Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
środa, 16 grudnia 2009
Dlaczego piloci kamikadze zakładali hełmy? - Robert H. Frank



"Najlepszy kurs ekonomii dla żółtodziobów" - napisano na okładce.

To bardzo możliwe :)

Autor, profesor ekonomii i felietonista, zebrał w tej książeczce przykłady na to, jak pozornie dziwaczne i nieracjonalne zjawiska można łatwo wyjaśnić w kategoriach ekonomicznych.

Dlaczego koszule męskie zapinają się na inną stronę niż damskie bluzki? Dlaczego bankomaty dla kierowców mają przyciski oznakowane alfabetem Braille'a? Dlaczego mleka nie sprzedaje się w puszkach a Coli w kartonach? i wiele, wiele innych.

Część pytań i odpowiedzi została przygotowana przez studentów Franka podczas cyklu zajęć. Ta książeczka pokazuje, że nie ma "głupich pytań" a odpowiedzi bywają zaskakująco logiczne.

Przy okazji, w krótkich wyjaśnieniach dziwnych zjawisk autor przemyca definicje takich pojęć jak koszt alternatywny, koszt marginalny, które dla laika zwykle brzmią jak czarna magia - tymczasem okazują się zaskakująco proste do zrozumienia gdy są wyjaśnione w taki sposób. Jak pisze autor: "Specjalnością mózgu ludzkiego jest przyswajanie informacji w formie opowieści". Dla ekonomicznego laika jak ja - rewelacja.

To nie jest książka na raz, raczej do przeglądania i czytania na wyrywki - chociaż, kiedy już się zacznie czytać, to trudno ją odłożyć.

A ja, na przykład, dowiedziałam się z niej, dlaczego mój Mąż przywiązuje taką wagę do ubrania, i dlaczego rodzice nie chcieli posyłać 6-latków do szkoły :)

sobota, 17 października 2009
Awantury na tle powszechnego ciążenia - Tomasz Lem

Stanisław Lem był mistrzem, mędrcem, genialnym pisarzem, wielkim intelektualistą, co kto woli albo wszystko naraz. Od dzieciństwa uwielbiałam jego książki. Moja Babka miała specjalną półkę z dziełami Lema, i ja te dzieła jedno po drugim pochłaniałam, wracałam do nich, zaczytywałam. Podobnie mój mąż jako dziecko i nastolatek. Dopiero rok temu, kiedy ukazała się kolekcja "Wyborczej", wyszło na jaw jak odmiennie czytaliśmy te same przecież książki. Ja - dla tego całego sztafażu hard SF z rakietami, astronautami, obcymi planetami i kosmitami. M. - dla językowych zabaw i groteski. Moim ukochanym dziełem pisarza był (zdaje się że teraz traktowany nieco po macoszemu, w każdym razie w kolekcji go nie wydano) "Obłok Magellana", M. wielbił "Cyberiadę". Ja dopiero niedawno, po latach odkrywałam książki Lema na nowo, po dorosłemu.

W tym całym zafascynowaniu Mistrzem umknęło mi zupełnie, że Mistrz był człowiekiem, który miał syna, uwielbiał słodycze, kupował przedziwne zabawki, podróżował, prowadził samochód, urządzał dom.

Tomasz Lem pokazuje nam Stanisława Lema jako człowieka - ojca, męża, literata, narciarza, wielbiciela chlebków marcepanowych i maszyny elektrostatycznej. Trochę ekscentryka, trochę roztargnionego geniusza, trochę jakby przybysza z innego świata. Ze wspomnień, starych fotografii i fragmentów listów, notatek, dzienników wyłania się pełen ciepła i humoru obraz pisarza takiego, jakim był naprawdę, widziany oczyma najbliższych.

To właśnie to poczucie humoru, przebijające ze wszystkich cytowanych urywków, z wierszyków, listów i notatek, z dyktand jakie Lem dyktował siostrzeńcowi, urzekło mnie najbardziej. To najwspanialszy typ poczucia humoru, taki, za którym stoi wielki intelekt i kultura, dystans do siebie, złośliwy, a przy tym nie krzywdzący. Coraz mniej jest ludzi posiadających ten dar.

Są w książce momenty dramatyczne, takie jak wspomnienia wojennej młodości pisarza czy decyzji o wyjeździe z Polski w stanie wojennym. Są wszystkie absurdy PRL-u utrudniające życie, jest list pisarza, w którym skarży się on na cenzurę i nieprzewidywalność utrudnień ze strony władz. Literat musi udowodnić w urzędzie, że należy mu się pozwolenie na budowę większego domu z dodatkową "izbą dla literata". Pisarz jest czczony w Rosji a traktowany obojętnie we własnym kraju. To wszystko dodaje wspomnieniom goryczy, sprawia, że nie są tylko ciepłą, zabawną laurką. Ostatni rozdział - wspomnienia ostatnich lat życia pisarza, i ostatniej choroby, rozstania, podszyte są głębokim smutkiem.

Ale przede wszystkim z książki bije ciepło i miłość, Tomasz Lem portretuje wielkiego ojca szczerze, czasem odrobinę złośliwie, anegdotycznie, ale cały czas w atmosferze ogromnej miłości, szacunku i ciepła właśnie. Dawno nie czytałam książki, która tak przy okazji przekazywałaby tyle "pozytywnych fluidów".

I na koniec zdanie - cytat z listu Stanisława Lema, które będę sobie przypominać zawsze kiedy poczuję się umęczona pomysłami Dzieci:
"...a mnie się nie chce gnać - jakże ohydne to lenistwo, i zaprzaństwo takie, wszak nie dość urodzić, trzeba wychowywać, więc i latawca puszczać." (str. 143)

Trzeba tę książkę przeczytać, nawet jeśli się za twórczością Lema nie przepada - bo to po prostu portret kochającej się rodziny, wspomnienia dobrego dzieciństwa w domu wielkiego pisarza, i świadectwo pewnych zjawisk, które dawno odeszły w niebyt wraz z pokoleniem pisarza, a szkoda - jak choćby pisanie listów do przyjaciół.

10/10
niedziela, 20 września 2009
Rodzeństwo bez rywalizacji - A. Faber, E. Mazlish

Po pierwsze - nie znoszę poradników. Poradniki są dla cieniasów :)

Po drugie - książkę podsunęła mi Babcia Dzieci.

No, to teraz możecie sobie wyobrazić, z jakim niesamowitym entuzjazmem sięgnęłam po poradnik wychowywania rodzeństwa, napisany przez dwie Amerykanki, a podsunięty mi przez teściową w trosce o wychowanie jej wnuków.

Ale ponieważ został mi pożyczony na dwa dni, a Babcia Dzieci chciała po przeczytaniu o nim porozmawiać, więc nie miałam wyjścia. W innej sytuacji po prostu zarastałby kurzem gdzieś w kącie.

Po przeczytaniu:
nadal nie lubię poradników. Ale nie było aż tak źle.


Co mi się nie podobało:
na początku - wszystko. Potem starałam się przemóc uprzedzenia i niechęć do poradników.
Amerykańskie "wyrażanie uczuć" - mówiąc językiem tej książki, "widzę panią, która udziela mi dobrych rad i wzbudza to we mnie uczucie złości." Bliżej mi do jednego z cytowanych rodziców, który miał dość tego wiecznego ględzenia o uczuciach.
Coś, co mnie zawsze irytuje, czyli dorośli ludzie, którzy nie mogą przestać przeżywać sytuacji typu "bo 30 lat temu moja siostra miała ładne włosy a ja nie". Denerwuje mnie to zawsze i wszędzie, a tu jest tego sporo.

Co mi się podobało:
komiksowe scenki pokazujące "jak" i "jak nie" - reagować, rozwiązywać problemy, mówić.
To, że książka jest dostosowana do warunków polskich, tzn., że znalazły się w niej także relacje polskich rodziców, więc nie czytamy wyłącznie o Mike'u który gra w baseball ale i o Andrzeju, Hani, Jacku.
Relacje i dialogi z życia wzięte.

Jest parę tematów z którymi się kompletnie nie zgadzam, i parę uwag, które do mnie przemówiły, ale to ma być blog o książkach, nie o wychowywaniu dzieci, więc nie będę się tu szczegółowo rozwodzić. Parę oczywistych oczywistości i parę nowych rzeczy, całkiem ciekawych.

Co wyniosłam z lektury:
Spróbuję zastosować kilka praktycznych rad dotyczących bójek i awantur, i zobaczymy, co z tego wyniknie.

Reakcja Syna (lat 10):
Rodzeństwo bez rywalizacji... jak pomóc własnym dzieciom żyć w zgodzie... e, nie, z nami to się mamie nie uda.

Zobaczymy, może się uda.

Książka czyta się szybciutko, czasem bawi, czasem prowokuje do zastanowienia nad swoim postępowaniem. Chwilami okropnie denerwował mnie ton autorek, zwłaszcza gdy z delikatną satysfakcją opisywały jak ktoś z uczestników kursu zmieniał zdanie na jakiś temat.

Ogólnie pewnie warto przeczytać... jak ktoś lubi poradniki. I ma problem z dwójką tłukących się dzieci.

Kiedy oddałam książkę Babci Dzieci, ta pożyczyła mi kolejny tomik tych samych autorek: "Wyzwoleni rodzice, wyzwolone dzieci". Ale chyba na razie potrzebuję przerwy, bo kolejnego bombardowania dobrymi radami w tak krótkim czasie nie zniosę.

 
czwartek, 13 sierpnia 2009
Biała gorączka - Jacek Hugo-Bader

Reportaże Jacka Hugo-Badera były od paru lat jedynym i ostatnim powodem, z jakiego sięgałam po "Wyborczą" i "Duży Format". Nic dziwnego, że kiedy reportaże z Rosji i krajów byłego ZSRR pojawiły się w formie książkowej, musiałam je przeczytać na nowo.

Myśląc o Rosji wyobrażamy sobie tę część europejską, cywilizowaną. Moskwa, St. Petersburg, muzea, "nowi Ruscy", nowoczesne budowle. Hugo-Bader pokazuje inną Rosję. Miejsce straszne i fascynujące jednocześnie. Kraj, gdzie jadąc do domu nowo kupionym samochodem można wylądować w rowie z kluczem francuskim wbitym w czoło, jeśli nie zapłaci się haraczu. Gdzie członkowie jednego z ostatnich tubylczych plemion systematycznie, jeden po drugim, zapijają się na śmierć, a czterdziestolatek jest starcem. Gdzie w szpitalu nad łóżkiem umierającego dziecka na równych prawach funkcjonuje szamanka w piórach i lekarz w białym fartuchu. Kraj, gdzie samochody są fabrycznie przystosowane do tego, żeby w zimie ogrzewać je rozpalanym pod spodem ogniskiem, a podstawową rolą milicjanta jest pobieranie opłat od każdego, kto się nawinie. Słowa nabierają nowych znaczeń - ukraiński deweloper to ktoś, kto kupuje zabytkowe budynki, żeby je zburzyć.

Hugo-Bader pokazuje "ciemną stronę" Rosji. Nie pojechał tam opisywać "nowych Ruskich" i luksusów a zwyczajne życie, czesto w jego najniższych rejestrach - narkomani, bezdomni, AIDS, wdowy po górnikach, jedenastolatka, który nie dostał pieniędzy na książki do szkoły bo matka wolała je przepić. Dlatego te reportaże zebrane w jednym miejscu i czytane na raz strasznie przytłaczają i dają poczucie dojmującej beznadziei, rozpaczy. Musiałam robić przerwy w czytaniu, dawkować sobie ten świat, żeby mnie ostatecznie nie pochłonął swoją "białą gorączką". A później uświadamiałam sobie, jak wielkie mam szczęście - bohaterowie reportaży nie mogą zamknąć książki i wyjść na chwilę ze swojego życia.

Jestem pod ogromnym wrażeniem szacunku, jaki autor ma do spotkanych na swojej drodze ludzi. Nieważne czy śmierdzą brudem, czy są bezdomni czy piją niemal od urodzenia, w reportażach zawsze jest ciekawość i szacunek, nigdy
poczucie wyższości, o które przecież tak łatwo. To niby oczywiste, ale dla mnie jakoś warte podkreślenia, ta książka pomaga dostrzec człowieka, interesującego i godnego szacunku, w kimś, kogo na ulicy ominęłoby się szerokim łukiem. To chyba ta cecha, która wyróżnia naprawdę wybitny reportaż - wejście między Innych i pokazanie czytelnikowi że to takie same istoty ludzkie jak on.

Jedyne rozczarowanie - większą część reportaży już czytałam w "Wyborczej". Miałam nadzieję że w książce znajdzie się więcej niepublikowanego materiału, i więcej zdjęć, że będę więcej dowiadywać się a mniej przypominać sobie. Tak czy inaczej, warto było sobie przypomnieć, a do fragmentów będę z pewnością jeszcze wracać.

Ocena: 10/10
Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli