Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
wtorek, 11 grudnia 2012
Tove Jansson. Mama Muminków - Boel Westin

Ostatnie dni upłynęły pod hasłem "wykończyć Mamę Muminków zanim ona wykończy mnie". Prawie się udało - bibliografię i przypisy sobie podaruję. Przy okazji doprecyzowałam sobie, dlaczego nie przepadam za biografiami - otóż chyba nie ma na świecie takiej osoby, o której chciałabym wiedzieć Absolutnie Wszystko albo Bardzo, Bardzo Dużo. Notka biograficzna, artykuł w gazecie, kilka anegdotek z życia, żeby wiedzieć, kto zacz, jakieś dodatkowe smaczki dla ożywienia pomnikowej postaci, trochę tła, chętnie, ale tak 80 lat krok po kroku na 500 stronach, od narodzin do śmierci, listy, wiersze, pamiętniki, rozterki, podróże, obrazy, książki, freski, dramaty, narzeczeni i kochanki to jednak niekoniecznie, nawet w przepięknym wydaniu i bez przypisów, bo to jednak bardziej przypomina kucie do egzaminu niż zaspokajanie ciekawości.

Polski wydawca postanowił zwabić czytelnika na haczyk marketingowy tytułując publikację "Mama Muminków", podczas gdy podobno w szwedzkim tytule o Muminkach nie było ani słowa. Nie bez powodu - spora część książki (co może być niemiłym zaskoczeniem dla wielbicieli małych trolli) opowiada o tym, jak malarka, rzeźbiarka i ilustratorka stała się niewolnicą własnego pomysłu. Jak dorobiono jej gębę "mamy Muminków" i jak bezskutecznie usiłowała się wyrwać z zaklętego kręgu pisania o Muminkach, rysowania Muminków, tworzenia komiksów o Muminkach, wystawiania sztuk o Muminkach i odpowiadania na niezliczone listy małych i dużych wielbicieli. Została "Mamą Muminków" - mało kto chyba poza Skandynawią dobrze zna pozostałą twórczość plastyczną i literacką Tove Jansson, natomiast Muminki znają wszyscy.

Niewątpliwą zaletą książki jest to, że mamy okazję dowiedzieć się naprawdę dużo o tej pozamuminkowej twórczości Jansson. Autorka ze szczegółami przedstawia jej poszukiwania artystyczne, dążenie do samorealizacji przez sztukę i wyrażania siebie, inspiracje malarskie i literackie. W ogóle jest to bardziej biografia artystki niż historia osoby - znajdziemy tu znacznie więcej analiz krytycznych i szczegółowych komentarzy do poszczególnych dzieł niż osobistych detali. Jansson, artystka skupiona na pracy, miłośniczka spokoju i samotności, odludnych wysp i domowego życia, nie jawi się jako szczególnie barwna postać, przemawia raczej przez swoją twórczość.

Oczywiście dużą część jej biografii zdominowały Muminki - pomysły na kolejne części cyklu, potyczki z krajowymi i zagranicznymi wydawcami, komiksy gazetowe, które uwiązały artystkę na wiele lat, aż straciła ochotę do pracy. Czytelnik ciekaw pochodzenia Muminków, pomysłów i inspiracji, znaczenia konkretnych postaci na pewno nie będzie zawiedziony - podczas lektury najlepiej byłoby mieć pod ręką muminkowy cykl, żeby móc na bieżąco sięgać do różnych fragmentów, ilustracji, odnajdywać postacie i porównywać je ze wspomnieniami z dzieciństwa. Tu dygresja - ja przygodę z Muminkami zaczęłam w wieku 9 lat od "Komety..." pożyczonej od przyjaciółki. Byłam zachwycona, zauroczona atmosferą zagrożenia, ponurymi opisami i rozgrywającym się dramatem. Drugą częścią cyklu, która mnie zachwyciła, była "Dolina Muminków w listopadzie". Melancholia, odchodzenie, zagrożenie - te elementy, inspirowane wojną, później sytuacją rodzinną autorki przemawiały do mnie najmocniej, znacznie silniej niż pogodne "Lato Muminków". Teraz, po lekturze biografii, mam ochotę do nich wrócić i przeczytać po dorosłemu, bogatsza o wiedzę (chociaż czy wiedza nie zabija zauroczenia?).

Dostajemy więc biografię artystki wszechstronnej, która mimo rozlicznych innych osiągnięć została zaszufladkowana jako autorka książek dla dzieci, przez co później pisząc dla dorosłych musiała walczyć o uznanie ("...zależy jej bardzo, aby z powodu rysunków nie uznano jej dzieła przez pomyłkę za skierowane do dzieci." (str. 425)). Biografię malarki, rzeźbiarki, ilustratorki, która dbała o każdy szczegół kompozycji swoich dzieł literackich, a najbardziej ze wszystkiego ceniła spokojną wytężoną pracę w swoim atelier w wieży i możliwość wyrażania siebie poprzez sztukę. Nie jest to biografia szczególnie pasjonująca, ze względu na stosunkowo mało barwne życie bohaterki i przewagę krytycznych analiz nad elementami z życia, ale mimo to niewątpliwie sporo można się z niej dowiedzieć.

Ponieważ autorka miała dostęp do gromadzonego latami archiwum Tove Jansson, biografia pełna jest perełek. Są tu i listy, i kartki z pamiętników, i szkice. Z ilustracji można dowiedzieć się, jak ewoluowała postać Muminka - od szkicowego stworka towarzyszącego sygnaturce Tove na rysunkach satyrycznych po znanego wszystkim dzieciom trolla z dużym pyszczkiem (który polska tłumaczka uparcie i brzydko nazywa "kufą"). Znajdziemy tu też reprodukcje obrazów, fotografie i pocztówki. Czasami szkoda, że nikt nie pokusił się o przetłumaczenie tekstu z ilustracji - na cóż nam kartka z pamiętnika, skoro nie dowiemy się, co na niej było napisane albo jeśli musimy zadowolić się krótkim streszczeniem w tekście?

I łyżka dziegciu w beczce miodu - Peek-a-boo ma rację, polskie tłumaczenie zgrzyta. Nie znam szwedzkiego, nie wiem, co tu jest kalką a co "tak wyszło", ale nie da się ukryć, że sporo tu zdań koślawych, powykręcanych, trudnych do zrozumienia konstrukcji składniowych typu "prawą ręką za lewe ucho" albo bez wyraźnego związku logicznego.

Tak więc, mimo przepięknej okładki i interesującej zawartości, polski wydawca lekko sponiewierał Tove Jansson, raz przez przyklejenie jej w tytule niechcianej etykietki "Mamy Muminków", i drugi raz przez toporne tłumaczenie. Mimo to jest to z pewnością bardzo ciekawa lektura dla tych, którzy chcieliby poznać "mamę Muminków" także od innej strony i tych, którzy lubią czytać opasłe biografie.

 

 

 

 

wtorek, 27 listopada 2012
The Painter of Silence - Georgina Harding

Pierwsza książka kupiona w Londynie, kupiona celowo na książkę "do torebki" (bo ja się lubię wtapiać w tłum i udawać tubylca (przynajmniej do momentu, kiedy ktoś o coś zapyta i zdradzi mnie mowa... chociaż, przyznam się, że raz, w muzeum, udało mi się całkiem sprawnie udawać nativa przed pewną Włoszką)), więc jeżdżenie metrem z polską "Głową Kasandry" na kolanach nie wchodziło w grę, podobnie jak podróżowanie z mapą w ręku. Powieść nominowana do nagrody Orange.

Skusiło mnie miejsce akcji - powojenna Rumunia i zapowiedź: historia głuchoniemego chłopaka, obdarzonego niezwykłym talentem malarskim, który pozwala mu wyrażać myśli i uczucia. I, jak to w takich książkach bywa, historia rozpadu pewnego świata i prób budowania życia na gruzach.

Augustine, zwany Tinu, urodził się we dworze jako nieślubny syn kucharki. W tym samym czasie przyszła na świat Safta, córka właścicieli posiadłości. Choć dzieliła ich społeczna przepaść, domowe zwyczaje pozwoliły na powstanie między nimi szczególnej więzi, a nawet na kształcenie chłopca przez pewien czas pod okiem surowej niemieckiej guwernantki. Choć próby nauczenia malca pisania i czytania spełzły na niczym, pozostało mu inne potężne narzędzie komunikacji - rysunek.

Chłopiec rysuje wszystko, co zobaczy i dorasta otoczony opieką przez swą rówieśnicę. Ta, choć prowadzi własne życie, nigdy nie traci z oczu głuchoniemego rysownika - a on jej. Gdy wojna brutalnie zniszczy ich świat, spotkają się znowu, po latach, w surowej, komunistycznej rzeczywistości, która dla niego oznacza obozy i więzienia, dla niej - pracę pielęgniarki na froncie a później w szpitalu. Przejdą drogę do domu, a Tinu opowie swojej przyjaciółce wszystko, co widział i przeżył - w obrazach.

Obrazy są niewątpliwą siłą tej książki, siłą rzeczy mało tu rozmów, dialogów a więcej opisu. Powolna, opisowa narracja prowadzi czytelnika przez silankowe czasy przedwojenne i okrutne powojenne, ukazując zniszczony świat i ludzi usiłujących poskładać to, co pozostało, w zupełnie nowej rzeczywistości.

No i to w zasadzie tyle dobrego, co mam do powiedzenia, poza sakramentalnym "dobrze się czyta". Dobrze się czyta, czasami wzrusza, ale... tak, napiszę to: nasza część Europy jest tak sponiewierana przez historię, wojnę, komunizm, że żadna opowieść osoby z zewnątrz, poza (być może) reportażem, niezależnie od wiedzy autora, nie może mieć tej siły, jaką mają opowieści "z wnętrza". Wprowadzenie głuchoniemego, odizolowanego od rzeczywistości bohatera podobno było zabiegiem, który miał ten problem złagodzić (co wiem z tej recenzji), ale chyba nie do końca udanym. Wyszło trochę "w Rumunii czyli nigdzie", a elegancki, oszczędny i powolny strumień opowieści, w której dialogi z konieczności ograniczono do minimum, też niespecjalnie pasuje do przekazu o (po)wojennych okropnościach.

Jeśli więc chodzi o Rumunię, powojenne wysiedlenia, upiory komunizmu - zdecydowanie lepiej poczytać Eginalda Schlattnera albo ambitnie porwać się na noblistkę sprzed kilku lat niż zaczynać przygodę z tym krajem od nieco baśniowej opowieści angielskiej autorki.

Powieść była nominowana do Orange Prize w tym roku, co - dla mnie - dowodzi tylko, że nominacje są nierówne, a sam fakt nominowania (ani nawet nagroda) jeszcze nie może być pewną wskazówką.

niedziela, 25 listopada 2012
Ciemno, prawie noc - Joanna Bator

Nowa powieść Joanny Bator to książka, której wyczekiwałam miesiącami, od pierwszej wzmianki na wiosnę do jesiennej premiery. Warto było czekać, bo jeśli o mnie chodzi, Bator zdecydowanie zasługuje na miano najlepszej żyjącej polskiej pisarki. Chyba nikt inny nie potrafi tak doskonale połączyć tych dwóch najważniejszych cech "dobrej książki" - opowiadania doskonałej historii i przekazania przy okazji czegoś ważniejszego.

Nazwanie tej powieści "horrorem" byłoby ogromnym spłyceniem. Konwencja horroru jest tu środkiem, nośnikiem opowieści o nas, naszych czasach, i o wszechobecnej historii, która oplata ludzi tak jak i miejsca. A fakt, że czytamy ją jak najlepszy horror/thriller wynika z ogromnego talentu Autorki do opowiadania, z jej niezwykłego rozmachu i wyobraźni.

Najważniejszym bohaterem powieści jest miejsce - Wałbrzych, który autorka konsekwentnie czyni uniwersum swoich opowieści. To jednak Wałbrzych zupełnie inny od tego z "Piaskowej Góry": miasto zniszczone, zapyziałe, zrujnowane, zbudowane na podziemnych tunelach i korytarzach, w których podobno ukryto legendarny skarb. Miasto biednych dzielnic, rozpadających się ruin, tajnych przejść, nad którym dominuje zamek Książ i legenda o ostatniej pani na zamku, księżnej Daisy. Miejsca takie, jak palmiarnia, uboga dzielnica poniemieckich domków, polana pod zamkiem - zostały opisane tak sugestywnie, że choć Autorka na koniec zastrzega, żeby nie szukać ich poza tekstem - to ma się wrażenie, że żyją. Czytając, żałowałam, że nie pochodzę z tamtych okolic - wspaniale byłoby móc porównać rzeczywistość z tym wykreowanym alternatywnym światem, jednak poszukać cukierni Madras i kamienicy z nieistniejącym pokojem na zapleczu sklepu mięsnego, o klimacie trochę jak z "Delicatessen".

Alicja, dziennikarka, wraca z Warszawy do rodzinnego miasta żeby napisać reportaż o zniknięciach dzieci. Przy okazji będzie musiała pokonać swój lęk przed tym miejscem, z którym wiążą się dla niej wyłącznie złe wspomnienia: śmierć matki, śmierć siostry, obsesja ojca. Musi więc stawić czoła wspomnieniom, a przy okazji spróbować rozwikłać zagadkę znikających dzieci, ale na miejscu okaże się, że to nie wszystko, że poza tym będzie świadkiem makabrycznego, parareligijnego szaleństwa tłumu, które, choć doprowadzone do absurdu, niebezpiecznie przypomina rzeczywiste zachowania Polaków w okresie, powiedzmy, posmoleńskim.

Autorka ma dar kreowania skomplikowanych, dziwnych postaci o niezwykle barwnej historii. Alicja spotka więc transseksualną bibliotekarkę, tajemniczego właściciela sklepu zoologicznego, sąsiada, którego smutną i straszną historią możnaby obdzielić kilka osób (i który jest historią tego regionu w pigułce), wreszcie małomównego mężczyznę poszukującego tego samego, co ona.

Niezwykle ważną rolę w powieści odgrywają tzw. kociary. Wygląda na to, że mijający rok jest rokiem tryumfalnego wejścia "kociar" na karty polskich książek. Starsze kobiety, "wariatki" karmiące bezpańskie koty, są tu przedstawione jako sieć stale czuwających opiekuńczych duchów, mścicielek, tajnych agentek, które dzięki swej "niewidzialności" mogą bardzo wiele.

Przede wszystkim jednak ważna jest historia, a raczej wiele splatających się historii składających się na trudne losy rodziny Alicji i wszystkich bohaterów powieści, historie nieodłącznie związane z Historią przez duże "H", która okrutnie obeszła się z tym miejscem, pełne legend i tajemnic, ale też cierpienia i krzywdy zadawanych ludziom przez innych ludzi. Traumy i szaleństwa, którymi przesiąknięte jest całe miasto, prowadzące do kolejnych cierpień.

Tylko jedno mnie w tej książce drażniło. Jest to coś, na co pewnie nie zwróciłabym uwagi u autora przeciętnego, ale u pisarki wybitnej, ulubionej przeszkadza - może to kwestia wygórowanych oczekiwań. Mianowicie miałam wrażenie, że jedna ze "stron" - ludzie składający się na ten rozszalały tłum, mieszkańcy slumsów, dewotki, zwolennicy samozwańczego proroka, goście for internetowych itp., jednym słowem prawie wszyscy "po przeciwnej stronie" niż głowni bohaterowie - zostali potraktowani zbyt "reportażowo". Z jednej strony - wstawki z forum internetowego są straszne w treści i piękne w formie językowej, jak ballada z powracającym refrenem ("dzieci pedofilom Bułgarskim sprzedają!"), a przy tym doskonale oddają formę tzw. "dyskusji" w polskim Internecie. Z drugiej jednak - forumowicze i postaci realne nazywane po dziennikarsku imieniem i nazwiskiem (Barbara Mizera, Zofia Socha) albo przydomkami (Staruszka w Fioletach, Pani z Wąsem, Pryszczaci, Matka Samotrzeć) są jak gdyby od razu ustawione na określonych pozycjach, stanowią część obcej masy, w opozycji do tych innych, lepszych, "naszych", którym kibicujemy podczas lektury. Niewiele dowiadujemy się o nich od wewnątrz, są przede wszystkim przedmiotem obserwacji i podszytego przerażeniem zdumienia. Owszem, to jest niestety postawa, którą odruchowo przybieramy na widok tłumu czy osobników zachowujących się w sposób prymitywny - ale spodziewałam się, że dowiem się może trochę więcej o racjach i motywach tej "drugiej strony". Chyba, że jej racje i motywy można przedstawić tylko w postaci koślawego bełkotu na forum czy nieskładnego monologu taksówkarza...

Trzeba dodać, że obserwacje z życia są niezwykle celne, czasem satyryczne, czasem gorzkie, jak ta, z samego początku: "Bieda brzmi wszędzie tak samo, a jeden z jej dźwięków to wysysanie resztek z dziurawych zębów, spod byle jak zrobionych koronek, zasysanie i cmok, cmok." (str. 9). Takich opisów jest mnóstwo, dzięki temu książka żyje i tak mocno działa na wyobraźnię.

Mimo drobnego zastrzeżenia "Ciemno, prawie noc" to książka doskonała, łącząca w sobie kawał historii z obrazem współczesnej Polski (a przynajmniej jego sporym wycinkiem) i, przede wszystkim, z dobrą opowieścią, wciągającą, skłaniającą do myślenia, niosącą mimo wszystko pewne oczyszczenie. I być może najlepsza/najważniejsza nowość tego sezonu (przynajmniej dla mnie).

 

piątek, 23 listopada 2012
łańcuszek

Jeśli nie napiszę tej notki dzisiaj, nie napiszę jej pewnie już nigdy - a więc, jak z bieganiem po przerwie, trzeba się zmobilizować, ruszyć klawiaturą i do roboty :)

Dostałam od Sepmpreverde, Autorki bloga "Il Molino" wyróżnienie:

za które bardzo dziękuję, tym bardziej, że pojawiło się w jednej z licznych chwil zwątpienia ("po co to wszystko")

Nie ma lekko, wyróżnienie trzeba odpracować odpowiedziami na pytania, a więc - oto i one:

1.Co (lub kto) Cię skłoniło do pisania bloga?

Własna próżność i niczym niepoparte przekonanie, że akurat ja mam do powiedzenia coś ciekawego. Na szczęście jest to przekonanie dość powszechne :)


2.Jak długo piszesz i ile razy czułaś, że masz  już dość?

W sumie, wszystkie blogi... od ok. 7 lat. Czuję że mam dość mniej więcej raz na miesiąc :) Zwłaszcza wtedy, kiedy trzeba się o coś spierać z Czytelnikami, bronić swojej opinii.


3. Kim chciałaś być, jak byłaś mała?

Nauczycielką w szkole, jak moja Ciocia Nacia. Złośliwy los pozwolił mi to marzenie spełnić i była to najgorsza rzecz, jaka mi się (zawodowo) przydarzyła w życiu. Nigdy więcej, żadnych dzieci, poza własnymi!


4. Co robisz kiedy masz chandrę?

Zatruwam życie wszystkim dookoła, palę jak komin, całymi dniami gram w kulki na fejsie, wyżywam się na najbliższych i tłukę koty ścierką do naczyń.


5. Potrawa-horror z dzieciństwa

Nie mam horrorów, byłam tym jedynym dziwacznym dzieckiem, które lubiło takie ohydztwa, jak szpinak czy wątróbka. Horror ze szkolnej stołówki, znacznie później - makaron z grudami kwaśnego twarogu, polany śmietaną i skrzepłym zimnym tłuszczem + kisiel z grudami do popijania.


6. Książka, jaką zawsze chciałaś przeczytać, ale nigdy nie miałaś czasu

Coś Dukaja. "Moby Dicka". "Czarodziejską górę". I mniej więcej tysiąc innych.


7. Książka, jaką chciałabyś kiedyś napisać

Na moją miarę - horror, dobry, mroczny, wciągający, bez krwi ale z duchami. Coś, co ludzie boją się czytać o zmroku :) Bez oglądania się na realne możliwości - Wielką Nieamerykańską Powieść, solidny realizm społeczny w stylu Franzena, bez wygłupów, książkę, którą Wypadałoby Znać a przynajmniej Mieć Na Półce.


8. Czego nie umiesz, a chciałabyś się nauczyć

Szydełkować! To znaczy, teoretycznie niby umiem... a z pewnością mogłabym się nauczyć gdyby mi się tylko chciało... i gdyby to nie było tak strasznie DENERWUJĄCE :)


9, 10,11.  I na koniec: twoje trzy życzenia do złotej rybki

Mogę pominąć pokój na świecie, lekarstwo na raka i cudowne wykarmienie wszystkich głodnych dzieci?

Więc tak, zaryzykuję:

9. Złota rybko, chciałabym się obudzić któregoś dnia w normalnym, cywilizowanym kraju. W takim, gdzie politycy zajmują się podatkami i emeryturami, księża modlitwą, dziennikarze piszą bez błędów ortograficznych o sprawach naprawdę ważnych, a ludzie mogą żyć z kim chcą, rodzić dzieci albo nie, zależnie od chęci, możliwości i upodobań. W kraju, w którym obłąkani paranoicy z błyskiem w oku są tam, gdzie ich miejsce - w przytulnej sali szpitalnej, pod troskliwą opieką, a faszyści i kibole w więziennych mundurkach karnie grabią liście na ulicach. W kraju, w którym jazda 50 km/h nie stanowi uszczerbku na honorze, podobnie jak posprzątanie kupy własnego psa, a metro można zbudować bez zatapiania połowy miasta. (teraz złota rybka robi pstryk - i budzę się 500 km na zachód?)

10. i żeby było więcej kawiarni z miejscem dla palących. Zima idzie :)

11. i dom z ogrodem poproszę, większym od chustki do nosa, dom z biblioteką i moim własnym pokojem z widokiem na drzewa w ogrodzie.

I to by było na tyle... Tak długo zwlekałam z odpowiedzią, że chyba trafiłam na koniec łańcuszka, bo co gdzieś zajrzę, tam już odpowiedzi. Zresztą zawsze mam problem z nominowaniem i wskazywaniem, więc jeśli ktoś z Was chce, to może odpowiedzieć u siebie albo w komentarzach.

PS okropnie nie chce mi się spierać o życzenia do złotej rybki, jeśli bardzo chcesz mi napisać, że jesteś kibolem i jesteś z tego dumny albo, że palacze śmierdzą i umrą na raka, napisz to proszę gdzieś indziej.

czwartek, 15 listopada 2012
plany na czas nieokreślony

Hmmm, jako, że wszystko się jakoś tak listopadowo rozłazi i w zasadzie jedynym, na co naprawdę mam ochotę w wolnym czasie, jest dzierganie kolejnych czapek i skarpet nowopoznanymi wzorami Fair Isle...

...przyda się jakiś plan motywacyjno-mobilizujący, tym bardziej, że wysypało fajnymi nowościami (nowa Chutnik! nowa Bator! nowa Morton! nowa Zadie Smith!), sterta przywieziona też czeka i nie bardzo wiadomo, za co się zabrać.

Plan na zdjęciu, mam nadzieję, że przynajmniej raz udało mi się tak sfotografować drobny fragment mieszkania, że nie widać wszechobecnego syfu. Tylko "Blackhouse" jeszcze nienapoczęty - pozostałe trzy są w różnych stadiach czytania, a i czasopismo na zdjęciu znalazło się nieprzypadkowo - wyjątkowo ciekawe im wyszło to wydanie "Niezbędnika". Bez limitów czasowych, bo postanowienie, że przeczytam to w listopadzie, byłoby bez sensu, no ale zamierzam to doczytać w szeroko pojętej najbliższej przyszłości (a gdyby nie - to proszę za jakiś czas o mobilizującego kopa w komentarzach).

Tagi: plany
22:38, mdl2
Link Komentarze (14) »
środa, 14 listopada 2012
List miłosny pismem klinowym - Tomas Zmeskal

Nie bardzo mi się chce znowu marudzić o tym samym, ale są takie książki, którym poważni  krytycy robią prawdziwy czarny PR. Ileż ja się naczytałam o postmodernistycznej narracji, "rezygnacji z tradycyjnych schematów narracyjnych" i podobnych sformułowań, które sugerują: uwaga, dostaniesz mętny bełkot, nawet nie podchodź bez doktoratu z teorii literatury!

Stała sobie więc ta książka na półce, otoczona odpowiednią czcią, w towarzystwie Houellebecqa i innych ambitnych i trudnych, a ja chodziłam wokół niej na paluszkach, z szacunkiem i obawą. Czy to aby na pewno odpowiedni moment, czy podołam, czy jestem już właściwie przygotowana? Aż wreszcie nadszedł Ten Moment (mniej więcej wtedy, kiedy okazało się, że "List" znalazł się w siódemce nominowanych do Angelusa) i ta niespodzianka, najprzyjemniejsza, jaka może spotkać czytelnika: to się doskonale czyta!

Rzeczywiście jest to powieść napisana nieszablonowo, ale nie na tyle, żeby się w niej gubić i odcyfrowywać z trudem. Gdzieś u podstaw to po prostu historia pewnej czeskiej rodziny. Josef - inżynier, zafascynowany ideą odczytywania starożytnych języków po wojnie, kilka miesięcy po narodzinach córki - Alicji trafia na 10 lat do komunistycznego więzienia. Kwieta, jego żona, robi wszystko, żeby go ratować. Dawny przyjaciel okazuje się komunistycznym katem i zdrajcą. Małżeństwo Kwiety i Josefa pozornie się rozpada, ale miłość uparcie trwa - tytułowy list miłosny jest jej ostatecznym wyrazem choć przychodzi za późno. Z kolei Alicja, po wczesnym ślubie, wpada w toksyczny związek z mężczyzną używającym przemocy. Rozpad, przemoc - przechodzą z pokolenia na pokolenie, dopiero syn Alicji będzie miał szansę zatrzymać tę spiralę.

To opowieść o życiu pokawałkowanym przez historię, o dwóch straconych pokoleniach, okaleczonych przez wojnę, komunizm, 1968 rok. Spokój może być udziałem tylko najstarszych, których reprezentuje sędziwa ciotka Anna, i tych najmłodszych - powracających z emigracji albo wychowanych z dala od wydarzeń. Forma - nietradycyjna narracja, podana niechronologicznie, we fragmentach, przetykana fantastycznymi wizjami człowieka chorego psychicznie (a może tylko uciekającego przed rzeczywistością) i równie fantastycznymi wspomnieniami, jak wizja uwolnionych egzotycznych zwierząt w czeskim lesie - doskonale oddaje treść, a wizje wprowadzają elementy filozoficzne i metafizyczne.

Po lekturze mam wrażenie, że bardzo dużo się dowiedziałam o Czechosłowacji, Czechach i ich mieszkańcach i o ostatnich kilkudziesięciu latach historii. Coś w tym kraju jest takiego, co nas przyciąga i fascynuje, coś, co mimo wszystkich podobieństw (doskonale widocznych w powieści, zwłaszcza we fragmentach pisanych z punktu widzenia powracającego syna emigrantów) jest odmienne.

Jakoś tak wyszło, że z siódemki tegorocznych nominowanych do Angelusa przeczytałam już teraz cztery książki (piąta czeka, a na szóstą i siódmą nie mam na razie ochoty) - i wszystkie były doskonałe. Wygląda na to, że to jest ta jedna nagroda, którą mogę traktować jako pewną wskazówkę: nie rozczarujesz się.

środa, 07 listopada 2012
A Dark Dividing - Sarah Rayne

Czytadło? Czytadło, ale jakie! Mój podziw dla Brytyjczyków, ostatnio lekko nadszarpnięty, został odbudowany, bo któż inny byłby w stanie napisać horror i zawrzeć w nim nawiązania do Dickensa, modnej ostatnio epoki tuż przed I wojną światową, Bloomsbury i powieści gotyckiej?

Więc czytadło jakie lubię, nie odmóżdżające, pochłaniające a dodatkowo mroczne i ponure, w sam raz na listopadowe wieczory.

Dziennikarz "po przejściach" Harry Fitzglen ma napisać dla podrzędnego tabloidu historię o nowej londyńskiej galerii. Właścicielkami są dwie kobiety: celebrytka i młodziutka fotograficzka Simone. Ta druga jest jednak jedną z urodzonych dwadzieścia kilka lat wcześniej syjamskich bliźniaczek, jedyną, która przeżyła operację rozdzielenia. Ale czy na pewno?

Sto lat wcześniej również urodziły się złączone bliźniaczki, jednak zmarły wkrótce po narodzinach, ku wielkiej uldze ojca, który nie wyobrażał sobie życia z "potworami". Zrozpaczona matka, Charlotte, która przy okazji miała na koncie ognisty romans z obiecującym pisarzem, po jakimś czasie odkrywa przerażającą prawdę o losie niechcianych dzieci, podrzucanych do przytułku na granicy Anglii i Walii, nie podejrzewa jednak, jaką rolę ów przytułek odegra w jej życiu.

Ścieżki wszystkich bohaterów, współczesnych i dawnych, krzyżują się w tym przytułku, gotyckim, ponurym domostwie, w którym na ubogich i pozbawionych środków do życia czekał los iście Dickensowski: ciężka praca pod okiem okrutnych nadzorców, zamykanie w klatkach, głód i zimno. Trafia tu i młodziutka Simone, zwabiona przez ducha swojej siostry. Co wydarzyło się w Mortmain House sto lat temu i dziesięć lat temu? Czy duch był rzeczywiście duchem? Czy książka napisana na początku XX wieku przez kochanka Charlotte jest fikcją, czy wiernym zapisem wydarzeń?

Jak na czytadło, ta powieść jest niezwykle misternie skonstruowana. Autorka miesza wątki, przeskakuje od Dickensowskiego świata przytułków i sierot do współczesności, wplata w tekst fragmenty pamiętnika sprzed stu lat i niewiele młodszej powieści, mnożąc pytania i tajemnice. Na koniec jednak wszystko bardzo zgrabnie się łączy, już w typowej konwencji thrillera. Zakończenie jest, szczerze mówiąc, dość przewidywalne, ale niczego innego się nie spodziewałam.

Dla miłośników nawiedzonych domów, tajemnic minionej epoki i mrocznych klimatów doskonała lektura na deszczowe, jesienne dni, bez wyrzutów sumienia.

 

piątek, 02 listopada 2012
angielskie szaleństwa książkowe

Tym razem byłam rozsądna, oszczędna i wstrzemięźliwa do bólu. Na każde dwie proponowane wybierałam jedną, nie kupowałam nic, czego naprawdę nie chciałabym przeczytać, omijałam księgarnie z nowościami ale za to dzięki Dabarai udało mi się odwiedzić słynną Piwnicę.

Efekty niżej.

Stos pierwszy - non fiction

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1. Fraudsters and Charlatans - Linda Stratmann. Opowieść o XIX-wiecznych oszustach, może być ciekawie :)

2. The Victorians - A.N. Wilson. Kompendium wiedzy o epoce, napakowane informacjami, na pewno przyda się do rozszyfrowywania powieści osadzonych w XIX wieku a przy okazji spokojnie nadaje się do podczytywania fragmentami w metrze (sprawdzone).

3. Arctic Dreams - Barry Lopez. Kolejna opowieść arktyczna do zimowej kolekcji.

4. If Walls Could Talk - Lucy Worsley. Prezent od Dabarai, pasjonująca historia domu, domowych pokoi i sprzętów. Już tytuły rozdziałów (Praying, Reading and Keeping Secrets... An Apology for Beards...) obiecują przygodę :)

5. Lost Cosmonaut - Daniel Kalder. Książka wyszła po polsku, więc nie wymaga przedstawiania, upolowanie jej za funta z autografem autora - bezcenne ;-)

6. Nathaniel's Nutmeg - Giles Milton. Historia dawnych podróżników, handlu przyprawami, wypraw morskich - czego chcieć więcej.

7. Confessions of a Bad Mother - Stephanie Calman. Codzienne potyczki matki z rzeczywistością i opornym potomstwem. Na zasadzie "uff, nie jestem sama" i zabawnie.

Stos drugi lekko mroczny

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

8. What I Know - Andrew Cowan. Nic nie wiem o tej książce, poza tym, że leżała na podłodze piwnicy taka smutna i opuszczona, a na skrzydełku napisano, że autor otrzymał masę nagród literackich. Się sprawdzi.

9. Pig Island - Mo Hayder. Mroczny horror/thriller, tajemnicza sekta, te klimaty.

10. The Alienist - Caleb Carr. Coś, co zawsze chciałam przeczytać, ale nigdy wcześniej nie wpadło mi w ręce.

11. The Blackhouse - Peter May. Kryminał na ponurej wyspie, z pozdrowieniami dla Padmy, która długo mnie do niego zachęcała ;-)

12. The Gallows Curse - Karen Maitland. Mroczne średniowiecze, to z kolei z polecenia Dabarai :)

13. Confusion - Neal Stephenson. Do kolekcji, cykl barokowy NS mam we fragmentach po angielsku i po polsku, może kiedyś uda mi się jeszcze raz przeczytać porządnie od początku do końca.

14. Ilium - Dan Simmons. Iliada w wersji SF i wykonaniu jednego z moich ulubionych autorów.

15. A Dark Dividing - Sarah Rayne. Horror: tajemnicze mroczne bliźniaczki, opuszczone domy, zagadki sprzed wieku i współczesne śledztwo dziennikarskie. Czyta się doskonale, recenzja prawdopodobnie na dniach, kiedy skończę :)

16. Na podłodze leży wisienka na torcie czyli "Pride and Prejudice and Zombies". Po prostu musiałam to mieć - i sprawdzić :)

 Uff, stos trzeci czyli Coś-do-poczytania bez ładu i składu :)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

17. Paul Theroux - The Mosquito Coast. Autora znają wszyscy, a to podobno powieść, nie "travel writing". Może i lepiej, bo "Wielki Bazar Kolejowy" leży niedoczytany, jakoś poza pociągiem pospiesznym stracił urok i moc przyciągania.

18. David Lodge - A Man of Parts. Lodge o Wellsie, książka wyszła po polsku. Do Lodge'a mam duży sentyment odkąd popełniłam o nim 130 stron pracy magisterskiej :)

19. Cold Mountain - Charles Frazier. Ta książka i nr 20. (The Tenderness of Wolves - Stef Penney) polecone przez Dabarai, nic o nich nie wiem, urok piwnicy polega na możliwości kupienia książki za grosze i bez żalu, tylko dlatego, że okładka jest ciekawa, a koleżanka mówi "weź, to podobno niezłe" :)

21. The Black Book - Orhan Pamuk. Może po angielsku Pamuk okaże się bardziej strawny?

22. American Wife - Curtis Sittenfeld. Może to dobra okazja, żeby zapoznać się z tym autorem?

23. TA-DAM!! Nowa Kate Morton, czyli Marzenie Spełnione, w twardej okładce za zaporową cenę ale trudno.

24. Black Swan Green - David Mitchell. Znowu jeden z moich ulubionych autorów, bardzo dziwny, przechodzący między fantastyką a "zwykłą" prozą. W kinach podobno ekranizacja "Atlasu chmur", książki przedziwnej i niesamowitej - muszę zobaczyć.

Nr 25. nie zmieścił się na zdjęciu - to "The Painter of Silence" Georginy Harding, opowieść o głuchoniemym chłopaku obdarzonym niezwykłym talentem do rysunku, rzecz dzieje się w powojennej Rumunii a książkę nominowano do Orange Prize. Nie pojawiła się na zdjęciu bo była "książką do torebki" na czas pobytu :)

 A taką naklejkę dostaje się w nagrodę za szaleństwa:

(a to tylko walizka, nikt nie ważył mojego plecaka...)

 

 

 

 

 

 

 

Na koniec chciałabym zauważyć, że zadawanie pytań: "Kiedy ty zamierzasz to wszystko przeczytać?" i "A przeczytałaś już to, co kupiłaś w zeszłym roku?" nie ma najmniejszego sensu :) Kiedyś na pewno to przeczytam...

Tagi: stosik
10:54, mdl2
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 22 października 2012
co wolno księciu...

Chciałam sobie jeszcze rzutem na taśmę przed wyjazdem zrecenzować ostatnio przeczytany, taki sobie i mocno przekombinowany kryminał (meta)fizyczny... ale natknęłam się w sieci na recenzję, która uświadomiła mi, że to wcale nie taki-sobie kryminał oparty na ciężkim, filozoficznym i mocno naciąganym koncepcie, a transpozycja dzieła Dickensa, naszpikowana symboliką i stawiająca czytelnika w obliczu ważkich pytań epistemologicznych... czy jakoś podobnie.

Obejrzałam też na tvp Kultura fragmencik dyskusji, w której mądra pani z Krytyki Politycznej, słynny właściciel agencji reklamowej i paru krytyków z ogniem w oczach udowadniało, że klasa średnia mieszkająca na grodzonych osiedlach, w mieszkaniach urządzonych w Ikei nie ma prawa mieć jakichkolwiek aspiracji kulturalnych, bowiem zajęta jest przede wszystkim dbaniem o czystość kuchni i kupowaniem nowych rzeczy podkreślających status społeczny. Panie z obrzydzeniem wydymały usteczka wymawiając nazwę "Ikea", sugerując spojrzeniem, że na regałach z Ikei można postawić najwyżej streszczenia lektur szkolnych, markowe szpilki i butelkę płynu do czyszczenia kuchni. Laureat Nike zdaje się próbował klasy średniej nieśmiało bronić, twierdząc, że przecież zawsze była tworzywem dla powieściopisarzy, Wokulski, te sprawy. ale został zgaszony stwierdzeniem, że klasa średnia lubi mieć czysto, porządnie "i żeby nikt im nie robił demonstracji w centrum miasta, bo muszą jakoś do pracy dojechać". Dojazd do pracy to przecież taka zabawna, wstydliwa sprawa... podobnie jak "ambicja posiadania mieszkania".

Poczułam się ustawiona na swoim miejscu, na regale z Ikei, i nawet bałagan w kuchni nie ratuje mnie przed brakiem aspiracji kulturalnych, choćbym się zaczytała na śmierć i zdechła z rozpaczy nad Hollinghurstem.

No i w sumie może mają rację. Kiedyś sobie myślałam, że "jak będę duża" to albo magicznie zmienię się w blond damę w cieniutkich rajstopach albo zostanę intelektualistką w grubych okularach i dopiero się wszyscy zdziwią. Pech chciał, że zostałam pośrodku, jak ta żaba, co się nie może rozdwoić, ani to ładne ani to specjalnie inteligentne, ani słodkie ani nie ma nic specjalnego do powiedzenia, za głupie (albo za rozsądne) na bycie waleczną doktorantką z krytyki politycznej, za mądre (albo za leniwe) na poświęcenie się wyłącznie czyszczeniu kuchni przy nowym polskim serialu (miałam napisać: brazylijskim, ale po obejrzeniu 1 odcinka "Lekarzy" i paru powtórek "Na dobre i na złe" stwierdziłam, że dzisiaj "polski serial" brzmi znacznie gorzej).

Jestem sobie klasa lekko-półśrednia z aspiracjami kulturalnymi ograniczonymi w zasadzie do czytania dobrych książek i do oglądania dobrych filmów na dvd pół roku po kinowej premierze (wszak prawdziwy intelektualista ogląda je na festiwalu przed premierą, w kinie studyjnym, które posiada certyfikat stwierdzający, że nigdy nie sprzedano tam ani grama popcornu). Lubię mieć czysto i porządnie, chociaż nie umiem, lubię mieć na regałach z Ikei nowe książki (chociaż niekoniecznie te, które podobają się Tym, Którzy Wiedzą Lepiej), pogodziłam się z tym, że żaden krytyk z prawdziwego zdarzenia nigdy nie dotknie żadnej z moich książek choćby najdłuższym kijem i z zatkanym nosem i że szczytem tego, co mogę osiągnąć jako pisarka, jest założenie fanpejdża na fejsbuku i regularne zmienianie zdjęć profilowych (obowiązkowo w kolorze blond naturalny i z kotem).

i zastanawiam się, po co blog, po co książki, po cholerę to wszystko, skoro i tak nic z tego nie wynika, i tak, choćbyś skakał, wyżej szafki z ikei nie podskoczysz... Może jednak lepiej poprzestać na posprzątaniu kuchni.

Jadę jutro do Miejsca Gdzie Mieszkają Wszystkie Dobre Książki, odetchnąć, popatrzeć sobie na inny świat, pojeździć metrem i popodglądać, co też wszyscy inni w metrze czytają. Jadę po nową Zadie Smith i nową Kate Morton, jadę spotkać się z Dabarai i odwiedzić mityczną Piwnicę. A potem - zobaczymy, co dalej.

sobota, 20 października 2012
Kochanie, zabiłam nasze koty - Dorota Masłowska

Recenzowanie Masłowskiej mija się z celem.

Po pierwsze, to jest pisarka, którą się kocha albo się jej nie znosi. Nieznoszących nie przekonam, a wielbiących przekonywać nie trzeba.

Po drugie, jak po każdej kolejnej książce tej autorki, pojawia się zjawisko "strach lodówkę otworzyć". Teraz zrecenzują ją wszyscy wszędzie, a sama autorka będzie ochoczo dorzucać swoje myśli i interpretacje w setkach wywiadów w każdej możliwej gazecie i każdym możliwym programie tv, do momentu, w którym na sam widok Masłowskiej zaczniemy nerwowo pstrykać pilotem i przewracać kartki w gazecie.

Więc tylko garść luźnych uwag i skojarzeń.

Przeczytać trzeba, nie dlatego, że wypada i że któryś enty pan krytyk z telewizji kazał, tylko dla czystej przyjemności obcowania z tą nieprawdopodobną sprawnością językową. To, co Masłowska robi z naszym językiem, to, jak pokazuje w krzywym zwierciadełku cały nasz ponowoczesny, zaśmiecony, płaski, pusty, banalny światek to jest absolutne mistrzostwo. Przeżyłam z tą książką coś zupełnie przedziwnego - czytałam ją sobie w salonie fryzjerskim, na fotelu, czekając, aż miła pani zdejmie mi z głowy folię aluminiową i zmyje "naturalny blond z refleksami". Pani co jakiś czas zabawiała mnie rozmową, ja sączyłam zimną kawę z ekspresu na pastylki i czytałam sobie "Kochanie, zabiłam..." aż w pewnym momencie przestałam odróżniać rzeczywistość od fikcji, i nie wiedziałam przez chwilę, czy "odcień 014, sztuczne kasztany" to w książce, a "nasza słynna trwała prostująca" to rzeczywistość, czy może odwrotnie. Nasz świat, nasze życie w jednej wielkiej galerii handlowej będącej taką wymyśloną, sztuczną Ameryką z seriali źle przetłumaczonych na polski, gdzie błąkają się ludzie farbowani na sztuczny kasztan pachnący słodko kebabem, szminką, kilkoma różnymi perfumami, którymi spryskała się w Sephorze... Nasz świat, w którym życie duchowe zastępują psychotesty w gazetkach, a trzpień naszej wyjątkowości zlokalizowany jest w oprawkach od okularów. Świat urywanych, hasłowych rozmów o niczym symbolizujących bliskość, świat hipsterów i artystów, którzy gonią własny ogon w poszukiwaniu czegoś nowego. Świat, w którym można sobie wybrać tożsamość i być, na przykład, Goszą z Polski (to taki kraj w byłej Jugosławii, gdzie wszyscy jedzą koplatki i zgniłe ogórki). To wszystko tam jest, bardziej w języku niż w fabule, a cały ten świat pływa na paskudnym, zaśmieconym oceanie (zbiorowej podświadomości?) gdzie wszyscy spotykają się w snach.

Mistrzostwo językowe, ironia i złośliwość, masa celnych obserwacji z życia, autoironia pisarki - jazda bez trzymanki, która ostatecznie zostawiła mnie z uczuciem żalu - jak to, to już?

Później, kiedy nieco ochłonęłam, przyszły pytania: czy pod tym niesamowitym popisem maestrii językowej rzeczywiście kryje się coś więcej niż celna satyra na współczesne społeczeństwo? Czy to poważna diagnoza, czy tylko zbiór zabawnych, złośliwych obserwacji? Czy ocean naprawdę jest tak głęboki i czy rzeczywiście symbolizuje coś ważnego? Czy autorka powiedziała mi o świecie coś ważnego , do czego wcześniej sama nie doszłam? Czy powiedziała cokolwiek ważnego o świecie istniejącym poza murami galerii handlowych i hipsterskich spelunek? No, ale te wątpliwości z pewnością wyjaśnią nam mądrzy krytycy, którzy już stanęli do wyścigu.

I na koniec: absolutnie nie należy czytać Masłowskiej, kiedy samemu się coś pisze. Ta fraza zaraża, rzuca się na uszy jak przebój grany latem we wszystkich budkach z goframi i później przez długi czas widzi się świat przez pokrzywioną szybkę, a do głowy przychodzą zdania będące wyłącznie marnym naśladownictwem.

Tagi: Polska
21:16, mdl2
Link Komentarze (9) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34
Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli