Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
poniedziałek, 15 października 2012
Obce dziecko - Alan Hollinghurst

W mojej rodzinie krążyła swego czasu anegdotka z lat przedwojennych. Pewna pani, niespecjalnie lubiana w małomiasteczkowym towarzystwie, na bal dobroczynny usmażyła pączki, z wierzchu piękne, błyszczące, pachnące, ale podobno suche i twarde jak kamień.  Miasteczkowe wyższe sfery na balu tańczyły, pojadały, a pączków przez cały wieczór nie ubywało. Wreszcie zaniepokojona paniusia zapytała znajome panie, dlaczego nie jedzą, czy te pączki może niedobre? - na co moja Ciotka Nacia, z właściwym naszej rodzinie wdziękiem i niewymuszoną szczerością, odparła: Ależ doskonałe, pani doktorowo, tylko coś ich jeść nie można!*

No i tak jest z książką Hollinghursta, pyszna jest, apetycznie wygląda, pachnie przepięknie tylko coś jej czytać nie można. Jeśli o mnie chodzi, gdybym kiedykolwiek miała kłopoty z bezsennością, bez wątpienia sięgnę po nią znowu - usypia lepiej niż melisa, nie zliczę, ile razy w ciągu ostatnich 2 tygodni budziłam się nad nią gwałtownie z poczuciem winy, że oto znowu całkiem fizjologicznie i odruchowo nie doceniam wielkiej literatury.

A przecież zwykle doceniam Brytyjczyków, tych z wyższej półki niż "tajemnice starego dworku" z ich epickim zacięciem, darem opowiadania, przekonaniem, że sztuka powieści nie umarła, na przekór modzie, z ich elegancją i finezją opisu, dyskretnym humorem. Tym razem - nic z tych rzeczy.

Powieść opowiada historię pewnej rodziny, pewnej posiadłości, pewnego poety i pewnego wiersza. W 1913 roku do skromniutkich włości państwa Sawle'ów przybywa młody poeta, Cecil Valance. Cecil jest "przyjacielem ze studiów" (w rzeczywistości kochankiem) George'a, ale durzy się w nim i młodsza córka Sawle'ów, szesnastoletnia Daphne. Poeta zostawia po sobie bałagan, kiepski wiersz wpisany do pamiętnika szesnastolatki i wspomnienie otaczającej go aury wielkiego świata. Oczywiście za chwilę Cecil ginie w pierwszej wojnie światowej i od tej pory jest to opowieść o tym, jak żywy, jurny, przystojny smarkacz, zaledwie dwudziestolatek, zmienia się pod suchymi od kurzu paluchami biografów w legendę. I o tym, jak zafascynowani jego krótkim żywotem geje-literaturoznawcy, antykwariusze, biografowie usiłują z niego zrobić to, co chcieliby w nim widzieć - geja, ojca jednego z dzieci Daphne. Postać w istocie pewnie niewarta większej uwagi obrasta legendą i fascynuje kolejne pokolenia, które lepią ją za każdym razem po swojemu ze skrawków, wzmianek, listów, wywiadów, rozmów.

W tle toczy się historia rodzin Daphne i Cecila, połączonych przez ślub dziewczyny z bratem poety, a później rozdzielonych. Historia Corley Court, wiktoriańskiego domiszcza Valance'ów, które ze swoimi kasetonami "w kształcie form do galarety" i kominkami wydawało się niezamożnym Sawle'om szczytem luksusu, po czym skarlało, przebudowywane i ostatecznie zamienione na szkołę z internatem. Widzimy, jak rozrasta się miasto, pochłaniając olbrzymie niegdyś posiadłości, i jak karleje klasa uprzywilejowana. Dostajemy też krótką historię homoseksualizmu, od niedopowiedzeń i pozorów "męskiej przyjaźni" po legalne małżeństwa sto lat później.

Oczywiście każdy w powieści pisze wspomnienia, książki, biografie, memuary, każdy też występuje w indeksach i przypisach do wspomnień i memuarów rodziny i znajomych, odnosi się wrażenie, że pisanie i czytanie wspomnień zubożałej arystokracji jest zajęciem pochłaniającym większość czasu bohaterów. Kult słowa pisanego, od tych niedojrzałych wersów w pamiętniku po wspomnienia starszej pani.

Ogólnie o Cecilu dowiemy się tylko tyle, ile każdy zechce opowiedzieć, dostaniemy pieczołowicie przechowywane i zazdrośnie strzeżone skrawki i urywki wyblakłe z czasem - bo nic więcej nie ma. Znacznie ciekawsza jest rodzina poety, obserwowana w odstępach kilkudziesięcioletnich, przez coraz to nowych bohaterów, tak, że zmian trzeba się domyślać, wiele pozostaje niedopowiedziane.

Z opisu wydawałoby się - bardzo zacna lektura, prawda? Pączki pachną i błyszczą. Więc co jest nie tak?

To tak zwana elegancka i subtelna, wysmakowana proza, chwilami tak wysmakowana, że aż dławi się swoimi ozdobnymi zawijasami. "Przedstawiał ją w ciemnoczerwonej sukni (...) z płomiennym brakiem jakichkolwiek wątpliwości w dużych wyblakłych oczach" (str. 130). "Dudley (...) wyrwał stylowe, zabawne i ważne spotkanie ze szponów innego, które nudziło go do szaleństwa, i prezentował je publiczności, dopóki nie wyczerpał się flesz" (str. 165) "...pijące wodę bydło [na obrazie] zdawało się wręcz wcieleniem naturalnej nieświadomości sir Edwina dotyczącej poczynań jego syna." (str. 169). "Jej małe dłonie wyglądały dzielnie i komicznie, kiedy rozciągały się, dudniły i dzwoniły." (str. 349). Kiedy ktoś coś mówi, mówi to zawsze z didaskaliami, na przykład "z klasztorną prostotą i lekkim wahaniem" (str. 361) albo "tonem sugerującym, że wiele można by o tym powiedzieć, gdyby w ogóle zacząć temat." (347).  Wszystko to sprawia wrażenie nadętego, przesadnego wielosłowia, szczególnej wrażliwości, która każe w pokrętny, poetycki sposób opisywać każdy ruch, każde słowo przynajmniej dwoma przymiotnikami, najlepiej wzajemnie sobie przeczącymi, "głosem usprawiedliwiającym, ale raczej niechętnym".

Ja osobiście takiego języka nie lubię - lubię zaskakujące sformułowania, nieoczekiwane sprzeczności, ale nie w tym stężeniu, nie na każdej stronie przez 600 stron, nie w każdym dialogu i opisie. Gdybym dostała tę książkę za darmo z wydawnictwa, napisałabym tu, że "ze względu na niezwykłe bogactwo języka musiałam sobie tę gęstą, intensywną prozę pomalutku dawkować, żeby móc ją w pełni docenić", ale ponieważ wydałam na nią z własnej kieszeni ciężko zarobione 50 zł, napiszę wprost, że było to tak męczące, że nie dawałam rady czytać więcej niż 20-30 stron na jednym posiedzeniu.

Dodatkowe zarzuty - trudno przywiązać się do postaci, które są porzucane i spotykane na nowo po latach (albo w ogóle znikają, albo z bohaterów głównych zmieniają się w trzecioplanowych, albo poznane jako dzieci pojawiają się ponownie jako zapuszczeni starsi panowie). Zdarzenia, wydawałoby się kluczowe, nigdy nie zostaną wyjaśnione, są wzmiankowane mimochodem, akcja urywa się w dramatycznych momentach i powraca, kiedy są one już tylko bladym wspomnieniem. Autor wodzi czytelnika za nos, podsuwając mu zagadki, których nie zamierza rozwiązać. Cel tego zabiegu jest zrozumiały, pokazuje wyraźnie, że życie i biografia różnią się od literatury popularnej brakiem jednoznacznych odpowiedzi i łatwych rozwiązań, a mimo to pozostawia uczucie niedosytu.

Jest to zdecydowanie powieść przede wszystkim dla amatorów tego rodzaju "wysmakowanego" języka i dla anglistów z zacięciem, którzy będą się rozkoszować nawiązaniami do autentycznych postaci i zjawisk z historii literatury. Dla tych wszystkich, którzy marzą o grzebaniu w zakurzonych starych papierach. Ja, jeśli chodzi o interesujących Brytyjczyków, zdecydowanie wolę Barnesa czy Sarah Waters.

---

* Podobnie jak w przypadku wszystkich naszych rodzinnych anegdotek, nie jestem w stanie zagwarantować, że ta akurat jest prawdziwa, albo, że jej bohaterką jest akurat ta konkretna ciotka, albo, że nie została podkradziona z jakichś cudzych opowieści i przekazana dalej na zasadzie "kuzynowi mojego znajomego w Tesco porwali dziecko białą furgonetką". Podobnie jak tajemnice młodego poety z powieści została zabrana do grobu kiedy byłam dzieckiem...

piątek, 05 października 2012
Kwiaty na poddaszu - Virginia C. Andrews

Sięgnęłam po tę książkę skuszona pozytywnymi recenzjami, w nadziei na coś lekkiego i wciągającego, do poczytania w autobusie i w łóżku, żeby zrobić sobie przerwę od czytania pewnej dobrej, wysmakowanej i bardzo chwalonej powieści z wyższej półki, która niestety przy okazji jest śmiertelnie nudna (recenzja wkrótce). Słowem, miałam nadzieję na prostą czytelniczą przyjemność, hamburgera, który zmyje smak kawioru i nasyci.

Dawno się tak srodze nie zawiodłam.

Jeśli miarą "dobrej książki" jest szybkość jej czytania, jest to niewątpliwie doskonała powieść - niecierpliwie przewracając strony, żeby dowiedzieć się JAK SIĘ WRESZCIE SKOŃCZY, przeczytałam ją w kilka godzin. I to jest jej jedyna zaleta.

Bo "Kwiaty na poddaszu" to naiwna, wydumana bajeczka, a w dodatku najzwyczajniej w świecie kiepsko napisana. Dawno nie czytałam nic tak niewiarygodnego, płaskiego, napisanego tak drętwym, egzaltowanym językiem. Że narratorem jest nastolatka? Że wzoruje się podobno na Dickensie? No proszę, nastolatki tego świata powinny się śmiertelnie obrazić, a Dickens przewrócić w grobie.

W pewnym domku żyje sobie bardzo szczęśliwa rodzinka - mama, tata, synek, córka i kilkuletnie bliźnięta. Wszyscy są śliczni jak laleczki i zajmują się głównie byciem ślicznymi i mądrymi, ubieraniem się w śliczne ubranka, a w międzyczasie dostawaniem ślicznych prezentów i mówieniem sobie, jacy są śliczni i szczęśliwi. Niestety w pewnym momencie tatuś ginie w wypadku i śliczne życie się kończy. Śliczna mamusia zupełnie nie jest przystosowana do prawdziwego życia (praca, kredyt, zajęcie się rodziną). Na szczęście mamusia ma jeszcze rodziców, którzy są co prawda okrutni i dawno ją wydziedziczyli, ale przede wszystkim mają przepiękny dom, są milionerami, więc jest szansa na zdobycie dużych pieniędzy (bo oone są w życiu tej szczęśliwej rodzinki najważniejsze) - o ile mamie uda się powrócić do łask. Wtedy umierający ojciec zapisze jej cały swój majątek.

Jest tylko jeden problem - despotyczny dziadek nie zaakceptowałby wnuków, trzeba je więc schować na jakiś czas. Dzieci zostają więc ukryte w jednym z niezliczonych pokoi bajkowej rezydencji, z dostępem do ogromnego poddasza - na czas potrzebny do przebłagania dziadka albo do jego śmierci. Żyją tam we czworo w dziwnej utopii, w której dwoje starszych przejmuje obowiązki rodziców i próbuje stworzyć sobie i bliźniętom godne warunki życia, podczas, gdy matka rzekomo zajmuje się ugłaskiwaniem swojego okrutnego ojca. Starsze dzieci przechodzą trudny wiek dojrzewania i odkrywania swojej seksualności, pozbawione dostępu do rady, pomocy, wyjaśnień. Nie brakuje im jedzenia i luksusowych przedmiotów, jednak znajdują się pod nadzorem fanatycznie religijnej babci, która okrutnie ich karze za każdy "grzech", podczas, gdy podobno kochająca matka coraz bardziej się oddala.

Samo założenie fabularne jest już dla mnie niewiarygodne, karkołomne i trudne do zaakceptowania. Dawno nie czytałam książki tak przesiąkniętej kultem pieniądza i luksusu. Perspektywa odziedziczenia milionów zaślepia na równi matkę (której dotychczas nie przeszkadzało skromne życie w małym domku z ukochaną rodziną), jak i starsze dzieci, rozkochane w strojach, przedmiotach, prezentach, luksusowych pozorach. Gotowość całej trójki na zniesienie najgorszych upokorzeń, byleby tylko dostać upragnione, ukochane pieniądze jest przerażająca i nie do przyjęcia - doprawdy, jest wiele sposobów, żeby utrzymać rodzinę nie będąc milionerem w diademie z brylantów. Trudno mi też wyobrazić sobie kochającą matkę, która wyłącznie dla luksusów godzi się na poddanie swoich (przypomnę: ukochanych) dzieci takim torturom. Matka jest zresztą absolutnie niewiarygodna w obu wersjach - jako kochająca, bezradna i znękana kobietka pragnąca zapewnić dzieciom byt, jak i jako zimna materialistka gotowa znieść wszystko dla kasy. Autorka nie wysiliła się ani przez chwilę, żeby uprawdopodobnić jej motywacje i ożywić nieco tę papierową postać - widocznie była za bardzo skupiona na opisywaniu jej sukien wieczorowych, kostiumów obszytych futerkiem, bransoletek wysadzanych klejnotami itp. istotnych detali.

Dzieci z kolei cechują się wyjątkowym nagromadzeniem urody i wszelkich talentów, które pomagają im przetrwać. Malują, szyją, haftują, wycinają, grają na instrumentach, czytają - wszystko po to, żeby jakoś przetrwać i dać młodszemu rodzeństwu namiastkę prawdziwego dzieciństwa. Oboje piękni (ich kręcone złote włosy są niemalże samodzielnym bohaterem książki), nad wiek dojrzali i inteligentni, Chris intelektualista i przyszły lekarz, Cathy - baletnica, dzielnie stawiają opór despotycznej babci, wspierają się nawzajem i opiekują rodzeństwem. Starają się też zmagać z przejawami dojrzewania i rodzącej się seksualności, jednak nie zawsze mają dość siły. Zerknęłam z ciekawości na stopkę - prawa autorskie z lat 70, tak, to by pasowało, przypomina to jakąś wykoncypowaną utopię gdzie piękne, dzikie i naturalne hipisowskie dzieci dorastają bez pomocy dorosłych w sztucznym otoczeniu, a moralność, religia i prawo są reprezentowane przez represyjnych strażników z zewnątrz.

Najbardziej nienaturalne wydawały mi się jednak rozmowy dzieci - sztuczne, egzaltowane i przydługie wypowiedzi pełne wyznań i zapewnień o uczuciach. Rozmowy toczą się stale według tego samego schematu: Cathy mówi coś w rodzaju: "Nie wierzę mamie", Chris odpiera w stylu: "Och, ukochana siostro, jak możesz jej nie wierzyć? Przecież robi to dla nas!", mama dorzuca: "Och, moje ukochane dzieci, nie bądźcie niewdzięczne, gdybyście wiedziały, co ja dla was znoszę, najbliższe święta będą piękne, przy okazji macie tu parę drogich prezentów".

Wszystko w tej książce jest równie sztuczne, jak tytułowe kwiaty powycinane z papieru. Jest to bajka o nieprawdziwych, sztucznie pięknych ludziach żyjących w sztucznych dekoracjach, którzy przeżywają sztucznie wydumane problemy wynikające z kompletnie niewiarygodnych motywacji. Ani ślepa ufność dzieci w dobre intencje matki, mimo oczywistych dowodów świadczących o czymś przeciwnym, ani jej postępowanie nie bronią się. "To baśń" - mówią obrońcy tej książki. Żadna tam baśń - baśń to nie jest po prostu nieprawdopodobna bajeczka, gdzie księżniczki siedzą w wieży, baśń ma przybliżać i objaśniać świat, coś symbolizować, nie wystarczy ustawić ślicznych bohaterów, ubrać ich w śliczne ubrania i zamknąć w ponurym zamczysku strzeżonym przez smoka. Jestem dorosła, nie potrzebuję wydumanych bajeczek, chcecie opowiadać mi bajki - niech będą wiarygodne, pełnowymiarowe, intrygujące.

"Szybko się czyta" to jedyna, podstawowa zaleta tej książki. Pani Andrews się rozpędziła i dołożyła jeszcze 3 tomy, po które już na pewno nie sięgnę. I długo będę się głowić nad tym, co też inni w tym widzą.

czwartek, 27 września 2012
Maszyna różnicowa - William Gibson, Bruce Sterling

Nie ma nic lepszego niż dobra fantastyka na oderwanie się od jesiennych smutków i kieratu. "Maszyna różnicowa" to już klasyka gatunku i kamień węgielny steampunku, a dla mnie - lekki wyrzut sumienia, bo jakoś mi w moich dotychczasowych fascynacjach fantastycznych umknęła. Kiedy więc zobaczyłam nowe, ładne wydanie w empikowej promocji fantastyki, kupiłam, nie zastanawiając się długo.

Dobrze zrobiłam, bo lektura to fascynująca, choć miejscami trudna. Dlaczego trudna - o tym za chwilę.

Panowie Gibson i Sterling wyszli od prostej koncepcji - co by się wydarzyło, gdyby nowoczesność przyszła wcześniej, w epoce wiktoriańskiej? Nowoczesność na miarę ówczesnych możliwości technicznych, napędzana parą i węglem, ale z takimi wynalazkami jak komputery?

Pomysł wbrew pozorom, nie jest zupełnie wyssany z palca. Tytułowa Maszyna Różnicowa została rzeczywiście zaprojektowana w pierwszej połowie XIX wieku przez Charlesa Babbage'a. To trochę tak, jak z samolotem Leonarda Da Vinci - wynalazek pojawił się przedwcześnie, przed rozwojem odpowiednich technologii, nie trafił w odpowiedni moment, zabrakło więc środków i woli żeby go rozwijać i urzeczywistnić, pozostały po nim projekty i program napisany dla kolejnej, bardziej zaawansowanej maszyny przez córkę lorda Byrona, Adę Lovelace. Ale, może, w innej sytuacji politycznej i społecznej...?

I tu zaczyna się historia alternatywna pisana przez autorów. Anglia połowy XIX wieku różni się od tej, którą znamy z lekcji historii pewnymi bardzo istotnymi szczegółami. Rządzą tzw. radykałowie - technokraci, naukowcy, zwolennicy postępu. Na czele rządu stoi... lord Byron, a nad prawem i porządkiem czuwają rozmaite mniej i bardziej tajne służby wspierane przez "skomputeryzowane" systemy gromadzenia i analizy danych statystycznych. Na tym tle rozgrywa się kryminalno-szpiegowska intryga, która jednak blednie przy niesamowitym fantastycznym świecie i wydaje się zaledwie pretekstem.

Autorzy nie ograniczyli się do grzebania w przeszłości Anglii, pokusili się oprócz tego o stworzenie alternatywnej historii Stanów Zjednoczonych. I tu zaczyna się lektura "trudna", bo, o ile nieźle orientuję się w wiktoriańskiej Anglii, postaciach i odkryciach naukowych epoki, to historię USA znam wyrywkowo. Dlatego czytałam z bolesną świadomością, że coś tracę, coś mi umyka, pewnych smaczków nie jestem w stanie dostrzec ani odpowiednio docenić bo zabrakło mi wiedzy o tym, jak to było naprawdę.

Na szczęście cała akcja rozgrywa się w Londynie, w przedziwnym świecie będącym mieszanką nowoczesności i staroświecczyzny. Londym dręczony jest plagą tajemniczego Fetoru (coś w rodzaju słynnej londyńskiej mgły doprowadzonej do groźnej skrajności), i wybuchającymi zamieszkami. W tym wszystkim przemykają się szpiedzy, uczeni, dyplomaci i "dziurkacze" usiłujący zdobyć, odzyskać, przechwycić pewien przedmiot. Najbardziej jednak urzekały mnie opisy - wiązki kabli w owijaczach z burgundowego jedwabiu itp. absurdalne detale, całkiem logiczne w kontekście epoki, i znane nam wynalazki w odmiennych wcieleniach, wynikających z innej technologii - np. kinotropy, samochody na parę, metro pneumatyczne. To lubię w steampunku - łączenie tego, co oswojone latami czytania powieści wiktoriańskich z elementami fantastycznymi, i powstające z tego połączenia malownicze, dziwne światy alternatywne, niby znajome ale jednak zaskakujące. Dla samej przyjemności wejścia w ten świat - warto.

Wiem, że recenzowanie fantastyki to zawsze ryzyko, bowiem wielbiciele fantastyki są ostatnim już chyba, ginącym gatunkiem czytelników, którzy autentycznie dyskutują, spierają się, żyją tym, co przeczytali, wytykają błędy, znają na wyrywki bibliografie autorów, nie poprzestają na grzecznościowych komentarzach i zdawkowym "mi też się podobało". A ja już od ładnych paru lat sięgam po fantastykę sporadycznie, tylko wtedy, kiedy coś mnie zaciekawi, więc za znawczynię już od dawna nie mogę się uważać. Na koniec powiem więc tylko, że "Maszyna różnicowa" może zaciekawić nie tylko wielbicieli gatunku, ale i miłośników XIX-wiecznej Anglii, którzy na pewno znajdą tam coś dla siebie.

 

 

niedziela, 16 września 2012
Wytwórnia wód gazowanych - Dorota Combrzyńska-Nogala

Trafić zupełnie przypadkiem na naprawdę dobrą polską książkę - bezcenne.

Odkąd znam osobiście i wirtualnie rozmaite młode i starsze polskie pisarki, coraz mniej chętnie czytam książki polskich autorek. Książki znajomych czyta się niejako pod presją, z gorącym, niecierpliwym oddechem autora na karku i (nierzadko) z tłumem jego fanek uzbrojonym w widły na horyzoncie. Zwłaszcza od czasu, kiedy dwie pisarki rozpętały wojenkę z blogerami, którzy ośmielili się skrytykować ich dzieła. Również pod presją osóbek z misją, członkiń straży dobrego nastroju, które pilnują, żeby nikt nikomu najlżejszej przykrości nie zrobił, a każdą krytykę będą zaraz szerszej publiczności i samemu autorowi krytyki objaśniać: tak naprawdę to ci się przecież podobało, no przecież MUSIAŁO, tylko może okładka nie taka, albo druczek za drobny?

No więc czytanie polskich autorek - znanych z życia, fejsbuka i z profili innych autorek na fejsie przestało być ostatnio miłe i zabawne, bo dusi i ogranicza, przestrzeń możliwości skurczyła się do: pochwalisz bez zastrzeżeń, zamkniesz się, albo zgodzisz się na uwagi obrażonej paniusi zarzucającej ci brak kultury osobistej.

Sięgam więc z pewną taką nieśmiałością i dużo chętniej po powieści nieznajomych, powieści znajomych dla porządku kupuję i patrzę na nie z obawą tygodniami.


Dość przydługich wstępów. Powieść Doroty Combrzyńskiej-Nogala kupiłam ze względu na okładkę, świetną, graficzną, utrzymaną w stylu lat 40 czy wczesnych 50, i najważniejsze - bez kwiatków, domków i słońca zachodzącego nad landszafcikiem. Zajrzałam do środka, a tam pojawiła się postać seniorki rodu zwanej Babką - i przepadłam. Do tej pory myślałam, że ja jedna miałam Babkę zamiast Babci. Przepadłam na dobre, na prawie 500 stron.

Bo "Wytwórnia wód gazowanych" to rasowa, pełnokrwista saga, z komplikacjami, tajemnicą i rewelacyjnymi, żywymi postaciami, ze szczyptą realizmu magicznego (ale tylko odrobiną, do smaku). Saga, której bliżej chyba do "Piaskowej Góry" niż do rozmaitych "Cukierni...", z nieuniknionymi przepisami na jedzenie ale bez lukru, ckliwości i sentymentu.

Historia obejmuje 100 lat - czyli całe życie wiekowej Eleonory. Od narodzin w rodzinie kowala, od magicznych znaków przy chrzcinach, poprzez dwie wojny, rzeczywistość powojenną aż do dzisiaj.  Eleonora, Lena, Babka zawsze twardo stąpała po ziemi, relacje z innymi układała sobie jak najkorzystniej dla siebie, imała się różnych zajęć. Po wojnie, z pomocą Jakuba Bluma, Żyda ocalałego z obozu, uruchomiła w podłódzkim miasteczku przedwojenną wytwórnię wód gazowanych, bo według niej, każdy powinien, choć przez krótki czas, mieć coś swojego. Prowadziła gospodę, działała w Lidze Kobiet, przeżyła większość życia z mężem - ukochanym artystą i beznadziejnym pijakiem, przygarnęła pod dach starszą siostrę pokiereszowaną powojennymi przeżyciami. Manipulowała życiem innych bez żadnych skrupułów, ale przy tym przez dziesięciolecia dochowała jednej, niezwykle ważnej tajemnicy, która ją ostatecznie zabiła.

Eleonora jest przykładem kobiety z tego jedynego pokolenia, które miało szansę dożyć setki, zahartowanego przed wojną. Kobiety odważnej, przedsiębiorczej, pragmatycznej, seniorki rodu, która cementuje rodzinę i rządzi nią aż do śmierci, która poradzi sobie w każdej sytuacji. Takie były - moja prababcia, prababcia mojego Męża, moja jeszcze żyjąca ukochana Ciotka Zosia.

Autorka nie opowiada wszystkiego po kolei. Życie Eleonory poznajemy po trochu, z narracji, z rodzinnych opowieści i historii zmieniających się przy każdym opowiadaniu - bo Babka ma talent do ubarwiania prawdy. Poznajemy je tak, jak mogły je poznać wnuczki, a zwłaszcza ta najważniejsza, Sara, którą poznajemy jako dziwne, uparte dziecko, a później niezależną, dociekliwą kobietę. I na koniec to Lena decyduje, ile wnuczki się o niej (i o sobie przy okazji) dowiedzą.

Każda rodzina ma swoje opowieści, które różnią się w zależności od tego, kto i kiedy opowiada, ale u podstaw pozostają niezmienne. Opowieści błahe, jak ta o bucikach Sary, opowieści ukryte w przepisach na najlepsze konfitury z truskawek ciotki Amelii i - czasami - opowieści nieopowiadane nigdy, bowiem od nich zależało czyjeś życie.

Autorka kapitalnie pokazała rolę tych opowieści. Przy tym jest to saga rodzinna z tajemnicą, ale nie jedna z tych książek, które się niecierpliwie przebiega wzrokiem, byleby wreszcie dowiedzieć się, co i jak. Trzeba zgodzić się na narzucone reguły gry, na opowieść urwaną w najciekawszym momencie, pogodzić się z tym, że być może nigdy się nie dowiemy (jak w życiu...). Wiadomo mniej więcej, gdzie ta tajemnica może się kryć, z niedopowiedzeń, wzmianek i uciętych w połowie historii, ale trzeba być cierpliwym.

Dodatkowo zafascynowali mnie bohaterowie - wyraziści, żywi, doskonale opisani. Sara jako dziecko, ze swoim uporem, tajemnicza i niepiśmienna ciotka Amelia, nawet drugoplanowi sąsiedzi, sklepikarze, znajomi - wszyscy żyją. Pojawiają się i znikają, jak to w życiu bywa. Żyje też sceneria, małe miasteczka powojenne ocalone od zapomnienia. Dużo tu o pamięci, o tym, jak się zmienia z biegiem lat, jaką rolę odgrywa w życiu jednostek i rodziny.

Na koniec, żeby nie rozpływać się zupełnie w pochwałach - książkę okropnie zepsuł korektor i redakcja. W drugiej połowie zaczęły mi się rzucać w oczy błędy, literówki, niedoróbki. Podobno znak czasów, ale tak naprawdę to chyba po prostu wstyd i hańba (o ile to słowo jeszcze coś znaczy poza telewizorem...) polskich wydawców. Nie widziałam w brytyjskiej książce literówki ani błędu, a u nich kryzys podobno ten sam, co u nas. To jest nasze, specjalne, polskie niechlujstwo, nasze oszczędzanie na tym, co najważniejsze, nasza bylejakość, nasze aby było, byle szybciej, byle taniej, i tak nikt nie zauważy. Szkoda, bo książka jest doskonale napisana. Autorce szczerze zazdroszczę talentu i życzę zmiany wydawcy na takiego, który nie poskąpi czasu i pieniędzy na ostateczną obróbkę tekstu. A ja tymczasem udam się na poszukiwanie poprzednich powieści Autorki.

 

Tagi: Polska saga
10:31, mdl2
Link Komentarze (9) »
sobota, 15 września 2012
Zanim dopadnie nas czas (A Visit from the Goon Squad) - Jennifer Egan

Z braku czasu na czytanie (podczas urlopu praca czaiła się gdzieś w kąciku, żeby zaraz po powrocie zasypać mnie gigantyczną stertą papieru, i naprawdę po całym dniu przedzierania się przez instrukcję obsługi centrali telefonicznej ostatnim, na co mam ochotę, jest patrzenie na kolejne literki druku...) będzie odkurzona notka, która mi się w lipcu gdzieś zapodziała w edytowanych wpisach. A szkoda byłoby ją całkiem zgubić, bo książka dobra.


Pierwsza część wakacji upłynęła mi pod znakiem dobrej powieści amerykańskiej. Wyróżniona nagrodą Pulitzera powieść Jennifer Egan nie rozczarowała, a wręcz przeciwnie - pozwoliła mi jeszcze chwilę pozostać na poziomie "czegoś więcej niż czytanie książki".

"Zanim dopadnie nas czas" to opowieść o pewnym pokoleniu, o ludziach, którzy wchodzili w dorosłość w latach 80. XX wieku - i o zmianach jakie zachodzą wokół nas. Historia skupiona jest wokół producenta muzycznego Benniego Salazara i jego asystentki Sashy, ale nie ma tu wyraźnego podziału na bohaterów głównych i drugoplanowych, bo autorka stworzyła coś w rodzaju puzzli. Każdy rozdział napisany jest z perspektywy kogoś innego, bez zachowania chronologii - po przeczytaniu o kryzysie wieku średniego Benniego możemy nagle znaleźć się w latach 70., na afrykańskim safari, żeby za chwilę wrócić do mniej więcej współczesnego Nowego Jorku i skoczyć do przyszłości.

Fragmenty opowiadają o wydarzeniach przełomowych i niezbyt znaczących, które zebrane w całość pokazują, jak splatają się i rozplatają ludzkie historie, jak pozornie oddalone osoby wywierają wpływ na czyjeś życie. Trzebaby w tym miejscu napisać, że "z mozaiki wyłania się obraz" - ale nie wyłania się, wyłaniają się fragmenty obrazu, może bardzo istotne a może drugoplanowe. Narracja zmienia się z każdym kolejnym bohaterem, a jeden z rozdziałów ma nawet formę prezentacji w programie Power Point - co zresztą ma swój cel, jeśli wziąć pod uwagę, że akurat w tym fragmencie wypowiada się osoba z takimi a nie innymi zaburzeniami. Cała ta fragmentaryczna, pokawałkowana struktura odzwierciedla życie w naszej epoce, płynnej, chaotycznej, w której jesteśmy narażeni na atak nieustannego strumienia przeróżnych informacji i siłą rzeczy nie ogarniamy wszystkiego. Można się temu opierać, można płynąć z nurtem, można szukać swojej niszy, ale nie da się przed tym zupełnie uciec.

Końcówka z kolei przypominała mi trochę Shteyngarta i jego wizję "pokolenia smartfona" i tak samo nie napawała optymizmem.


Tylko, że... z perspektywy paru tygodni po lekturze nie opuszcza mnie wrażenie, że ta książka jest w jakiś sposób dobra, ale wtórna, że w zasadzie "już to kiedyś czytałam" i "już kiedyś mi to powiedziano". Idealnie gładko, zbyt gładko wpada do szuflady z napisem "inteligentna powieść amerykańska". Co nie zmienia faktu, że jest to książka dobra i warta uwagi.

 

 

niedziela, 02 września 2012
Blackout + All Clear - Connie Willis

To prawdopodobnie będzie moja prywatna książka roku 2012, niezależnie od Franzenów, Steinbecków i tym podobnych. Dlaczego? Ano dlatego, że przypomniała mi, jak to jest czytać do 3 w nocy, żeby wiedzieć co będzie dalej, popadać w rozpacz kiedy okazuje się, że gdzieś tam daleko jest upragniona druga część i żałować, że się już kończy.

"Blackout" i "All Clear" to, według mojej wiedzy, trzecia powieściowa część cyklu o podróżach w czasie, stanowiąca luźne rozwinięcie wyróżnionego nagrodą Hugo opowiadania "Praktyka dyplomowa" (Fire Watch, 1982).  Jest rok 2060, wyprawy w przeszłość stały się rutynowym elementem programu studiów historycznych w Oksfordzie. Pan Dunworthy z pomocą znanych z wcześniejszych części Badriego i Linny wysyła studentów do ważnych momentów w dziejach. Tym razem troje z nich wyrusza do czasów II wojny światowej: Michael Davies ma obserwować ewakuację brytyjskich żołnierzy z Dunkierki w ramach większego projektu obserwacji bohaterów wojennych, Merope, pod przybranym imieniem Eileen, w podmiejskiej posiadłości obserwuje ewakuację dzieci z bombardowanego Londynu, zaś Polly, po wykonaniu zadania w 1944 roku (obserwacja niemieckich ataków rakietowych i praca w służbach pielęgniarskich) cofa się do roku 1940, żeby obserwować naloty na Londyn.

Coś jednak poszło źle. Studenci trafiają do wybranych miejsc ze sporym poślizgiem, po czym okazuje się, że powrót do ich teraźniejszości nie będzie łatwy. Jedyna nadzieja w tym, że Oksford zorientuje się w sytuacji i wyśle brygadę ratunkową. Co jednak się stanie, jeśli obecność trojga bohaterów zmieniła historię prowadząc do dramatycznych konsekwencji? Czy w tej rzeczywistości Hitler przegra wojnę? Czy Oksford roku 2060, taki, jakim znają go bohaterowie, w ogóle zaistnieje? Czy to możliwe, że wbrew wszelkim przewidywaniom, podróżnicy mogą zmieniać przeszłe wydarzenia?

Przez ponad tysiąc stron w sumie razem obserwujemy wysiłki trojga bohaterów uwięzionych w Londynie podczas niemieckich nalotów, na zmianę z migawkami z innych, późniejszych historycznie zadań. Michael, Eileen i Polly usiłują za wszelką cenę znaleźć wyjście z rozpaczliwej sytuacji, z obserwatorów stając się uczestnikami wydarzeń. We wszystkich działaniach stale towarzyszy im rodzeństwo uliczników z East Endu, dzieci, które znają każdy zaułek miasta i radzą sobie w każdych okolicznościach (a przy tym są źródłem nieustannych kłopotów i stanowią tak potrzebny element komiczny, choć pod koniec okaże się, że ich rola w tej historii była o wiele bardziej skomplikowana).

I tu kończy się fantastyka, a zaczyna epicka, niesamowicie szczegółowa i realistyczna powieść historyczna. Autorka przedstawia bowiem niesłychanie żywy, dopracowany w najmniejszym detalu obraz wybranych okresów II wojny światowej w Anglii. Naloty, utrudnienia w życiu codziennym, zupełnie niesamowita mobilizacja społeczna do "dokładania swojej cegiełki" (tak bym na szybko przetłumaczyła wszechobecne "doing our bit") do wysiłku wojennego, organizacja dziesiątek różnych służb, szczegóły życia codziennego - od kocy i koszyków piknikowych na stacjach metra zamienionych w schrony po utyskiwania sanitariuszek narażających życie każdego dnia na brak przyzwoitej sukienki na tańce. Dodatkowo mnóstwo szczegółów na temat operacji wywiadowczej "Ultra" w Bletchley Park pod kierownictwem m.in. Alana Turinga (rok temu w Londynie bardzo chciałam kupić sobie książkę o Bletchley Park, teraz żałuję, że tego nie zrobiłam, ale, oczywiście, zamierzam to naprawić przy najbliższej okazji) i o przygotowaniach do inwazji mających zmylić Niemców.

Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że będę czytać książkę o wojnie z wypiekami na twarzy, popukałabym się w czoło. A jednak - opisana rzeczywistość jest tak żywa, że nie sposób w nią nie wejść, nie uczestniczyć, nie przejąć się. Największe wrażenie robią drobne ale bardzo istotne szczegóły - na przykład to, że na stacjach metra zamienionych w schrony działały... wypożyczalnie książek i gazet. A bohaterami wojny okazują się nie tylko żołnierze, ale wszyscy, od sprzedawczyni w domu towarowym, po starego aktora wystawiającego amatorskie przedstawienia w schronach.

Można oczywiście zarzucić autorce, że na tle okupowanej Warszawy Londyn "wypada blado" (z jednej z polskich recenzji blogowych), ale moim zdaniem zarzut jest naiwny - każdy z krajów zmagał się z odmiennymi problemami podczas wojny, i dobrze jest czasem spojrzeć poza własny pępek i dostrzec, że nie byliśmy jedynym krajem poszkodowanym przez Hitlera, i, że nie tylko w Warszawie niewinni ludzie ginęli pod gruzami a młodziutkie sanitariuszki bohatersko narażały życie pod ostrzałem rakietowym.

Miejscami, zwłaszcza gdy bohaterowie podejmują próby skontaktowania się z innymi historykami odwiedzającymi epokę, lektura przypomina zły sen - z gatunku tych, gdzie usiłujemy gdzieś dojść, zdążyć na czas, a wszystkie okoliczności sprzysięgają się, żeby nam to utrudnić. Przez cały czas towarzyszy nam też świadomość zagrożenia - i ze strony działań wojennych i bezlitosnych reguł podróży w czasie, które nie dopuszczają dwukrotnego przebywania jednej osoby w tym samym momencie i zapobiegają zmianom historii (ale czy na pewno?). Czasami od ustalania, kto gdzie był wcześniej czy później, i w którą stronę jest to "wcześniej" - może zakręcić się w głowie. Jednak, przynajmniej dla takiego laika jak ja wszystko to wydaje się spójne i uzasadnione.

Całość składa się na pasjonującą, wielowątkową, skomplikowaną powieść fantastyczno-historyczną, która wciąga od pierwszej do ostatniej strony. Tylko nie zróbcie tego błędu co ja - kupcie oba tomy jednocześnie, bo czekanie tydzień na drugi po skończeniu pierwszego jest dość wyrafinowaną torturą :) Wolę sobie nie wyobrażać, jak czuli się ci, którzy czytali "Blackout" zaraz po wydaniu, zmuszeni później do czekania kilka miesięcy na ukazanie się "All Clear"... :)

 

sobota, 01 września 2012
Raven Black (Czerń kruka) - Ann Cleeves

Tak jakoś wyszło, że najlepszą (i jedyną, którą mogę zupełnie spokojnie polecić) książką przeczytaną przeze mnie na urlopie okazał się kryminał.

Napisałam już pewnie ze sto razy, że kryminałów nie lubię - ani tych klasycznych starych, ani tych nowych, które udają, że wcale nie są kryminałami tylko zupełnie poważną literaturą, najchętniej przez duże "L".

Nie lubię, bo są z definicji takie same. Są dla ludzi którzy "lubią te piosenki, które już znają". Czegokolwiek by autor tam nie wsadził, jakich problemów społecznych, zagadnień obyczajowych, zabawnych, tajemniczych, dziwnych, mrocznych postaci i zdarzeń, ostatecznie zawsze ktoś kogoś zabił a ktoś inny musi znaleźć mordercę, a na koniec okazuje się, że zabił ktoś, kogo wcale nie podejrzewaliśmy. I finito, reszta to kosmetyczne szczegóły i "współczynnik wciągalności" uzależniony od talentu autora. Plus, czasem, tzw. klimat, który okazuje się na koniec ważniejszy od "kto zabił".

Powieść Ann Cleeves, pierwsza z cyklu szetlandzkiego, wyróżnia się właśnie głównie klimatem (chociaż przeglądając rekomandacje na Amazonie podejrzewam, że znowu istnieje cały podgatunek książek o morderstwach na zimnych wyspach północnego Atlantyku...). Szetlandy zimą są monochromatyczne, dominuje biel śniegu i tytułowa czerń kruka, jedyną plamą koloru bywa czerwony szalik na przyprószonych śniegiem zwłokach nastolatki...

Zwłoki znajduje przypadkowo samotna matka małej dziewczynki. Ponieważ kilka lat wcześniej na wyspie zaginęła inna dziewczyna, oczy całej społeczności zwracają się na miejscowego dziwaka, słabego na umyśle Magnusa. Ale przecież nic nie może być oczywiste.

Autorka doskonale opisuje niewielką, zamkniętą, odizolowaną od świata społeczność, która chroni swoje tajemnice i broni dostępu nowoprzybyłym. Społeczność, w której wszyscy wszystkich znają i niewiele da się ukryć przed innymi, a na pozbycie się stausu "obcego" potrzeba co najmniej wielu lat, jeśli nie pokoleń. Ale też jest to społeczność, która potrafi i "swoich" wyrzucić poza nawias - tylko, że niekoniecznie ujawnia to ludziom z zewnątrz.

Dużą zaletą książki jest też tło obyczajowe. Życie na Szetlandach różni się od życia na lądzie, tempo jest wolniejsze, a atmosfera małego miasteczka, gdzie każdy zna każdego, wpływa na sposób życia. Bardzo podobały mi się też rozsiane po książce informacje na temat robienia na drutach - mieszkańcy tych regionów słyną ze swych dzianin, a jeden ze stylów wzorów żakardowych nosi nazwę Fair Isle, od jednej z wysp (na zdjęciu obok). Wzmianki o stylach i technikach (matka z drutem noszonym na stałe w pasku od domowej sukni) są co prawda oszczędne, ale bardzo interesujące.

Ponure, klimatyczne dekoracje, bogate tło obyczajowe, sprawnie poprowadzona akcja, zmiany punktów widzenia z perspektywy różnych postaci - gwarantują wciągającą lekturę. Co nie znaczy, że rzucę się na kolejne części cyklu - aż tak to nie - ale przeczytałam z przyjemnością.

 

czwartek, 30 sierpnia 2012
The History Room - Eliza Graham

Kolejne czytadło z serii "co się wydarzyło w starym dworku". Tak w ogóle wygląda na to, że mam fazę na czytadła po angielsku w te wakacje, ale nie zrażajcie się, może na jesieni mi przejdzie - przynajmniej do kolejnej wyprawy do deszczowej Anglii (a mam już oficjalnie bilet na końcówkę października, i znowu zamierzam plądrować londyńskie księgarnie - mam nadzieję, że znowu w miłym towarzystwie :) )

Tę powieść przynajmniej mogę polecić na zasadzie, że "dobrze się czyta". Tym razem w starym dworku urządzono prywatną szkołę. Właścicielem jest imigrant z Czechosłowacji, który poślubił Angielkę. Pewnego dnia jedna z jego córek przypadkowo znajduje stary, zamalowany mural w hallu szkoły, co powoduje niezrozumiały gniew rodziców. Dwadzieścia lat później, po śmierci matki, ta sama córka wraca do domu już jako nauczycielka, żona inwalidy wojennego (na szczęście tym razem ze współczesnej wojny). Tymczasem jeden z uczniów odkrywa w sali od historii makabryczne znalezisko. Kto dopuścił się okrutnego żartu, jakie miał motywy, czy ma to jakiś związek z tajemniczym malowidłem czy z podsłuchaną kiedyś rozmową rodziców? Sielankowa prowincjonalna szkoła staje się miejscem pełnym niepokoju, a Meredith próbuje rozwikłać zagadkę.

Oczywiście musi być ogród, malowniczy i zaniedbany, musi być dawna miłość i tajemnica, ale tym razem, może dlatego, że czasy bardziej współczesne, problemy bliższe (inwazja na Czechosłowację w 1968, ucieczka na Zachód, wojna na Bliskim Wschodzie, samookaleczanie młodych kobiet) a może ze względu na lekko thrillerowy wątek zemsty i czającego się gdzieś potencjalnego psychopaty, czyta się to zdecydowanie lepiej. Zauważalny brak ślicznych debiutantek, panien służących, wątłych orchidei i pianistek w depresji też trochę pomaga w lekturze.

Dwa tygodnie po przeczytaniu praktycznie już nic nie pamiętam, ale przynajmniej da się czytać bez zgrzytania zębami i okładania w gazetę żeby nikt nie zobaczył :)

---

Teraz jeszcze trzy angielskie, a potem może coś po polsku. Jak już wyjdę ze schronów bombardowanego Londynu i zobaczę, jak studenci pana Dunworthy'ego wracają do Oksfordu, do roku 2060. Kiedy ja ostatnio naprawdę żałowałam, że książka, którą czytam, musi się kiedyś skończyć?

niedziela, 26 sierpnia 2012
Dom orchidei (Hothouse Flower) - Lucinda Riley

Przepis na angielskie czytadło jest prosty: malownicza posiadłość (dworek, plebania, opactwo, zamek), piękny zapuszczony ogród, kobieta w rozterce i tajemnica z przeszłości. W zasadzie niezależnie od epoki, miejsca i postaci wychodzi prawie to samo, czego dowodem dwie książki, które zabrałam z sobą na wakacje. W rezultacie malownicze ogrody wychodzą mi uszami a na hasło "tajemnica z przeszłości" odruchowo uciekam.

A przecież miało być tak pięknie, jak u Kate Morton i Katherine Webb. Ale najwyraźniej prosty przepis to nie wszystko i nawet schabowego z ziemniakami można podać z fantazją albo bez.

Julia Forrester, światowej sławy pianistka, dochodzi do sebie po życiowej tragedii w pobliżu posiadłości, w której się wychowała jako wnuczka ogrodnika. Posiadłość Wharton Park słynęła ze swych szklarni, gdzie hodowano orchidee. Podczas wyprzedaży wyposażenia podupadającego dworu Julia przypadkowo natyka się na nowego właściciela, którego poznała w dzieciństwie jako chłopca. Później w jej ręce przypadkowo wpada dziennik z czasów wojny i tak zaczyna się powrót Julii do życia i odkrywanie rodzinnej tajemnicy.

Zgodnie z konwencją akcja toczy się na dwóch planach czasowych. Tym razem część opowieści rozgrywa się tu i teraz, przeplatając się z relacją z czasów tuż przedwojennych i samej wojny. Poznajemy młodziutką Oliwię, która jako debiutantka przybywa do Wharton Park z wizytą i zakochuje się w synu lorda. Na planie współczesnym młoda pianistka poznaje zawikłaną historię rodziny jednocześnie powracając do normalności po życiowej katastrofie. Historia rozgrywa się na zmianę w sielankowych dekoracjach podupadającej posiadłości, w dalekiej Azji i na południu Francji, a kolejne rozdziały przynoszą coraz to nowe odkrycia.

Czego więc się czepiam? Przecież wszystko jest tak jak być powinno, kupiłam czytadło i spodziewałam się czytadła, wciągającej wakacyjnej lektury z tajemnicą, nie oczekiwałam głębi ani intelektualnych gier, chciałam poleżeć na plaży zastanawiając się "czyją ona była córką" i "co jest w pamiętniku" i tyle.

Po pierwsze - banał. Banalni tysiąc razy wcześniej opisywani bohaterowie - zdruzgotana artystka, przystojny (i cukierkowo dobry) dziedzic fortuny "po przejściach", nadopiekuńcza siostra, niewinna debiutantka, bezwolne lordziątko, zaufany sługa-przyjaciel. Dobrzy są bez skazy, źli są nieodwołalnie i na zawsze łajdakami bez serca. Role zostały rozpisane już na początku i żadna z postaci nas nie zaskoczy wyłamując się niespodziewanie z przypisanego jej losu. Poronienia, śmierci i cudowne odnalezienia zdarzają się dokładnie wtedy, kiedy są potrzebne, w sposób typowy dla kiepskiej telenoweli, a wątek współczesny nieprzyjemnie zalatuje harlekinowatym romansem.

Po drugie - sposób opowiadania. Pierwszy raz w życiu czytając książkę po angielsku, zżymałam się na język. Autorka mianowicie zastosowała pewną stylizację językową, próbując przekonać czytelnika, że przedwojenni Anglicy wyrażali wszelkie myśli i emocje za pomocą czterech podstawowych słów. Są to, uszeregowane według częstotliwości: jolly, golly, awfully i bloody. We wstawkach z przeszłości te cztery wyrazy powtarzają się niemal na każdej stronie, niekiedy kilkakrotnie a czasami w zaskakujących kombinacjach, co niebezpiecznie przypomina sytuacje, kiedy moja Córka mówi "po średniowiecznemu" wstawiając w przypadkowe miejsca "zaiste" i "waść". Synonimem pożądania jest natomiast nieśmiertelny "bolt of electricity" (skąd to dziwne przekonanie, że ukochana osoba przy najlżejszym dotknięciu kopie prądem jak popsuty toster?) Nie zazdroszczę polskiemu tłumaczowi, chociaż, z drugiej strony, mógłby to być jeden z tych rzadkich przypadków, kiedy przekład czyta się lepiej od oryginału.

Poza tym jest to jedna z tych książek, w których bohaterowie opowiadają, wyjaśniają i zapewniają się wzajemnie o swoich uczuciach w rozwlekłych dialogach, które brzmią nienaturalnie nawet przy założeniu, że toczą się w ogromnym dworzyszczu przy kominku.

Podsumowując: jest to czytadło na granicy romansidła, z przewidywalnym szczęśliwym zakończeniem, kiedy wszyscy żywi się odnajdują a wszyscy martwi spoczywają w pokoju i pojawia się dobra wróżka rozwiązująca wszystkie pozostałe problemy (takie tam finansowe drobiazgi jak parę milionów funtów na remont dworu). Najciekawsze fragmenty to opisy wojennej i tuż powojennej Azji z punktu widzenia brytyjskiego żołnierza - bo też tylko to odróżnia tę książkę od innych.

Pozycja atrakcyjna chyba wyłącznie dla zagorzałych wielbicieli dworków i ogrodów, którzy będą mieli dość cierpliwości, żeby znaleźć w niej dramat ogromnej niespełnionej miłości, tragedię arystokratów skazanych na odgrywanie swych życiowych ról wbrew sobie, opowieść o mozolnym wychodzeniu z żałoby i tak dalej. Wiem, wszystko to tam miało być, tylko, że zupełnie nie przekonuje...

 

 

piątek, 24 sierpnia 2012
pourlopowo

Niestety wszystko, co dobre, szybko się kończy i tak samo skończył mi się zupełnie relaksowy urlop nad morzem. Jeszcze ogłuszona po 9-godzinnej podróży "ekspresem" (czy naprawdę prędkość rzędu 60 km/h w porywach na prostej usprawiedliwia tę szumną nazwę?) melduję, że:

- czytelniczo urlop pod hasłem "czytadła po angielsku" okazał się średnio udany, najwyraźniej tym razem sięgnęłam po jakiś drugi sort autorek a najlepszą przeczytaną pozycją okazał się... kryminał (jak tu się zresztą dziwić, skoro polecała go Padma?);

- Lucinda Riley może Kate Morton najwyżej buty czyścić;

- Tania Książka w Darłówku też taka-se, kryminałami stoi i thrillerami, ale wybrałam sobie kilka ciekawych pozycji, w tym najciekawszą już zaczętą: "O czym myślą naukowcy" Jeremy'ego Stangrooma;

- najgorsza katastrofa urlopowa: kupić sobie niesamowicie ciekawą książkę, pochłaniać ją z wypiekami na twarzy i pod koniec zorientować się, że jest tylko pierwszym tomem dwutomowej całości, a tom drugi jest dostępny na amazonie i trzeba go dopiero zamówić a przyjdzie dopiero po urlopie (tak, już przyszedł i czeka, i tak, chodzi o "Blackout" i "All Clear");

- czytanie "Wielkiego bazaru kolejowego" w tzw. ekspresie z Kołobrzegu do Bielska Białej (nieszczęśnicy z tego ostatniego miasta prawdopodobnie wciąż jeszcze w nim siedzą) dostarcza zupełnie nieoczekiwanych emocji i przemyśleń - ciekawe co Theroux napisałby o ekspresie, o Warsie, w którym na każde 10 pozycji z karty dostępna jest jedna, o toalecie wagonu 1 klasy, która wygląda jak plażowa toi-toika i podobnie cuchnie, o pasażerach, którzy muszą bez ustanku informować innych przez komórki, że "są w pociągu, no" i "jadą, no"... Iran przy tym wysiada :(

I to by było na tyle po przerwie - więcej wkrótce, chyba że pochłonie mnie wir zwany Początkiem Roku Szkolnego.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34
Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli