Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
wtorek, 10 listopada 2009
millenium - trzeba znać?
Wszystko przemawia za tym, żeby nie sięgać po trylogię Larssona.

Po pierwsze: mam uraz do bestsellerów, "wydarzeń literackich", książek "kultowych". W 90% przypadków po kupieniu i przeczytaniu okazują się co najwyżej przeciętne, a prawidłowość jest taka - im więcej milionów egzemplarzy sprzedanych, tym potem większe rozczarowanie.

Po drugie - nie lubię kryminałów, nawet kiedy przebierają się za ambitną powieść, koncepcja że mamy policjanta/detektywa i trupa od razu, na samym wstępie mnie nudzi, nieważne co tam będzie jeszcze wsadzone oprócz tego.

Po trzecie - wrodzona, instynktowna przekora, chęć podążania w dokładnie przeciwnym kierunku niż wszyscy inni, im bardziej wszyscy czytają i zachwycają się tym bardziej ja nie mam na to ochoty.

Ale może to jest jedna z tych książek, która, nieprzeczytana, będzie musiała dołączyć do literackich wyrzutów sumienia? Może, skoro istnieją ludzie, którzy specjalnie jeżdżą do Sztokholmu żeby zobaczyć miejsce akcji, to jednak trzeba? Może to jeden z tych elementów kultury masowej, których nieznajomość robi z nas swego rodzaju kaleki społeczne, niezdolne do rozmowy na najpopularniejszy aktualnie temat?

Strasznie się jakoś bronię przed Larssonem.

Zachęćcie mnie, proszę.

Albo zniechęćcie do reszty.
środa, 16 września 2009
Hohaj - Elisabeth Rynell


Znowu Skandynawia.

W zasadzie znowu to samo miejsce - północ Szwecji, wiosenne roztopy i maliny moroszki znane mi z "Muzyki pop z Vittuli".

Ale jakże inaczej.

Przedziwna książka. Przeczytałam ją jakoś tak przy okazji, w międzyczasie i z doskoku, bo oficjalnie cały czas czytam "Sounds of the River" Da Chena.

Tytułowy Hohaj to kraina gdzieś na północy Szwecji, pełna lasów i z rzadka rozrzuconych wiosek.
Aron - uciekinier z ponurą tajemnicą z przeszłości, znajduje nowy dom i pracę w jednym z gospodarstw. Ina - dziewczyna maltretowana i gwałcona przez ojca, z którym mieszka samotnie po śmierci matki. Nawiązuje się między nimi uczucie. Po latach na ślad tej historii natrafia oszalała z rozpaczy po śmierci ukochanego wdowa.

To w zasadzie tyle, jeśli chodzi o streszczenie. Bo największa, najbardziej istotna część tej opowieści rozgrywa się we wnętrzu. Prawie bez dialogów i bez akcji, bohaterowie odkrywają siebie nawzajem i siebie samych, swoje wspomnienia i to przed czym uciekają - wewnątrz siebie.

Nie dzieje się wiele ale to zupełnie inne niedzianie się niż męcząca stagnacja i brnięcie w "Przeklinam rzekę czasu".

Książka jest napisana zupełnie niesamowitym poetyckim językiem. Nie - poetyckim męczącym, pełnym piętrowych metafor i dziwacznych wyrazów. Jest prosta, liryczna, zaskakuje i trafia w samo sedno zdumiewająco skromnymi środkami. To jedna z tych książek, przy których wzdycham "chciałabym TAK pisać":
"Ina starała się na różne sposoby przechować obcego w swoim świecie, trzymać go przy życiu jak tarczę, ochronę. Albo jak płomyk na wietrze. Zadomowiła się w oczekiwaniu. Przestrzeń zamieszkiwana przez kobiety od niepamiętnych czasów." (str. 144)

To chyba istota Skandynawii i piszących Skandynawów. Prostota. Może wymusza to ten krajobraz, przyroda? Skały, konie, morze, łąka, las, drewniany dom, zadziwiająco skromne dekoracje do zadziwiająco uniwersalnych opowieści.

Kończy się źle. Ale to nie mogło się dobrze skończyć. Tylko jedno niedopowiedzenie nie daje mi spokoju - przeoczyłam? Nie zrozumiałam? Tylko nie mogę zdradzić co to, nie zdradzając zakończenia...
Ocena 10/10
poniedziałek, 07 września 2009
Muzyka pop z Vittuli - Mikael Niemi


Mocna rzecz.

Kupiłam "Muzykę..." dawno temu, po jakiejś entuzjastycznej recenzji i... całkiem o niej zapomniałam. Teraz wygrzebałam przy okazji porządków.

Gdzieś ostatnio zauważyłam czyjąś wypowiedź, o tym, że dojrzewanie chłopców jest mniej ciekawe niż dojrzewanie dziewcząt. Ktoś, kto to napisał, powinien koniecznie sięgnąć po tę książkę, żeby zobaczyć jak bardzo się myli.

Muzyka pop z Vittuli to opowieść o dorastaniu. O dorastaniu na wsi, na dalekiej północy Szwecji, na pograniczu z Finlandią, w latach 60. Narrator wspomina:
"Byliśmy inni, odrobinę gorsi, odrobinę niewykształceni, odrobinę ubodzy duchem. Nie mieliśmy ani saren, ani jeży, ani słowików. Nie mieliśmy żadnych znanych osobistości." "Byliśmy nijacy. Nasi rodzice byli nijacy. W szwedzkiej historii nasi przodkowie znaczyli zero i nic. (...) Nasze rodzinne wioski były zbyt małe, by widać je było na mapach." (str.51)

W zasadzie nic ważnego się tu nie dzieje, pierwsza przyjaźń, pierwsza wysłuchana płyta rock'n'rollowa, uliczne bójki, pierwsze eksperymenty z alkoholem, seksem, zakładanie zespołu rockowego w szkole. Chłopackie dorastanie w brutalnym świecie mężczyzn rąbiących drwa, polujących, pijących na umór, hodujących zadawnione plemienne wendetty i urazy. W świecie, gdzie bijącemu ojcu synowie spuszczają lanie w śniegu pod sągami drew, a w saunie toczą się męskie pojedynki kto wytrzyma dłużej. Jest tu dużo brutalności, fizjologii, cielesności, potu, krwi lejącej się z rozbitych nosów, brzydkich zapachów. A mimo bólu i surowości tego swiata, widać wyraźnie, jak silna więź łączy narratora z tym miejscem.
"Korzenie, kultura, cholera wie, jak to nazwać, ale to było moje". (str. 188)

I jak to jest napisane! Soczyście, potoczyście, z humorem (warto sięgnąć choćby tylko dla opisu podziału spadku po babci). Niby surowo ale jednak językiem nadmiaru - potoczystych wyliczanek, sekwencji, opisów. Pijackie zawody, pierwsze występy naprędce skleconego zespołu, rodzinne kłótnie, wszystko jest opisane niesamowicie żywo, bez upiększeń i sentymentalizmu, z uśmiechem.

Bardzo "chłopacka" książka ale nie tylko dla chłopaków. I kolejny dowód na to, że skandynawscy pisarze mają w sobie "to Coś".

Ocena 9/10
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
Przeklinam rzekę czasu - Per Petterson


Na początek recenzja mojej Siostry "na gorąco":
Ten bohater jest tak totalnie pizdowaty że już nie mogę go znieść.
W zasadzie to by było na tyle.

Nie wiem co mogę napisać. Krytycy już orzekli chórem że Petterson Wielkim Pisarzem Jest, więc co, niby teraz ja, Młoda Pisarka z mizernym dorobkiem mam jako pierwsza zjechać Wielkiego Pisarza?

Książka jest o niczym. Jest rok 1989. Bohater, Arvid, dowiaduje się, że jego matka ma raka. Matka wyjeżdża do rodzinnej Danii a on za nią. Matka śpi, siedzi na ławce, pije calvados, Arvid snuje się, wspomina oderwane fragmenty swojego życia, siedzi na ławce, wpada do wody, pije calvados, pije piwo, daje w ryj dawnemu przyjacielowi nie do końca wiadomo dlaczego.

Arvid się rozwodzi, też nie wiadomo dlaczego. Brat Arvida kilka lat wcześniej umarł, nie wiadomo na co i dlaczego. Arvid jest komunistą i rzucił studia żeby pracować w fabryce, a potem pracował w księgarni. Arvid sypiał z ładną licealistką i czytywał jej lektury szkolne na głos. Arvid upił się na pięćdziesiątych urodzinach matki. Arvid jest podobny do ojca a wolałby do matki. Wspomnienia są pokawałkowane, wyrywkowe, nie łączą się w całość i niewiele z nich wynika, poza ogólnym wrażeniem "pizdowatości" i niedojrzałości 37-letniego już bohatera.

Po jakimś czasie człowiek marzy, żeby cokolwiek się wydarzyło. Żeby ta cholerna matka raz wreszcie umarła, wtedy przynajmniej coś by się zadziało. Nie. Na 272 stronach snujemy się po listopadowej Danii i Oslo z lat siedemdziesiątych, wspominamy pracę przy taśmie, dom dziadka, szpital w którym umierał brat, i tak dalej. Psychologiczne rozdrapy faceta, który w irytujący sposób nie umie dorosnąć i wiecznie trzyma się maminej spódnicy.

Arvidowi świat się wali na dwa sposoby. Z jednej strony choroba matki, z drugiej - jest rok 1989 i upada mur berliński. Dla bohatera, ideowego komunisty od lat, to równie potężny cios. Tyle, że ten komunizm bohatera, ten jego płacz po śmierci Mao, ta praca w fabryce i rzucanie studiów dla idei - we mnie, czytelniczce z kraju który uwolnił się od komunizmu, budzi raczej lekkie politowanie. Nieprzystawalność - tu marsz po śmierci Mao, a u nas wtedy? strajki w Ursusie.

Lubię skandynawskie klimaty. I w tej książce oczywiście też są. Zamarznięte jeziora, puste brzegi zimowego morza, ciemności o poranku i białe noce. Książka jest pięknie napisana, charakterystycznym, oszczędnym i zwartym stylem Pettersona, znanym już z doskonałej pierwszej powieści "Kradnąc konie". Jest tu kilka zdań napisanych tak pięknie i celnie, że czytelnik czuje się jakby dostał pięścią w brzuch - zdania odbierające oddech, pokazujące coś z zupełnie nową siłą.

Ale to mi nie wystarcza. Mam wrażenie zmarnowanego czasu. Jakby autor napisał tę książkę tylko dla siebie, nie przejmując się w ogóle czytelnikiem.

Jestem nieobiektywna, bo nie lubię takich książek i nie znoszę takich niedojrzałych bohaterów-pępków świata, którzy obsesyjnie skupiają się na sobie, swoich uczuciach i wspomnieniach. Nie lubię książek, gdzie nic się nie dzieje, nie zdarza, nie wyjaśnia.

Może po prostu nie dojrzałam i tyle.
Oceny nie będzie.
Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli