Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
poniedziałek, 06 sierpnia 2012
Droga 66 - Dorota Warakomska

Pod wpisem o "Miedziance" Joly_fh domaga się w komentarzu reportażu pozytywnego. Myślę, że książka Doroty Warakomskiej spokojnie zasługuje na takie określenie.

Autorki przedstawiać nie trzeba. Dziennikarka, wieloletnia korespondentka telewizyjna w Stanach Zjednoczonych postanowiła przejechać Amerykę ze wschodu na zachód słynną Drogą 66, uwiecznioną w licznych książkach i filmach. Droga ma długą historię - w czasach Wielkiego Kryzysu i burz pyłowych w latach 30 tysiące mieszkańców Oklahomy podróżowały nią na zachód w poszukiwaniu lepszego życia, później, po wojnie, stała się symbolem powrotów żołnierzy do domów, przez pewien czas byla utożsamiana z hipisowską wolnością wędrówki. Potem wybudowano autostrady i Droga zaczęła niszczeć. Dopiero niedawno oddolny ruch mieszkańców przydrożnych miejscowości doprowadził do jej renowacji i przywrócenia dawnej świetności. Tym samym Droga stała się symbolem łączącym przeróżnych ludzi, wspólnie urzeczywistnianym marzeniem, projektem w toku.

Paradoksalnie, choć Droga 66 jest miejscem kultowym i rozpoznawanym chyba na całym świecie, reportaż wydano w serii "Terra incognita". Rzeczywiście, to Ameryka znana a zarazem zupełnie nieznana, Ameryka maleńkich miasteczek, dziwacznych atrakcji, historycznych barków i kafejek. To także Ameryka pasjonatów, ludzi realizujących własne wersje amerykańskiego snu, ceniących sobie wolność, pasję i łączenie tego, co się lubi, z pracą. To ci ludzie pieczołowicie odnawiają przydrożne motele i restauracyjki, dbają o zakłady fryzjerskie czy stacyjki benzynowe z kilkudziesięcioletnią tradycją. Niektórzy dlatego, że miejsca te od urodzenia były ich domem, a inni dlatego, że przyjechali, zobaczyli przypadkiem, zachwycili się, kupili, odremontowali. Jeszcze inni po prostu nigdzie indziej nie potrafili się odnaleźć. Warakomska z każdym z nich rozmawia, odkrywa ich często skomplikowane życiowe historie, które przywiodły ich do odwiedzanych przez nią miejsc.

Mimo wszystko, w odróżnieniu od, na przykład, "Miedzianki" określiłabym "Drogę 66" jako reportaż "turystyczny", odpowiednik wycieczki z przewodnikiem. Książka podzielona jest na rozdziały według stanów, zgodnie z trasą podróży. W każdym z nich odwiedzamy wraz z autorką kilka lub kilkanaście interesujących miejsc, dowiadujemy się trochę o historii i kulturze stanu, poznajemy ciekawe/dziwne/malownicze zakątki i ludzi. Autorka ma ogromną wiedzę na temat amerykańskiej rzeczywistości i chętnie się nią dzieli. Do bardzo dobrego reportażu zabrakło mi tu jednak jakiejś... głębi, spinającej wszystko refleksji, czegoś, co sprawiłoby, że po lekturze zostałoby mi w pamięci coś więcej niż seria obrazków i amerykańskie mądrości życiowe pod hasłem "jeśli czegoś odpowiednio mocno chcesz, to na pewno to osiągniesz", na które zresztą zawsze reaguję alergicznie.

Plusem jest wkładka z kolorowymi fotografiami, do tego w tekście dużo czarno-białych zdjęć.

Do poczytania w wolnych chwilach.

 

 

piątek, 03 sierpnia 2012
10 czytadeł na lato

No i Padma mnie załatwiła na szaro :)

Zostałam zaproszona do zabawy blogowej pod hasłem "10 czytadeł na lato", tylko, że, niestety, słowo "czytadło" kojarzy mi się jak najgorzej. Czytadło to jednorazówka, papka, kupić na dworcu, porzucić wysiadając z pociągu i tak dalej. Nie lubię książek zabawnych, lekkich ani przyjemnych, literatury kobiecej-kobiecej, nie czytam bestsellerów ani kryminałów (a jeśli czytam, to zaraz zapominam), więc kiedy mam wybrać "czytadło", od razu mam przerąbane. I mam ten głupi zwyczaj, że na lato, czy to na domowy tarasobalkon, czy do walizki, wybieram raczej te książki, na które nie starczyło mi siły w ciągu "roku szkolnego" (bo ja nadal funkcjonuję w rytmie szkolnym i Nowy Rok zaczyna mi się we wrześniu i to mi się już raczej chyba nie zmieni...)

Wykreślmy więc "czytadło" i zamieńmy je na "coś dobrego do poczytania". I żeby było grubaśne. I wciągające.

1. Stephen King. Cokolwiek poza beznadziejnym cyklem "Mrocznej Wieży" (chociaż cykl załatwiłby pozycje 1-7) Na przykład "Pod kopułą", albo, z mniej nowych i mniej znanych, "Sklepik z marzeniami", albo "Bezsenność". Jeśli chodzi o mnie, to kiedy chcę po prostu poczytać historię, King sprawdza się zawsze.

2. Noah Gordon - "Medicus". Historia pewnego średniowiecznego medyka. Przygoda, historia i medycyna, czego chcieć więcej. A potem są jeszcze dwie części dla tych, którym żal, że już się skończyło :)

3. Kate Morton, najchętniej "Zapomniany ogród". A już niedługo (po angielsku już jesienią!!) nowa, świeżutka czwarta powieść autorki, która specjalizuje się w tajemnicach z przeszłości i magicznych angielskich miejscach.

4. A teraz pójdę w fantastykę: Ian R. McLeod "Wieki światła" i "Dom burz". Pełnokrwista, inteligentna fantastyka z doskonale przemyślanym i opisanym światem alternatywnym. Czyta się to tak, jakby się znikało w tym innym świecie, a koncepcja wyjściowa jest zupełnie zakręcona (rozwój przemysłu i cywilizacji oparty na odkryciu legendarnego "eteru").  Doskonała recenzja tutaj.

5. Idąc dalej tropem fantastycznym nie mogę pominąć Connie Willis. "Księga Sądu Ostatecznego" to pierwsza powieść z cyklu o podróżach w czasie, zgrabnie i zabawnie łącząca epidemię dżumy w średniowiecznej Anglii z życiem uniwersyteckim bliskiej przyszłości. Solidna kilkusetstronicowa cegła do pochłonięcia w dwa wieczory. Dla miłośników epoki wiktoriańskiej luźno związana kolejna część cyklu - "Nie licząc psa", a ja w te wakacje czytam następną albo którąś z kolei - "Blackout" (tym razem profesor Dunworthy wysyła studentów w czasy II wojny światowej).

6. I ostatnia fantastyka w zestawie, obiecuję :) Neal Stephenson - "Diamentowy wiek". Znowu inteligentna, świetnie skonstruowana powieść fantastyczna wprowadzająca nas w świat niby niedaleki ale zupełnie inny od naszego. Stephenson teoretycznie pisze bardzo naukową fantastykę ale przy okazji ma niesamowity dar opowiadania.

7. Carsten Jenssen - "My, topielcy". Kilkaset stron o historii duńskiego nadmorskiego miasteczka i jego mieszkańców. Trochę jak saga, trochę jak powieść historyczna, trochę kronika, wciąga od pierwszej do ostatniej strony.

8. Betty MacDonald - "Jajko i ja". Czyli o tym, że kiedy twój mąż zamarzy o kurzej fermie, jedziesz za nim w środek niczego i hodujesz kury, pomstując pod nosem. Najzabawniejsza książka, jaką w życiu czytałam, absolutnie nie dla smętnych wkurzonych feministek (bo tak, to są wspomnienia wyzyskiwanej i udręczonej kobiety, no i co z tego skoro ta kobieta ma świetne poczucie humoru?) Betty MacDonald przy okazji odhacza mi pozycję pt. "uroczy lekko zakurzony klasyk", która na takiej liście obowiązkowo powinna się znaleźć :)

9. Rebecca Wells - "Boskie sekrety siostrzanego stowarzyszenia Ya-Ya". Dysfunkcyjna rodzina i amerykańskie Południe lat 50 albo 60 XX wieku. Trzeba.

10. Im dalej tym trudniej. Wrzuciłabym tu podstępnie Eugenidesa, w płonnej nadziei, że wreszcie namówię kogoś znajomego na "Middlesex", ale Eugenidesa do czytadeł nie wypada :) (zresztą Rebekę Wells albo Jenssena też średnio wypada) Albo jeszcze coś z fantastyki, na przykład "Hyperiona". Albo coś z hitów minionego lata, na przykład "Supersmutną i prawdziwą historię miłosną" Shteyngarta (w sumie to też trochę fantastyka i czyta się świetnie...)

Nie lubię robić takich list. Zawsze potem się okazuje, że wypadły albo strasznie banalne i oczywiste, albo wysilone. Dlatego nie będę zapraszać wskazując palcem, tym bardziej, że ci, których najchętniej bym wskazała, zostali już zaproszeni wcześniej :)

poniedziałek, 30 lipca 2012
Korekty - Jonathan Franzen

Napisałam kilka dni temu na Facebooku, jakieś 40 stron przed końcem "Korekt", że ta książka po raz pierwszy od dawna dała mi poczucie "obcowania z literaturą" czyli czegoś więcej niż "czytanie książki". Teraz więc pora się z tego wytłumaczyć :)

Oczywiście to wszystko jest bardzo subiektywne i intuicyjne i w zasadzie sprowadza się do mojego prywatnego "strasznie chciałabym umieć tak pisać ale to zupełnie poza moim zasięgiem".

Franzen napisał historię rodzinną, panoramiczną powieść psychologiczno-obyczajową. Jest to opowieść o rodzinie, która przechodzi poważny kryzys w związku z chorobą ojca/dziadka. Alfred cierpi na chorobę Parkinsona, jest coraz bardziej niedołężny. Jego żona, Enid, gospodyni domowa ze Środkowego Zachodu, ma jedno marzenie - zebrać całą trójkę dzieci i wnuki ostatni raz przy świątecznym stole.

Dzieci, które wyemigrowały z rodzinnego miasteczka do wielkich miast, mają jednak swoje życie, swoje obowiązki, kryzysy i plany. Najstarszy, Gary, prowadzi pozornie udane życie rodzinne, robi karierę. Średni, Chip, to intelektualista-nieudacznik, niespełniony pisarz i wykładowca, a najmłodsza Denise w bólach odkrywa swoją tożsamość. Najważniejszym tematem książki są relacje między nimi i ich relacje ze starzejącymi się, niedołężnymi rodzicami, na tle problemów związanych z przeprowadzką do dużego miasta i przemian ostatnich 20-30 lat. Autor doskonale przedstawia mieszankę nostalgii i odrazy do rodzinnego miasteczka i wszystkiego, co ono sobą reprezentuje - wartości postrzeganych jako prowincjonalne, stylu życia. Rozdarcie między wymaganiami i potrzebami rodziców a własnymi problemami. Kwestia przyjęcia odpowiedzialności za starzejących się rodziców i opieki nad nimi też jest bardzo istotna w sytuacji, gdy całkowicie zmienia się obowiązujący "model rodziny", a dzieci przyjmują za swoje już zupełnie inne wartości niż te, które rządziły życiem rodziców.

A w tle panorama. Podobnie jak w "Wolności" pojawia się sporo wątków dotyczących ekonomii, kariery, kupowania akcji. Jednak tutaj miałam szansę zrozumieć, że te aspekty życia są po prostu bardzo ważne dla Amerykanów, że tak ściśle splatają się z ich życiem, że nie sposób byłoby pisać o rodzinie na szerszym tle nie poruszając tego tematu. Jest też wątek postępującej medykalizacji życia, manipulacji firm biotechnologicznych i medycznych "korekt" samopoczucia i osobowości. W zasadzie jedynym, co można tej panoramie zarzucić jest dziwaczny i niewiarygodny wątek litewski - zgrzyt typowy chyba dla Amerykanów, takie "na Litwie czyli nigdzie", czyli jak czyści i mili Amerykanie wyobrażają sobie życie na (dalekim) wschodzie Europy. Tylko białych niedźwiedzi na ulicach Wilna zabrakło...

Czytając "Wolność" zżymałam się na obojętność, jaką pozostawia ta lektura, na opis w skali mikro i makro pozbawiony głębszych emocji. Przy "Korektach" też to zauważyłam, ale miałam zupełnie inne odczucia. Doszłam do wniosku, że moje utyskiwanie na "brak emocji" wynika z tego, że literatura, powiedzmy, łatwiejsza, przyzwyczaiła mnie do tego, że lektura ma właśnie wywoływać emocje. Emocje są jak glutaminian sodu, wzmacniają doznania smakowe i uzależniają, tak, że chcemy, żeby każda następna książka nas automatycznie "poruszała", "wzruszała", "(niepo)koiła". Emocje pojawiają się odruchowo, odczuwanie wzruszenia czy niepokoju nie wymaga od czytelnika żadnej pracy umysłowej a gwarantuje zainteresowanie.

Tymczasem Franzen pisze z pozoru obojętnie, analizuje życie wewnętrzne swoich bohaterów, ogląda przenikliwie pod mikroskopem, rzuca zaskakujące, przewrotne albo ironiczne skojarzenia, rozkłada na czynniki pierwsze każdą kłótnię małżeńską czy telefon od matki. Zamiast się wzruszać czy martwić, analizujemy razem z nim, przyglądamy się, zastanawiamy: ale dlaczego? a więc tak to działa! ciekawe, czy... ? Gdzieś, na którymś kolejnym poziomie, emocje się wreszcie wzbudzają, ale trzeba je w sobie zbudować. A wybory, jakich dokonują bohaterowie, są niełatwe psychicznie i moralnie.

I to jest pierwszy powód, dla którego "Korekty" jestem gotowa nazwać literaturą i postawić na prywatnej najwyższej półce. Drugim jest język - precyzyjny, wnikliwy opis, zaskakujące skojarzenia, wydobywanie banalnych detali i przedstawianie ich w nowym świetle. I, o dziwo, mam wrażenie, że tłumacze sobie z tym doskonale poradzili, na prawie 600 stronach nic nie zgrzytało, a więc można!

---

A teraz postscriptum dopisane przez życie. Otóż moja Przyjaciółka zapragnęła poczytać Franzena, bo dowiedziała się z felietonu w "Wysokich Obcasach" o istnieniu autora, który pisze "inteligentne czytadła". Na początku poczułam się głupio, trochę jak prostaczek - bo za bardzo podoba mi się coś, co według Autorytetu jest tylko "inteligentnym czytadłem". A potem pomyślałam sobie, że jednak snobizm polskiej krytyki nie zna granic i że jestem bardzo ciekawa, co też byłoby dla takiej pani redaktor z WO dostatecznie wyrafinowane i mądre, żeby powstrzymała się od pogardliwego epitetu. Bo jak widać pisarz uważany za jednego z trójki najważniejszych współczesnych autorów amerykańskich zasłużył tylko na protekcjonalne klepnięcie po plecach przymiotnikiem "inteligentny". A to z kolei jest jeden z powodów, dla których już jakiś czas temu przestałam czytać Wyborczą i jej przybudówki przeróżne, uczące ciemne masy, jak żyć, umierać, rodzić, biegać i czytać w jedyny właściwy sposób...

 

 

środa, 25 lipca 2012
Miedzianka. Historia znikania - Filip Springer

Ogólnie rzecz biorąc, za reportażami nie przepadam. Ale czasem trafia się dobry reportaż, a czasem doskonały. Te doskonałe najczęściej trafiają się w tej serii wydawnictwa Czarne.

Co to jest (dla mnie) doskonały reportaż?

To książka, która całkowicie przenosi mnie w opisywane miejsce. Po jej lekturze mam wrażenie, że je znam, widzę wyraźnie wszystkich bohaterów, i najchętniej natychmiast pojechałabym "tam" zobaczyć na własne oczy, dotknąć tego wszystkiego. A oprócz tego przez historie autentycznych bohaterów pokazuje fragment historii, jakiś ważny albo nieznany aspekt życia zwyczajnych ludzi. Może to naiwne, może należałoby wspomnieć o czymś więcej, ale po cóż w końcu czytamy, jak nie po to, żeby coś poznać, czegoś nowego się dowiedzieć o ludziach, miejscach, i ich problemach?

Miedzianka to temat fascynujący sam w sobie. Niewielkie ale zadbane górnicze miasteczko w Dolnośląskiem, które przetrwało stulecia, a potem w ciągu kilkudziesięciu lat całkowicie zniknęło z powierzchni ziemi. Dlaczego tak się stało?

"Po raz pierwszy ziemia zapada się pod budynkiem kuźni Preusa i kupca Reimanna. Powstaje krater tak duży, że zmieściłaby się w nim furmanka. Także w szeregu domów - od piekarza Flabego do fryzjera Friebego - utworzyła się rysa na murach spowodowana zapadnięciem się sztolni."

Już te pierwsze zdania są haczykiem, który nie pozwala się oderwać. Po chwili przenosimy się do Kupferbergu, miasteczka, które prosperowało przez wieki na niespokojnym pograniczu, omijane przez wojenne zawieruchy. Autor wyraźnie odżegnuje się od gdybania, dopowiadania, fantazjowania:

"Korek i butelka - nic więcej. Pewnie gdybym pochodził po świeżo zaoranych polach, znalazłbym kilka fragmentów potłuczonych talerzy. Ale i one nic by nie znaczyły - cała ta archeologia jest zbędna, bo potem i tak jest wymyślanie, siedzenie w autobusie z Jeleniej Góry, gapienie się przez okno i zastanawianie. Czy Franzky obok tej butelki przechodził, czy miał ją w rękach, kto ją kupił, kto wypił piwo (...)?"

Zamiast dopowiadania mamy więc fragmenty opowieści, historii ludzi i miasteczka z zachowanych kronik, pocztówek, artykułów w prasie, z ludzkiej pamięci. Puzzle, z których wyłania się zadziwiająco dokładny, trójwymiarowy, żywy obraz miejsca, którego już nie ma, w różnych okresach jego historii. Jest epoka Niemców - wtedy gospody i ryneczek tętnią życiem, potem przychodzi era wojny, czas wysiedleń, napływ Polaków, aż wreszcie pojawiają się Rosjanie i uruchamiają w dawnych sztolniach wydobycie uranu, nie licząc się z konsekwencjami.

To także jest fascynujące. O tym, że w Polsce w ogóle wydobywano uran, dowiedziałam się rok temu od moich dzieci, które zwiedzały nieczynną kopalnię podczas letniego obozu. Natomiast czytanie o tym, w jakich warunkach ta praca się odbywała, co groziło górnikom i zdrowotnie, i ze strony UB za najmniejsze złamanie panujących w kopalni zasad, sprawia, że ciarki chodzą po plecach. Ogólnie - polskie lata 50/60 wydają się stosunkowo niedalekie i takie niegroźne, oswajane latami przez zabawne filmy, książki dla młodzieży i inne przekazy dostępne nam, urodzonym później. Miedzianka jest jedną z tych lektur, które otwierają oczy i pokazują prawdziwą grozę tamtych czasów.

Więcej o kopalniach uranu w Polsce tutaj.

A później przychodzi nieuchronny czas znikania, kiedy walą się kolejne domy, kopalnię zamknięto, nielicznych mieszkańców przesiedlono na nowe osiedle w Jeleniej Górze. Znikają ostatnie dowody dawnej świetności: kościół, browar, szkoła. Dosłownie zapadają się pod ziemię, czemu nikt nie jest w stanie zapobiec.

Trudno opędzić się od smutnej refleksji: byli Niemcy, było dobrze, przyszli Polacy, rozkradli, zniszczyli, zaorali. Zwłaszcza, kiedy się czyta opisy niektórych osadników, poszukujących niemieckich "skarbów". Trudno nie zastanowić się nad sprawiedliwością powojennych wysiedleń ludności niemieckiej, która niczym nie zawiniła, poza tym, że żyła w niewłaściwym miejscu w nieodpowiednim czasie. Trudno dziwić się tęsknocie wygnanych i goryczy tych, którzy przybyli, żeby za chwilę znów odchodzić.

Ale może tak ma być, może to naturalna kolej rzeczy, a miejsca, jak ludzie, nie są wieczne, powstają, rozkwitają, znikają i zostaje tylko tabliczka przybita do starego drzewa, zaorana łąka, kilka cegieł i zawodna ludzka pamięć?

 

Zdjęcie pochodzi ze strony linkowanej wyżej.

sobota, 14 lipca 2012
Oko umysłu - Oliver Sacks

Jedno z podstawowych i najważniejszych pytań nurtujących chyba każdego myślącego człowieka, to: jak myślimy? Jak myśli drugi człowiek? Jak funkcjonuje nasz mózg? I wiele pomniejszych: co to znaczy, że "widzimy", albo "wyobrażamy sobie"? Jak przebiega ten proces? Czy utrata jednego ze zmysłów może zostać jakoś zrekompensowana? Co czują, widzą, myślą ludzie pozbawieni wzroku, zdolności mowy i innych, wydawałoby się, nieodzownych umiejętności?

Na te i inne pytania odpowiada słynny neurolog i pisarz w książce "Oko umysłu". Zgodnie ze schematem przyjętym we wcześniejszych książkach, przedstawia poszczególnych chorych analizując ich deficyty i zadziwiające zdolności radzenia sobie z nimi. Tym razem jednym z chorych jest też on sam.

Oprócz typowych niepełnosprawności, jak utrata wzroku czy mowy, istnieją też mniejsze, ale równie utrudniające życie deficyty. Wyobraźmy sobie pisarza, który utracił zdolność czytania. Kobietę, która pomału, wskutek choroby degeneracyjnej, traci umiejętność rozpoznawania przedmiotów i orientacji w przestrzeni, a mimo to przez wiele lat żyje samodzielnie. Autor opisuje też takie przypadłości jak prozopagnozja czyli niezdolność do rozpoznawania twarzy i brak widzenia stereoskopowego (czyli postrzegania głębi). I wreszcie zajmuje się tym, co dzieje się w umyśle osób niewidomych, jak funkcjonuje ich wyobraźnia wizualna, i jak mózg reaguje na utratę tego najważniejszego zmysłu.

To ostatnie opisuje niestety także na własnym przykładzie. Kilka lat temu, wskutek czerniaka siatkówki, Sacks częściowo utracił wzrok w prawym oku. W książce opisuje, jak reagował na nagłe pogorszenie widzenia i skutki kolejnych operacji, i jak jego mózg próbował radzić sobie z tym ubytkiem. Czytanie tego rozdziału było dla mnie dużym wyzwaniem, bo opisywane przez niego początkowe objawy do złudzenia przypominały moje doświadczenia sprzed roku, więc razem z autorem przechodziłam znowu całą początkową niepewność i strach. Jednak część książki poświęcona utracie wzroku jest też w pewien sposób optymistyczna, pokazuje bowiem, że nie jest to koniec świata, i że mózg jest niezwykle plastyczny, potrafi więc wytworzyć zdolności niemal całkowicie zastępujące utracony zmysł. Wyobraźcie sobie niewidomego, który ma tak doskonale rozwiniętą zdolność wizualizacji, że samodzielnie naprawia rynny na dachu swojego domu...

Podobnie jak w poprzednich książkach, i tę czyta się niemal jak powieść. Sacks jak pierwsi lekarze widzi w swych podopiecznych nie tylko przypadki czy pacjentów, ale jest głęboko zainteresowany całym człowiekiem, jego psychiką i życiem wewnętrznym, przez co nie sposób pozostać obojętnym wobec opisywanych postaci. Do tego niesamowita erudycja pozwalająca autorowi umieścić każdy indywidualny przypadek w kontekście szerszych badań czy sporów naukowych i przybliżyć czytelnikowi funkcjonowanie umysłu. Wszystko to składa się na pasjonującą, ciekawą i niosącą nadzieję lekturę.

 

czwartek, 12 lipca 2012
Apartment 16 - Adam Nevill

Tak, to było do przewidzenia, że mając zaczęte 4 książki, w tym 3 dobre i jedną będącą przede wszystkim czasozapychaczem, przeczytam oczywiście tę czwartą, ponieważ w odróżnieniu od reszty nie wymaga myślenia, skupienia, czasu, intelektu ani niczego innego, poza znajomością angielskiego.

Kto przegrał z Nevillem? Iwasiów, Varga i Springer. Ale przy tej koszmarnej pogodzie, nie wiadomo dlaczego z uporem maniaka nazywanej "piękną", nie należało się spodziewać niczego innego.

Stwierdziłam zresztą, że jeśli już mam czytać sieczkę, to będę czytać horrory, bo one przynajmniej niczego nie udają. Nie próbują, jak kryminały, nadymać się i udawać ważnej literatury podnoszącej doniosłe problemy i demaskującej ukryte prawdy. Nikt nie pisze im na okładkach, że są arcydziełami, wydarzeniami literackimi ani olśniewającymi debiutami, bo wiadomo, że nikt się na to nie nabierze. Dostarczają rozrywki, może trochę perwersyjnej, podszytej strachem i wyobraźnią, i tyle. A poza tym kryminały piszą i czytają wszyscy a horrory niekoniecznie :)

No więc mamy kolejny klimatyczny horror brytyjski. Rzecz dzieje się w ekskluzywnym apartamentowcu w drogiej dzielnicy Londynu, zamieszkanym przez starszych, zamożnych ludzi. Lokatorzy mają swoje dziwactwa, a o ich samopoczucie i zachcianki dbają portierzy. Niektóre mieszkania, na przykład, od lat pozostają zamknięte. Zza drzwi jednego z nich dobiegają dziwne odgłosy. Pewnego wieczoru nocny portier postanawia sprawdzić, czy ktoś się tam nie włamał...

W tym samym czasie do Londynu przyjeżdża ze Stanów cioteczna wnuczka i jedyna spadkobierczyni jednej ze zmarłych lokatorek. Gruntowne porządki w mieszkaniu ciotki Lillian ujawniają niepokojące tajemnice z przeszłości.

Co łączyło Lillian z pewnym zapomnianym malarzem-okultystą, po którym zostało zaledwie kilka szkiców? Co wydarzyło się za drzwiami mieszkania numer 16? Kim jest tajemniczy chłopiec w kurtce z kapturem, którego nie widzi nikt poza nocnym portierem?

Zarówno młoda Amerykanka, jak i portier podążają tropem zaginionego artysty i jego nigdy nie widzianych obrazów olejnych, oboje fascynuje tajemnica budynku i oboje są przyciągani przez nieodpartą siłę do mieszkania numer 16. Co z tego wyniknie?

Siłą książki jest, oczywiście, przede wszystkim, klimat. Mroczne, zapuszczone wnętrza eleganckiej niegdyś kamienicy, labirynt klatek schodowych, obrazy i lustra, w których pokazuje się "coś". Oprócz tego ponury późnojesienny Londyn, gdzie (podobnie jak w Warszawie...) panuje nieustanny zmierzch jest miastem, które dla Apryl znajduje się w ciągłym ruchu, a dla Setha jest miejscem wysysającym siły, które powoli go zabija. Londyn Setha nie ma w sobie nic malowniczego, zaludniają go duchy i tłumy chorych, brzydkich ludzi snujących się w deszczu i upiornym świetle sklepowych jarzeniówek. Długo nie wiemy, czy to obsesja, początki choroby psychicznej, czy rzeczywiście Seth znajduje się pod wpływem jakiejś złej siły.

Drugą mocną stroną jest wątek fikcyjnego, zapomnianego malarza. Felix Hessen został sprawnie umieszczony na tle swojej epoki, dobrze wpisuje się w przedwojenne mody i fascynacje okultyzmem, a jego filozofia, choć przedstawiona zaledwie w zarysie, wydaje się na tyle spójna, że budzi raczej ciekawość niż szyderczy uśmieszek. Do tego obowiązkowe grono dziwacznych, podstarzałych wyznawców.

Dużo tu sztuki, malarstwa, które ma mieć moc tworzenia, uwalniania tego, co ukryte, obrazy jak zwierciadła, albo bramy do innych miejsc, osuwanie się w sztukę jak w obłęd. Banalne ale intrygujące. Dużo też scen bardzo plastycznych, filmowych i mrocznych wizji na granicy snu i jawy.

Ale przede wszystkim jest to klimatyczne, klaustrofobiczne, mroczne i ponure czytadło. Sprawnie napisane, chociaż więcej dobrego o języku i narracji nie da się przy najlepszych chęciach powiedzieć - autor ma tendencję do stosowania "stałych fragmentów gry", pewne frazy czy opisy powtarza do znudzenia, czy to dla swojej wygody czy dla utrwalenia czytelnikowi, i nie zaskakuje. Czytadło, które straszy tak, jak lubię - czyli bez wypruwania flaków, samą atmosferą, sugestią, że gdzieś, za ścianą, kryje się coś... Raczej dla wielbicieli gatunku.

 

piątek, 29 czerwca 2012
Sad - Agnieszka Marciniuk

Wszyscy jesteśmy trochę ze wsi. Trudno znaleźć kogokolwiek z mojego pokolenia, kto nie miałby rodziców, a przynajmniej dziadków gdzieś na wsi, nawet jeżeli mieszka się od urodzenia w wielkim mieście. Niemal każdy, kogo znam, kiedyś tam jeździł na wakacje do babci na wieś, pomagał w żniwach, zbierał jabłka, włóczył się z kuzynami po polach.

Pewnie stąd ta popularność literatury kobiecej odwołującej się do tych wszystkich chatek pod lipami, dworków pod kasztanami, czerwonych bagien i rozlewisk. I ta wieś najczęściej też taka ze wspomnień z dzieciństwa, czysta, miła, kulturalna, pachnąca malwami i wiśniami, wygładzona.

"Sad" niby trzyma się tej konwencji, wsi ładnej, pachnącej owocami i przepyszną nalewką. W domu pod lipami Regina i Mateusz od lat dbają o wiśniowy sad. W lipcu cała wieś pracuje przy zbiorach wiśni, a przy okazji do domu dziadków zjeżdżają dzieci i wnuki, mieszkające w miastach. To lato ma być szczególne - na zakończenie zbiorów wiśni Regina planuje przyjęcie z okazji swoich urodzin, na którym, przy ręcznie zrobionym stole w sadzie, spotka się cała rodzina. Zanim jednak do tego dojdzie (jeśli w ogóle), przyjezdni będą musieli uporać się ze swoimi problemami, rozstrzygnąć niedokończone sprawy, uporządkować swoje życie.

Mogła z tego powstać książka obrzydliwie przesłodzona i konwencjonalna, z poszukiwaniem korzeni, odsłanianiem tajemnic, wielkim rodzinnym pojednaniem przy bigosie na koniec a na okrasę paroma historyjkami z przeszłości. Córki i wnuczki odnalazłyby miłość, pogodziły się z sobą i swoim życiem pod czujnym okiem troskliwej babci, i to by było zupełnie nie do wytrzymania. Szczerze mówiąc, na początku na to się właśnie zanosiło i parę razy byłam o krok od odłożenia książki, ale coś mnie powstrzymywało.

Tym "czymś" było napięcie, przenikające całą książkę. Na okładce napisano "Powietrze staje się duszne i ciężkie - jak przed burzą...". Ten jeden raz okładka nie kłamie, rzeczywiście w trakcie czytania odczuwałam to napięcie, przekonanie, że coś niedobrego musi się wydarzyć, że lipcowe rozleniwienie i odurzające zapachy są zwodnicze. Napięcie podsyca przewijająca się między kolejnymi rozdziałami, oszczędnie dawkowana opowieść o przeszłości Giny i Matiego.

Drugą sprawą jest poczucie obcości. Kuzynki, które przyjeżdżają na zbiory wiśni, tak naprawdę są sobie zupełnie obce, praktycznie nawet się nie lubią. Z domem pod lipami wiążą je wspomnienia z dzieciństwa i wczesnej młodości, i postać Reginy - jednak i ona także jest jakby obca, oddalona, daleka od typowej seniorki rodu, gotowej służyć radą i mądrością życiową młodszym kobietom. Regina żyje swoim życiem i pozwala innym żyć własnym, jest zamknięta, sarkastyczna, pewna siebie, nie radzi, nie przeprasza, nie wtrąca się i nie emanuje ciepłem. Nikt jej nie zna, nawet jej własne dzieci, które ofiarowują jej na jubileusz rozpaczliwie nietrafione prezenty, pokazujące, jak bardzo się od niej oddaliły. A ona spokojnie obserwuje. Dopiero niespodziewana wizyta dawnego przyjaciela wytrąca ją z równowagi - ale nie na długo.

Żadna z wnuczek przyjeżdżających do domu w poszukiwaniu oderwania od świata i rozwiązania własnych problemów, też nie znajdzie gotowych rozwiązań. Te, które się pojawią, będą niejednoznaczne, będą kompromisami wymuszonymi przez brutalną rzeczywistość, nie będą miały w sobie nic z bajki. Buntownicza Ida, niepewna Beata, niepokorna Flora, lekkoduch Robert - wszyscy wrócą do domów po przerwanych zbiorach z nowymi doświadczeniami, decyzjami, ale niekoniecznie takimi, jakie planowali. Czy katalizatorem jest sama obecność Reginy, czy po prostu życie toczy się tak, jak musi i jedynym wyjściem jest je zaakceptować? pytanie otwarte. Ostatecznie trwa tylko Regina, silna i niewzruszona przy ręcznie zrobionym urodzinowym stole, mimo katastrofy.

Możnaby się oczywiście czepić tej ładnej i kulturalnej wsi, tego sadu jak z bajki i tej chaty pod lipami. Można się zżymać na to, że akcja rozwija się tak wolno i "nic się nie dzieje" (to jedna z tych książek "o kobietach, które rozmyślają w głowie"*) ale wydaje mi się, że dostałam z tej lektury znacznie więcej niż się po niej spodziewałam. Dostałam historię o trwaniu i sile, akceptacji nieuniknionego i walce o swoje własne życie. Bez łatwych bajkowych rozwiązań i efektownych tajemnic rodzinnych, bez tanich emocji. Życie toczy się, sad wyrósł na miejscu czegoś innego, a na jego miejscu wyrośnie coś nowego...

---

* Sformułowanie zawdzięczam jednej z moich Czytelniczek - choć w zamierzeniu nie miało być pochlebne, a wręcz przeciwnie, okazało się doskonałe do opisu pewnego rodzaju książek, więc je sobie przywłaszczyłam - i stosuję jako komplement :)

środa, 27 czerwca 2012
TO - Stephen King

Po ostatniej wizycie w empiku stwierdziłam, że nie ma NIC, co chciałabym kupić, mieć, przeczytać. Skoro i tak do wyboru są głównie czytadła albo czytadła niezdarnie udające coś więcej, to wolę czytadło wypróbowane, od sprawdzonego autora, niż jakieś jętki-jednodniówki, o których za rok nikt nie będzie pamiętał.

Już od dawna miałam zamiar przeczytać TO raz jeszcze, skonfrontować dzisiejsze wrażenia z tymi zapamiętanymi. Wychodzi na to, że książki, do których wracam, to przede wszystkim horrory, sagi SF (Ender! Hyperion! Gateway - brama do gwiazd!), czyli wszystko to, czym nasiąkałam jako nastolatka.

TO jest chyba najgrubszą powieścią Kinga (moje wydanie ma ponad 1200 stron!) i zawsze było moją ulubioną. Będę się tu zastanawiać dlaczego, bo po blisko 20 latach od pierwszego czytania czytało się ją zupełnie inaczej.

TO historia o siódemce przyjaciół, którzy w dzieciństwie, pod koniec lat 50, pokonali niewyobrażalne zło i złożyli przysięgę, że gdyby TO znowu się uaktywniło, wrócą do rodzinnego miasteczka Derry i znów będą walczyć. Po 27 latach w Derry znowu zaczynają ginąć dzieci, a na ulicach pojawia się przerażający klown. Przyjaciele z dzieciństwa muszą wrócić, przypomnieć sobie wydarzenia sprzed lat... i tym razem ostatecznie zniszczyć TO.

Są takie powieści w dorobku Kinga, które są jak gdyby kwintesencją wszystkich pozostałych. Ta do nich należy. Tu, chyba po raz pierwszy, Król pozwolił sobie na stworzenie i opisanie całego miasteczka, z jego topografią, historią i dziesiątkami zaludniających je postaci, a przy okazji wrócił do własnej młodości i odmalował końcówkę lat 50 na amerykańskiej prowincji. Wiem, że niektórych czytelników ta szczegółowość denerwuje - dla mnie Derry zawsze było żywym miejscem, z (dość wstydliwą i paskudną) historią utrwaloną na czarno-białych zdjęciach i rycinach, z drobiazgowo opisanymi budynkami, ulicami i systemem kanałów pod ziemią. Lubię w książkach taki "oddech historii", takie poczucie, że czytam nie o miejscu stworzonym ad hoc, na potrzeby jednej opowieści, ale takim, które mogłoby istnieć od wielu lat w jakimś innym wymiarze... całe, kompletnie, zmieniające się a przy tym bliskie, ziemskie, niefantastyczne. Fascynuje mnie też idea nawiedzonego, przesiąkniętego Złem miejsca, tu w wymiarze całego miasta.

Co poza szczegółowym budowaniem świata? Dzieci. Dzieci u Kinga zawsze odgrywały ważną rolę. Dzieci z książki żyją jeszcze w epoce, gdy światy dorosłych i dzieci były zupełnie oddzielne, sprzed epoki soccer-moms wożących maluchy z jednych zajęć na drugie. Dzieci w powieści włóczą się samopas, zajmują swoimi sprawami, "żyją poniżej linii wzroku dorosłych", którzy najczęściej traktują je surowo, mają być w domu na kolację a za podarte spodnie dostają lanie. O żadnych rodzicielstwach bliskości czy matkach-helikopterach nie ma jeszcze mowy, chociaż i tu są matki nadopiekuńcze, drżące o zdrowie pociech - i na drugim krańcu, obojętni, patologiczni rodzice. Ogólnie ten świat przypomina trochę nasze dzieciństwo - po szkole, w wakacje, włóczenie się, telewizja albo koledzy. Zanim dorośli doszli do wniosku, że dzieciom należy towarzyszyć przez 100% ich wolnego czasu.

Dzieciństwo symbolizuje tu też szczególną siłę a zarazem słabość. Siłę - bo dzieci w odróżnieniu od dorosłych obdarzone są niezwykłą wyobraźnią. Przez co jednocześnie są najbardziej narażone na ataki TEGO, bo TO żywi się ludzkim strachem i najłatwiej im TO pokonać jego własną bronią. Autor genialnie opisuje proces dorastania: "Nie będą już wierzyć, że w Kenduskeag żyją piranie, że zabicie pająka powoduje deszcz ani że kiedy zgnieciesz świetlika na swojej koszuli, to jeszcze tej samej nocy twój dom stanie w płomieniach. Będą natomiast wierzyć w moc polisy ubezpieczeniowej, wino do obiadu (...). Będą wierzyć w telewizję, Gary'ego Harta, biegi mające zapobiec zawałowi i zaprzestanie jedzenia czerwonego mięsa, dzięki czemu można uniknąć raka okrężnicy." (str. 1089).

Czy da się powrócić do dzieciństwa? Ile w nas, dorosłych, zostało z dzieci, którymi kiedyś byliśmy? W jakim stopniu powielamy wyuczone wtedy zachowania? Czy potrafimy stawić czoła ówczesnym lękom? Takie, całkiem poważne pytania, jak na literaturę rozrywkową, przychodziły mi do głowy.

Jest i kolejny stały motyw - pisarz, który wciąż na nowo w kolejnych książkach przetwarza i przerabia swoje wizje, traumy, wspomnienia. Nie wiem, ile w Billu z autora ale jest to bardzo sugestywne.

Niestety, są też i stałe wady. Kiedyś lubiłam Kinga za elementy horroru, dzisiaj zdecydowanie wolę go jako realistę. Trudno nie zgodzić się z Feliksem W. Kresem, że potwór jest straszny tylko do momentu, kiedy się pokaże. Tutaj zasada sprawdza się w 100% - TO straszy tylko na początku, kiedy przybiera formy najgorszych lęków dzieci. Końcówka, kiedy TO pokazuje "prawdziwe oblicze", a autor wpada w wyjątkowo mętną i dziwaczną kosmologię z Żółwiem, który "wyrzygał wszechświat", makrowersum i tajemniczym Innym - jest okropna, żeby nie powiedzieć żenująca. Na szczęście dla równowagi autor serwuje czytelnikom doskonały, filmowy obraz zniszczenia miasta przez powódź i wizje podziemnego świata ukrytego głęboko pod ulicami, i tylko dzięki temu można jakoś przetrwać ostatnie 100 stron.

I kolejna wada, jaką jest najgorsze chyba tłumaczenie z angielskiego, jakie czytałam w życiu. Nawet niespecjalnie koślawe językowo ale tak okropnie niechlujne "kulturowo", że zęby bolą. Na plakacie napis: "Czekajcie na Crossing Guard", Mike chodzi do church school pisanej raz z małej, raz z dużej litery, niesubordynowani żołnierze ścigani przez "empeków", i wisienka na torcie: bohater mówił "głosem komentatora Movie'ego Tone'a" (taa, a w Polsce w kinach występowała komentatorka o dźwięcznym nazwisku Kronika Filmowa...). Oczywiście typowe nieuniknione kwiatki, jak patetyczny wygląd też musiały się trafić. Pod koniec robi się jakby nieco lepiej (albo umysł obojętnieje?), ale podczas lektury wielokrotnie życzyłam tłumaczowi, żeby pewnego ranka usłyszał głos wabiący go z otworu odpływowego umywalki... i poszedł się pławić, tam w dole.

Nie jestem pewna, czy przypadkiem TO nie ukazało się niedawno we wznowieniu, w jakimś lepszym tłumaczeniu albo przynajmniej po lepszej redakcji. Warto poszukać - bo TO lektura obowiązkowa dla lubiących Kinga, tym bardziej, że autor wrócił do Derry w swojej ostatniej powieści "Dallas '63".

czwartek, 21 czerwca 2012
Gentlemani - Klas Ostergren

Dziwnie jest czytać książkę, która u nas jest stosunkowo nowa, a gdzie indziej zdążyła już trwale zapisać się w zbiorowej świadomości i wrosnąć w fundamenty pewnego wycinka literatury.

"Gentlemani" to książka inna, osobna, wymykająca się łatwej ocenie. Hasło "szwedzki thriller" budzi lawinę błyskawicznych skojarzeń, Larsson, zaangażowanie, tematyka społeczna, rozliczenia, a tymczasem tu nic z pozoru nie przypomina programu, który włączył się w umyśle, więc program się zawiesza, zapętla, szuka znanych punktów zaczepienia, żeby się zrestartować... i nic. Poczucie "dziwności" znika dopiero wtedy, kiedy program się podda albo go wyłączymy.

Historia zaczyna się i rozwija powoli. Lata 70-te. Oto młodziutki pisarz obdarzony imieniem i nazwiskiem autora, dostaje zlecenie na napisanie pastiszu jednego z dzieł należących do kanonu szwedzkiej literatury. Klas nawiązuje znajomość z Henrym Morganem, postacią barwną i nietuzinkową, i zamieszkuje wraz z nim w starym, ciemnym i zapuszczonym mieszkaniu. Henry komponuje, Klas pisze, prowadzą życie wesołej bohemy, imprezują a w wolnych chwilach zajmują się amatorskim poszukiwaniem skarbu ukrytego podobno w podziemiach pewnej kamienicy. A później pojawia się Leo, brat Henry'ego - mroczny dziwak, poeta, ponurak, nieobecny duchem, tajemniczy i niespokojny...

(W posłowiu mądry pan napisał, że Leo być może tak naprawdę wcale nie istnieje. Przyznam, że przy lekturze to mi do głowy nie przyszło, widziałam Leona jako oddzielną i bardzo konkretną osobę, nie alter ego czy ciemną stronę brata. Ale skoro pan krytyk tak mówi... :))

Spora część książki opowiada o losach braci, o wczesnych sukcesach poetyckich młodszego i europejskich wojażach i romansach starszego. Piękna Maud, uwikłana w trójkąt z Henrym i bogatym starszym mężczyzną początkowo wydaje się wątkiem pobocznym, romansowym, dla ubarwienia opowieści, podobnie jak sąsiad pozbawiony ojca. Różni ludzie pojawiają się, ich drogi się krzyżują, Henry przeżywa swoje życie w konwencji przygodowo-awanturniczej, a nitki "thrillerowe" czy "kryminalne" splatają się dopiero pod koniec.

 Podobno autor nie był zachwycony odbiorem społecznym książki, żalił się, że pisał tragedię, którą ludzie czytają jak komedię. Rzeczywiście, i losy Henry'ego i wspólne życie przyjaciół, ich improwizowane uczty, znajomości, zajęcia opisane są w konwencji lekko ironicznej, z dystansem i humorem, na tle barwnej panoramy obyczajowej i społecznej od lat 50 do końcówki lat 70 XX wieku. Gentlemani trzymają się konwencji nawet, kiedy trzeba sprzedać stare książki, żeby kupić drewno na opał, gentlemani komponują symfonie ubrani w kombinezon roboczy, gentlemani boksują i kopią w starej piwnicy, chodzą na demonstracje i koncerty, mówią do siebie czule Klasiu albo Kersiu (to mnie zachwyciło, genialne wyczucie tłumacza, a tak łatwo byłoby tu coś schrzanić...), a gdzieś, za tym wszystkim, kryją się poważne problemy sięgające czasów wojny i ich konsekwencje, schowane ale widoczne, jak pistolet w szufladzie starej komody w mieszkaniu Henry'ego...

Inna sprawa, że gdyby to było napisane śmiertelnie poważnie, z zadęciem społeczno-zaangażowanym i bez cienia uśmiechu, to wyszedłby tylko jeszcze jeden, trochę starszy "szwedzki kryminał", nieodróżnialny od innych i prawdopodobnie zapomniany, pojawiający się gdzieś w przypisach do Larssona. A tymczasem "Gentlemani" są książką inną od wszystkich, jakie w ostatnim czasie czytałam, paradoksalnie świeżą. Oczywiście najprawdopodobniej, żeby ją w pełni docenić, trzeba znać Strindberga, historię Szwecji... no ale wszystko przede mną, prawda?

sobota, 16 czerwca 2012
Ziarno prawdy - Zygmunt Miłoszewski

No dobra, a więc rzucam się na pożarcie, ponieważ ta wymęczona recenzja blokuje mi kilka innych do napisania. A może jak puszczę w dniu Tego meczu to i tak nikt nie zauważy.

Najkrótszą subiektywną recenzją tej książki byłby wyjęty z niej samej cytat:

"Niby dobrze napisane, niby dobrze wyreżyserowane, zagrane też w porządku, a czuć, że to tylko teatr, zamiast postaci widać aktorów, widzów i żyrandol nad widownią." (str. 344).

Jest to niewątpliwie całkiem sprawnie skonstruowany kryminał - pisząc "sprawnie", mam na myśli, że: a) do końca nie domyśliłam się, kto zabił, b) intryga jest skomplikowana na tyle, że domyślanie się rozwiązania sprawiło mi niejaką przyjemność, c) nieźle i szybko się czyta.

Prokurator Szacki po rozstaniu z żoną przenosi się do Sandomierza, gdzie przyjdzie mu rozwikłać zagadkę brutalnego morderstwa. Wszystkie tropy wiodą do "legendy krwi" i zadawnionych polsko-żydowskich nienawiści. W pocztówkowej scenerii giną kolejne osoby, a prokurator usiłuje dojść prawdy w nowym dla siebie otoczeniu. Nie jest to łatwe, bowiem jest przybyszem, nowym, w dodatku zmaga się z osobistymi problemami.

Tłem jest nośny, zawsze aktualny temat polskiego antysemityzmu na przestrzeni od wojny do czasów obecnych. Od zbrodni na powracających po wojnie niedobitkach Holocaustu po dzisiejszy "lekki" antysemityzm, rzucane mimochodem i przyjmowane z aprobatą zdanka o pejsach i żydkach. Sandomierz, ze słynnym obrazem przedstawiającym zabijanie polskich dzieci przez Żydów, doskonale się nadaje na takie gniazdo żmij, dzięki czemu intryga oparta na motywie zemsty po latach wydaje się możliwa.

Autor zresztą wraca nie tylko do pogromów, ale i do PRL-owskich kronik kryminalnych, opisuje dawne (czy autentyczne czy tylko wzorowane na autentycznych?) brutalne zabójstwa, i to jest w zasadzie najciekawsza część książki.

Ogólnie rzecz biorąc, dekoracje są zachęcające, zbrodnia wyrafinowana i brutalna, zagadka skomplikowana, tło historyczne porządnie zarysowane, są obecne elementy obowiązkowe współczesnego kryminału: Ostre Obserwacje Obyczajowe i Demaskowanie Ukrytych Problemów, czemu więc marudzę? A najważniejsze: czemu, dwa czy trzy tygodnie po przeczytaniu książki, która miała być taka świetna, ledwo ją pamiętam (do tego stopnia, że pisząc cały czas kartkuję mój egzemplarz) i wcale mnie nie obchodzi?

Po pierwsze nijaki bohater. W tego typu kryminale bohater powinien być bardzo wyrazisty, wiarygodny nawet jeśli targany wątpliwościami. Tymczasem Szacki jest kompletnie bez wyrazu. W każdej scenie inny, przeczy sam sobie, raz ostry, raz sentymentalny, raz ciepły miś, raz zimny babiarz, raz intelekt jak brzytwa, a raz potrzebuje paru dni przy komputerze, żeby rozpoznać rodło. Wiem - niejednoznaczność jest bardzo życiowa, ale do pewnych granic, po ich przekroczeniu pojawia się bohater nijaki, bez właściwości, jedyne co się zapamiętuje, to że był chudy i siwy. Nie da się kogoś takiego ani polubić, ani znielubić, o utożsamieniu czy kibicowaniu można zapomnieć.

To samo dotyczy Sandomierza. Niby miasto jest opisane, niby budzi rozmaite uczucia, a jednak nie wiadomo, jakie jest. Czy to śliczny skansen dla turystów? Czy ponura prowincja? Ani to prowincja urocza ani przygnębiająca, ani miejsce, które chce się od razu odwiedzić, ani omijać szerokim łukiem. Pocztówkowe opisy wymieszane z przybrudzonym realizmem nie wiadomo na jakiej zasadzie plus gdzieniegdzie coś, co przypomina "lokowanie produktu" (tak, po paru powtórzeniach wiem już doskonale, gdzie w Sandomierzu należy iść na kawę z cukrową pianką... a gdzie nie zamawiać sernika). W "Uwikłaniu" Warszawa żyła, Szacki żył, tu snuje się nijaki ktoś w nijakich dekoracjach, a w żyrandolu nad widownią brakuje kilku żarówek.

Napisałam, że dobrze się czyta. To w dużej mierze dzięki temu, że autor ma ostre pióro, dar ironicznego komentowania wszystkiego, łącznie z sobą samym (polecam dywagacje o imieniu Zygmunt, bardzo do mnie przemówiły jako do posiadaczki równie "nagrobkowego" imienia ;-)). Trafiają się fragmenty naprawdę zabawne (np. spotkanie z profilerem). Tylko, że nadmiar też po jakimś czasie męczy. Ileż złośliwych opisów, błyskotliwych dialogów i ciętych ripost można zmieścić na 400 stronach? Czy prawie każda rozmowa musi być szermierką albo flirtem? Przy tym niektóre tchną niepotrzebną sztucznością, to dialogi z gatunku teatralnych, które fajnie wyglądają tylko na papierze. Przykład? "Czy ja sobie naprawdę muszę stopnie naukowe wytatuować na czole albo obciąć cycki, żeby mnie któryś z was, wielkich męskich badaczy historii potraktował poważnie?" (str. 329). To wygłasza pani doktor z IPN do pana prokuratora na pierwszym spotkaniu, po trzech minutach znajomości?

Jeżeli zaś chodzi o demaskowanie polskich grzechów i odsłanianie tajemnic - chyba nikt, kto uważnie czytał gazety z ostatnich kilku lat nie będzie zaskoczony ani zszokowany. Znane, wielokrotnie opisywane elementy zostały powiązane w zgrabną intrygę, wykombinowaną tak, żeby czytelnik który lubi "piosenki, które już zna" mógł sobie pogłówkować. Zresztą jak czytelnik za bardzo pogłówkuje to mu się intryga rozejdzie w szwach w najważniejszym miejscu - tam, gdzie Szacki i pozostali przyjęli tożsamość drugiej ofiary za oczywistą.

Podsumowując - średnio i bez rewelacji. Z każdym kolejnym kryminałem coraz mniej rozumiem zachwyty nad tym gatunkiem w wydaniu współczesnym i kreowanie kolejnych przeciętnych pozycji na wydarzenia. Dostałam książkę, która dostarczyła mi umiarkowanie atrakcyjnej rozrywki na dwa popołudnia... i tyle. Teraz zaczekam aż autorowi znudzi się kryminał i postanowi się sprawdzić w jakimś innym gatunku, bo na zapowiadaną trzecią część cyklu z Szackim szkoda mi czasu i kasy.

Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli