Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
Jodi Picoult - Dziewiętnaście minut
Po raz pierwszy zetknęłam się z twórczością Jodi Picoult kilka lat temu. Przeczytałam wtedy książkę "Bez mojej zgody". Historia sióstr, z których starsza choruje na białaczkę, a młodsza została poczęta jako swego rodzaju bank części zamiennych zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Czytałam ze ściśniętym gardłem, miotając się pomiędzy racjami każdej z bohaterek. Odchorowałam lekturę kilkumiesięczną "schizą", kiedy to przy każdym siniaku podejrzewałam u mojej córki ostrą białaczkę i postanowiłam sprzedać książkę żeby więcej nie mieć z nią kontaktu.

Po najnowszą powieść Picoult, "Dziewiętnaście minut" sięgałam z obawą, ale i nastawiona na trudny temat i wielkie emocje. Rozczarowałam się trochę.

Historia strzelaniny w szkole średniej w niewielkim miasteczku Sterling w stanie New Hampshire to temat trudny i bardzo na czasie we współczesnej Ameryce, gdzie trwa spór o prawo do noszenia broni, a szkołami co jakiś czas wstrząsają podobne tragedie (przywołane zresztą w książce, jak Columbine).

Josie to jedyna córka samotnej matki, sędzi. Peter to syn położnej i profesora badającego "ekonomię szczęścia" (polski tłumacz z pewnością nazwał to jakoś lepiej ale ja mam do dyspozycji tylko tekst angielski), młodszy brat faworyzowanego w domu prymusa i sportowca. Josie należy do elitarnej grupki "popularnych", Peter jest wyrzutkiem, bitym i poniewieranym od pierwszego dnia przedszkola. Josie chodzi z Mattem, przystojnym hokeistą. Stale drży na myśl, że dawna przyjaźń z Peterem wyjdzie na jaw i pozbawi ją miejsca na szczycie szkolnej hierarchii. Jednak nawet wtedy, gdy przystojny hokeista okazuje się dość okrutnym macho, a piękne koleżanki - głupie i puste, Josie uparcie trzyma się swojego, najwyższego szczebelka drabiny, byleby nie spaść. Co oczywiście prowadzi do ostatecznego upokorzenia Petera a w efekcie - do tragedii.

Wszystkie te szkolne rozgrywki sprawiają wrażenie opisanych z wyraźną tezą, kawa na ławę, żeby wbić czytelnikowi do głowy z siłą kowalskiego młota, że wśród nastolatków popularność jest absolutnym fetyszem. Co po pewnym czasie irytuje - kolejne sceny rozgrywające się w szkole służą wyłącznie ilustracji tej tezy, Peter regularnie co kilkadziesiąt stron poddawany jest kolejnym torturom, a Josie zadręcza się tym, że elita może ją zdemaskować.

Od przewidywalnych i dość schematycznych postaci nastolatków znacznie ciekawsze wydały mi się matki - Alex, profesjonalistka w każdym calu, która do tragedii nawet w domu nie umie wyjść z roli sędzi, i Lacy, matka kochająca i zaangażowana, która dopiero po fakcie zdaje sobie sprawę z popełnionych w dobrej wierze błędów. A może jestem już po prostu w takim wieku, że łatwiej mi utożsamić się z matką nastolatka niż z jej dzieckiem?

Nie udało mi się jednak emocjonalnie zaangażować w żaden z wątków. Cały czas miałam wrażenie że każdy z bohaterów został skonstruowany tak, żeby najpierw przedstawić jakiś stereotyp a później go przełamać, w sposób dość schematyczny. Zimna profesjonalistka marzy o tym, żeby ktoś zwrócił się do niej po imieniu a nie oficjalnym tytułem. Popularna dziewczyna w głębi duszy trzęsie się ze strachu o pozycję a gwiazda hokeja nie jest czułym kochankiem na jakiego wygląda. Nawet końcowy zwrot akcji nie był wielkim zaskoczeniem.

Książka wydała mi się... zimna. Napisana i czytana rozumem, nie sercem. Skłoniła do zadawania sobie pytań (w moim przypadku o błędy wychowawcze jakie można popełnić całkiem nieświadomie), ale nie wzruszyła ani nie przeraziła. W pewnym momencie czytanie skojarzyło mi się z oglądaniem sekcji zwłok - autorka położyła tragedię na laboratoryjnym stole i metodycznie rozebrała na kawałeczki w ostrym jarzeniowym świetle, oglądając je pod każdym możliwym kątem. 

Na pewno "Dziewiętnaście minut" jest powieścią sprawnie napisaną i bardzo dobrze skonstruowaną. Na pewno jej przeczytanie nie jest stratą czasu. Tyle, że określenie z okładki: "her hardest-hitting and most involving novel yet" jak dla mnie, jest mocno przesadzone.
Ocena: 6/10
niedziela, 09 sierpnia 2009
Tytułem wstępu
Już kiedyś próbowałam prowadzić bloga o książkach.

Przerwałam bo minął mi, jak zwykle słomiany, zapał.

Może tym razem się uda.

Więc tak: piszę książki i czytam książki. Nie lubię określeń typu "mól książkowy" albo "czytam nałogowo". Czytam dla przyjemności, dla zabicia czasu, dlatego że kiedy nie mam co czytać to czytam etykiety od dezodorantów i metki od ubrań. Od książki oczekuję właśnie głównie przyjemności, miłego spędzenia czasu i możliwości przeniesienia się wyobraźnią gdzie indziej. Książki zostawiają mi w głowie osad jak mocna herbata wewnątrz białego fajansowego kubka. Książka, po której taki osad nie zostaje, jest dla mnie mniej warta niż papier na którym ją wydrukowano.

Nie umiem recenzować fachowo, z użyciem wyrażeń typu dyskurs feministyczny, topos czy archetyp. Umiem napisać czy książka mi się podobała czy nie, i dlaczego. Czytam dla historii, nie dla udziwnień językowych i wynalazków. Książki z wynalazkami zazwyczaj rzucam w kąt po 50 stronach.

No właśnie, do tego rzucam książki w kąt, rozwalam grzbietem do góry na podłodze, zalewam kawą, olejkiem do opalania i wodą z wanny, noszę w torebce z rozmazanym batonem czekoladowym i brudnymi skarpetkami córki, mażę po nich długopisem i zaginam rogi, zdarzyło mi się też po prostu wyrzucić do śmietnika (po przeczytaniu) dzieło pt. Wodzowie Nina Niszczyciela.

Nie nadaję się więc absolutnie na "mola książkowego". Jestem książkowym barbarzyńcą.

Ale skoro każdy sobie może pisać bloga o książkach, to i ja mogę.

Miałam założyć bloga robótkowego, ale do tego trzeba mieć manekina do zdjęć i fikuśny szablon. A ja nie mam miejsca na manekina bo wszędzie walają się książki :)
1 ... 31 , 32 , 33 , 34
 
Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli