w postaciach, chociaż ściągawka zamieszczona na końcu pomaga ogarnąć chaos chińskich imion i nazwisk, które na pierwszy rzut oka wyglądają niemal identycznie. Poza dwoma powyższymi zastrzeżeniami -zdecydowanie warto.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34
Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli