Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
sobota, 28 listopada 2009
Moja siostra, moja miłość - Joyce Carol Oates


Skończyłam!
Dawno żadna książka mnie tak nie wymęczyła.
Trudna, męcząca, denerwująca, ale dobra.

Inspiracją dla powstania tej powieści było niewyjaśnione morderstwo 6-letniej JonBenet Ramsey. Sprawa bardzo głośna w Ameryce, u nas nie wiem czy ktokolwiek o niej słyszał. O historii JonBenet można poczytać np. tutaj.

Książka opowiada o tajemniczym morderstwie 6-letniej łyżwiarki figurowej Bliss Rampike, z punktu widzenia jej starszego brata. 10 lat po tragicznym wydarzeniu 19-letni Skyler próbuje opisać to, co się zdarzyło i zrekonstruować historię życia i śmierci młodszej siostry.
Złudzenie jest prawie doskonałe. Chwilami łapałam się na tym, że wierzę, że historię spisał rzeczywiście nastolatek, który nigdy nie otrząsnął się z traumy z dzieciństwa. Autorka buduje iluzję różnymi środkami: Skyler zwraca się bezpośrednio do czytelnika, robi błędy, opisuje sam proces pisania, chwali się zastosowaniem jakiegoś wyrażenia. Sporo tego ma miejsce w przypisach (Skyler uważa, że sam jest tylko przypisem do życia swojej rodziny). I tu pojawia się problem - w pewnym momencie tej metanarracji robi się za dużo, przypisy zajmują coraz więcej miejsca, stają się powtarzalne i przestają bawić/interesować a utrudniają czytanie. W pewnym momencie miałam serdecznie dosyć autoironicznych komentarzy i wyjaśnień Skylera, i zaczęłam je czytać wyłącznie z obowiązku.

Co do samej historii. Książka powinna być lekturą obowiązkową dla rodziców z klasy średniej, dla tych wszystkich soccer-moms z podmiejskich willi. To jest instrukcja, krok po kroku, jak spieprzyć dziecku życie realizując swoje ambicje, jak zamienić życie rodzinne w piekło pod pozorem dawania dzieciom tego, co najlepsze. Matka Skylera i Bliss - Betsey Rampike, to kobieta po trzydziestce, rozpaczliwie poszukująca jakiegoś sensu w swoim życiu gospodyni domowej z przedmieścia, żony przystojnego faceta robiącego szybką karierę w korporacji. Szuka tego sensu w popularności towarzyskiej, rozpaczliwie żebrząc o kontakty z ludźmi, których uważa za "dobre towarzystwo" - bogatymi snobami. Szuka go w powierzchownej religijności, która przejawia się głównie w nieustannym opowiadaniu o Jezusie. Szuka go w butelce, w psychotropach i w imprezach, aż wreszcie znajduje - gdy 4-letnia Bliss zaczyna przejawiać talent do jazdy figurowej na łyżwach. Od tej pory życie matki jest całkowicie podporządkowane karierze córki, z której robi zombie wożone z treningu do fryzjera, kosmetyczki, psychiatry, pediatry, faszerowane lekami, żyjące dla kolejnych zdobywanych nagród.
Ojciec - Bix Rampike - jest przystojnym karierowiczem, byłym futbolistą, prostakiem, który udając inteligenta, przekręca wyrażenia obcojęzyczne (ciekawa jestem jak poradził sobie z tym polski tłumacz) i prowadzi konwersację za pomocą banałów. Z kolei jego ambicje sportowe prowadzą do kalectwa syna - Skyler, zmuszony do treningów, odnosi poważne obrażenia już jako kilkulatek. Między rodzicami źle się układa, ale dzieci nigdy nie dowiadują się o tym wprost.

Skyler, to gorsze dziecko, które zawiodło ambicje rodziców i zostało zdetronizowane przez utalentowaną siostrę, żyje między snobistyczną szkołą prywatną, domem, w którym jedyne ciepło zapewniają kolejne filipińskie i meksykańskie służące, ojcem - groźnym potworem, którego miłość jest bardziej niebezpieczna niż obojętność i matką, w której sercu miał kiedyś miejsce... dopóki nie pojawiła się Bliss. Mimo to kocha siostrę, rozpaczliwie usiłuje też kochać rodziców.

Po tajemniczej śmierci małej łyżwiarki rodzina rozpada się, chłopiec zostaje zesłany do kolejnych szkół/zakładów psychiatrycznych, skąd obserwuje, jak jego matka robi karierę medialną i handlową na ich nieszczęściu. Dopiero na koniec dowie się, jaka sieć kłamstw doprowadziła do jego wygnania.

Opisywany świat i rodzina są obrzydliwe. Chwilami tak obrzydliwe, że nie mogłam czytać i musiałam odłożyć książkę. Oczywiście to satyra i przejaskrawienie, mimo to śmiech więźnie w gardle. To świat pozorów - dużo tu opisów domów, ubrań, samochodów. Świat powierzchownych, zrytualizowanych kontaktów towarzyskich ze starannie wyselekcjonowanymi ludźmi (co dotyczy też dzieci). Świat medycyny w służbie mody - dzieci cierpią na liczne modne zaburzenia psychiczne, opisywane skrótami, takie jak syndrom geniusza czy syndrom kompulsywnej powtarzalności. Ilość skrótów psychologicznych opisujących dziecko, i łykanych przez nie leków, stanowią fundament pozycji towarzyskiej. W tym świecie żałobę i rozpacz też opisuje się nazwami "zaburzeń". Świat kłamstw, pozowanych fotografii, starannie ukrywanego rozpadu więzi rodzinnych. Świat tabloidów i talk-show, w których matka zamordowanej na zmianę jest oskarżana o zabójstwo albo przedstawiana jako celebrytka. Wreszcie jest to świat republikańskiej prawicy, która zawłaszcza sobie Betsey jako "chrześcijańską bohaterkę" w kampanii przeciwko Demokratom.

Sama zagadka - czyli to, kto i dlaczego zamordował maleńką Bliss - schodzi na drugi plan, za ten przerażający opis. Rozwiązanie nie było dla mnie szokiem - mniej więcej tego się spodziewałam.

Tyle w warstwie fabularnej, pod spodem jest jeszcze cała warstwa "meta" - o pisaniu, we wtrąceniach Skylera, który zmaga się z opowiadaniem tej historii. Tu przeprasza czytelnika za dosłowność, tam za brak ironii, gdzie indziej zastanawia się nad reakcją czytelnika. Proces jest "widoczny" dzięki rozmaitym zabiegom formalnym, skreśleniom, komentarzom do wcześniejszych fragmentów. Trochę tak, jakbyśmy mieli stały podgląd umysłu autora - chociaż to tylko kolejne piętro iluzji, bo autor jest fikcyjny.

Co mi się nie podoba. Wystarczy poczytać kilka artykułów, żeby zorientować się, jak wiele Oates wzięła z prawdziwej historii JonBenet Ramsey. Zmiany dotyczące faktów są kosmetyczne. W takiej sytuacji książka, nawet najlepsza pod względem literackim, przedstawiając Rampike'ów/Ramseyów jako dysfunkcyjną, potworną rodzinę dołącza do chóru "tabloidowego piekła", które sama bezlitośnie wyśmiewa, i poniekąd tak samo jak opisywane media, bez skrupułów żeruje na prawdziwej tragedii prawdziwych ludzi (John Ramsey wciąż żyje, a śledztwo w sprawie JonBenet nadal nie zostało zamknięte).

Na koniec: ambitnie porwałam się na wersję oryginalną, czego nie polecam nikomu, kto nie zna biegle języka i czyta po angielsku tylko dla szlifowania umiejętności. Jest naprawdę trudna i wymaga nieustannej koncentracji, choćby tylko po to, żeby rozszyfrowywać przekręcenia i niezręczności narratora. Ale też miałam satysfakcję, bo podejrzewam że najlepszy nawet tłumacz nie będzie w stanie oddać tego bogactwa, z jakim ma się kontakt czytając oryginał. Plus na końcu dostałam w nagrodę kilka stron rozmowy z autorką.
I jeszcze jedno - Amerykanie najwyraźniej mają lepszy wzrok od nas, Polaków. 560 stron zadrukowanych maczkiem wykańcza.

Ocena 8/10



wtorek, 01 września 2009
Naciągacze - Eric Garcia


Czytadełko. Całkiem sympatyczne.

Kupione impulsowo w księgarni z podręcznikami w Wyszkowie (tak, choćby wyjazd trwał 6 dni, to ja i tak muszę w jego trakcie zrobić najazd na okoliczną księgarnię), bo było jedyną dostępną tam książką dla dorosłych poza Domem nad Rozlewiskiem.

Nie widziałam ekranizacji "Naciągaczy" ale książka wygląda na takie typowe amerykańskie czytadło napisane od razu z myślą o filmie. Historia dwóch drobnych oszustów, z których jeden - Roy - cierpi na nerwicę natręctw. Roy powoli powraca do formy pod wpływem poleconego przez wspólnika psychiatry. Kiedy jeszcze okaże się, że z nieudanego małżeństwa ma nigdy dotąd nie widzianą 14-letnią córkę, będzie się wydawało, że jest na najlepszej drodze do porzucenia przestępczego fachu.

Jednak nie wszystko jest takie proste. Sporo zwrotów akcji, kilka zgrabnych niespodzianek i nagle okazuje się że nie wiadomo, kto tu jest oszustem, a kto ofiarą. Zakończenie rzeczywiście zaskakuje.

Plusem są też szczegółowe opisy sztuczek, służących do wyciągania pieniędzy z niczego nie podejrzewających ofiar.

Powieść czyta się łatwo i szybko, i równie szybko potem zapomina. Doskonale spełniła swoje zadanie - wypełniła mi ostatni, deszczowy dzień urlopu sympatyczną, bezpretensjonalną rozrywką. Na wolną chwilę w sam raz.

Ocena 5/10

niedziela, 16 sierpnia 2009
Paco Ahlgren - Dyscyplina



Na początek uwaga: lubię fantastykę i szeroko zakrojone wizje świata, oparte o naukowe hipotezy. Nie odstrasza mnie fizyka kwantowa ani inne teoretyczne rozważania w książkach.

Ale dawno nie odłożyłam książki z tak mieszanymi uczuciami. Sinusoida: chwilami czytałam z zachwytem, a kiedy indziej miałam ochotę rzucić w kąt.

Możliwości są dwie: albo nabrałam się na recenzje i okładkowe zachwyty a powieść jest zmarnowaną realizacją ciekawego pomysłu. Albo książka rzeczywiście jest oszałamiającą wizją, wiwisekcją naszych założeń dotyczących granic percepcji i tak dalej, tylko ja jestem zwyczajnie za głupia żeby ją zrozumieć. Możliwość pierwsza jest przyjemniejsza, ale drugiej nie da się wykluczyć...

Douglas Cole od dzieciństwa ma niezwykłe zdolności, ale też jest prześladowany przez niewytłumaczalne wydarzenia. Kiedy spotyka go rodzinna tragedia, opiekę nad nim przejmuje przyjaciel domu. Na studiach Douglas poznaje Jeffersona, który stanie się jego przewodnikiem - obrońcą, i uchyli rąbka tajemnicy, jaką owiane jest dalsze życie bohatera. Pod opieką tych dwóch mężczyzn Douglas podniesie się z pierwszych upadków, rozpocznie dorosłe życie i wypełni swoje przeznaczenie.

Paco Ahlgren pracuje jako analityk finansowy, i przeniósł zainteresowania zawodowe do książki - duża część akcji polega na rozmaitych operacjach giełdowych i walutowych. Chwilami kusiło mnie streszczenie w dwóch słowach - fantastyka giełdowa. Bohater kupuje akcje, spółki, zakłada holding, wreszcie szykuje się do operacji walutowej, która zmieni oblicze świata po kryzysie gospodarczym. Ta część jest zrozumiała dla laika, a nawet bardzo interesująca, bo ciekawie pokazuje mechanizmy gry na giełdzie i gospodarki walutowej. Ale to tylko powierzchowna, najbardziej realistyczna warstwa.

Druga warstwa to przeznaczenie Douglasa. Czyli filozoficzno-metafizyczne implikacje teorii multiwszechświata (światów równoległych). I tu poważnie się pogubiłam. Koncepcja nie jest mi obca, nie zetknęłam się z nią po raz pierwszy, nie dalej jak miesiąc temu w jednym z czasopism popularnonaukowych czytałam obszerny wywiad z jednym z jej twórców. Autor jednak tłumaczy ją bardzo chaotycznie, w urywanych, fragmentarycznych wyjaśnieniach jakich dwaj mentorzy udzielają podopiecznemu. Rozważania o pętli czasowej i narkotyku pozwalającym "rozdzielić czas" i "przechodzić do innych światów" są bardzo intrygujące, ale tak mętne, że bez fachowego przygotowania trudno cokolwiek z nich zrozumieć, a pytania Douglasa (i czytelnika) najczęściej pozostają bez jasnych odpowiedzi.

Trzecia warstwa to typowy thriller czyli walka ze Złym - przedstawicielem tajemniczej organizacji (jej charakter też pozostaje nie do końca jasny), który także przemieszcza się między światami i w jakimś celu pragnie wywołać chaos (jaki to cel, dokładnie nie udało mi się zrozumieć). Ta warstwa mnie najbardziej złościła, bo sprowadzała wizję wielości światów do naparzanek rodem z najgłupszych filmów SF, łącznie z atrakcjami typu: przechwytywanie pocisków w locie i natychmiastowe gojenie ran, wyrywanie oczu, mózg rozbryzgany na podłodze i tak dalej.

Zakończenie losów Douglasa udało mi się przewidzieć na ok. 50 stron przed końcem, co oznacza że jednak nie jestem zupełnie głupia.

Co mnie najbardziej irytowało oprócz bijatyk - banalność psychologicznego opisu postaci. Rynsztokowy język. Nie mam nic przeciwko przekleństwom w literaturze, ale jest tysiąc sposobów na pokazanie, że bohater jest wściekły na cały świat, poza wkładaniem mu w usta przekleństw w każdym zdaniu. Typowy dialog Douglasa z mentorem wygląda tak:
"- Jaki masz, kurwa, problem, Jack?
- Obejrzałem część tego szajsu w bibliotece (...) i myślę że ten dziwak ma szczwany plan (...)
- Gówno o tym wiesz!" (str. 248)
co po pewnym czasie robi się męczące.
Podobnie męczące są tajemnicze wyjaśnienia, które niczego nie wyjaśniają i pojawiająca się co jakiś czas filozofia w stylu: "Jestem wszystkim i jestem niczym". (str. 499).

Na końcu książki autor zamieścił bibliografię pod optymistycznym tytułem "Zalecane lektury". Obejmuje pozycje o tematyce zarówno finansowej jak i filozoficznej. Może po uważnym przeczytaniu tego wszystkiego rozumiałabym w lot okruchy wyjaśnień, a lektura "Dyscypliny" dostarczyłaby mi więcej przyjemności niż powodów do irytacji. Tylko, że nastawiałam się na przeczytanie powieści popularnej, nie pracy naukowej. Autor literatury masowej nie powinien z góry zakładać, że czytelnik będzie dzielił jego naukowe zainteresowania - powinien przybliżyć mu świat powieści tak, żeby niepotrzebna była mapa w postaci lektur uzupełniających. Wielcy pisarze SF potrafili tego dokonać.

Ocena 5/10 - warunkowo, bo nie bardzo umiem ocenić.
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
Jodi Picoult - Dziewiętnaście minut
Po raz pierwszy zetknęłam się z twórczością Jodi Picoult kilka lat temu. Przeczytałam wtedy książkę "Bez mojej zgody". Historia sióstr, z których starsza choruje na białaczkę, a młodsza została poczęta jako swego rodzaju bank części zamiennych zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Czytałam ze ściśniętym gardłem, miotając się pomiędzy racjami każdej z bohaterek. Odchorowałam lekturę kilkumiesięczną "schizą", kiedy to przy każdym siniaku podejrzewałam u mojej córki ostrą białaczkę i postanowiłam sprzedać książkę żeby więcej nie mieć z nią kontaktu.

Po najnowszą powieść Picoult, "Dziewiętnaście minut" sięgałam z obawą, ale i nastawiona na trudny temat i wielkie emocje. Rozczarowałam się trochę.

Historia strzelaniny w szkole średniej w niewielkim miasteczku Sterling w stanie New Hampshire to temat trudny i bardzo na czasie we współczesnej Ameryce, gdzie trwa spór o prawo do noszenia broni, a szkołami co jakiś czas wstrząsają podobne tragedie (przywołane zresztą w książce, jak Columbine).

Josie to jedyna córka samotnej matki, sędzi. Peter to syn położnej i profesora badającego "ekonomię szczęścia" (polski tłumacz z pewnością nazwał to jakoś lepiej ale ja mam do dyspozycji tylko tekst angielski), młodszy brat faworyzowanego w domu prymusa i sportowca. Josie należy do elitarnej grupki "popularnych", Peter jest wyrzutkiem, bitym i poniewieranym od pierwszego dnia przedszkola. Josie chodzi z Mattem, przystojnym hokeistą. Stale drży na myśl, że dawna przyjaźń z Peterem wyjdzie na jaw i pozbawi ją miejsca na szczycie szkolnej hierarchii. Jednak nawet wtedy, gdy przystojny hokeista okazuje się dość okrutnym macho, a piękne koleżanki - głupie i puste, Josie uparcie trzyma się swojego, najwyższego szczebelka drabiny, byleby nie spaść. Co oczywiście prowadzi do ostatecznego upokorzenia Petera a w efekcie - do tragedii.

Wszystkie te szkolne rozgrywki sprawiają wrażenie opisanych z wyraźną tezą, kawa na ławę, żeby wbić czytelnikowi do głowy z siłą kowalskiego młota, że wśród nastolatków popularność jest absolutnym fetyszem. Co po pewnym czasie irytuje - kolejne sceny rozgrywające się w szkole służą wyłącznie ilustracji tej tezy, Peter regularnie co kilkadziesiąt stron poddawany jest kolejnym torturom, a Josie zadręcza się tym, że elita może ją zdemaskować.

Od przewidywalnych i dość schematycznych postaci nastolatków znacznie ciekawsze wydały mi się matki - Alex, profesjonalistka w każdym calu, która do tragedii nawet w domu nie umie wyjść z roli sędzi, i Lacy, matka kochająca i zaangażowana, która dopiero po fakcie zdaje sobie sprawę z popełnionych w dobrej wierze błędów. A może jestem już po prostu w takim wieku, że łatwiej mi utożsamić się z matką nastolatka niż z jej dzieckiem?

Nie udało mi się jednak emocjonalnie zaangażować w żaden z wątków. Cały czas miałam wrażenie że każdy z bohaterów został skonstruowany tak, żeby najpierw przedstawić jakiś stereotyp a później go przełamać, w sposób dość schematyczny. Zimna profesjonalistka marzy o tym, żeby ktoś zwrócił się do niej po imieniu a nie oficjalnym tytułem. Popularna dziewczyna w głębi duszy trzęsie się ze strachu o pozycję a gwiazda hokeja nie jest czułym kochankiem na jakiego wygląda. Nawet końcowy zwrot akcji nie był wielkim zaskoczeniem.

Książka wydała mi się... zimna. Napisana i czytana rozumem, nie sercem. Skłoniła do zadawania sobie pytań (w moim przypadku o błędy wychowawcze jakie można popełnić całkiem nieświadomie), ale nie wzruszyła ani nie przeraziła. W pewnym momencie czytanie skojarzyło mi się z oglądaniem sekcji zwłok - autorka położyła tragedię na laboratoryjnym stole i metodycznie rozebrała na kawałeczki w ostrym jarzeniowym świetle, oglądając je pod każdym możliwym kątem. 

Na pewno "Dziewiętnaście minut" jest powieścią sprawnie napisaną i bardzo dobrze skonstruowaną. Na pewno jej przeczytanie nie jest stratą czasu. Tyle, że określenie z okładki: "her hardest-hitting and most involving novel yet" jak dla mnie, jest mocno przesadzone.
Ocena: 6/10
Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli