Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
środa, 30 stycznia 2013
Rozdzielone - Katrin Behr, Peter Hartl

Realizując moje noworoczne postanowienie, sięgnęłam po literaturę faktu - książkę, którą już od dawna chciałam przeczytać. Każdy, kto mnie zna, wie, że przeczytam wszystko na temat dawnej NRD - z sentymentu i nostalgii, z ciekawości,, z chęci skonfrontowania obrazu, który widziałam jako dziecko z ponurą rzeczywistością.

A "Rozdzielone" z podtytułem "Dzień, w którym NRD zabrało mi matkę" to obraz rzeczywistości przerażającej, w dodatku opisany z punktu widzenia dziewczynki zaledwie kilka lat ode mnie starszej.

W 1972 roku, niespełna pięcioletnia Katrin wraz ze starszym bratem Mirkiem została siłą odebrana matce przez funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa, skierowana do domu dziecka, a następnie do przymusowej adopcji. Podczas, gdy matka siedziała w więzieniu poddawana torturom za tzw. "zachowania aspołeczne", dziewczynka tułała się po domach dziecka i rodzinach adopcyjnych, usiłującz rozumieć, co się stało. Nawet, gdy wreszcie trafiła do dobrej, przyzwoitej rodziny, gdzie (przynajmniej na początku) była dobrze traktowana, nie mogła się uwolnić od poczucia niezasłużonej, okrutnej krzywdy. Pragnąc jak najszybciej założyć własną rodzinę, uciekła w małżeństwo z pierwszym kandydatem, jaki się nadarzył i do upadku muru żyła skromnym, nudnym życiem enerdowskiej żony i matki, na uboczu historii. Wydaje się to niewiarygodne, ale autorka przyznaje, że nawet będąc żoną oficera politycznego nie miała pojęcia o wydarzeniach, które doprowadziły do zjednoczenia Niemiec. Wychowana w domu partyjnych funkcjonariuszy, nauczyła się bowiem nie kwestionować systemu i żyć zgodnie z jego wymaganiami.

Opowieść toczy się dwutorowo, wspomnienia Katrin z dzieciństwa i młodości przeplatają się z historią mozolnego dochodzenia do prawdy i odnajdywania biologicznej matki. Autorka niczego nie upiększa, szczerze i brutalnie pisze o tym, jakim szokiem dla obydwu stron może być takie spotkanie po latach, i jak wiele wysiłku trzeba włożyć w odbudowanie poprawnych relacji i odzyskanie zaufania. Opisuje dziwaczne mechanizmy, które mają jednocześnie zagwarantować ofiarom dostęp do prawdy i chronić dane osobowe - w efekcie osoba, która chce uzyskać dostęp do swoich akt, może tylko wysłuchać urzędniczki odczytującej wybrane fragmenty zawartości, przy czym tuż po upadku muru urzędniczka Jugendamt (urzędu ds. dzieci i młodzieży) mogła być tą samą kobietą, która kilkanaście lat wcześniej asystowała funkcjonariuszom Stasi.

Opowieść siłą rzeczy jest bardzo emocjonalna, czasami nawet nadmiernie. Nie jestem specjalnie zachwycona tym, że XXI wiek okazał się "wiekiem emocji", nie przepadam za spowiedziami, publicznym wypłakiwaniem się i szczegółowymi opisami co kto kiedy odczuwał, wolę relacje z dystansem. Przez cały czas lektury powtarzałam sobie więc, że tak ma być, że taka dawka emocji jest zrozumiała, bo mówimy o czteroletniej dziewczynce, której zabrano mamę i że takiej relacji nie dałoby się napisać "na chłodno". Przed lekturą należy więc zaopatrzyć się w chusteczki, jeśli ktoś lubi się powzruszać, albo uzbroić się w cierpliwość.

Warto jednak przeczytać chociażby dla opisu życia codziennego w NRD w latach 70. i 80. ubiegłego wieku - realiów szkolnych, mieszkaniowych i tak dalej, widzianych z perspektywy zwykłej, szarej obywatelki pozbawionej dostępu do zakazanych zachodnich dóbr materialnych i kulturowych. Warto przeczytać, żeby uświadomić sobie, że nasz PRL w porównaniu z tamtym reżimem był piaskownicą z drobnymi niewygodami. Jestem też pełna podziwu dla autorki, która potrafiła przekuć osobistą tragedię w dzieło pomocy innym, rozdzielonym przez system rodzinom, których w NRD były dziesiątki tysięcy.

czwartek, 17 stycznia 2013
Obiekt pożądania - Anton Myrer

Czyli: nie każdy może być Steinbeckiem. Ani nawet Irwinem Shawem czy F.S. Fitzgeraldem.

O książkach wspaniałych można pisać wiele, o książkach kiepskich i fatalnych pisać z przyjemnością i z lubością się nad nimi znęcać, a najtrudniej o książkach średnich, letnich, przyzwoitych ale bez wyrazu. O książkach, którym czegoś ulotnego zabrakło (i najczęściej to "coś" jest strasznie trudne do określenia).

Solidna i totalnie przeciętna powieść amerykańska sprzed czterdziestu lat. Powieść, która mogłaby być Wielka i Ważna, epicka, wzruszająca, skłaniająca do myślenia, gdyby nie to brakujące "coś", co mogłoby sprawić, że po jej przeczytaniu by się ją zapamiętało.

Pomysł stary jak świat: dwaj bracia, różni jak ogień i woda. Tipton, urodzony sprzedawca, człowiek przedsiębiorczy, uparty, zdeterminowany, nieznający słowa "porażka", taka sól amerykańskiej ziemi, akwizytor z nogą w drzwiach, który sprzedałby lodówkę Eskimosom. I Chapin, wygodnicki oportunista, zblazowany bogacz zawdzięczający wygodne życie opiece ciotki i kontaktom towarzyskim. Pomiędzy nimi kobieta - Josephine, potomkini portugalskich emigrantów, wychowana w nadmorskim miasteczku "córka rybaka", szalona, spontaniczna, żywiołowa, piękna. Jophy wybierze jednego z braci... ale to dopiero początek.

W tle - panorama, od szalonych lat dwudziestych, przez krach na giełdzie po II wojnę światową i dalej. Zmienne koleje losu - sprzedawcy robią fortuny na giełdzie, później je tracą, powoli odrabiają straty, rodziny się rozpadają, synowie idą do wojska, matki umierają, żony dochodzą do wniosku, że nie wytrzymają dłużej, żony biorą kochanków, mężowie rywalizują... jak to w życiu...

I w tym wszystkim nic, nic nowego, nic odkrywczego, nic świeżego, co mogłoby się rzucić w oczy i zmusić do zastanowienia. Postaci niby tak barwne, tak różne - ale tylko w opisie, bo w działaniu trudno je scharakteryzować, o braciach wiadomo, że jeden dobry i uczciwy a drugi zły i na tym koniec - nikt tu nie przejdzie żadnej istotnej przemiany, nawet powrót ojca marnotrawnego tylko podkreśli pierwotną charakterystykę, jak gdyby role rozdano na początku, bez możliwości zmian. Jophy, tytułowy obiekt pożądania, wypada blado, choć autor usilnie stara się nas przekonać, że ognista, romantyczna i szczera, trzeba jednak przyznać, że jako jedyna próbuje "coś" ze swoim życiem zrobić i zadecydować o swoim losie.

Jak to w amerykańskiej powieści z tamtych lat, dużo gadają, dużo piją, dużo się kłócą, dużo w tle się dzieje, ale ani to "Na wschód od Edenu" ani nawet "Pogoda dla bogaczy", bardziej "Dallas" czy inny tasiemiec telewizyjny, dziesiąta woda po kisielu.

Dla tych, którzy lubią takie książki, jakie już czytali. I dla bardzo ciekawych, jak funkcjonowały fundusze inwestycyjne i giełda w latach dwudziestych...

 

piątek, 11 stycznia 2013
Morfina - Szczepan Twardoch

Czyli dobra książka o Polsce i o byciu Polakiem na początek nowego roku.

Kim jest Konstanty Willemann? Ma trzydzieści lat, jest morfinistą, maminsynkiem, złym mężem, kiepskim ojcem, dobrym kochankiem, kiepskim artystą, bywalcem lokali, bon vivantem, ułanem. Polakiem po matce z wyboru, Niemcem po ojcu, z genów. Lubi samochody a nie lubi koni. Albo może odwrotnie. Prześlizguje się po powierzchni życia, baluje ze śmietanką towarzyską Warszawy w modnych lokalach, z eleganckiego mieszkania w "domu Wedla" na Mokotowie ucieka do rosyjsko-żydowskiej kochanki, pieniądze bierze od szalonej matki. Żyje chwilą, korzysta z uciech i nie zastanawia się za wiele.

Problem w tym, że wybucha wojna i nic nie może pozostać płynne i niedookreślone. Konstanty Willemann musi odnaleźć swoją tożsamość, określić się. Dorosnąć.

Narzekałam, że za mało wykorzystujemy w literaturze dekoracje wojenne, i proszę, jak na zamówienie. Warszawa w październiku 1939 roku, po kapitulacji, żyje. Znamy cenę chleba i wiemy, gdzie go kupić, podróżujemy z Konstantym do modnych knajp i tanich jadłodajni, możemy popatrzeć na "Żydków", przekupki i baby z tobołami, schodzimy do slumsów Powiśla, gdzie mieszka Salome, i do szpitala wojennego w Alejach Ujazdowskich, gdzie pracuje przyjaciel Konstantego. Poznajemy wojenną modę. Gdzie zdobyć chleb i za ile, dlaczego nie ma kawy, czy będzie woda, i czy ciepła, kiedy włączą prąd - wokół takich spraw kręci się życie w wojennej stolicy, na razie jeszcze pozbawione dojmującej grozy, bo okupant jeszcze nie okrzepł, dopiero zaczynają się wyroki, obwieszczenia, godzina policyjna. Ale już zawiązuje się konspiracja, i do jednej z takich organizacji podziemnych trafia Konstanty w swoim dążeniu do tego, żeby zadowolić wszystkich - tym razem swoją żonę-patriotkę i jej rodzinę. Organizacja postanawia wykorzystać jego niemieckie pochodzenie do celów konspiracyjnych. Konstanty, nieprzekonany Polak z wyboru będzie musiał stać się Polakiem przebranym za Niemca i wreszcie ostatecznie przyjąć jakąś rolę.

Szczerze mówiąc, kiedy przeczytałam w recenzjach o "Gombrowiczowskich problemach z tożsamością" - złapałam się za głowę: co ja kupiłam? Po co? Na szczęście historia Konstantego jest na tyle ciekawa, że mimo całej podbudowy czyta się "bez bólu" i z zainteresowaniem, chociaż na pewno nie bezmyślnie i nie zupełnie łatwo. Konstanty mówi o sobie  raz w pierwszej, raz w trzeciej osobie, raz jest sobą, raz "tym, który idzie za mną", nieustannie podkreśla swoje rozdwojenie, rozdarcie, niedookreślenie. Dodatkowy zamęt powoduje wprowadzona postać (?) czy raczej głos -  siły towarzyszącej Konstantemu, zdecydowanie mistycznej i wszechwiedzącej i zdecydowanie rodzaju żeńskiego. Chwilami można się w tym wszystkim pogubić - kto widzi, kto mówi, kto dopowiada.

Dużo tu o tym, co znaczy być Polakiem. Dla Konstantego Polak uosobiony jest w osobie jego teścia, "eugenicznego higienisty", poznańskiego endeka, który "zatruwa" wnuka polskością i patriotyzmem w tej najprymitywniejszej formie. Druga twarz polskości to żona, Hela, idealny materiał na modelową polską wdowę w żałobie po patriocie. Konstanty postrzega taką polskość jak zagrożenie. Polskość przez krzywe zwierciadło patriotyzmu - ułani, poświęcenie, wierszyki. Czy i jak Konstanty oswoi swój "pierwiastek polski", czy sprosta, czy dorośnie, czy znajdzie własną drogę, czy będzie umiał się zdefiniować - to pytania, jakie stawia ta książka.

A przy okazji sporo akcji, świetnie opisane realia, wątki konspiracyjne, przygodowe, romansowe i erotyczne - czyli tzw. ważny temat w atrakcyjnym opakowaniu, coś co tygryski lubią najbardziej.

Jak ja się cieszę, że literatura polska stopniowo zaciera ten podział - między książkami ważnymi ale zupełnie nieczytalnymi a czytalnymi ale płytkimi. Że pojawia się tyle naprawdę mądrych, ważnych, a przy tym zwyczajnie fajnych i ciekawych książek, że "głos w dyskusji o Polsce" może być przy okazji wciągającą powieścią. Chcę jeszcze.

wtorek, 01 stycznia 2013
postanowienia

Przez ostatnie lata postanawiałam nie postanawiać, bo to wiadomo, nigdy nie wychodzi, człowiek się potem tylko źle czuje i siebie nie lubi, no i zawsze przychodzi ten najgorszy trzeci poniedziałek stycznia, kiedy siłownie pustoszeją, świeżo upieczeni niepalący wymykają się na tyły biurowca na pierwszego w tym roku fajka, a odchudzający się kupują paczkę eklerek, żeby zjeść je wszystkie naraz w orgii bitej śmietany i polewy czekoladopodobnej, w samotności, przy kuchennym stole, popić je obficie espumisanem Manti* i miętą, a później odpuścić sobie odchudzanie aż do chwili T = urlop -14 dni, bo po tych ciastkach to już przecież w ogóle nie warto.

Ale zdaje się, że moje nowe hobby przeorało mi mózg i uświadomiło, że coś takiego, jak dążenie do samodoskonalenia ma sens, nawet, gdyby miało się nie udać. W tym roku więc postanawiam, na swoją miarę (bo największy kłopot z postanowieniami jest taki, że są absurdalnie wyśrubowane i niedopasowane do rzeczywistości...).

Postanawiam - koniec z czytadłami, odmóżdżaczami, zabijaczami czasu, literaturą, której jedyną zaletą jest to, że "szybko się czyta". Czasu jest coraz mniej, a nieprzeczytanych naprawdę dobrych książek coraz więcej. Każde czytadło, każde "Kwiaty na poddaszu", każdy "Dom orchidei" to stracony wieczór, dwa, tydzień i 30-40 złotych. Odmóżdżać się mogę w każdej chwili, oglądając tvn, bo znakomicie się do tego nadaje, na przykład podczas "Sądu rodzinnego" albo "Uwagi" zawsze słyszę ostatni krzyk moich szarych komórek popełniających zbiorowe samobójstwo. Dopuszczam dobry kryminał, dobry horror/fantastykę raz na jakiś czas i zostawiam sobie margines błędu na książki, które miały być dobre, a w trakcie lektury okażą się czytadłami.

Postanawiam przynajmniej raz w miesiącu czytać coś wartościowego z literatury faktu. Reportaż, biografię, książkę popularnonaukową, coś, co nie jest fikcją i z czego mogę się czegoś nauczyć/dowiedzieć.

Postanawiam czytać przez co najmniej godzinę dziennie nie zasypiając przy tym na fotelu.

Postanawiam przeczytać w tym roku przynajmniej jedną książkę po niemiecku, choćby miało mi to zająć miesiąc i choćbym miała co drugie słowo sprawdzać w słowniku.

Postanawiam kupować rozważnie, nie rzucać się na wszystko, co nowe i błyszczy, odczekać aż medialna euforia opadnie i okaże się ile "wydarzenie" i "rewelacja" naprawdę są warte. Oczywiście będę robić wyjątki dla sprawdzonych, ulubionych pisarzy.

W tym roku blogowa moda nakazuje wybrać 20-kę książek do przeczytania - takich, które się najpierw bardzo chciało mieć, a potem się ich w końcu nie przeczytało, bo coś tam, coś tam, i zginęły na półce. Zamieszam je z tymi kupionymi niedawno, żeby z kolei te nie zniknęły na końcu wieloletniej kolejki. No to jedziemy:

1. E. Cherezińska - Korona śniegu i krwi. Jestem jej ciekawa, bo wszystko w niej sugeruje czytadło, ale zachwyciły się nią osoby których zdanie bardzo sobie cenię. No zobaczymy...

2. Mo Yan - Obfite piersi, pełne biodra. Prezent od Mikołaja, wymarzony i zamówiony, wolałabym nie odkryć za rok, że o niej zapomniałam.

3. Neal Stephenson - Reamde. Bo się kurzy na półce.

4. The Marriage Plot - Jeffrey Eugenides. Bo wstyd, bardzo lubię autora, a ta książka nie może się doczekać na swoją kolej.

5. N-W - Zadie Smith. Trzeba sprawdzić czy po nudnym i przegadanym "O pięknie" autorka potrafi mnie znowu zachwycić.

6. Drood - Dan Simmons. Bo tak :)

7.  2666 - Roberto Bolano. Bo ambitnie, totalnie, bo +50 do wizerunku i podobno trzeba.

8. Trafny wybór - J.K. Rowling. Z poczucia obowiązku, bo wszyscy chwalą, ale nadal bez entuzjazmu.

10. Gangsterzy - Klas Ostergren. Zanim zapomnę, o czym byli "Dżentelmeni".

11. Obiekt pożądania - Anton Myrer. Bo kupiłam i zupełnie o niej zapomniałam, odkryłam ją dziś rano przeglądając półki.

12. In One Person - John Irving. Identycznie jak wyżej.

13. Grona gniewu - John Steinbeck. W ramach wyrzutów sumienia i uzupełniania luk w edukacji.

14. Biografia Marco Polo, która musi gdzieś być na półce, bo pamiętam przecież, jak ją kupowałam... znajdę, dopadnę i przeczytam.

15. Rozwiązła - Jarosław Kamiński. Podobno dobra, polska proza, i taka stoi zapomniana na "polskiej" półeczce.

16. i 17. "Ku słońcu" i "Na krótko" Ingi Iwasiów. Nadrabianie zaległości tym razem we właściwym porządku.

18. Trociny - Krzysztof Varga. Już kiedyś zaczęłam, odłożyłam i... zapomniałam. Wstyd.

19. Deadly Winter. The life of Sir John Franklin. Obowiązkowa lektura podbiegunowa, za którą miałam się zabrać natychmiast po rozpakowaniu paczki z amazona... no i chyba już rok minął od tamtej pory.

20. Poniedziałkowe dzieci - Patti Smith. Bo przecież tak bardzo chciałam ją przeczytać...

Tak, taka lista to jak spis wyrzutów sumienia, kronika chciwości, żarłocznego kupowania bez sensu i bez najmniejszych widoków na przeczytanie, bo, niestety, realistycznie, czasu jest tyle, ile jest, ani godziny więcej nie będzie. BTW zdaje się, że lista powinna być sucha i bez dodatkowego tłumaczenia się, ale jak zwykle nie mogę się powstrzymać od gadania.

---

Dodatek wieczorny: Spostrzegawcza Przyjaciółka znalazła błąd - zagubiony punkt 9., i zaproponowała kolejne postanowienie - poćwiczyć liczenie do 10 :))) I tym sposobem mam łatwiej, bo mam tylko 19 lektur obowiązkowych na Nowy Rok :) Z drugiej strony, jedna pisarka i kilkoro podobno uważnych Czytelników-blogerów książkowych nic nie zauważyło, no to w końcu jak my piszemy i czytamy te książki? :) Aha, zagubionym nr 9. może być "Morfina" Szczepana Twardocha, bo akurat zaczęłam - tak na dobry początek.

  * kolejna Spostrzegawcza Koleżanka zauważyła, że espumisanu się nie pije :) Frazę szlag trafił, ale za to pojawiła się całkiem fajna aliteracja ;-p

poniedziałek, 31 grudnia 2012
Podsumowanie roku 2012

Ten rok był słabszy "ilościowo" - tylko 53 przeczytane i zrecenzowane + 3 przeczytane i niezrecenzowane: powieści Małgorzaty Wardy, Juli Zeh i "90 Degrees North" o zdobywaniu bieguna północnego. Pierwsza doskonała, druga przekombinowana, trzecia dla fanów tematu.

14 przeczytanych w oryginale po angielsku. Porażka - znowu ani jednej po niemiecku (ale dwie zaczęłam...)

13 książek polskich autorów.

30 napisanych przez kobiety - po raz pierwszy więcej niż połowa! Ale to tak wyszło, nie uznaję już "kobiecej solidarności" w postaci: skoro napisała to kobieta to muszę przeczytać. Skoro jest dobre, to muszę przeczytać, a potem zastanawiam się, kto to napisał.

8 pozycji non-fiction, całkiem nieźle jak na mnie. Mniej więcej tyle samo książek czysto rozrywkowych, które można określić jako "czytadła" i natychmiast o nich zapomnieć.

Najlepsza polska książka: "Ciemno, prawie noc" Joanny Bator. Uzasadnienie w niedawnej recenzji, pod linkiem.

Najlepsza zagraniczna: Tu wybór był trudniejszy. Był i doskonały Julian Barnes, świetny "Powrót do Missing" Abrahama Verghese, trudny "Stracony poranek" Gabrieli Adamesteanu, nie mogę zapomnieć o "Córkach gór" Anny Jorgensdotter... ale mimo wszystko, najlepszą, najlepiej napisaną, najbardziej odpowiadającą mojej prywatnej definicji "dobrej literatury" książką roku 2012 były

"Korekty" Jonathana Franzena

Najlepsza książka non-fiction to bezsprzecznie, bez żadnych wątpliwości i wahań, za uratowanie kawałka nieistniejącego już świata i opisanie go w sposób, który się pamięta miesiącami po lekturze

"Miedzianka. Historia znikania" Filipa Springera.

 Najbardziej wciągająca i trzymająca w napięciu książka "popularna"

"Blackout" i "All Clear" Connie Willis

Z wyborem najgorszej książki czyli Gniota Roku też nie mam najmniejszych problemów, Złotego Gniota dostają "Kwiaty na poddaszu" Virginii C. Andrews, powieść tak głupia, szkodliwa i źle napisana, że stała się kultowym bestsellerem.

I to by było na tyle. To był niezły rok - jakościowo. Największa porażka - kompletnie nie wyszło mi wyzwanie "Czytam z półki". Z drugiej strony, może dlatego, że nie było do końca dla mnie - ja zawsze czytam ze swojej półki, nie recenzuję na zamówienie i nie korzystam z bibliotek, z rzadka pożyczę coś od znajomych. Prawdopodobnie nie przeczytałam też tyle, ile mam wzrostu :)

Postanowienia noworoczne jutro, na razie - udanego Sylwestra, może jednak raczej z szampanem, muzyką i fajerwerkami niż z książką :) i Szczęśliwego Nowego Roku!

Cwaniary - Sylwia Chutnik

Udało się, zdążyłam w starym roku przeczytać jeszcze jedną świetną książkę! Czy ja już pisałam, że polskie pisarki w 2012 rządzą i wymiatają? Jeśli nawet, to napiszę jeszcze raz, bo to bardzo cieszy - tym bardziej, że nie chodzi o typową "literaturę kobiecą", która kręci się wokół domków, garów i facetów, a o literaturę pełną gębą, która nie boi się brać za bary z tym co ważne i trudne.

"Cwaniary" to powieść łotrzykowska, powieść warszawska, powieść czasami nieodparcie zabawna a momentami rozdzierająco smutna. Powieść - ballada podwórzowa, historia o sile i słabości kobiet.

Ale przede wszystkim, dla mnie, jest to książka warszawska. Głównym bohaterem jest miasto. Tak, jak Joanna Bator ożywiła Wałbrzych, czyniąc z niego miejsce tajemnicze i pełne mrocznej magii, tak Sylwia Chutnik z czułością portretuje Warszawę. Warszawę mniej znaną, Warszawę warszawiaków, te wszystkie miejsca niedostrzegane z okien nowych apartamentowców i strzeżonych osiedli na peryferiach, gdzie większość samochodów ma rejestracje z Podlasia i Mazur (to nie jest zarzut tylko prosta obserwacja z garażu podziemnego i podwórka - tak jest, tak musi być, miasto ściąga nowych, nowi zasilają miasto i powoli w nie wrastają, kiedyś przerejestrują auta i zaczną płacić podatki tu, gdzie posyłają dzieci do przedszkoli i szkół, za kilkanaście lat osiedla przestaną się wyludniać na święta, bo to tutaj będzie "u babci", trzeba na to po prostu poczekać). Warszawę i jej mieszkańców, którzy są zmiatani przez "nowe" i usiłują wszystkimi siłami bronić siebie i swoich domów.

Książka jest osnuta wokół autentycznych wydarzeń - tragicznej śmierci działaczki broniącej praw lokatorów. Podstawowym wątkiem jest walka mieszkańców mokotowskich kamienic z nowym właścicielem, który planuje wyburzenie ich domów i postawienie apartamentowców. W starciu z nim zginął, zamordowany przez "nieznanych sprawców" Antek, chłopak Haliny Żylety. Ciężarna Halina z przyjaciółkami - Celiną, sprzedawczynią w sieciówce, Stefą - właścicielką salonu kosmetycznego, bitą przez męża, i Bronką, umierającą na raka - wymierza zemstę. Cztery kobiety tworzą brygadę mścicielek, działających na warszawskich ulicach pod osłoną nocy. Wyładowują złość, mszcząc się na chuliganach z nocnych autobusów, na ludziach, którzy śmiecą na ulicach, ale i na mężu brutalu. I wreszcie, co jest ukoronowaniem książki, na chciwym kamieniczniku.

Sylwia Chutnik sięga do warszawskiej tradycji podwórzowej, wprowadzając plejadę postaci dziwnych, ale swojskich, warszawskich do szpiku kości. Nurkowie ze śmietnika, właściciel straganu ze zniczami, dziki lokator rogatki na Placu Unii, babcia Haliny z doświadczeniem z Powstania - łączą siły w ostatecznym akcie zemsty. Nie wiedzą jeszcze, że walka jest nie do wygrania.

Drugim tematem jest siła kobiet. Kobiet skrzywdzonych, przegranych. Młodych i starych wdów, kobiet pozornie zamożnych i uładzonych ale toczących przegraną walkę z chorobą albo mężem - damskim bokserem. Dużo tu trudnych tematów - na przykład przejmująco opisane wdowieństwo i bezradność wobec cierpienia po stracie najbliższej osoby: "Co zrobić z tymi okruchami? Czy w którymś poradniku dla żałobników jest napisane, co zrobić z okruchami po kanapce?" (str. 72). Na przykład przemoc w domu albo choroba - takie zwyczajne, które nie oszczędzają nawet zadbanych, wielkomiejskich kobiet sukcesu... Nic dziwnego, że dziewczyna na okładce ma na sukience napis: tylko zemsta cię uratuje.

Dla warszawiaków lektura obowiązkowa. Rządzi i wymiata :) Plus dodatkowa przyjemność w postaci świetnych ilustracji Marty Zabłockiej.

Na zakończenie mój ulubiony fragmencik, doskonała próbka humoru i języka:

"W okolicznym Targówku Fabrycznym do tej pory produkuje się nowych mieszkańców. Sprzyja temu idealna lokalizacja - zapomniane ubocze wielkiej metropolii, tajemnicze ulice i połacie zieleni. Oraz, oczywiście, fabryki, a raczej ich resztki.

Niektóre postaci topi się najpierw w specjalnych piecach umieszczonych pod powierzchnią dawnych tuneli metra. Następnie przepuszcza się przez kręte rury i przekazuje bezpośrednio w tłum rojący się w okolicach stacji metra Centrum. Aby nikt nie spostrzegł nowo wyprodukowanych ludzi, każe im się najpierw przechodzić pod rzeką przez specjalne kanały.

Tajna baza mieści się w willi Waltera, która została zbudowana przed wojną. Z racji bunkra ukrytego pod ziemią jest to idealne miejsce do planowania nowych, warszawskich prototypów. Z zewnątrz budynek wygląda jak zwykła kamienica. (...) W kamienicy żył też właściciel luster, który zostawił po sobie wiele opiłków szkła. Do tej pory wykorzystywane są one do produkcji oczu nowych ludzi. Dlatego też to głównie po nich - nie po schowanych przecież skrzydłach - można poznać warszawiaka wyprodukowanego na Targówku. Ma pełne blasku spojrzenie odbijające w sobie rozmówcę." (str. 19)

 

09:58, mdl2
Link
sobota, 29 grudnia 2012
Jack London. Żeglarz na koniu - Irving Stone

Święty Mikołaj dostał nieprecyzyjne wskazówki i poproszony o biografię Jacka Londona, przyniósł tę zamiast "Wilka". Nie można jednak gniewać się na Świętego, który miał przecież najlepsze chęci. Obawiałam się tylko, czy uda mi się przebrnąć przez kolejną powieść biograficzną Stone'a, który po "Opowieści o Darwinie" i "Pasjach utajonych" zyskał sobie u mnie tytuł absolutnego króla nudziarzy.

Na szczęście tym razem czekała mnie miła niespodzianka (tak patrzę na ten początek zdania i zastanawiam się, czy ja już wpadłam w ten elegancki słowotok złych blogów książkowych i za chwilę napiszę, na przykład, że "lektura odcisnęła na mnie swe niezapomniane piętno", czy jeszcze są jakieś szanse na ratunek?). Wygląda na to, że Stone pracował na tytuł króla nudziarzy przez wiele lat, a na początku kariery pisał jeszcze ciekawie, bez silenia się na wielostronicowe, fabularyzowane opisy i pracowite odtwarzanie stanów ducha portretowanych osób. W związku z tym biografia Londona daje się czytać bez przysypiania. Prawdopodobnie też dlatego, że London mógłby swoim bogatym życiem obdzielić co najmniej kilkanaście osób.

Tak w ogóle przedziwnie się czyta książkę napisaną w 1938 roku. Od dawna już nie czytałam nic z poprzedniej epoki. A tu co najmniej dwie epoki minęły od pierwszego wydania, żyjemy w tak zupełnie innym świecie, że czasy napisania tej książki wydają się równie egzotyczne, jak czasy Jacka Londona. Prawdopodobnie z tego powodu nie jest to biografia, do jakiej przyzwyczaiły nas współczesne, opasłe tomiszcza z przypisami i cytatami, których autorzy próbują krytycznie analizować życie i dokonania swoich bohaterów. Jest to "książka o pisarzu", napisana grzecznie, w tonie raczej pochwalnym, bez nadmiernego wgłębiania się w "tajemnice żywota", a na pewno bez żadnego odbrązowienia czy zdejmowania z piedestału. Niewątpliwym plusem są zamieszczone tu relacje żyjących jeszcze wtedy swiadków wydarzeń, poza tym jednak jest to dobrze znana historia chłopaka z nizin, który doszedł do sławy własną nadludzką pracą. Jack London wielkim pisarzem był, genialnym samoukiem, lubił się zabawić, niestraszne mu były przygody i trudy dalekich podróży. Może, (jak to Irlandczyk - dodaje pobłażliwie autor) lekkomyślnie podejmował decyzje, za dużo pił i łatwo wpadał w długi, ale za to był wspaniałym kompanem o niezrównanym talencie. Po lekturze "Żeglarza na koniu" na pomniku nie zostaje żadna większa rysa.

Zaskoczenia są dwa. Pierwszym były dla mnie poglądy polityczne Londona - nigdy nie przypuszczałam, że był aż tak zdeklarowanym i aktywnym socjalistą. Z drugiej strony czytanie o socjalizmie i socjalistach z czasów, zanim ta ideologia przeorała połowę kuli ziemskiej daje pewne pojęcie, czym mógł być kiedyś socjalizm dla tych, którzy w niego wierzyli. Chociaż komuś, kto pamięta PRL trudno powstrzymać się od gorzkiego uśmiechu czytając o tym jak Jack naiwnie perorował na przykład o tym "o ile taniej konsumenci będą kupować towary produkowane dla zaspokojenia potrzeb, nie z chęci zysku". Nawet genialny pisarz nie przewidział warzywniaków, w których z warzyw dostępne były przede wszystkim szklanki i fenomenu papieru toaletowego jako dobra rzadkiego i niedostępnego :) Nie mam zresztą pewności, czy tak duży nacisk na socjalistyczne poglądy Londona nie jest przypadkiem wypadkową poglądów samego autora, który tu pisarzowi wyraźnie i z sympatią kibicuje.

Drugim zaskoczeniem była dla mnie niesłychana płodność literacka pisarza - wydawało mi się, że po obowiązkowych lekturach z dzieciństwa wystarczyłoby odświeżyć sobie "Martina Edena", "Maleńką panią wielkiego domu" i przeczytać parę przegapionych nowelek i już. Tymczasem London, choć zmarł stosunkowo młodo, napisał tak dużo - opowiadań, tekstów publicystycznych, artykułów - że prawdopodobnie życia nie starczyłoby, żeby się z tym wszystkim zapoznać. Był prawdopodobnie pierwszym amerykańskim pisarzem, który utrzymywał się z pisania dla czasopism, zarabiał krocie a mimo to umarł zadłużony po uszy, przepuściwszy majątek na kolejne pomysły, fantazje, utrzymywanie przyjaciół, krewnych, budowy rancza i "Domu Wilka", który spłonął natychmiast po ukończeniu...

Poza tymi zaskoczeniami nic nieoczekiwanego ani odkrywczego - uładzona powieść biograficzna napisana porządnie jak pan bóg przykazał, od początku do końca, parę anegdot, trochę rozczulająco staroświeckiej grafomanii, na przykład takiej: "Jack London, gdy zabierał się do tomu, na który natknął się na ścieżce wśród głuszy, był pierwotną bestią, zgłodniałym wilkiem czającym się do skoku. Zatapiał kły w gardle książki, potrząsał nią zaciekle, aż mu się poddała, a wtedy chłeptał jej krew, pożerał mięso, chrupał kości, póki nie wchłonął ostatniego włókna jej ciała, nie wyssał z niej wszystkich soków." (str. 121)  i trochę egzaltacji nie do zniesienia: "Gdyby twarz jakiegoś kaznodziei wyrażała tyle miłości, cały świat stałby się religijny. Kiedy Jack mówił, był cudowny; oczy miał duże, usta czułe i pełne wyrazu, a jego słowa falowały jak muzyka." (str. 313) Mimo to lektura strawna i interesująca, która przybliża postać pisarza niesłusznie postrzeganego jako autora młodzieżowych "przygodówek".

---

Z podsumowaniami i wyborami najlepszych i najgorszych wstrzymam się do ostatniego dnia roku, i mam nadzieję, że uda mi się jeszcze w 2012 dokończyć jedną rewelacyjną polską nowość - jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, recenzja może pojawi się jeszcze przed Nowym Rokiem. Na razie powiem tyle, że w 2012 polskie pisarki rządzą i wymiatają.

 

wtorek, 25 grudnia 2012
The Secret Keeper - Kate Morton

Jednym z lepszych prezentów świątecznych była odrobina wolnego czasu (bo przed Świętami zleceniodawcy oszaleli i zażyczyli sobie Wszystko do piątku do 14 czyli do godziny świętego śledzika, po którym firmy pustoszeją) na doczytanie najnowszej Kate Morton.

Australijska pisarka znalazła przepis na sukces, w każdej kolejnej książce go dopracowuje, ale esencja pozostaje ta sama - tajemnica z przeszłości, kobieta rozwiązująca zagadkę kilkadziesiąt lat później, relacje matka-córka. Morton potrafi doskonale opowiadać, ale chyba powoli uwalniam się od ślepego uwielbienia i zaczynam się obawiać, że stworzy, w regularnych 2-3 letnich odstępach, jeszcze ze 20 takich samych książek.

Wielbiciele autorki znajdą tu wszystkie "stałe elementy gry". Latem 1961 roku nastoletnia Laurel, wychowana na farmie Greenacres, w cudownej, kochającej się rodzinie, jest świadkiem wstrząsającego, niewytłumaczalnego zdarzenia. Jej wspaniała kochająca matka - Dorothy - robi coś strasznego, pozornie zupełnie bez sensu. Na szczęście zdarzenie udaje się zatuszować, ale, jak łatwo się domyśleć, Laurel nie przestanie o nim pamiętać. Pięćdziesiąt lat później, czuwając przy łóżku stareńkiej, umierającej matki, Laurel, słynna aktorka teatralna, próbuje rozwikłać tajemnicę. Natrafia przy tym na ślad tajemnicy z czasów wojny - dawnej przyjaźni i ówczesnego chłopaka swojej matki. Czy mieli jakiś związek ze zbrodnią na pikniku?

Jak zwykle jest to książka z gatunku "już za dużo powiedziałam", bo każde słowo więcej może komuś zepsuć przyjemność czytania i dochodzenia do prawdy razem z Laurel. Jak zwykle akcja prowadzona jest równolegle na dwóch planach czasowych, w 2011 i w 1941, w czasie bombardowań Londynu (ach, ten Blitz, jak oni pięknie wykorzystują ten fragment historii, jakie to są fantastyczne dekoracje, dlaczego u nas nie ma specjalnego nurtu powieści o mieszkańcach bombardowanej/okupowanej Warszawy, o ich codziennym życiu, romansach i "doing our bit"? Chyba tylko Manula Kalicka porwała się w ostatnich latach na taki temat, zrobiła to świetnie ale nie pociągnęła za sobą rzeszy naśladowców, szkoda...). Poznajemy kluczowe postaci z różnych punktów widzenia, autorka dawkuje wiedzę i napięcie stopniowo odsłaniając przed nami szczegóły pewnego niecnego planu, który obrócił się przeciwko jego autorom, a na koniec tradycyjnie okazuje się, że zmarli niekoniecznie zmarli, a żywi niekoniecznie są tymi, za kogo ich uważaliśmy, i następuje wyjaśnienie z pojednaniem.

Jak zwykle istotną rolę odgrywają tu notatki, listy i pamiętniki, co po pewnym czasie zaczęło mnie denerwować. Jedynym, co wyniosłam ostatnio z lektury Hollinghursta, było przeświadczenie, że Anglicy dzielą się na autorów i czytelników wspomnień, że każdy, choćby to była pierwsza z brzegu guwernantka, pielęgniarka, pani na włościach czy jej kamerdyner, musi na pewnym etapie napisać wspomnienia, pardą, memuary, albo powieść autobiograficzną, słowem, że cała Anglia tonie w zakurzonych szpargałach opowiadających o czyimś dawno zakończonym zwyczajnym życiu, i, że te szpargały zawsze są pod ręką kiedy trzeba wyjaśnić jakąś zagadkę - wystarczy pojechać do biblioteki i dostaniemy dziennik guwernantki przyjaciółki bohaterki, autobiograficzne powieści jej męża pisarza, jego biografię, wspomnienia autora biografii i listy sprzątaczki autora biografii do guwernantki brata bohaterki, do wyboru do koloru. Każdy kiedykolwiek zapisany skrawek papieru jest gdzieś pieczołowicie przechowywany... A psik, od kurzu i papierzysk kręci w nosie. Oczywiście jest to niezwykle wygodne dla autorki, bo w każdej chwili można odnaleźć czyjś pamiętnik (w sumie wystarczy zadzwonić do najbliższej biblioteki uniwersyteckiej), a nawet jeśli listy zaginęły to mamy spokojną pewność, że któryś z memuarzystów starannie przepisał je drobnym maczkiem w 476 tomie swojego pamiętnika, podkreślając istotne dla akcji fragmenty... i tak oto, skacząc od starych zdjęć przez listy przepisane w dzienniku rozwiążemy całą zagadkę.

Ale, powiedzmy, że nadmiar starych papierzysk to jedna z różnic kulturowych, które można lubić albo nie, mnie się akurat subiektywnie znudziły. Nie można na poważnie stawiać zarzutu, że gdzieś tam jest kultura przechowywania każdego kiedykolwiek napisanego słowa tylko dlatego, że u nas takiej kultury nie ma. Z drugiej strony, można postawić delikatny zarzut, że potrzebne papiery same grzecznie i bez trudu wpadają w ręce akurat wtedy, kiedy się przydadzą. Gorzej, że w tej książce Morton stworzyła bohaterkę, której zupełnie nie da się lubić, a przecież przez większość czasu powinniśmy jej przynajmniej życzliwie kibicować, nie znając jeszcze zakończenia. Tymczasem młodziutka Dorothy jest absolutnie nie do polubienia - rozkapryszona materialistka, żyjąca w świecie fantazji manipulantka, wykorzystująca najbliższych, a jej postępowania nie sposób usprawiedliwić nawet biorąc pod uwagę tragiczne zdarzenia, jakich nie szczędziła jej wojna. Przez 500 stron zastanawiamy się, jakim cudem z takiej głupiej, egocentrycznej lali wyrosła dobra żona i matka piątki dzieci, i dopiero zakończenie wyjaśnia wszystko (tym, którzy się nie domyślili, ja się domyśliłam i nawet zapisałam sobie na karteczce mój domysł w okolicy strony 200, żeby mieć dowód, że Wiedziałam :) ).

Wojenna intryga też trzyma się na włosku - to znaczy, jest tak piętrowa, przekombinowana i oparta na tak kruchych podstawach, że musiała skończyć się źle - ale też zbiegi okoliczności polegające na tym, że ktoś wyciąga z gruzów zbombardowanej knajpki niewysłany list i natychmiast go wysyła to dla mnie już za dużo.

Za dużo zbiegów okoliczności, nieporozumień, sytuacji, gdzie ktoś zamiast zapytać, myślał sobie, że ktoś inny coś myśli albo robi, za dużo pokręconych planów zemsty - i to wszystko w wykonaniu bohaterki, której nie jestem w stanie kibicować, bo budzi odrazę.

Oczywiście, Kate Morton ma dar opowiadania i trudno się oprzeć jej talentowi, dlatego te 600 stron mimo wszystko czyta się dobrze, z zaciekawieniem i napięciem, chce się wiedzieć jak, dlaczego i co będzie dalej. Jednak albo wyrosłam ze ślepego uwielbienia albo ta książka nie jest najbardziej udana w jej dorobku, albo autorka za bardzo polegała na swoim stałym schemacie. Tym razem nie miałam poczucia, że czytam "wyjątkowo dobre czytadło", a po prostu - niezłe czytadło. Tym niemniej, jeśli ktoś ma ochotę na niezłe, trochę przekombinowane czytadło z tajemnicą w tle - z czystym sumieniem polecam.

 

poniedziałek, 24 grudnia 2012
święta

I znowu minął rok, i znowu, jak co roku, święta zaczaiły się za rogiem i wyskoczyły znienacka, choć wydawało się, że dopiero przed chwilą rozbieraliśmy zeszłoroczną choinkę...

Chciałabym życzyć Wam wszystkim, którzy tu zaglądacie, żeby te święta były czasem spokojnym, radosnym, rodzinnym, żeby pachniały choinką i piernikami, a Mikołaj żeby zostawił pod choinką to wszystko, o czym marzycie a w zamian zabrał do wora wszystkie smutki i troski i wyrzucił je z zaprzęgu gdzieś nad biegunem północnym :)

niedziela, 16 grudnia 2012
The Black House - Peter May

Na tę książkę namawiała mnie Padma, długo i skutecznie. Prawdopodobnie jednak bym jej nie kupiła, gdyby nie to, że wpadła mi w ręce w charity shopie za grosze. I sporo bym straciła. Bo "The Black House" po raz kolejny potwierdza, że książki polecane przez Padmę mogę brać w ciemno - nie zawodzą.

"The Black House" to z pozoru po prostu kryminał. Na wyspie Lewis, położonej u północnych wybrzeży Szkocji, zamordowano mężczyznę. Ponieważ zbrodnia wygląda podobnie, jak  morderstwo popełnione niedawno w Edynburgu, policja kieruje na wyspę detektywa, który zajmował się pierwszą sprawą. Fin McLeod wyrusza więc pomóc w śledztwie na wyspie, na której dorastał do momentu wyjazdu na uniwersytet.

Fin jest detektywem z mroczną przeszłością, jednak rozpoczynając lekturę, nie domyślamy się nawet, ile, i jakiego kalibru tragicznych tajemnic kryje jego młodość. Na początku wiemy tylko tyle, że niedawno stracił w wypadku syna, a jego związek się rozpada. Jednak cała książka będzie w równym stopniu dochodzeniem "kto zabił?", jak i podróżą w przeszłość, podczas której czytelnik wraz z policjantem dotrze do wydarzeń, które tego ostatniego ukształtowały.

Fin powraca na wyspę, do maleńkiej, zamkniętej społeczności, z której udało mu się wyrwać kilkanaście lat wcześniej. Oznacza to, że chodził do szkoły, bił się, imprezował i popalał skręty i z zamordowanym, i z podejrzanymi. Ale także, że zna ich najskrytsze tajemnice, a oni znają jego, być może lepiej, niż by sobie życzył. Cały proces śledztwa będzie w istocie dochodzeniem do tego, co wydarzyło się w przeszłości, bo, jak to w naprawdę dobrych kryminałach bywa, korzenie zła tkwią właśnie tam - w tym, co wyparte, przemilczane, strzeżone przez zamknięty krąg uczestników.

Sekrety przeszłości odkrywane są stopniowo, bowiem narracja prowadzona jest na przemian - rozdziały retrospekcyjne przeplatają się ze współczesnymi. Współczesne śledztwo, ponowne spotkania z dawnymi przyjaciółmi i wrogami, są ciekawe, ale zdecydowanie bardziej interesujące są fragmenty wspomnieniowe, które pozwalają dotrzeć do przyczyn zbrodni, a przy okazji odsłaniają nieco z przeszłości bohatera i samej wyspy Lewis.

Wyspa ma bowiem pewną tradycję - co roku dwunastu mężczyzn wyrusza na maleńką wysepkę An Sgeir na Północnym Atlantyku na tradycyjne polowanie na pisklęta głuptaków, zwane w tamtejszym dialekcie "guga". Co ciekawe, jest to tradycja autentyczna, nie została zmyślona przez autora - więcej można poczytać tutaj. Zaproszenie do grona łowców jest wyróżnieniem, a sama wyprawa - klasycznym rytuałem przejścia dla młodszych, dla starszych potwierdzeniem ich pozycji w społeczności. Uczestników wypraw łączy specyficzna więź zrodzona ze wspólnego trudu i swoisty pakt milczenia: "to, co zdarzyło się na wyspie, nie może wyjść poza wyspę". Fin będzie musiał zmierzyć się ze wspomnieniem tragedii, która zdarzyła się na wysepce, kiedy on sam, jako młody chłopak wziął udział w polowaniu.

Opis wyprawy jest najlepszą i najmocniejszą częścią książki. Podróż, metody polowania, życie przez kilkanaście dni w niewyobrażalnie spartańskich warunkach, męska wspólnota, która zawiązuje się podczas takiego przeżycia - to wszystko opisane jest niesłychanie sugestywnie, jak w najlepszych książkach o polarnikach, wielorybnikach, itp. Skały, szalejące morze, nieustannie wiejący wiatr tworzą niesamowity, surowy klimat miejsca wyjętego spod normalnych praw, dostępnego tylko dla wybranych. Dla samych tych kilkudziesięciu stron warto sięgnąć po "The Black House".

Peter May stworzył coś więcej niż kryminał, coś co udaje się tylko najlepszym w tym gatunku - pokazał mroczne strony ludzkiej natury, umiejętnie splótł zagadki przeszłości ze współczesnymi zbrodniami, osadził akcję w fascynującym krajobrazie, na tle niezwykłych, wymierających tradycji. Myślę, że spokojnie mogę postawić tę powieść na półce obok Johana Theorina.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34
Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli